Tragiczny los artystyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Uczta w krakowskim zajeździe „Pod Białym Orłem”

Wspomniałem już tu o pobycie Grottgera w styczniu 1865 roku w Krakowie. Przyjechał on do dawnej stolicy Polski na ślub siostry Marii z Władysławem Sawiczewskim. Ale ten jego pobyt zapisał się w życiu naszego miasta z innego powodu – oto bowiem jego koledzy z dawnych lat studenckich zdecydowali o zorganizowaniu na jego cześć uroczystej uczty w zajeździe „Pod Białym Orłem” przy ul. Floriańskiej 42. Było to miejsce popularne w Krakowie. Zajazd ten (połączony z „oberżą”) w XIX wieku zmieniał często właścicieli. Najwięcej zawdzięczał Franciszkowi Staniszewskiemu, który go wydzierżawił w 1825 roku od Macieja Kosowicza, a w 1830 wykupił. W 1865 roku zajazd był własnością Juliana Zalewskiego71.

Nie wiadomo, kto był inicjatorem zorganizowania tej niezwykłej manifestacji towarzyskiej, która obrosła swoistą legendą. Wolno przecież przypuszczać, że pomysł wydania na cześć Artura uczty był przemyślaną odpowiedzią krakowskiego środowiska artystyczno-literackiego na nieoficjalną, ale pewną wiadomość o tym, że kilka dni przed przyjazdem do podwawelskiego miasta artysta malarz spędził w… wiedeńskim areszcie! Sprawa to zupełnie nieznana, warto ją zatem tu przywołać, udało się bowiem w archiwach krakowskich odnaleźć dokument rzucający sporo światła na owe okoliczności.

Prasa krakowska nie odnotowała faktu przybycia Artura Grottgera w styczniu 1865 roku do podwawelskiego grodu. Wiadomość o tym szybko rozeszła się jednak w tutejszym środowisku artystycznym. Niewykluczone, że dotarła do tego środowiska także informacja o niedawnym pobycie artysty w wiedeńskim więzieniu. Sporo światła na te okoliczności rzuca list artysty do przyjaciela, a niedługo szwagra, czyli Władysława Sawiczewskiego. List ów znajduje się w zbiorach Archiwum Narodowego w Krakowie72. Wynika z niego, że Grottger trafił do wiedeńskiego aresztu w związku z długami finansowymi. Brak wprawdzie bliższych szczegółów, które doprowadziły do tego drastycznego wydarzenia, jedno jednak jest pewne: 18 stycznia 1865 roku Artur Grottger napisał z więzienia list, z którego wynika, że do aresztu trafił w dniu poprzednim, czyli we wtorek 17 stycznia. Widocznie nie spodziewał się takiego obrotu sprawy, skoro w owym liście prosi Sawiczewskiego o… poduszkę, prześcieradło, koc, ręcznik, grzebień, tytoń, bibułki do „cygaretów”, cygarniczkę, nóż, widelec, łyżkę oraz kilka florenów! Zwraca uwagę początek owego listu:

O! Kryminał w całym tego słowa znaczeniu! Gdyby nie moje czyste sumienie, to by mi się zdawało, że i ja kogoś albo okradł albo oszukał73.

W dalszych partiach listu Artur prosi Władysława Sawiczewskiego, aby ten nie omieszkał przypomnieć matce artysty o prośbie syna udania się do niewiele nam dziś mówiących osób z Wiednia, najprawdopodobniej nabywców jego dzieł, zapewne w celu uzyskania pieniędzy na spłatę długów. Co znamienne, tajemnicę pobytu artysty w więzieniu miała przykryć podana Sawiczewskiemu przez Artura do upowszechniania informacja o rzekomym jego wyjeździe na polowanie74.

Wszystko wskazuje na to, że artysta nasz spędził w wiedeńskim areszcie zaledwie kilka dni, bowiem w tym samym liście do Sawiczewskiego prosił adresata, aby przekazywał znajomym informację o jego powrocie „z polowania” w piątek, a może nawet w czwartek. Najpewniej obliczenia były precyzyjne, bowiem już w następnym tygodniu Artur zjawił się w Krakowie. Przyjaciele i koledzy zaprosili go na ucztę w czwartek, 26 stycznia, zapewne przyjechał więc pod Wawel w niedzielę, a może nawet jeszcze w sobotę. Skoro krakowscy przyjaciele i koledzy postanowili uhonorować naszego artystę w sposób szczególny: zorganizowanym na jego cześć przyjęciem, to wolno sądzić, że w ten sposób pragnęli zrekompensować mu upokorzenie, jakiego doznał w Wiedniu.

