Fircyk w zalotach

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Franciszek Zabłocki

Fircyk w zalotach

Komedia w trzech aktach

Warszawa 2020

Spis treści

ODA

OSOBY

AKT I

Scena I

Scena II

Scena III

Scena IV

Scena VII

AKT II

Scena I

Scena II

Scena III

Scena IV

Scena V

Scena VI

Scena VIII

Scena IX

Scena X

Scena XI

Scena XII

AKT III

Scena I

Scena II

Scena III

Scena IV

Scena V

Scena VI

Scena VII

Scena VIII

Scena IX

Scena X

Scena XI

Scena XIII

Scena XIV

Scena XII

ODA

DO NAJJAŚNIEJSZEGO STANISŁAWA AUGUSTA KRÓLA POLSKIEGO WIELKIEGO KSIĄZĘCIA LITEWSKIEGO etc. PANA MIŁOŚCIWEGO PRZY PODANIU NA POSIEDZENIE CZWARTKOWE TEJ KOMEDII

Wpośrzód tylu spraw ważnych, wpośrzód starań tyla,

Które cię zaprzątają, NAJJAŚNIEJSZY PANIE,

Godzi się, chociaż jedna, odetchnieniu chwila,

Godzi się pracy, chociaż na moment, przerwanie:

Nadto się wiele trudzisz k’woli Twojej sławie;

Będziesz ją miał, choć oddasz chwilę i zabawie.

Wszak nie zawsze się Jowisz rządem świata trudzi?

Prace i troski jego lube dzielą wczasy.

Miał i on niegdyś krnąbrny dla się rodzaj ludzi;

Miewał do pokonania zuchwałe gigasy;

Wrócił na koniec niebu spokój pożądany

I pierwszy przed wszystkimi sam spoczął niebiany!

Muzo, korzystaj z tych chwil! Bardzo trudno o nie.

Rzadko naszego Pana w spoczynku widzimy;

I teraz, gdy się zdaje bawić w miłym gronie,

Kto wie! jeśli nie myśli, że ma świat olbrzymy;

Że ta, co się w tysiącznych przemianach układa,

Nie przeto, że stłumiona, nie chce broić zdrada.

Muzo, przerwij te myśli Panu! Jego zdrowie

Bardzo długo dla polskiej potrzebne jest doli.

Życie wasze jest naszym, o dobrzy królowie!

Wątlić go nie do waszej zostawiono woli.

Gdzie wielkość duszy z cnotą, tam i pomoc nieba;

Masz je, Królu – troskliwych myśli mieć nie trzeba.

Ale skąd te pochlebne przyszły mi nadzieje?

Abym mądrość mógł bawić, skąd to zaufanie?

Nie przejdęż tym zuchwalstwem śmiałe Bryjareje?

Przez wzgląd chęci, śmiałości racz darować, Panie!

Wszak dał kto hekatombę czy gołąbków parę,

Byle to czynił z serca, dobrą dał ofiarę.

I to mi tylko może służyć za obronę,

Ze się ważę z tym błahym, popisywać dziełem:

Pióro moje przez Ciebie, Królu, zachęcone.

Wziąłem medal, prze to się samo zadłużyłem

I choć Ci teraźniejszą ofiaruję pracę -

Dar Twój wielki! – W życiu się całym nie wypłacę.

WASZEJ KRÓLEWSKIEJ MCI PANA MEGO MIŁOŚCIWEGO WIERNY PODDANY

FRANCISZEK ZABŁOCKI

OSOBY

Aryst, mąż Klarysy

Klarysa

Podstolina, wdowa, siostra Arysta

Fircyk, staroście, kochanek Podstoliny

Pustak, sługa Arysta

Świstak, sługa Fircyka

Prawnik

Lokaj

Scena w domu wiejskim Arysta, blisko Warszawy.

AKT I

Scena I

PUSTAK

spostrzegając Świstaka

Nie mylę się; tak jest, on. Witaj, pożądany

Świstaku, urwipołciu, stary lisie szczwany!

Cóż tu robisz? Jak się masz? Czyś zdrów, czy wesoły?

