Tragiczny los artystyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

„Lituanika” Artura Grottgera. Obrazów sześć
I.

Noc, puszcza litewska, krajobraz wnętrza dziewiczego lasu z właściwym charakterem tej miejscowości. Cisza, spokój głęboki, zdaje się odpoczynek po przebytej burzy, której ślady widoczne. Na przodzie sosna pochylona w walce z wichrami, wyrwane do połowy jej korzeni, pokryte jeszcze świeżą ziemią i mchem, podtrzymują upadek, tuż pień urwanego dębu, a dalej puszcza drzew nieskończona.

Szczytność i pewna groza, wiejące z obrazu, opanowują widza. I tu jest wyższość sztuki w pejzażach nawet, nad pięknością przyrody, – bo gdy na widoki natury patrzymy duchem własnego usposobienia, w utworach sztuki myśl artysty zwycięża i podbija nas.

Blade światło księżyca, przedzierając się przez gąszcz drzew, osrebrza je, dobiega do cichej wody, u spodu rozlanej, rozjaśnia ją i odzwierciedla część widoku, czyniąc przyjemne i łagodzące odbicie grozy i ponurości w górze.

Na tej części obrazu, tajemniczego światła księżyca srebrnej wody, i drzew, w niej przeglądających się, oko z pewną lubością spoczywa, a potrącona myśl snując ludowe ballady, mimo woli czeka, rychło nie wypłynie zwabiona promieniami księżyca mieszkanka tych wód.

Ruysdael, prawdziwy mistrz panującej myśli w pejzażach, w których ponurość nieba holenderskiego i szkoły rembrandtowskiej znalazła wyraz i upostaciowanie, zwyciężony został przez naszego artystę, tą garstką światła, tą trochą wody i tym pociągającym w niej odbiciem, a stąd płynącym rozjaśnieniem dzikiego wrażenia całości. Oaza ta w tej puszczy staje się odpoczynkiem dla oka i myśli.

Harmonia tak częsta w naszych krajobrazach, grozy i łagodności, i tak zwykła w naszym charakterze, smutku i uśmiechu, uwydatniła się w wysokim stopniu w utworach naszego malarza-poety.

Kiedy zaraza Litwę ma uderzyć,

Jej przyjście…

Ta straszna postać płynie przez białowieską puszczę, czujesz jej ruch, widzisz duchową lekkość przeźroczystą. Objęła pochyloną sosnę i płynie dalej, a komeciany ogon ciągnie się po drzewach, niknąc w ciemnościach nocy.

Estetyczne poczucie artysty osłoniło jej twarz i rękę, cudownie przerażająco zgiętą, aby nie oszpecić widoku okropnością, jak również utrzymać tajemniczość w tym pełnym przeczuć obrazie. Dziki kot, miauczący nad wodą, którego przeraźliwy krzyk przez otwarty pyszczyk uprzytomnić sobie musimy, jedyny znak życia i głosu w tej puszczy, dodaje całemu widokowi więcej jeszcze dzikości i przerażenia.

Patrząc się na ten posępny obraz, czujesz w nim prolog dramatu, w którym Litwa i jej lasy scenę stanowić będą.

Jeżeli są pejzaże, które widziane z dala od ojczyzny, na obcej ziemi, rozrzewniają nas i przyciągają do siebie całą siłą przypomnienia rodzinnych stron kraju własnego, to ten obraz Grottgera nie tylko uprzytomni Litwinowi wszystkie puszcze litewskie, lecz nawet tę uroczystą chwilę dla niego, kiedy rzucał dom rodzinny i przedzierał się nocami przez gąszcz lasów, aby walczyć dla zwycięstwa wolności, którą nad życie ukochał.

II.

Wnętrze izby; ciepło, cicho, sennie; na stoliku lampka płonie, obok paciorki rzucone, przy nich prochownica, w kącie fuzja, pozwiązywana sznurkami; na ziemi w koszyku dziecko uśpione w poduszkach, na ścianie Matka Boska Częstochowska, z drugiej strony jakiś niedojrzany obrazek, na belkach zawieszony Chrystus na krzyżu. Oto wszystko co może być potrzebą i ozdobą w mieszkaniu leśnika.