Na ucztę w hotelu „Pod Białym Orłem” przybyła grupa blisko dwudziestu krakowskich artystów i pisarzy, skupionych przy tak zwanej pracowni Filippiego, a także „kilku filistrów, zacnych ludzi z miasta, którzy pragnęli poznać Grottgera i złożyć mu swą czołobitność”75. Uczta miała przebieg niezwykle miły, bowiem Grottger

wnosił wszędzie z sobą jakiś pierwiastek serdeczny, stanowiący grunt jego natury. (…) Prosty i naturalny, jak każdy wyższy umysł, wylany, z sercem na dłoni, a przy tym niewyczerpany w wesołości i humorze, stał się duszą całego naszego zebrania76.

Bełcikowski zaznaczył w swoim tekście, że w czasie trwania przyjęcia wygłoszono wiele okolicznościowych mów, opowiadano sobie dowcipy i anegdoty. Uczta była rzeczywiście nadspodziewanie udana, skoro jej uczestnicy – jak wspomina wzmiankowany autor – opuścili lokal dopiero nazajutrz o godzinie szóstej rano. Przed rozejściem się zdecydowali, iż spotkają się jeszcze tego samego dnia w pracowni fotograficznej najsławniejszego naówczas fotografa krakowskiego, Walerego Rzewuskiego, w celu zrobienia sobie pamiątkowej fotografii. Ponieważ w uczcie nie wzięli udziału dwaj koledzy Grottgera z czasów jego studiów krakowskich, Józef Szujski oraz Jan Matejko, posłano po nich „umyślnego”77. Co znamienne, obaj stawili się 27 stycznia 1865 roku około jedenastej przed domem przy ul. Kopernika 12, w którym mieściła się wówczas pracownia Rzewuskiego, a w której mieszkała rodzina Wojciecha Kornela Stattlera, w tym jego syn, Henryk Antoni Stattler, rzeźbiarz, profesor Szkoły Sztuk Pięknych. Łącznie stawiło się zatem na to niezwykłe spotkanie dziewiętnastu kojarzonych z tak zwaną pracownią Filippiego przedstawicieli ówczesnego świata artystycznego Krakowa78.

Warto na chwilę zatrzymać się przy tej grupie artystyczno-literackiej. Powstała ona na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XIX wieku. Jej członkowie, w większości studenci, spotykali się wieczorami u jednego z kolegów. Edward Lubowski pisał swego czasu, że takie spotkania odbywały się po kilka razy w tygodniu, „celem przeczytania albo rozprawy jakiej poważnej, albo poezji lub dramatycznego utworu, albo wreszcie oglądania obrazów, rzeźb lub odbić ich fotograficznych”79. Niedawno pisali o tej grupie Janusz Maciejewski80 oraz Andrzej Ryszkiewicz81. Ważne korekty do ich stwierdzeń wprowadziła Wanda Mossakowska82.

Patronem grupy był Parys Filippi. Warto zatrzymać się choćby na chwilę przy jego osobie, rzadko bowiem wspomina się dziś o tym artyście. Był Filippi o rok starszy od Grottgera. Był synem rzeźbiarza Pawła (Paolo) Filippiego83, który wprowadził syna w tajniki sztuki rzeźbiarskiej. Potem był słuchaczem działającej przy Uniwersytecie Jagiellońskim Szkoły Rysunku i Malarstwa. Działo się to w tym samym czasie, kiedy do tej Szkoły uczęszczał Artur Grottger i cała gromadka innych artystów. W 1858 roku Parys Filippi wyjechał do Wiednia w celu doskonalenia się w tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych, ale powrócił do Krakowa już w roku następnym na wieść o śmiertelnej chorobie ojca. Ojciec zmarł był w 1860 roku i Parys przejął po nim znajdującą się naprzeciw budynku Dworca Kolejowego pracownię, by z czasem – jak wspomniałem – przenieść ją do dawnego refektarza oo. franciszkanów84.

