Mój ParyżTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa





Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Przedmowa

Od najdawniejszych czasów Paryż podbijał serca Polaków. Rzesze naszych rodaków wędrowały w czasach narodowej niewoli do Paryża w poszukiwaniu schronienia i szansy swobodnego działania na rzecz zniewolonej Ojczyzny. Od wieków podążali i nadal podążają do Paryża poeci i pisarze, a także artyści. W dwudziestoleciu międzywojennym pojawiła się w tym mieście wielotysięczna gromada naszych rodaków szukających pracy i zarobku. Klęska wrześniowa w 1939 roku sprawiła, że w murach stolicy Francji znaleźli schronienie niedawni żołnierze ponownie wymazanej z mapy Europy naszej Ojczyzny. Niemała gromada Polaków osiedliła się w Paryżu po II wojnie światowej. Byli to nie tylko żołnierze, ale także politycy, którzy odmówili powrotu do kraju, w którym zainstalowany został przez Sowietów reżim komunistyczny. W ciągu ostatnich blisko dwudziestu lat, po odzyskaniu przez Polskę wolności, zjawiła się w Paryżu kolejna fala Polaków. Przyjeżdżają tu w poszukiwaniu pracy „bracia” słynnego w całej Francji „polskiego hydraulika”, ale także inżynierowie, architekci, lekarze.

Bez względu na okoliczności, do Paryża zawsze podążali studenci i profesorowie. Drogę przecierali im tacy ludzie, jak Mistrz Wincenty zw. Kadłubkiem, który na paryskiej Sorbonie zdobywał wiedzę, aby po latach móc się nią pochwalić na kartach swojej Kroniki, czy bracia Jan i Marek Sobiescy, którzy właśnie w stolicy Francji przygotowywali się do podjęcia ważnych obowiązków w Ojczyźnie. Na początku lat siedemdziesiątych XX wieku także i ja dotarłem do Paryża. Po raz pierwszy zobaczyłem to miasto w lutym 1970 roku. Zatrzymałem się w nim trzy dni, w drodze do Aix-en-Provence, dokąd zostałem wysłany przez Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego i Nauki w celu objęcia posady lektora języka i kultury polskiej na tamtejszym uniwersytecie. W czasie siedmiu semestrów, które spędziłem w Aix-en-Provence, niejeden raz byłem w Paryżu. Korzystałem z każdej nieledwie okazji, aby – gdy tylko pojawiła się sprzyjająca okoliczność (np. wywołana kolejną falą strajków studenckich przerwa w zajęciach dydaktycznych czy okres świąteczny) – pojechać do stolicy Francji (kiedyś obliczyłem, że było takich wypraw trzynaście!). Moje pobyty w Paryżu trwały wówczas zazwyczaj kilka dni. Zanurzałem się w tym czasie w jego niezwykłej atmosferze, odwiedzałem muzea, a nade wszystko dwie biblioteki: Bibliotekę Polską przy quai d’Orléans oraz Bibliothèque Nationale. Miałem wówczas w Paryżu nawet „swój” hotelik, w którym z zasady się zatrzymywałem (na Wyspie św. Ludwika, przy ul. Św. Ludwika pod numerem 45, w hotelu noszącym imię tego świętego króla Francji).

Z chwilą gdy latem 1973 roku powróciłem do kraju, urwały się także i moje wyprawy do stolicy Francji. Ale los uśmiechnął się do mnie po raz drugi: wczesną wiosną 1984 roku! Przypadkowe spotkanie w Krakowie z prof. Marią Delaperrière, moją niegdysiejszą koleżanką ze studiów na UJ, która właśnie objęła obowiązki kierownika katedry polonistyki w Narodowym Instytucie Języków i Cywilizacji Wschodnich w Paryżu (Institut National des Langues et Civilisations Orientales) sprawiło, że jesienią tego roku stawiłem się w stolicy Francji do pracy w INALCO. Objąłem w Instytucie etat lektora, choć z góry wiedziałem, że będę prowadził, oprócz lektoratu, także wykłady z literatury i kultury polskiej. Uznałem jednak, że skoro dla króla Henryka IV Paryż „wart był mszy”, to i ja otrzymywałem od Opatrzności niezwykłą, a na owe czasy właściwie niepowtarzalną szansę spędzenia kilku lat w tym czarodziejskim mieście.

Mój pobyt w Paryżu trwał osiem semestrów akademickich (od jesieni 1984 do lata 1988). Ponieważ wyjechałem do Paryża sam, bez rodziny (żona z dziećmi raz w roku przyjeżdżała do mnie na okres dwóch – trzech tygodni), mogłem bez większego trudu zanurzyć się w życie tego miasta. Oczywiście, bardzo wiele czasu zajmowało mi przygotowywanie się do zajęć (szczególnie do trzech różnych wykładów, w tym dwóch – prowadzonych w języku francuskim). Ale, przyzwyczajony do dobrego gospodarowania czasem, nie omieszkałem korzystać z jakże bogatej oferty kulturalnej nadsekwańskiej metropolii (wystawy, teatry, kina). Nade wszystko jednak z podjęcia pracy w miejscowych bibliotekach i archiwach. Moją aktywność z pierwszego okresu pobytu w stolicy Francji dobrze dokumentuje drukowany tu jako część pierwsza książki Dziennik paryski.