Na łóżku oparty o ścianę siedzi mąż śpiący. Z dalekiej drogi widać powrócił, po całodziennej pracy spoczywa; ręce bezwładnie zawieszone tylko co porzuciły topór, przy łóżku leżący; nogi, w chodaki okryte, lekko skrzyżowane, spoczywają zmęczone. Blada twarz, zapadłe policzki, rysy wyraźne i ostre, włosy po chłopsku obcięte spadając na czoło, robią z tej postaci typ chłopa litewskiego, który jednak wobec prawdy i podobieństwa tak estetyczny, nacechowany jakąś troską, zadumą, utajonym cierpieniem, że pomimo zamkniętych oczu i snu widocznego, rysy te pociągają do siebie tym męskim, silnym charakterem, jaki się w nich przebija.

Okno izdebki zewnątrz oświecone latarką, widać rękę do szyby przyłożoną, która przez zgięty palec puka widocznie, domyślać się więc każe umówionego znaku, na który leśnik czekając, zasnął. Lecz żona jego niewtajemniczona, młoda, piękna chłopka litewska o zaokrąglonych młodością miłych formach ciała, przerażona, podtrzymując ręką spadającą koszulę i nie zawiązaną spódniczkę, głowę zwraca ku oknu, a biegnie do męża, aby go zbudzić. Przestrach i zdziwienie, połączone z smutnym przeczuciem, które zawsze matka i żona odgadną, wyglądają z oczu, grają na twarzy; – na ustach zdaje się – zamarł głos z przestrachu, zwiększonego nagłym przebudzeniem młodej kobiety.

Rzadko w sztuce malarstwa widziano, aby na trzecim planie, zewnątrz sceny, ledwo dojrzana akcja była przyczyną, odbiciem i następstwem działania postaciowego na pierwszym planie. Oryginalność ta zasługuje na uznanie i uwagę.

Obraz cały pomyślany od razu za jednym porywem natchnienia, – płynie jako jeden ciąg myśli, staje się więc jednością, całością i skończonym zaokrągleniem, które dopiero wywoływać zdolne marzenia i myśli, popychać w nieskończoność.

Nie ulega wątpliwości, że dzieła artysty tego tworzyła jedna chwila, pod jej wrażeniem rozpoczynał i kończył obraz. Gdyby Grottger malował olejno, można by powiedzieć, że przed zaschnięciem farb, całe dzieło kończył. Nie widać zatem tych nierówności, rozdziału, poprawek, które pochodzą ze zmiany usposobienia ducha artysty, wywołanego przez czas, a tak często widzianego u innych znakomitych malarzy i poetów. Nawet nasz mistrz pędzla nie jest od tego wolnym.

Pod siłą tego porywu poetycznego, artysta wprowadzał w ład szczegóły, dając każdemu odpowiednie dla harmonijnej całości miejsce i oddalenie, wyrazistość na pierwszym planie i odpowiednią dokładność dalszych szczegółów. Niczego tam nie brak, lecz też niczego nie jest za wiele, tak wszystko na swoim miejscu. Nie pojmujemy ubytku, ale też również przepełnienia nie czujemy; wystarcza nam zupełnie obraz sam w sobie. Skończoność jego prawie krystaliczna, przypomina geniusz mickiewiczowski, jego wielkość przez umiarkowanie w panowaniu nad własnym bogactwem fantazji, dla zadośćuczynienia wymaganiom sztuki i jedności budowy.