Uczestnikami spotkań w pracowni Filippiego byli przede wszystkim młodzi artyści. Ich patronem był Władysław Łuszczkiewicz, który przed paroma laty powrócił z Paryża i w krakowskiej Szkole Malarstwa i Rysunku zastępował profesora Wojciecha Kornela Stattlera. Jak przypominają historycy życia literacko-artystycznego Krakowa, do tego nieformalnego stowarzyszenia należeli rzeźbiarze: gospodarz „pracowni” – Parys Flippi, Walery Gadomski i Franciszek Wyspiański. Przychodzili tu malarze: Aleksander Kotsis, Andrzej Grabowski, Jan Matejko, Florian Cynk, Artur Grottger. Muzyków reprezentowali: Władysław Żeleński i Kazimierz Hofman, literatów zaś: Adam Bełcikowski, Władysław Ludwik Anczyc, Jan Kanty Turski, Edward Lubowski, Kazimierz Chłędowski i Alfred Szczepański. W spotkaniach uczestniczyli często także młodzi uczeni historycy (nie stroniący od literatury pięknej!): Józef Szujski, Tadeusz Wojciechowski i Ludwik Kubala. Ważną rolę w tym gronie odgrywał Walery Rzewuski, ojciec fotografii krakowskiej.

Parys Filippi wprawdzie pozostawił po sobie w Krakowie sporo materialnych śladów w postaci rzeźb85, ale wszystko wskazuje na to, że o wiele mocniejszy był ślad duchowy w postaci owej „pracowni”, która stała się prawdziwym matecznikiem coraz nowych inicjatyw artystycznych i kulturalnych86. Olbrzymia sala, wypełniona gipsowymi odlewami rzeźb Filippiego, nie stanowiła przytulnego miejsca. Raczej odstręczała. A przecież przychodzili do niej artyści i pisarze. Pięknie atmosferę panującą w „pracowni” odmalował Michał Bałucki na łamach „Przeglądu Literackiego” z 1898 roku, pisząc:

Sala była ogromna, sklepiona, ze ścianami pomalowanymi na purpurowy kolor, na którego odrzynały się wyraźnie gipsowe odlewy z attykowych płaskorzeźb i ornamentów, posążki na kroksztynach i pośmiertne maski wybitnych osobistości. Wnętrze sali zajmowały prace Filippiego, gipsowe figury, grupy całe, w środku zaś, pod wiszącą lampą, widać było świeżo rozpoczętą w glinie postać kobiety leżącej na bruku obok złamanego krzyża (…). Oryginalnie i tajemniczo wyglądały te nasze zebrania w tej ogromnej sali, przy słabym świetle lampy, wśród tych białych posągów, wychylających się z ciemności. Wyglądało to na schadzkę spiskowców, choć żadnemu z nas o spiskach wtedy ani się śniło. (…) Mówiło się o sztuce, literaturze, teatrze, który wtedy świeżo organizował się pod dyrekcją [Adama – F.Z.] Skorupki, gromadząc takie artystyczne siły, jak [Helena – F.Z.] Modrzejewska, [Antonina – F.Z.] Hoffmanowa, [Józef – F.Z.] Rychter, [Wincenty – F.Z.] Rapacki, [Feliks – F.Z.] Benda, [Józef Henryk – F.Z.] Szymański, [Marcelina – F.Z.] Ekerowa i inne; młodzi poeci i literaci odczytywali swe wiersze, powieści, rozprawy, nad czym potem rozwijała się ożywiona dyskusja87.

 

Przyjaciel Bałuckiego, Kazimierz Bartoszewicz, dowodził, że w pracowni Filippiego „toczyły się żwawe dysputy, deklamowano, śpiewano, odczytywano świeżo napisane utwory”. Przy krakowskich preclach i herbatce

najwięcej imponowali i dominowali Grottger, Szujski i Bełcikowski, najdowcipniejszymi byli Anczyc i Gadomski, a ofiarą przyjacielskich żartów najczęściej padał Kotsis, najzacniejszy i jeden z najwięcej utalentowanych, ale jednocześnie najmrukliwszy i najnieporadniejszy88.