Czy pieniężny?

sciskają się

ŚWISTAK

Zdrów, ale co goły, to goły.

PUSTAK

Świat dziś taki; przynajmniej, że cię widzę zdrowym.

Z kimże tu przyjechałeś?

ŚWISTAK

Z moim panem nowym.

Ale niech cię uściskam, mój luby Pustaku!

ściskają się powtórnie

PUSTAK

Takeś mi strojny! Byłeś niedawno w paklaku,

Teraz się taka świeci na tobie mamona,

Jak gdyby na ministrze króla faraona.

obzierając go

Suto! Suto! A wszystko od srebra i złota!

Przecie, skąd ta do ciebie zawinęła flota?

obziera go

Niech cię jeszcze obejrzę! Ale jakże gusto!

ŚWISTAK

Tak, gusto, gusto, ale za to w worku pusto.

Gdyby sto astronomów patrzało w kieszenie,

Grosz grosza nie zobaczy: takie tam zaćmienie!

Prawda, dość jestem strojny. To sukno w sagiecie

Angielskiej, jak rozumiesz, co kosztuje przecie?

PUSTAK

Przynajmniej ze sto złotych.

ŚWISTAK

A pętle, a guzy?

PUSTAK

Tyle drugie.

ŚWISTAK

Nic więcej, tylko cztery tuzy

Tryszakowe za ręką.

PUSTAK

To szczęśliwie właśnie!

ŚWISTAK

Ale za to szeląga! – Zapal, to nie trzaśnie!

Ujrzysz i mego pana; jak się on nadstawia,

Jak puszy, jak pstry cały, gdyby ogon pawia:

Olśniesz, bracie, gdy spojrzysz na jego błyskotki...

Wieszże, wiele ma w worku?

PUSTAK

Nie wiem.

ŚWISTAK

Dwa półzłotki.

PUSTAK

Dwa półzłotki? – To cienko koło was zekaty!

ŚWISTAK

Joby, Joby na oko, w rzeczy reformaty.

PUSTAK

Skądże szumicie?

ŚWISTAK

Czy znasz set keńz-lewa-plie?

Otóż ja z pana, a pan z tych dochodów żyje.

Znaczemy, jak panowie: hulanki, parady,

Gry, uczty, bale, tańce, umizgi, biesiady...

Słowem, że ci tak powiem, bicze krecim z piasku;

Ot, tak to, tak to, bracie, żyją po warszawsku.

PUSTAK

Wiem, wiem, bywałem kiedyś i ja tym furmanem...

Ale, skracając dyskurs, któż jest twoim panem?

ŚWISTAK

Opatrzność, co swej wszystkim opieki użycza,

Zdarzyła mi za pana młodego panicza.

Jest to człek znakomity, bo, jak sam powiada,

Ma tytuł starościca jeszcze od pradziada -

Ale przecie musiałeś słyszeć o Fircyku?

PUSTAK

I znam go. Któż by o tym nie słyszał wietrzniku!

Wszak to on z moim panem, kiedy są w Warszawie,

Brat a brat – jedną łyżką i na jednej strawie.

ŚWISTAK

Chwała Bogu, tym lepiej! Taką rzeczą teraz

Będziemy, przyjacielu, widywać się nieraz.

PUSTAK

Przecieś z swego Fircyka kontent?

ŚWISTAK

Jak się zdarzy.

Ale mu nigdy smutnej nie ukażę twarzy.

I wart tego. Natura dobra w nim i szczera;

Zacina, prawda, panicz trochę na szulera,

Kocha młode kobietki, lubi winko stare...

Lecz wreszcie, każdy człowiek ma swoją przywarę.

PUSTAK

Wszyscyśmy ludzie!...

ŚWISTAK

Zresztą żyjem jak dwóch braci.

Ja mu służę lada jak, on mi też źle płaci.

A tobie jak się wiedzie u pana Ary sta?

Czy takiż paliwoda? Czy tak jak mój śwista?

 

Czy z tobą poufale żyje?

PUSTAK

Co to, to nie.

Co do humoru z diabły kładź go w paragonie.