Przy całej nieudanej prawdzie i prostocie w przedstawieniu życia świata zewnętrznego uderzająca oryginalność, jaka cechuje wszystkie utwory Grottgera, przejmuje nas pewną dumą narodową, gdyż przyznać musimy, że to jedyna potęga zdolna tworzyć geniuszów. Ona to wskazuje nowe drogi, wyrabia odrębne szkoły i ciągnie za sobą szeregi naśladowców. Tym więcej nas zadziwia w tak młodym wieku artysty naszego, jeżeli sobie przypomnimy, że każdy prawie wielki mistrz, nawet Raphael, w początkach zawodu szedł tylko za natchnieniem i kierunkiem swego nauczyciela.

Przeciwnie zaś w pierwszych nawet objawach rozwoju talentu Grottgera, przeważnie uczuwać się w nich daje samowładne parcie do odrębności, wszędzie i zawsze przebija w jego kompozycji samodzielność, która zdradza poetyczną stronę umiejętności patrzenia, jak inni nie patrzą, widzenia tego, czego inni nie widzą, i ten dar odtwarzania z uczuć i myśli młodzieńczych dzieł tak skończonych.

Któż z patrzących idąc za natchnieniem artysty do chatki leśnika, nie trwoży się o przyszłość tych dwojga ludzi, których życie tak dotąd spokojne w niewiadomości swej, przerywa dany znak stukającej ręki do okna, która tym uderzeniem łamie teraźniejszość, czyniąc przyszłość tak niepodobną przeszłości, aby urzeczywistnić obawy żony, oczekiwanie i sny męża.

Mimowolnie jakaś niewidzialna siła ciągnie nas do tej cichej izdebki, a więcej jeszcze do jej mieszkańców; pragnęlibyśmy opóźnić tę ciężką a konieczną dla nich chwilę, wspólnie z nimi przeczuwaną, a która ze wspomnieniami naszymi zlewa się w nierozłączną całość ostatniego pożegnania przy rozstaniu z rodziną.

Tym wrażeniem uroku, płynącego z obrazu, owiani, czujemy, że to poezja z miłości, cierpień i dumy Polaka sceny te układała.

III.

Promienie przedzierającego się zza chmur księżyca oświecają kawał pola, wyrwanego z lasu. Sympatyczny i pociągający pejzaż z wzgórz, pokrytych lasem, z chmur, płynących po niebie, i chatki, stojącej na boku, otacza dolinę, a na niej obóz powstańców.

Życie, jakie tu panuje, więcej ciche i tajemnicze, ruch poważny i niepewny, wybornie charakteryzują pierwsze zawiązki naszych oddziałów. Widać, że garstka ludzi tego zebrania, nieoswojona jeszcze z obecnym swym stanowiskiem; pierwszy raz gromadzi się w celu walki, pierwszy raz ma stanąć wobec nieprzyjaciela; stąd ten panujący uroczysty nastrój i powaga.

Na przodzie klęczy leśnik. Nie jest to już zmęczony robotnik z obrazu drugiego, przygnębiony troską codziennego życia, twarz jego wypiękniała, rysy wyszlachetniały ważnością obowiązku, który przyjmuje uroczystością chwili. Prawa ręka podniesiona do góry, lewą trzymając czapkę przyciska gwałtownie do piersi, czym zdradza moc postanowienia i szczerość wezbranego uczucia, usta drżą słowami przysięgi, oczy, utkwione w krzyż, potęgują wyraz twarzy, wyciskając na niej piętno wiary i powagi.

Patrząc na tę postać, podniesioną zapałem, czujesz w niej przyszłego bohatera. Ubiór choć zupełnie wieśniaczy, przy układzie rycerskim całej figury, zmienia się mimowolnie na żołnierski, tyle w nim fantazji i buty wojskowej; broń, u nóg leżąca, określa przyszłe stanowisko.

Oto cudowna przemiana z chłopa w żołnierza-obywatela, jeżeli tylko myśl własnej siły, poczucia godności i obowiązku zapanuje.

Przeprowadzić tę prawdę psychiczną, odzwierciedlić ją w charakterze narodowym, nadać jej tyle poetycznego uroku i rozrzewniającej prostoty, wypływało z konieczności talentu naszego artysty, iż zdaje się, nie mógł inaczej zrozumieć i odtworzyć tego przejścia. Było to naturalną konsekwencją, miłością przepełnionych dla ojczyzny i ludu, jego natchnień.