Inny z uczestników owych spotkań, Adam Bełcikowski, przypominał po latach, że wieczorami ową niezwykłą pracownię oświetlała zazwyczaj jedna lampa.

Ale ten mrok, kończący się w dalszej przestrzeni zupełną ciemnością, te martwe postacie bogów i ludzi ze swą grobową białością, to echo słów, szeroko się rozchodzące po obszernej i wysokiej sklepionej sali, nadawały temu miejscu jakiś do fantazji przemawiający urok89.

Pracownia Filippiego chwilowo zawiesiła swoją działalność na wieść o wybuchu powstania styczniowego w Królestwie. Część bywalców poszła do powstania, inni włączyli się do niesienia pomocy powstańcom90. Ale późną jesienią 1864 roku spotkania w gronie przyjaciół ożyły na nowo w dawnym refektarzu oo. franciszkanów. Ostatecznie ustały one w dwa lata później, w 1866 roku, kiedy Filippi definitywnie opuścił Kraków, udając się do Lwowa. Swoistym podzwonnym istnienia tego nieformalnego stowarzyszenia artystów i pisarzy jest wzmiankowana wyżej fotografia ze stycznia 1865 roku.

Spróbujmy za Wandą Mossakowską odczytać tę historyczną fotografię Rzewuskiego, dzięki temu będziemy mogli poznać nie tylko nazwiska artystów i pisarzy uczestniczących w uczcie na cześć Artura Grottgera, ale i zobaczyć ich postacie. Oto bezcenny opis pióra wzmiankowanej badaczki:

Pozujący zostali ustawieni w sposób bardzo przemyślany, z pozoru swobodny, w zróżnicowanych pozach, razem tworząc zwartą, symetryczną grupę, składającą się z trzech członów – środkowego niższego i skrajnych wyższych, spiętrzonych piramidalnie (…). W pierwszym członie grupy, na który przypada sześciu pozujących, najbardziej po lewej dostrzegamy Artura Grottgera (1837–1867) stojącego profilem, zwróconego ku reszcie, pochylonego, wspartego lewą ręką, trzymającą cygaro, na udzie zgiętej, postawionej na kamieniu nogi, ubranego w charakterystyczny strój, stylizowany na ubiorze powstańców 1863 roku – luźny płaszcz z kapturem, podbity futrem, przypominający burkę, ozdobiony pod szyją dużą zapinką, wysokie buty i jasną, barankową czapkę włożona na bakier, tak samo jak na pojedynczym zdjęciu wykonanym zapewne podczas tego kilkudniowego pobytu w Krakowie również przez Walerego Rzewuskiego. Obok niego siedzi historyk, poeta, prozaik i publicysta Józef Szujski (1835–1883) z laseczką, w szamerowanym kożuchu, kapeluszu, okularach i także wysokich butach, trzymający jedną nogę na tym samym kamiennym boku. Nieco w głębi, odchylony do tyłu, oparty zapewne o inny blok, stoi malarz Feliks Szynalewski (1825–1892) z ręką w kieszeni dwurzędowego, zapiętego pod szyję płaszcza i w jasnej barankowej lub sukiennej czapce. Za nim uplasowali się, siedzący, poeta, prozaik i publicysta Jan Kanty Turski (1833–1870) na wprost i muzyk Kazimierz Hofman (1842–1911) z głową prawie profilem w prawo, obaj w jasnych kapeluszach. Zupełnie z tyłu i powyżej, na tle przeszklonych drzwi rysuje się stojąca postać malarza Józefa Jaroszyńskiego (1835–1900) z gołą głową i w rozchylonym płaszczu, opartego prawym ramieniem na stercie głazów. Człon środkowy tworzą dwie pary osób – siedzący na pierwszym planie, niemal profilem, komediopisarz, poeta, prozaik i publicysta Michał Bałucki (1837–1901) w kapeluszu i płaszczu z peleryną, trzymający w lewej ręce papierosa oraz nieco głębiej Adam Bełcikowski (1839–1909), literat i historyk literatury, w rozpiętym płaszczu o futrzanych, szerokich mankietach i kołnierzu, z gołą głową, laseczką i cygarem, a za nim, powyżej, na tle okna, siedzący Jan Matejko (1838–1893) w kapeluszu, okularach i obszernym płaszczu z futrzanym kołnierzem oraz stojący literat i publicysta Edward Lubowski (1837–1923) w lamowanym, otwartym płaszczu i ciemnej futrzanej czapce. Trzeci człon grupy to dziesięć osób, zwróconych przeważnie ku sobie, niekiedy tyłem do pozostałych. Najbardziej z przodu siedzą w jednym rzędzie – malarz Florian Cynk (1838–1912) z gołą głową, oparty o kamień z datą i częściowo przez niego zasłonięty oraz poeta, dramaturg, tłumacz i wydawca Władysław Ludwik Anczyc (1823–1883) z nogą założoną na nogę i głową podpartą ręką, w rozpiętym płaszczu z dużym futrzanym kołnierzem i również futrzanej czapce, obaj zwróceni ku fotografowi Waleremu Rzewuskiemu (1837–1888), który, ubrany w płaszcz przypominający czamarę, przysiadł na skraju grupy, z jedną nogą odstawioną w bok, prawą ręką na ramieniu Anczyca i lewą dłonią chwytającą jego dłoń. Za Cynkiem i Anczycem wychyla się malarz Aleksander Kotsis (1836–1876), podobnie jak Rzewuski bez nakrycia głowy, za Rzewuskim zaś stoi rzeźbiarz Walery Gadomski (1833–1911) z ręką w kieszeni spodni, lekko przechylony w lewo, w rozpiętej kurtce i jasnej barankowej czapce, prawą nogę opierając zapewne na kamieniu. W głębi stoją – aktor Józef Henryk Szymański (1839–1885), „en face”, jedyny, prócz Grottgera, bez zarostu i zupełnie nieznany Fr[anciszek – F.Z.] Mokrzycki z papierosem w opuszczonej ręce, obaj w lamowanych płaszczach (Szymański – dwurzędowym, Mokrzycki – szamrowanym i rozpiętym) i z gołymi głowami. Na końcu, w samym narożniku podwórza ustawili się rzeźbiarz Parys Filippi (1836–1874) profilem, w rozchylonym płaszczu i bez czapki, zwrócony ku koledze po fachu, Franciszkowi Michałowi Wyspiańskiemu (1837–1901) w binoklach, wysokiej, jasnej, futrzanej czapie i płaszczu o charakterystycznych, kulistych guzikach oraz ku nieco cofniętemu Aleksandrowi Gostkowskiemu (1839–1892). Przed pozującymi, niemal pośrodku, znajduje się prostokątna, kamienna płyta, osadzona w ziemi na sztorc, trochę krzywo, z wypisaną dużymi cyframi datą 1865/27/1, w której kropka otrzymała kształt serduszka. Napis położono pewną ręką, raczej jeszcze przed ustawieniem kamienia91.

Wykonana przez Rzewuskiego fotografia stała się znakomitym dokumentem z dziejów życia literacko-artystycznego Krakowa z epoki po powstaniu styczniowym. Walery Rzewuski wykonał ją na dziedzińcu domu Stattlerów, przy stercie głazów, z których Henryk, syn Wojciecha, wykuwał pomniki i rzeźby. Artur Grottger sam skomponował zarejestrowany przez Rzewuskiego obraz. Potwierdził to Bełcikowski, piszący:

Ułożenie tej grupy było dziełem Grottgera. Miejsca mniej więcej obraliśmy sobie sami, ale on komenderował jej całością i układem pojedynczych figur. Dużo jednakowoż czasu upłynęło, najmniej z półtorej godziny, nim doszedł z nami do ładu. Było nas za wielu, w za dobrych byliśmy humorach, aby zachować potrzebną przy fotografii powagę i nieruchomość. W chwili stanowczej zawsze ktoś wyrwał się z jakimś konceptem lub parsknął śmiechem, a za nim inni, i cała sztuka na nic; trzeba było na nowo ustawiać się do grupy i wzbudzać w sobie przybraną do tego aktu powagę. To długie grupowanie się miało ten skutek, żeśmy trochę zziębli pod gołym niebem, a ponieważ tej nocy także całkiem nie spaliśmy, pewne zmęczenie odbiło się na naszych fizjognomiach92.