Wielki brutal, złośliwszy nad smoki i żmije;

Gdy gada – gdyra, a gdy macha – zaraz bije.

Niech w domu nie do myśli rzecz się zdarzy jaka,

Kto zbroi, ja mu krzywy – jak w dym do Pustaka!

A to tak regularnie, że gdyby spod krydki,

Jak na osła tłumoki, na mnie lecą pytki.

Klarysa, żona jego, cudnie piękna pani;

Bo to stanik jak łątka, nóżka jak u łani;

A oczki, a usteczka, skład ciała, postawa...

A humor – gdyby żywe srebro, dziarska, żwawa,

Rozumna, wesoluchna. Z tyła przymiotami,

Rozumiesz, że szczęśliwa? Równie cierpi z nami.

Są czasy, że zazdrośnik czulszy od Argusa,

Naziera ją, włóczy się za nią jak pokusa;

Huczy, mruczy, przeklina, ręce łamie, wzdycha,

Woła ludzi; gdy przyjdą, za drzwi powypycha...

ŚWISTAK

Cóż żona?

PUSTAK

Zaufana w sumieniu i cnocie;

Im on diabłów liczniejsze wywołuje krocie,

Im większe robi głupstwa, im dziwaczniej brydzi,

Skacze, śpiewa, śmieje się i jak z dudka szydzi...

ŚWISTAK

To właśnie osobliwszy przekor między niemi!

PUSTAK

Tak dalecy od siebie jak niebo od ziemi.

Ale niechaj dokończę! Fraszka to, że gdyra

I zazdrości – to większa wada, że kostyra

I filozof. Filozof smutny i ponury,

Mniej podobno z rozumu, jak raczej z natury;

Gracz zaś nie tak z łakomstwa (ma dość, dzięki Bogu!),

Lecz z chimery, z ubrżdania, z chluby i nałogu.

W wygranej – tchórz, w przegranej – odważny bez granic,

Gra we wszystkie, a żadnej gry nie zna nic a nic...

Prze co się na przegraną wystawia i żarty;

Gdy grać siądzie, ja muszę zazierać mu w karty.

Wygra li – moje szczęście; niechże, broń Boże, nie -

Naklnie mnie, naszturcha się, zburczy i wyżenie.

ŚWISTAK

A to jest osobliwszy gatunek człowieka!

Cóż ty winien?

PUSTAK

Wzrok go mój – mówi – że urzeka.

Lecz nareszcie ma każdy człowiek swoje „ale”.

Zganiłem go, w czym był wart i, w czym wart, pochwalę.

Punkt honoru prawdziwy, poczciwość niepróżna,

Przyjaźń grzeczna, powolna, stateczna, usłużna;

Serce dobre, myśl szczera, obyczajność czysta -

Choć dziwaka, każą czcić i kochać Arysta.

Co się tyczę majątku i jego użytku,

Często do rozrzutności zbliża się i zbytku.

Służę mu od lat czterech i kilku miesięcy;

Ileż przez moje ręce nie poszło tysięcy?...

Pewnie myślisz, że kiedy rejestra przeczyta?

Zważy słuszność wydatków, o reszty zapyta?

Nigdy mi jeszcze o to nie mówił i słówka.

ŚWISTAK

Nie ma go co stąd chwalić: to znaczy półgłówka.

PUSTAK

Przy takich też to człek się dorobi groszyka;

Wiesz przysłowie: drzyj wtenczas, kiedy się drą, łyka.

Ostatnia to rzecz, bracie; już to ciężkie czasy,

Kiedy się podskarbiemu przyjdzie sprawiać z kasy;

Bodaj mój pan! Niech za to żyje jak najdłużej!

Człek go też z duszy kocha i poczciwie służy.

ŚWISTAK

To cnota bohatyrska! Jeśli mi się zdarzy

Moich kiedy znajomych odwiedzić kucharzy,

Cokolwiek im się lauru od szynek ochroni,

Nie omieszkam zamówić na wieniec twej skroni.

Warteś tego.

PUSTAK

Tylko byś zaniechał te drwinki:

Poetom laur, poetom; dla nas lepsze szynki.