Wiosną 1985 roku w czasie pracy w Bibliotece Polskiej natknąłem się na nikomu nieznane i nieopracowane bogate archiwum Józefa Gałęzowskiego, wieloletniego dyrektora Muzeum Narodowego Polskiego w Rapperswilu. Za zgodą pracowników Biblioteki zająłem się porządkowaniem bardzo bogatej korespondencji Gałęzowskiego. W czasie tej pracy pojawił się pomysł przygotowania w oparciu o odnalezione materiały pracy, którą roboczo zatytułowałem Ludzie Rapperswilu, a która mogłaby stać się ważnym przyczynkiem do dziejów tej jakże zasłużonej instytucji polskiej na Wychodźstwie, której zbiory, przewiezione do kraju na mocy decyzji Sejmu RP, spalili w 1944 roku Niemcy po stłumieniu powstania warszawskiego. Pracowałem nad archiwum Gałęzowskiego blisko rok, zebrałem też rzeczywiście bogate materiały. Książki jednak do dzisiaj nie napisałem, choć wciąż żywię nadzieję, że nadejdzie pora na skorzystanie z poczynionych w Paryżu wypisów z korespondencji tej miary ludzi, co Władysław Plater – założyciel Muzeum, Henryk Bukowski, Teodor Tomasz Jeż, Agaton Giller, Karol Lewakowski, Stefan Żeromski czy Zygmunt Wasilewski. Książki o „ludziach Rapperswilu” nie napisałem, wciągnęło mnie bowiem bez reszty nowe biblioteczne „odkrycie”: niezwykle bogate archiwum Kazimierza Woźnickiego, człowieka, który na przełomie XIX–XX wieku był niewątpliwie najważniejszym organizatorem życia kulturalnego i artystycznego polskich pisarzy, poetów czy malarzy, którzy na dłużej czy krócej osiedlili się w stolicy Francji. Wkrótce dotarłem do archiwów innych „paryskich” Polaków, co w konsekwencji pozwoliło mi przygotować monografię pt. Paryż młodopolski, wydaną w 1993 roku, a tutaj przedrukowywaną jako część druga niniejszej książki.

Na tym jednak nie poprzestałem. Prowadzone w bibliotekach paryskich poszukiwania pozwoliły mi zebrać materiały, które wykorzystałem już po powrocie do kraju do napisania drukowanych tu w części trzeciej książki dziesięciu rozpraw i szkiców. Nie wszystkie ściśle dotyczą spraw związanych z Paryżem, do wszystkich jednak zebrałem materiały w czasie pobytu w stolicy Francji.

Jak widać, także i ten tom „tryptyku europejskiego” jest swoistym moim pamiętnikiem z czterech lat spędzonych w stolicy Francji. Pamiętnik to nietypowy, złożony bowiem z różnorodnej materii. Daje on jednak wyobrażenie o moich zatrudnieniach naukowych w czasie pobytu w Paryżu. Mam też nadzieję, że jego lektura przyniesie czytelnikom nieco radości, że dowiedzą się o sprawach szerzej nieznanych, które potwierdzają siłę związków kulturalnych i literackich polsko-francuskich. Tego im i sobie w każdym razie życzę.

Kraków, 13 kwietnia 2008

Część pierwsza

Dziennik paryski (12 listopada 1984–9 listopada 1985)

12 listopada 1984

Pełen niepokoju, ale i nadziei, ląduję na lotnisku Orly-Sud. Pierwsze wrażenie onieśmiela. Przed kilkunastu laty lądowałem na Le Bourget. Było to lotnisko bardziej swojskie, trochę prowincjonalne. Tu, na Orly, z każdego kąta przemawia do przybysza rozmach, nowoczesność, potęga. Już tutaj podróżny zdaje się tracić resztki swojej osobowości – którą tak wysoko cenił jeszcze przed chwilą, w powietrzu. Staje się ziarenkiem piasku w przesypującej się machinie czasu. Obsługa pasażerów odbywa się taśmowo, szybko, sprawnie. Po odbiór bagaży trzeba przejść kilkaset metrów. Nikt ich oczywiście nie sprawdza, nikogo nie obchodzą...