 

Przysięgę powstańczą odbiera zakonnik, kapelan obozu, zasłonięty nieco pomrokiem nocy, więcej jeszcze w tajemniczym półcieniu zyskuje. Zaciśnięte usta, po których uśmiech fanatycznego zadowolenia przebiega, oczy otwarte i błyszczące radością z pozyskanego wojownika, na zemstę wrogom, religii i ojczyzny. W mnichu tym przebija się zapał Piotra pustelnika, twórcy wojen krzyżowych; zręczność i przebiegłość konspiratora, połączona z otwartością i dzielnością Polaka. Krzyż, silnie ujęty w wyprężonej ręce, nadaje całej postaci pewność wiary i wytrwałość w postanowieniu, graniczącemu z zuchwalstwem. Szczęśliwe zestawienie tych dwóch typów razem, które mimo że tak różne, zlewają się jednak w pewną dopełniającą się całość, dają dopiero jasne pojęcie o potędze i charakterze naszego powstania.

Obok leśnika na drugim planie klęczy widokiem Chrystusa na krzyżu przejęty powstaniec, symbol uczuć i wiary ludu. Dalej za księdzem poważna postać Litwina, z kosą w ręku stoi na czatach, nasłuchuje, czy roty przysięgi, czy może szelestu kroków nieprzyjaciela. W głębi – grupy obozujących wojowników.

Postać leśnika, promieniejąca w świetle księżyca, głównie zwraca uwagę i pociąga ku sobie. – Zakonnik z konieczności pozycji swej zacieniony nocą; tym sposobem mimo niepodzielnej akcji uwaga spływa na główny przedmiot.

Przeźrocza ciemność nocy i tajemnicze złotawo-srebrne światło księżyca, pod kredką naszego mistrza, staje się sympatycznie pociągającym kolorytem, a w rozwoju roztacza nieocenione bogactwo umiejętności użycia światła i cieni. Grottger w pejzażach nocnych króluje.

Wpatrzywszy się dłużej w obraz, zdaje się że charaktery postaci tych nie są rysowane, lecz same się określają, przez własną akcję uosabiają, istnieją, żyją, tak są naturalne, pełne uroku i prawdziwe. W tym to głównie leży zagadka zwycięstwa i panowania talentu.

Sztuka nie może być niewolnicą tendencji przypadkowych – sztuka nie może być służebnicą chwilowych namiętności, walk partii, wyobrażeń dnia… prawda. – Lecz jeżeli sztuka sama przez się i dla siebie jest pięknością, musi być tendencją, dla swego zaś objawienia potrzebuje formy; a znikąd brać jej nie wolno, jak tylko z objawów świata zewnętrznego, które dopiero artysta układa, podług własnego poczucia harmonii, według własnej skali potęgi twórczości. Jeżeli przeto wrażliwość artysty, jeżeli twórczy duch jego, jeżeli nareszcie sympatia i miłość jego, potrąca o najbliższe wypadki walk ludzkości, o jej płynącą jeszcze świeżą krwią rany, jeżeli geniusz artysty jest opanowany przez demona teraźniejszości i ten mu każe odtwarzać to, co dziś widzi i czyż, – czyż to jego wina, czyż przez to sztukę poniża?

Bądźmy spokojni, tylko od wysokości talentu zależy, aby utwór jego nie był sługą dnia i chwilowym narzędziem partii. Geniusz w sztuce wszystko co pochwyci, podnosi w nieskończoność. Talent artysty jedną chwilę w życiu narodu zrobi normą, powszechnym i stałym wyobrażeniem jego uczuć i charakteru. Wielkie dzieło w tej chwili po stworzeniu, przestaje należeć do dnia, przechodzi na własność wieków.

IV.