Ale, mówiąc o naszym, powiedz mi, mój bracie,

Po co tu do nas na wieś z panem przyjeżdżacie?

To nie jest bez przyczyny, coś się w tym zawiera.

ŚWISTAK

Cała rzecz przywidzenie, kaprys i chimera,

Nie w złym jednak, broń Boże, rozumieniu wzięta;

Nie są to jego wady, lecz raczej talenta.

Chimera, pospolicie w innych niedorzeczna,

Kłótliwa, niespokojna, w nim słodziuchna, grzeczna,

Miła, powabna... słowem, że tak powiem, która

Tyle w nim jest, co w drugich szczęśliwa natura.

Człek z niego osobliwszy, zrobi co, czy powi,

Nad niczym się, jak żywo, krty nie zastanowi...

A wszelako z postępków i z rzeczy, i z mowy

Zawsze go znać, że jeszcze oryginał nowy

Tak do naśladowania, jak trudny do wzoru.

PUSTAK

Prawda, osobliwego pan Fircyk humoru!

Lecz co ma za interes?

ŚWISTAK

Domyślam się trocha...

Ale proszę o sekret: podobno się kocha.

PUSTAK

Czy tak? Wieś jest zwyczajna w tej mierze pociecha;

Szmer strumyków, kwilenie ptasząt, gajów echa,

Są to lube ustronia, jest to bytność cicha,

Gdzie swe amant tym koi kłopoty, że wzdycha.

ŚWISTAK

Kto? On wzdycha? Nie znasz ty tego specyjała...

Gdyby raz westchnął, cała płeć by omgliwała.

Uprzedzony w miłostkach, ukochany wszędzie,

Ledwie się do którego dziewczęcia przysiędzie,

Zalotnice publicznie, pokątnie dewotki

Pożerają go wzrokiem: tak jest dla nich słodki!

Ja myślę, czy inkluza nie ma, którym nęci;

I teraz ze sześć w nim się kocha bez pamięci.

Ale się pozawodzą. Wasza Podstolina

Kaducznego mu w głowę zasadziła klina.

Jest teraz z nią w ogrodzie.

PUSTAK

Mego pana siostra?

Ta piękność w miarę siebie surowa i ostra?

ŚWISTAK

Ta sama, ale nie tak, jak powiadasz, sroga;

Lubi ona i ludzi, choć wzdycha do Boga.

Będzie z niej dla mojego zdobycz starościca:

Nasza ona, skoro się do niej pozalica.

PUSTAK

Nadtoście, moje państwo, w sobie zaufani;

Nie tak łatwo z nią pójdzie; ma statek ta pani.

Życie osobne, smutek, książki i pacierze -

Tym zaczyna dzień, na tym trawi odwieczerze.

Rok już minął, po mężu jak została wdową,

Śmierć ta jednak jest dla niej obecną i nową.

ŚWISTAK

Znam ją, bom u niej służył. Nie do tego ona

Zwykła; osobność dla niej nie jest ulubiona.

Nie podobna serc ludzkich badać tajemnice;

Wiemy jednak, że czułe serca są kobiece.

Podstolina jest piękna; musi być i tkliwa;

Może, żeby jej szukać, na to się ukrywa.

PUSTAK

Ja bym się nie spodziewał tej po niej chytrości.

ŚWISTAK

Mój bracie, w sercach kobiet rzadko szczerość gości;

Wiemy, że one z kości, my jesteśmy z gliny -

W różnych tworach różne też być muszą sprężyny;

Pan mój był u niej w jej wsi: wzięła ją chimera

Jechać do brata; pan mój za nią się wybiera;

Chłopiec piękny, rozumny, dobrze wychowany,

Umizga się, nadstawia – musi być kochany.

Otóż i oni idą.

Scena II

Podstolina, Fircyk, Pustak, Świstak

FIRCYK

biegąc za Podstoliną

Możnaż być tak dziką!

PODSTOLINA

do Pustaka

Pan twój czy już wstał?

PUSTAK

Jeszcze, mościa dobrodziko.

PODSTOLINA

A imość?