Ale Paryż to miasto niespodzianek. Oto, zaledwie odetchnąłem jego powietrzem – jeszcze tutaj świeżym, bo to wszak około 40 km od centrum miasta – a już spotykam przyjaciółkę mojej rodziny od lat kilkunastu. To Cilick, czyli pani Cécile Santamaria, która w ostatniej chwili (na kilka godzin przed moim przyjazdem), odebrawszy wiadomość o moim przyjeździe, stawiła się na powitanie. Radość obopólna. Upłynęło ponad 12 lat od naszego ostatniego spotkania, a wydaje się, że było to zaledwie wczoraj, może – przedwczoraj. Dzięki pomocy Cilick (to jej pseudonim literacki, który wszedł jednak w użycie także w środowisku domowym i znajomych) szybko docieram do Paryża. W stacji PAN-u, przy ulicy Lamandé, zarezerwowałem sobie pokój. Mam więc gdzie się zatrzymać! Ale nie tylko to. Oto w bramie wejściowej do tak bliskiego sercu setek polskich uczonych, stypendystów, profesorów budynku przy Lamandé spotykam przyjaciela z dawnych lat, prof. Tadeusza Bujnickiego. Od miesiąca mieszka tutaj, jako stypendysta francuskiego MSZ-etu. Przyjaciel wita mnie po polsku – sercem i... butelką Côte-du-Rhône! Czyż może być cieplejsze przyjęcie? Nic zatem dziwnego, że gdy około północy zasypiam na trochę twardym łóżku, błogosławię Los za opiekę.

13 listopada 1984

To dzień mojej „instalacji” na Uniwersytecie. Z dalekiego Chartres przyjeżdża moja nowa szefowa z Institut National des Langues et Civilisations Orientales, prof. Maria Delaperrière. O dziesiątej stajemy u bram Cité Universitaire. Początki są dobre. Okazuje się, że prośba szefowej została uwzględniona i otrzymuję przydział do pokoju 325 w Collège Néerlandais. Pokój zwyczajny, z umywalką. Łazienka wspólna na piętrze. Jest za to Regulamin, w którym wypisano, ilu to rzeczy zabrania się lokatorowi (prania, gotowania, używania dodatkowego oświetlenia...). Na szczęście podobno regulaminy wymyślono po to, by istniały, nie zaś po to, by ich przestrzegano! Mam zatem miejsce w akademiku!

 

Drugi próg do przeskoczenia jest o wiele trudniejszy: to „instalacja” na uczelni. Panie z administracji są wprawdzie bardzo miłe, ale żądają wypełnienia kilkunastu dokumentów, przedstawienia kilku innych... Na szczęście i ta barykada zostaje zdobyta. Przy okazji poznaję miejsce pracy: pałac przy rue de Lille 2. Budynek „sympatyczny”, choć niewiele wydaje się mieć wspólnego z nowoczesnością. Salki wykładowe rozrzucone są po okolicznych budynkach (na szczęście niezbyt daleko). W Institut National des Langues et Civilisations Orientales (INALCO) naukę pobiera wcale spora grupa młodzieży, naucza się tu bowiem grubo ponad 80 języków. Nie widać jednak ruchu, życia uczelni. Zwraca uwagę kameralny, swojski nastrój. Taki nastrój panuje także w czasie mojej rozmowy z wiceprezydentem INALCO, prof. La-Bridle’em, odpowiedzialnym za sprawy słowiańskie. Przed rokiem był on gościem UJ, teraz ma okazję do rewanżu. Przynajmniej w słowach.

Załatwienie spraw administracyjnych zajmuje mi cały dzień. Ani się spostrzegłem, gdy nadszedł wczesny listopadowy wieczór. O przeprowadzce dziś nie ma co marzyć. Po prostu sił nie staje... Zmęczony przeżyciami dnia padam na łóżko w hotelu przy Lamandé. Nie mam czasu nawet na uporządkowanie myśli, zebranie pierwszych wrażeń. Jutro wszak na 8.30 muszę dotrzeć na uczelnię i podjąć zajęcia. Życie nie rozpieszcza, stawia ostre wymogi.

14 listopada 1984

Dziś inauguracja moich zajęć. Wszystko zaczyna się pod dobrym znakiem. Do kilkorga słuchaczy mówię o literaturze Polski najdawniejszych wieków. Mówię po francusku, z polskim językiem mają bowiem jeszcze spore kłopoty. Zainteresowanie spore. Może to dobry znak?

Na kolejnych zajęciach (mam ich w tym dniu 5 godzin) stawia się kilkanaście osób. Nawiązuję pierwsze znajomości. Studenci – jak zazwyczaj – o bardzo powikłanych biografiach. Tylko dwie osoby pochodzą z Polski (podobno w dawnej Sorbonie, czyli w dzisiejszym Paris IV, Polacy dominują). Reszta to Francuzi, ale są także słuchacze z Afryki, ze Stanów Zjednoczonych i inni.

Skład mojej grupy ćwiczeniowej w pewnym sensie odbija charakter dzisiejszego Paryża, miasta coraz mniej francuskiego, coraz bardziej kosmopolitycznego. Moje wspomnienia sprzed lat dwunastu – trzynastu zostają teraz wystawione na ciężką próbę. Miasto bowiem nie tylko zmieniło się zewnętrznie. Pojawiły się nowe dzielnice, nowe osiedla. Zmienił się nade wszystko jego charakter. Przynajmniej w niektórych dzielnicach. W okolicach Lamandé, placu Clichy, ale także w wielu innych dominują zdecydowanie Afrykanie i Arabowie. Na niektórych liniach metra to oni właśnie panują bez reszty. Biały paryżanin staje się tu rzadkością...