Po wykonaniu fotografii każdy z jej bohaterów otrzymał odbitkę.

Przyjęcie w hotelu „Pod Białym Orłem”, zwieńczone pamiątkową fotografią, mocno podkreśliło siłę związków Grottgera z przyjaciółmi z Krakowa i z samą dawną stolicą Polski. Nie był to jednak ostatni pobyt artysty w podwawelskim grodzie. Jak wspomniałem, odwiedzał Kraków także później. Był tu krótko latem tego samego, 1865 roku, zanim wybrał się wspólnie z Andrzejem Grabowskim do Śledziejowic, a następnie do Krynicy. W tym roku spędził także w Krakowie Boże Narodzenie (w towarzystwie rodziny). Więzy z Krakowem podtrzymywał w roku następnym. Latem przybył tu z jednym głównym celem: aby pokazać krakowskiej publiczności swój cykl Lituania. Dzieło to, po pokonaniu sporych trudności, wystawił ostatecznie w gmachu Towarzystwa Naukowego Krakowskiego przy ul. Sławkowskiej (z woli artysty dochód z tej wystawy przeznaczono w połowie dla głodujących z Kołomyi, w połowie zaś dla Towarzystwa Bratniej Pomocy Uczniów UJ). W ciągu pięciu dni wystawy cykl ten miało oglądnąć około tysiąca widzów.

W czasie tego pobytu w Krakowie artysta namalował znany szeroko olejny portret księcia Jerzego Lubomirskiego. Po powrocie do Krakowa jesienią przystąpił do pracy nad cyklem Wojna, zainspirowany do tego lekturą Boskiej komedii Dantego.

Warto tu dodać, że w czasie tego pobytu nasz artysta włączył się w ważne przedsięwzięcie wydawnicze, jakim okazał się tygodnik literacki dla kobiet „Kalina”93. Pismo to powstało z inicjatywy dwóch zaprzyjaźnionych krakowian: Alfreda Szczepańskiego i Michała Bałuckiego, wywodzących się z grona tak zwanych przedburzowców. Na prośbę inicjatorów całego przedsięwzięcia Grott­ger przygotował winietę pisma, która zdobiła „Kalinę” w pierwszych miesiącach istnienia94.

Po raz ostatni Grottger przebywał w Krakowie na początku grudnia 1866 roku. Niestety, nie wiadomo ile dni spędził wówczas w mieście. Wiadomo jedynie, że wyjechał stąd do Lwowa, gdzie po raz ostatni w życiu spotkał swoją ukochaną Wandę Monné. Stąd w dniu 21 grudnia wyjechał do Wiednia, a następnie – do Paryża, gdzie przybył w wigilię Bożego Narodzenia.

Pod Wawelem nie zapomniano jednak o nim. W maju 1867 roku otwarto tu wielką wystawę obrazów, ukazującą dorobek artystyczny polski z roku poprzedniego. Anonimowy autor, przybliżający czytelnikom „Kaliny” ową wystawę, zwracał uwagę na brak na niej dzieł Matejki i Grottgera, którzy wybrali się „na podbój” Paryża. Przy tej okazji autor ten nie omieszkał przecież zwrócić uwagi na walory dwóch cykli naszego artysty: Lituanii oraz Wojny. Pisał:

Wszystkie obrazy Grottgera rysowane z ogromną siłą i prawdą i pełne cudownych efektów wydobytych bez pomocy farb, są jedną porywającą pieśnią o losach narodu z ostatnich lat – opis ich wymaga raczej poematu jak sprawozdania95.

W okresie wakacyjnym 1867 roku w Krakowie chwilowo ustały wzmianki o Grottgerze. Dopiero 15 listopada tego roku pojawiła się w „Czasie” informacja, że cesarz Franciszek Józef zakupił Rejtana Matejki oraz złożony z trzynastu obrazów kredkowych cykl Grottgera Wojna. Korespondent dodał przy tym informację, iż dzieło Matejki ma zdobić cesarski Belweder, a obrazy Grottgera – pokoje w cesarskim Burgu.

Aneks