PUSTAK

Wnet się dowiem.

PODSTOLINA

patrząc na zegarek

Jak to biegną czasy.

Na dwunastej...

PUSTAK

do Świstaka

Chodź bracie, na kawał kiełbasy!

odchodzi

PODSTOLINA

niby dopiero postrzegając Fircyka

Jeszcześ tu, starościcu?

FIRCYK

Co za podziwienie!

To: „Jeszcze, starościcu!” bawi nieskończenie;

I z tonu wymawiania, mniej kto świadom ludzi,

Mniemałby, że staroście Podstolinę nudzi.

PODSTOLINA

z gniewem

Nie inaczej – tak – nudzi.

FIRCYK

z uśmiechem trzpiotowskim

Nie wierzę, nie wierzę.

PODSTOLINA

Naprzykrzasz mi się waćpan.

FIRCYK

tymże tonem

Wszystko to nieszczerze.

PODSTOLINA

To nawet niewierzenie biorę za urazę,

FIRCYK

A ja taką oziębłość mam za smaku skazę.

Podstolina bez gustu! Chimera, chimera!

Przecież ujść za grzecznego mogę kawalera;

Znam ludzi i mnie ludzie. Żyjąc w wielkim świecie,

Wiem, jak czcić piękność, jak się przymilić kobiecie.

Pani z domu wyjeżdża; ja za nią w też tropy;

Drugi wierny Ulisses dla swej Penelopy,

Z tą jedynie różnicą, że tamtego nawy,

Mnie mój Hektor angielczyk unosił cisawy.

Wielkaż to wada ogon! Dzielniejszy koń kusy -

Widziała pani jego korwety i susy?

To lekkie nóg zbieranie, to zagięcie karku?...

Nie w polskim też mój konik schował się folwarku;

Król Anglów siedział na nim, popisując szyki,

Mające na wyprawę iść do Ameryki.

Cóż mówisz, Podstolino? Albo koń niesprawny?

Ani pan jego nudny, jeśli nie zabawny.

W drodze jak cię bawiłem! Szemrzące strumyki,

Drzewa liściem szumiące, kwilące słowiki,

Były to wielbiącej cię natury odgłosy...

Komuż, jeśli nie tobie, kłaniały się kłosy?

Komu kwiaty balsamem lubej tchnęły woni?

Komu zefir chłód czynił, komu wiał fawoni?

Dla kogo wierne echa szły z gór na doliny?

Dochodziłem ich celu: hołd to Podstoliny.

Mając humor tak słodki, grzeczny, żartobliwy,

Żebym cię nudził? Nadto byłbym nieszczęśliwy.

PODSTOLINA

na stronie

Co za bałamut z niego! Co za trzpiot! Lecz luby!

głośno

Starościcu, daremnej nie szukaj stąd chluby!

Atencyje i grzeczność tyle tylko cenię,

Ile w tym mieć kto może moje przyzwolenie.

Któż cię prosił przyjeżdżać do mnie na wieś? Kto mu

Potuszył, że go mile przyjmę sama w domu?

Aż nadto obowiązki znam mojego stanu.

Miałeś dowód, wszak byłam nierada waćpanu;

Nie chciałeś tego poznać, nie chciałeś wyjechać,

Musiałam ja. Proszęż mnie chociaż tu zaniechać!

FIRCYK

Za cóż ta subiekcyja? Po co trudzić konie?

PODSTOLINA

O mój ty, ostrej cnoty surowy Katonie!

Być z nim samej...

FIRCYK

Nie będę grał roli stoika;

Młodym na to; lecz nie chcę ujść za rozpustnika,

I jeśli me co kazi obyczaje czyste,

To to chyba, że nad wiek widzą mnie statystę.

PODSTOLINA

I jak jeszcze!

FIRCYK

uśmiechając się

No, no, no, już wiem, co się święci!

Domyślam się urazy i przyczyn niechęci.

Będzie to to zapewne, żem cię, moje złotko,

Choć słusznie, lecz za śmiało raz nazwał dewotką.

O, jeśli tak, to lekka w kochającym wina:

Raczy mi ją darować śliczna Podstolina!