Ogromny napływ Afrykanów i Arabów z dawnych kolonii francuskich zmienia oblicze Paryża. Stolica Francji nabiera charakteru orientalnego, południowego. Czy proces ten zostanie zahamowany, o co wołać zaczynają coraz głośniej niektórzy politycy, należy wątpić. Życie ma swoje prawa. Imigracja z Afryki do Francji trwa. Paryż coraz bardziej staje się metropolią kolorowych. I nikt chyba nic na to nie poradzi.

15 listopada 1984

Dziś spędziłem pierwszą noc w Cité Universitaire. Wieczorem, przy znaczącej pomocy przyjaciela Tadeusza, przeprowadziłem się do „własnego” pokoju w Collège Néerlandais! Pokój duży, jasny. Ma jednak swoje niewygody. Przede wszystkim jest zimny! W nocy porządnie zmarzłem. Trzeba było wstawać, narzucać na łóżko kurtki i płaszcze, zimno bowiem dało się mi mocno we znaki. Niewesołe perspektywy...

W tej sytuacji rozgrzewa mnie tylko wiadomość z domu. Właśnie wczoraj wieczorem udało mi się dodzwonić do Krakowa. Co za radość usłyszeć głosy bliskich, powiedzieć im, że wszystko toczy się dobrze, że nie ma się o co niepokoić! To pozwala przetrwać nawet najgorsze. W tym kontekście łatwiej mi przełknąć gorzką pigułkę, jaką zgotowano mi w czasie wizyty w ambasadzie.

Wybraliśmy się do ambasady z przyjacielem Tadeuszem. Zgodnie bowiem z instrukcją, jaką otrzymaliśmy przed wyjazdem, jest to nasz obowiązek. Przyjaciel miał jeszcze złudzenia, że porozmawiamy tam z kimś, że ktoś się zainteresuje naszym losem. Ja, pamiętając o swoich dawniejszych przygodach, byłem ostrożniejszy. I oczywiście miałem rację (choć doprawdy nie chciałbym mieć tej właśnie satysfakcji!). W ambasadzie „załatwiono” nas na stojąco – kazano wypełnić obszerne ankiety i możliwie szybko ruszyć w świat. Jedna jedyna panienka, która raczyła zjawić się w poczekalni, oświadczyła nam, że dziś wszyscy mają bardzo dużo zajęć, a ona szczególnie. Zrozumieliśmy w lot. Po kilku minutach byliśmy już na ulicy. Wolni, spokojni, ze świadomością spełnionego „obowiązku”. Tylko gdzieś tam głęboko raz po raz odzywała się niespokojna myśl – czy też i oni mają podobną świadomość. Czy świadomość taką posiada także ten jakże arogancki odźwierny, którego nie stać było nawet na zwykłe „dzień dobry”. Czy posiada ją także i owa panienka, i owi mityczni „panowie”, wszyscy tak bardzo zajęci!?

Na szczęście dzisiejszy dzień przynosi także i radośniejsze chwile. Przede wszystkim okazuje się, że mam prawo korzystać ze stołówki studenckiej w Cité Universitaire. Wprawdzie płacę pełną taryfę za obiad (17,70 franków), jest to przecież wieść bardzo pocieszająca. Skoro mam gdzie spać i co jeść, na bok muszą ustąpić wszelkie inne kłopoty.

16 listopada 1984

Dziś w programie oprócz wielu innych zajęć miałem dwie wizyty. Pierwsza na prefekturze policji. Trzeba wszak podjąć starania o kartę pobytu (carte de séjour). Niestety, wizyta zakończyła się niepowodzeniem. Tłum cudzoziemców, przede wszystkim studentów z Cité, szczelnie wypełniał pomieszczenie. Godzinne oczekiwanie w kolejce przekonało mnie, że trzeba spróbować kiedy indziej, dużo wcześniej. Tym bardziej że czas biegnie, a w południe mam spotkanie z dyrektorem Instytutu Polskiego. Na szczęście przynajmniej ta wizyta przebiega pomyślnie. Pan Klimkiewicz sprawuje urzędową opiekę nad Polakami pracującymi w uczelniach francuskich w ramach umowy kulturalnej polsko–francuskiej. Orientuje się dość dobrze w sytuacji poszczególnych ludzi, choć niektóre sprawy widzi w wyostrzonym świetle, zbyt jaskrawo. Cóż, ostatnie, wcale niełatwe lata kazały mu widocznie dmuchać na zimne...

Czy współpraca nasza się ułoży? Obaj mamy taką nadzieję. Życie odpowie samo. Zobaczymy. W każdym razie chęci nie brakuje. Tym bardziej że wszystko wskazuje na to, iż będę musiał szukać pomocy w bibliotece Instytutu. Zajęć mam w uczelni sporo (14 godzin tygodniowo!), nieodzowna musi być więc pomoc bibliotekarska.