Bitwa, gromada walecznych wybiega z zasadzki, wydobywa się z głębi rowu, ukrytego nad brzegiem lasu.

Na czele drużyny leśnik: w jednej ręce trzyma rozwiniętą chorągiew, druga rozwarta, goła, podniesiona jak gdyby dla poświadczenia: „Gołymi rękami walczą i zwyciężają, zdobywając broń na nieprzyjacielu…”.

Jasny dzień świeci, w którego świetle promienieje nasz bohater, a obok niego w zadziwiającej jedności i całości, grupuje się garstka wojowników.

Różne usposobienia, odmienne charaktery, wywołują rozliczne objawy namiętności, odbijające się w różnorodnych wyrazach twarzy – jednak wspólny cel walki, jeden nieprzyjaciel i jedno pragnienie zwycięstwa, łączy ich razem, jednako ożywia, a przy szczęśliwym ustawieniu, tworzy tak wyborną całość.

Poetyczna synteza talentu naszego artysty, panująca widocznie i stanowczo w każdym jego utworze, jest jednym z największych a najrzadszych przymiotów mistrzów sztuki. Jeżeli w traktowaniu szczegółów, drobnostek, najwięcej objawia się moc talentu, to ta synteza, nadająca im całość i jedność harmonii, napełniająca urokiem natchnienia i celu, stanowi dopiero koronę dzieła, zdolną nawet opromienić go aureolą geniuszu.

Ona to swoją całością skupia naszą uwagę, wdraża się w pamięć, wpija do serca – uprzytomnia wspomnieniu.

Gdyby pierwszy nasz dzisiaj malarz historyczny, przy całej umiejętności gromadzenia przepychu Pawła Veronese, przy powadze i farbach Rembrandtowskich, których użycia nikt mu nie zaprzecza, posiadał jeszcze poetyczną syntezę Grottgera, przyświecałby z pewnością malarstwu europejskiemu.

Ruch, życie, wrzawa wojenna, wypełniają obraz. Dwóch młodych ludzi z kosami do ataku, gorączką walki pchani, pędzą naprzód – hurra z ust otwartych wybiega. Jeden z nich w białej czapeczce, to nasz artysta. Widać odczuł się tam, może w snach swoich, zobaczył się walczącym za ojczyznę w lesie litewskim. Oprócz podobieństwa – wrażliwość nerwowa artysty przebija się w ruchach, maluje na twarzy.

Z boku przyklęka spokojny na pozór, a zajęty Litwin, trzymając na smyczy dwa brytany litewskie. Oczy przenikliwe śledzą dogodnej pory ataku, psy rwą się do Moskala, leżącego na ziemi, Litwin ręką pokazuje im cel dalszy, niewidzianego na obrazie wroga. Za nimi zdaje się trębacz armii grzmi z rogu i ręką nawołuje – dalej, gdzieniegdzie pokazuje się kosa, wygląda ręka w pięść zaciśnięta… Cały oddział zaledwo wychyla się z lasu, przechodząc przez rów głęboki.

Nie możemy się dość nauwielbiać tego estetycznego poczucia, wykształconego poczucia, wykształconego smaku artysty naszego, nakazującego mu usuwać wszelkie przerażające widoki i sceny.

Z tego to powodu nie chciał przedstawiać okropności walki, morderstw, wolał raczej rysować zapał i entuzjazm narodu. Dla przypomnienia tylko o nieprzyjacielu, zresztą dla możności uwydatnienia postaci bohatera, na podwalinę dla jego nóg kładzie rozciągnionego na ziemi Moskala, z nieodstępnym jego godłem, manierką wódki. Od czasu działań wojennych wielkimi masami, wszystkie prawie obrazy bitew z tej epoki, wyjąwszy w niektórych razach Horacego Verneta, są tylko uczczeniem wspaniałych mundurów, obfitości dymu, wyszukanej perspektywy i niedojrzałych zwykle linii wojska.