W czasie chwilowej zadumy stwierdzam, że właściwie od kilku dni żyję prawie wyłącznie w Paryżu podziemnym! Masa spraw, jakie muszę załatwić w coraz to innym miejscu miasta, sprawia, że bez przerwy jeżdżę metrem. Czuję się też tutaj zupełnie dobrze, swojsko. Bez pudła wybieram właściwy kierunek, zmieniam linie, wędruję podziemnymi korytarzami... Ani się spostrzegłem, że w ten sposób stałem się obywatelem miasta, które przed półtora wiekiem tak barwnie opisał był Wiktor Hugo.

Wędrówka paryskim metrem to prawdziwa przygoda. Właściwie każda linia ma swój własny charakter. Jedne przypominają jako żywo Paryż przedwojenny: jeżdżą po nich wysłużone stare zestawy – pociągi (po 5 wagonów w każdym zestawie, środkowy wagon kl. I). Inne – centralne – tchną nowoczesnością, elegancją. To już metro przyszłości (np. linia pospieszna RER). Odrębna sprawa to stacje. Jest ich chyba kilkaset. Każda z nich ma swój własny wystrój. Do jednych zawitała nowoczesność wraz z ruchomymi schodami, trasami szybkiego ruchu (np. Montparnasse-Bienvenue), w innych wciąż jeszcze stare windy wywożą pasażerów na powierzchnię ziemi. Wszystkie – zgodnie ze starym paryskim zwyczajem – przyjęły funkcję głównego centrum reklamowego. Na szczęście reklamy te są stosunkowo spokojne, nie atakują przechodnia. Zginęła dawna ich agresywność. Tak, jak wycofana została ze stacji metra rozpowszechniona niegdyś sprzedaż w automatach gumy do żucia. Dziś to już przeszłość. Kto był sprawcą tej odmiany, nie potrafię odpowiedzieć. Dość, że zaginęła ta tradycja. Nie tylko ona.

17 listopada 1984

Spisywanie tego dziennika zaczyna stawać się interesującym przedsięwzięciem. Czy starczy mi sił i ochoty na zapełnianie tych stronic, na odnotowywanie tego, co jest tego godne? Przecież nie sposób opisać wszystkiego. Czy zapisywać tylko wrażenia o świecie? A może dać więcej miejsca zwierzeniom własnym? Pytania te mnożą się nie bez kozery. Wczoraj spędziłem kilka wieczornych godzin przy biurku. Przygotowując wykłady, wypadło mi sięgnąć do Dziejów kultury polskiej Aleksandra Brücknera. Do dzieła niezwykłego, pełnego fajerwerków i niespodzianek, monumentalnego, a przy tym bardzo osobistego! Jakże daleko odbiega ono od obowiązującej dziś zasady tzw. obiektywizmu! Brückner wydaje sądy bez najmniejszych skrupułów. Jednych kreuje na bohaterów, innym odmawia prawa do pamięci. A wszystko to znajduje wsparcie w jego jakże znakomicie pojemnej pamięci! To umysł doprawdy na miarę renesansu!

Czytając Dzieje kultury polskiej nie sposób nie postawić pytania: co ważniejsze – człowiek czy świat, myśl czy czyn? Brücknera interesowali przede wszystkim ludzie. A mnie? Na razie pytanie to niech pozostanie bez odpowiedzi.

Dziś sobota. Na dworze leje, zimno, wieje wiatr. Nie chce się nawet wychylić nosa z domu. Od ranka siedzę przy biurku i pracuję. Po obiedzie nie sposób jednak wysiedzieć. Wraz z Tadeuszem ruszamy do serca Paryża, na Plac Zgody (Place de la Concorde). W listopadowym deszczu zlewają się kontury stojącej nieopodal wieży Eiffla. Nad placem zaś – niby okrzyk rozpaczy – wznosi się ku górze obelisk z Luksoru. Wyrwali go kiedyś przodkowie dzisiejszych mieszkańców Paryża z dalekiego Egiptu, przewieźli tutaj i postawili na znak swej potęgi. Dziś luksorski monument zdaje się głosić zmęczonemu bezustanną gonitwą światu jedną jedyną prawdę: o upływie czasu, o sile materii i nietrwałości pamięci człowieka. Przed dziesiątkami wieków, w starodawnym Egipcie, artyści mozolili się nad wykuciem w twardym kamieniu prawd o ich własnym świecie. Dziś pamięć o nich przepadła. Odeszły także w niepamięć prawdy, które zaklęli w tym kamieniu. Na Placu Zgody stoi dziś głuchy na świat, na jego bolesne wstrząsy i konwulsje, pomnik-wyzwanie, pomnik-przestroga. Czy go zauważają paryżanie? Może go widzą z okien swych wspaniałych samochodów. Ale nie potrafią już, niestety, czytać wyrytych na nim znaków. Niestety, nie wiedzą, dlaczego go odkuto w kamieniu...

Przyjechaliśmy na Plac Zgody przede wszystkim w nadziei odwiedzenia pałacu Jeu de Paume – wspaniałego muzeum impresjonistów. Przyjechaliśmy mimo najgorszej listopadowej pogody. Czy zostaniemy nagrodzeni? Kłębiący się w wejściu do muzeum różnojęzyczny, przemoknięty tłum nie zachęca. Będzie tłok! Nie ma jednak wyboru. Degas, Renoir, Manet, Monet, Cézanne, Van Gogh... są tuż obok! Jakże im nie złożyć choćby krótkiej wizyty? Jakże im się nie pokłonić? Tak, pokłonić. Bo na zawarcie bliższej znajomości z tymi płótnami przyjdzie pewnie czas. Dziś, w tym tłumie, przy boku przyjaciela nie ma możliwości zaznajomienia się z nimi. Do muzeów najlepiej chodzić samotnie w czasie, gdy inni zajęci są swoimi sprawami... Cóż więc da mi dzisiejsza wizyta? Dużo i mało. Daje przede wszystkim możliwość ogarnięcia ogromu dorobku impresjonistów. To bogactwo, od którego dostaje się zawrotu głowy. Jakże dziwny, inny świat wydał tych artystów! Jakże inni byli oni sami! Każdy z nich był osobowością, każdy szukał swojej własnej drogi. A przecież nie sposób nie wskazać na wspólne ich korzenie. Na pozór niewiele jest wspólnego między Monetem a Van Goghiem, Cézanne’em a Gauguinem. Każdy z nich widział otaczający świat inaczej, próbował go odtworzyć – bądź stworzyć – przy użyciu swej własnej techniki. A przecież łączy ich nie tylko epoka, która ich wydała. Nie tylko koncepcja światła na płótnie, nie tylko podobny rodowód. Łączy ich nade wszystko chyba umiłowanie życia. Z setek zawieszonych w pałacu Jeu de Paume obrazów ponad wszystko woła prawda o pięknie świata, o radości życia. Zarówno baletnice Degasa, jak żniwiarze Van Gogha, tahitańskie dziewczęta Gauguina i damy Moneta, goście prowansalskiej oberży Cézanne’a i panienki paryskiego półświatka Toulouse-Lautreca – wszyscy oni zdają się cenić życie, radować się nim. Czy cenili je modele artystów – nie wiem. Wiem jednak, że cenili je sami artyści. Toteż malowali swoje obrazy z radością, a może i z przekleństwem na ustach. Nie mieli jednak wyboru. Życie ich zmuszało do tego. Musieli się mu poddać, stać się jego apostołami...

 

Niestety, nie są apostołami życia bywalcy baru „Hôtel-Ellen” z rue Ferdinand Duval w IV dzielnicy Paryża. Postanowiłem odwiedzić ten bar, mam bowiem wiele do niego sentymentu. Przed kilkunastu laty to tutaj właśnie poznałem rodaka z mojego Radłowa, człowieka, którego Los jeszcze w latach dwudziestych wyrzucił na paryski bruk. Nie dziw więc, że, skoro Tadeusz zaproponował „postimpresjonistyczną” kawę, skierowaliśmy się właśnie tutaj.

Bar „Ellen” właściwie w niczym się nie zmienił. Życie dookoła biegnie naprzód, ale on wciąż istnieje. Wciąż też można w nim spotkać – chociaż coraz rzadziej – polskich rozbitków z lat międzywojennych. Wypędzeni z rodzinnych domów przez kryzys lat trzydziestych, inni przez wojnę, znaleźli w barze „Ellen” swoisty azyl. Tu się schodzą, tu dyskutują, tu się kłócą i radują. Właściciel baru, pan Jakub, zna wszystkich. Wie, kto lubi piwo, kto wino czerwone, kto zaś może pozwolić sobie na pastisse lub pernod. Niestety, dzisiejsza nasza wizyta w barze „Ellen” przebiegła w nastroju melancholii. Mój rodak zmarł przed rokiem. Nikt nie wie, gdzie go pochowano. Owszem, dobrze pamiętają go. Palił zawsze cygara, był bardzo honorowy – powiada pan Janek. Inny gość dorzuca – spierał się zawsze ze Staszkiem z Warszawy, z tym kapelusznikiem. Dziś nie ma już ani Pawła, ani Staszka. Odeszli na zawsze. Ich dawni koledzy przy „balonie” czerwonego wina chcą zapomnieć o swej starości i samotności. Czekają na chwilę, gdy przyjdzie ona – wybawicielka i zamknie im oczy na zawsze. A wtedy nie odwiedzą już baru „Ellen”. Wprowadzą się do niego pewnie nowi lokatorzy, koledzy i kompani owego Ryśka, który porzucił był właśnie studia w Krakowie i przyjechał tu, do Paryża, na zarobek. Na razie pracuje od czasu do czasu jako pomocnik tapeciarza, wieczorami zaś zmywa naczynia u wujka w barze „Ellen”. Może za miesiąc, może za rok „stanie na nogi”. Dostanie wówczas „papiery”, zacznie zarabiać, żyć... Po to, by po latach znów przychodzić do jakiegoś baru „Ellen” w poszukiwaniu wspomnień o rodzinnym, dalekim kraju, by topić te wspomnienia w lampce czerwonego cienkusza...