Grottger nie poszedł za tym powszechnym przykładem, a jeżeli uwzięlibyśmy się dobierać zestawień do opisanego obrazu, nasuwa nam się na pamięć starożytna mozaika zwycięstwa Aleksandra Wielkiego nad Dariuszem. Ta sama oszczędność, co do ilości wojsk, wielkich przestrzeni; nie ma tam nikogo zbytecznego, bez odpowiedniej roli, nikogo, dla wypełnienia tylko miejsca, dla tłumu i zapchania luki, a główna uwaga na bohaterów walki w obu obrazach, jest prawie jedna. Skupiają oni w sobie całą akcję, od nich dopiero rozlewa się odpowiednie działanie, oni to są wyobrazicielami czynności i idei: Aleksander Wielki, podbojów na pustyniach Azji, leśnik, wolności w puszczach litewskich.

Szukając jeszcze porównań, a mówiąc o kompozycji i rysunku, nie możemy pominąć wielkiego rysownika Niemiec, z którym powinowactwo mistrza naszego jest tak ścisłe.

Kaulbach ma bez zaprzeczenia więcej grozy i potęgi w dramatyzowaniu, często zadziwia uwidocznieniem nieubłaganego fatum, lecz w miękkości i rzewności poetycznego polotu, przy równej może sile i naturalności, artysta nasz nikomu wyprzedzić się nie dał. I przez tę rzewność sympatyczną, płynącą z narodowego charakteru polskiego, podniesionego jeszcze potężnym bogactwem poezji, jaka się w jego dziełach przebija, stoi odosobnionym, staje się odrębnym.

Mierne dzieło efektowe, często na pierwszy rzut oka, w jednej chwili, potrafi nas zachwycić, oczarować; dopiero gdy się w nie wpatrujemy, występują wady i niedokładności, płytkość w nim przesyca, a przesyt odtrąca. Gdy przeciwnie w utworze geniuszu zwykle się trafia, że ten na nas nie robi odpowiedniego wrażenia od razu, nawet powszechnie gniewamy się nieco na autora za to, że nie poszedł w kierunku naszej fantazji, naszego pojęcia o pięknie; wyobrażamy sobie bowiem prawie zawsze dzieło, do którego się zbliżamy, zupełnie inaczej, jak je znajdujemy. Dziwne w nas usposobienie w tym, że zwykle własnym gustem mierzymy poczucie estetyczne i ideał artysty. Dlatego też mierności, które odpowiadają smakowi ogółu, zyskują chwilowe powodzenie. Arcydzieła wymagają rozpatrzenia, pracy oka i umysłu, aby dać się poznać i ocenić; powoli roztaczają swoje tajemnice piękności, które dopiero po pewnym czasie zdołają do nas przemówić, zwyciężyć nas i upoić. Błędy w nich nie istnieją, wyszukać ich niepodobna, nie ma się czym zrażać, a więc i spowszednieć nie mogą. A że w utworze geniuszu tkwi ta dziwna nieskończoność, więc tym to czarodziejskim przymiotem dzieła jego są wiecznie świeże i zawsze ciągną ku sobie.

„Litwa” przemawia do nas od razu sympatią uczuć narodowych, których odbicie w samych sobie znajdujemy, lecz piękności jej, dopiero po długiem wpatrzeniu wydobywają się. Trzeba się dobrze zapoznać z utworem tym, aby go nauczyć się cenić i całą duszą przylgnąć do niego.

V.

Taż sama izba z obrazu drugiego, oświecona światłem roztopionego ołowiu, płonącego na wiejskim kominie. Porozrzucane narzędzia do lania kul świadczą o domowej pracy żony i Polki, gdy mąż za ojczyznę walczy.

Pies – wierny stróż, przyjaciel dziecka przy kołysce leżący, coś wietrzy, przeczuwa, podniósł łeb, ostrzega.