18 listopada 1984

Dziś niedziela, dzień świąteczny. Najpierw odwiedzam serce Paryża, czyli katedrę Notre-Dame. Nabożeństwo o godzinie 10.00 ma charakter uroczysty. Środkową, potężną nawę wypełniają wierni. Boczne nawy, odgrodzone wysoką drewnianą zaporą, służą setkom turystów za miejsce – stosunkowo wygodne – do zwiedzenia świątyni, a także przyglądnięcia się trwającemu właśnie nabożeństwu.

Samo nabożeństwo przebiega w nastroju powagi i podniosłości. Kapłan wygłaszający naukę mówi pięknie i przekonująco. Nawołuje wiernych do przestrzegania podstawowych kanonów moralności chrześcijańskiej, zarówno w życiu osobistym, jak i społecznym. Pięknie brzmi w starych murach katedry głos chóru – szczególnie w momencie gdy śpiewa po łacinie Credo. Mimo prób trudno przecież skupić się w czasie nabożeństwa. Z jednej strony ogrom tej budowli, z drugiej tłumy przechodzących obok turystów, bezustannie błyskających elektronicznymi lampami aparatów fotograficznych, z trzeciej zaś świadomość jakże długiej i bogatej historii tej świątyni – wszystko to sprawia, że nie sposób oderwać się od otaczającego świata i zastanawiać się nad pięknymi i mądrymi prawdami, o jakich mówi kapłan od ołtarza.

To dziwne, ale Notre-Dame de Paris, pełniąc dziś tak różnorodne funkcje – świątyni, zabytku historycznego, centrum ewangelizacji dorosłych etc. – przykuwa do siebie uwagę nade wszystko chyba swą niepowtarzalną urodą. Nawet dzisiaj, w dzień deszczowy, fascynuje swą koronkową, niepowtarzalną, pełną najbardziej zaskakujących rozwiązań architekturą. Średniowieczni artyści zaiste musieli w czasie przygotowań do tej pracy być w prawdziwym natchnieniu twórczym. Pozostawili nam bowiem arcydzieło architektury, które zachwyca, ale którego nie sposób zrozumieć, wyjaśnić, zgłębić.

Urzeczony urodą architektury i atmosferą wspaniałej świątyni z tym większą radością spieszę na spotkanie z przyjaciółmi, z którymi rozstałem się przed dwunastu laty. José i Cilick w dawnych, prowansalskich latach należeli do najbliższego kręgu moich znajomych. Z radością spieszę teraz do nich. Jak się dowiaduję, właśnie się przeprowadzili. Mieszkają obecnie w jednym z kilkudziesięciu podparyskich osiedli-satelitów. Zajmują cztery pokoje, kuchnię. Miejsca sporo, choć niegdyś wydawało się, że było go więcej. To sprawa dzieci, które w tych latach dorosły, zaczęły się usamodzielniać. Pablo, ten bodaj najbardziej ulubiony przez rodziców syn, od roku pracuje w Tunezji, odrabiając w ten sposób służbę wojskową. Mała niegdyś Ewa, piękna czarnooka pół-Polka, pół-Hiszpanka, a właściwie Francuzka, od pewnego czasu mieszka wraz z Davidem. Właśnie jutro mają przenosić się do nowego trzypokojowego mieszkania. Zakupiła je dla nich matka Dawida... A Miguel? Ten nieznośny niegdyś chłopaczek? Właśnie dziś obchodzi swe dwudzieste urodziny! Ach, ten czas...

Może najmniej zmian zaszło w José i Cilick. Przyprószyła ich mocno – to prawda – jesienna siwizna. Ale wygląda na to, że się nie zmienili. Chociaż to niezupełnie tak. Zmiany zaszły także w nich, i to spore. Cilick – jak dawniej wprawdzie z upodobaniem zajmuje się poezją, sprawami zaświatowymi, astrologią, tajemniczymi promieniami, robi to jednak z daleko większą rezerwą. Jakby dobrze sobie zdawała sprawę z tego, że trzeba chronić ten azyl przed rozpadem, ale – że jest to tylko azyl. José także wyraźnie przekroczył pewną granicę. Niegdyś był zawołanym zwolennikiem prawicy, dziś z przekonaniem broni polityki socjalizującego rządu. Ale nie tylko w polityce zmienił on swe wybory. Także w życiu codziennym stał się mniej dziarski (to daje o sobie znać pięćdziesiątka!), mniej miękki w stosunku do Cilick... Jakby życie dało mu więcej zgryzot niż radości, zmusiło go do większego wysiłku, pracy.

W domu José i Cilick spotykam sporo gości. Przy stole, przy lampce beaujolais (Beaujolais est arrivé! – wołają wszędzie napisy), przy kolejnych potrawach, płynie rozmowa dosyć wartko. Oczywiście, nie sposób pominąć spraw polskich. Daje się zauważyć, jak właściwie opinie wszystkich są ogromnie uproszczone. Prawdy, które wygłaszają, są tylko bladymi kalkami rzuconych przez dziennikarzy i polityków haseł. Ale na dobrą sprawę trudno się im dziwić. Kto im ma dać ową pełną wiedzę o tym, co się u nas dzieje? Nie dziw więc, że w czasie rozmowy raz po raz padają okrzyki zdziwienia: ależ to niemożliwe, my o tym nie wiemy, to zupełnie inaczej wygląda z naszej perspektywy...

Każda, nawet najlepsza wizyta musi mieć swój koniec. Ma swój koniec – a nawet i epilog – i ta. Oto bowiem, kiedy około 19:00 opuszczamy gościnny dom Cilick i José, aby powrócić do Paryża, pojawia się nieoczekiwany kłopot: golf Davida nie chce zapalić! Trzeba go popchnąć. Odkładam na bok torbę z notatnikami i kocem – wypożyczonym od Cilick, bo w Cité zimno – i pomagam, ile mogę. Auto w końcu udało się uruchomić. Niestety, nie udało się odzyskać mojej torby! Przepadła na zawsze! Wystarczyło kilka minut, by znikła. Komuś się przydała! Cóż, takie jest życie. Od pierwszego dnia pobytu w Paryżu przestrzegano mnie przed złodziejami. Nie ustrzegłem się i trzeba było opłacić chwilę nieuwagi! Na szczęście dokumenty i pieniądze zostały. Na szczęście...

19 listopada 1984

Początek drugiego tygodnia pobytu w Paryżu. Dzień zaczynam pod dobrym znakiem. Oto w drodze na zajęcia wstępuję do przepięknego starego kościoła Saint-Germain-des-Prés. Mam przystanek metra tuż przy tej świątyni. Nie sposób jej ominąć. Już drugiego dnia pobytu zaglądnąłem tu na chwilę. Dziś mam więcej czasu. Podziwiam też wspaniałe romańskie mury, znakomitą robotę kamieniarską dawnych mistrzów, pochłaniam atmosferę ciszy i spokoju, tak niezwykłą w tej okolicy. Przecież o kilkanaście kroków stąd płynie wartkim strumieniem bulwaru St. Germain fala samochodów, po drugiej stronie placyku, tuż naprzeciw wejścia do kościoła, znajduje się sławna w dziejach literatury europejskiej i światowej kawiarnia „Aux Deux Magots” (to tu w okresie powojennym zwykła się zbierać śmietanka literatów, tu wydawano sądy o literaturze, tu ferowano wyroki literackie, które obiegały cały świat!), a tymczasem w tej świątyni, pośród tych murów – azyl ciszy i spokoju. Przechadzam się powoli wzdłuż bocznej lewej nawy i nagle... tak, to tu! To właśnie tu, w kościele St. Germain-des-Prés znajduje się grobowiec naszego króla Jana Kazimierza. Wszak to tutaj nasz król był opatem w ciągu ostatnich czterech lat życia, tu go pochowano w 1672 roku (dopiero po latach przewieziono jego prochy do wawelskiej katedry). Grobowiec królewski wygląda pięknie. Spoglądając nań jakoś nie mogę się opędzić przed refleksją. Jakież wyroki zawiodły cię, Janie Kazimierzu, aż tu, do miasta rozciągającego się nad brzegami Sekwany? Ty, królu, któremu wypadło przejść w życiu tyle nieszczęść, który z uporem walczyłeś o wolność kraju, którego zdradzali tchórzliwi senatorowie i kanclerze, Radziejowscy, Radziwiłłowie i dziesiątki innych, który przysięgałeś w katedrze lwowskiej, że otoczysz opieką chłopów polskich, ty, królu, nie zdzierżyłeś. Złożyłeś koronę i dobrowolnie udałeś się do Francji, aby tu oczekiwać śmierci. Byłeś tragicznie wielkim w tym geście, niepowtarzalnym w naszych dziejach. Miałeś prawo nosić tę koronę do śmierci. A jednak zrzekłeś się jej, czułeś bowiem, że to wysiłek ponad Twoje siły! Trzeba było mieć, zaiste, wiele wewnętrznej siły, by podjąć taką decyzję. Ty ją podjąłeś. Choć zdawałeś sobie sprawę, że nie przysporzysz sobie tym sławy u swoich poddanych. Podjąłeś ją, choć musiałeś przeczuwać, że nie będzie już dla Ciebie powrotu do rodzinnego kraju. Stałeś się też dobrowolnym wygnańcem-tułaczem na całą wieczność. Nie przychodzą do Twego grobu szkolne wycieczki, by uczyć się narodowej historii. Nie odwiedzają Cię tysięczne tłumy turystów. Tylko od czasu do czasu przyjdzie tu do Ciebie jakiś Polak, jak Ty – tułacz, i pomyśli, że nie jest sam, bo przecież kilka wieków wcześniej tułaczy szlak z ziemi polskiej do francuskiej przebył sam król. To niewiele! A jakże dużo zarazem...