Drzwi izby tajemniczo otwarte, na ściemnionym tle nocy ukazuje się duch leśnika. Przeźroczysto narysowana, szlachetna, spokojna i łagodna postać, tylko co z pobojowiska wraca, ręka odchyla koszulę, ukazując z ciekącą krwią jeszcze, jako dowód spełnienia obowiązku, oczy pełne miłości patrzą się tak, jak gdyby ostatni raz objąć pragnęły wszystko, co im najdroższe i obraz ten zabrać ze sobą do grobu na wieczne sny.

Biedna matka przestraszona, porywa dziecko z koszyka, jedyny skarb swój na świecie, tuli je do łona, sama nasłuchuje, a pełen prośby i ufności wzrok wznosi o pomoc do Boga.

Twarz Litwinki spoważniała, myśl głębsza, sięgająca poza granicę domowego ogniska, myśl obywatelki, ofiara i tęsknota, idealizują jej piękność.

Dziecię tej matki niepodobne do Bożego dziecięcia Rafaela „Madonny del Tempi”; to dziecko chłopskie, biedne, chude, małe, lecz zdrowe i silne, a również drogie matce, – przebudzone zdaje się krzyczeć i donośnym swym głosem obecność smutną i niepewną łagodzić.

Cała balladowa legendowość ludu naszego odzwierciedla się w tym obrazie. Pojawienie się ducha po śmierci, przestroga przed grożącym nieszczęściem, pożegnanie męża, świadectwo w ranie dotrzymania przysięgi, zwietrzenie psa, przeczucia żony i matki…

Co za pyszny poemat wzruszeń, serca i pracy wyobraźni roztacza się przed naszymi oczami!

Mimo fantastyczności utworu, nie uderza w nim zupełnie abstrakcja, przeciwnie, całość jest tylko wiernym odbiciem uczuć i wiary ludu, tak naturalnym i rzewnym jak jego pojęcia.

Grottger rozwijając się na podstawie materialistycznej, umiał przez to przy całym bogactwie poezji utrzymać równowagę, aby nie wyjść zanadto poza granicę świata ziemskiego. Rozpoczął bowiem zawód swój w tym czasie, kiedy walka między romantyzmem a materializmem przechyliła się na korzyść tego ostatniego.

Dążeniem romantyzmu przewyższać w idealizowaniu możność wysokości natury ludzkiej, materializm zaś stara się tylko uzacnić przyrodę i podnieść stronę człowieka do najwyższych jego kształtów, tak w realnym jak i moralnym znaczeniu.

Romantyzm nie mając żadnych granic ujęcia, wyradza się często w manierę sentymentalizmu, która tak grasowała jeszcze przed niedawnymi czasy w poezji i malarstwie. Dzięki więc szkole materialistycznej, która, utrzymując w właściwych karbach fantazję, nie daje jej przekroczyć praw możności ludzkiej, wciela idealizm w życie, nadając mu prawdopodobieństwo i wysokość, jaka tylko w naturze i człowieku pomieścić się może. Lecz i ta ostateczność prowadzi do bezmyślności i trywializmu.

Zresztą walka tych dwóch szkół jest tak dawna, jak sama sztuka, a granice ich tak nieokreślone, że geniuszom zawsze ją wolno rozszerzać na wysokość swego talentu.

Twórca więc „Litwy”, będąc materialistą nie przestawał być tyle idealnym w dziełach swych, o ile tylko natchnienie, siła poezji i własne poczucie estetyczne mu pozwalało.

 

Naturalność, brak wszelki przymusu i wyszukania, nie zdradzają wysilenia i mozołów, dowód jak trudności techniczne z łatwością zwyciężał. Patrząc na prace jego wierzymy, że wszystko, co rysował, z toku życia i konsekwencji historycznej tak się układało. Nie szukał wcale efektu, najmniej za nim gonił, gdyż było go zawsze stać na coś więcej, na wielkie uczucie i prawdę. Nawet ten królik, chrupiący obojętnie listki kapusty przy kołysce dziecka, to tylko dobry nasz znajomy w izbie wiejskiej, zapełnia ją i ożywia.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?