Na co, żebym zasłużył, niechaj moją panie

Zniewoli to najżywsze rąk ucałowanie!

bierze ją za rękę

Niech mi wolno ssać słodycz z tej śliczniuchnej dłonie!

całuje ją po-wielokrotnie

PODSTOLINA

wyrywając rękę

Starościcu!

FIRCYK

Urażam? Pani wstydem płonie?

Cóż to złego? Uczciwe godzą się zaloty.

PODSTOLINA

udając rozgniewaną

Jest to płochość! Tak tylko postępują trzpioty!

Gniewam się.

FIRCYK

udając mocno zakochanego

Nie, nie trzpioty; nie trzpioty, ale ci,

Którym święte płomienie miłość w sercach nieci,

Którzy czują moc onej, jak jest wielowładna.

PODSTOLINA

z podziwieniem nieustającym

Waćpan kochasz?

FIRCYK

Ach, kocham!

Podstolina

Cóż to za twarz ładna

Albo raczej szczęśliwa? Jakich wdzięków siła

Tyle sercem waćpana władnąć potrafiła?

FIRCYK

z entuzjazmem

Piękność większa nad ziemskie, piękność jedna w świecie!

PODSTOLINA

Ciekawa bym ją poznać przynajmniej w portrecie;

Proszę, spraw mi tę rozkosz! Kunszt miłości ręku

Tym samym jest piękniejszy, tym więcej ma wdzięku.

 

FIRCYK

zawsze jednym tonem

Nie, nie. Ta piękność, której cudny urok krasy

Pozbawił mnie swobody, lube zatruł wczasy,

Razi serce, lecz nie tak, abym z przeświadczenia

Własnego nie znał cel mój być wartym wielbienia.

Wielu pierwszy pociąga impet, ale u mnie

Rzecz, zaczęta z rozsądkiem, kończy się rozumnie;

Miłość moja nie taka, jak są te fosfory,

Ten marny ogień, którym wzrok łudzą wieczory,

Nie mający istoty ognia ni własności;

Ogień mój jest istotny, jest ogień miłości,

Tym trwalszy, że go żywi tylu podniet mnóstwo:

Rozum, cnoty, wdzięki... Słowem, ziemskie kocham bóstwo.

PODSTOLINA

Śliczny portret!

FIRCYK

Do żywa, ciebie samą znaczy.

PODSTOLINA

To by miał być mój portret?

FIRCYK

Tak jest; nie inaczej!

Twój własny; lecz przez respekt, powinny dla damy,

Wierna ręka dla wdzięków utaiła plamy;

Jedne zwłaszcza, którą wiem, że ci nie pochlebię:

Ta osobność, ten od nas wstręt, ta myśl o niebie,

Ten wreszcie okazanych dla mnie pochop wstrętów -

Są skromne utajenia czułych sentymentów.

PODSTOLINA

Inaczej bym waćpana kochała?

FIRCYK

Tak tuszę.

PODSTOLINA

Mylisz się, starościcu! Inną ja mam duszę!

Żem do płochych zalotów nie nadto pochopna,

Nie tak jestem dewotka, jak raczej roztropna.

FIRCYK

O, jeśli tak, już jestem szczęśliwy. Już moje

Uiszczone nadzieje, już się nic nie boję.

Stałość ci się podoba? Nikt stalszy nade mnie.

PODSTOLINA

Wątpię bardzo.

FIRCYK

I wiem, że kochasz mnie wzajemnie; Niechże cię...

chce ją uściskać

PODSTOLINA

wstręt czyniąc

Starościcu!

FIRCYK

zawsze obcesowy

Po co ta obłuda!

Kochasz mnie! O, ja umiem często robić cuda.

Gdzie uderzę, wszędzie mi płeć zawiesza szluby,

Wszędzie jestem żądany, wszędzie jestem luby.

PODSTOLINA

Winszuję tego szczęścia. Jak widzę, w stolicy

Inszy sposób kochania, insi zalotnicy;

Miłość tam samej sercom udziela słodyczy,

Pierwej grzeczna, nim prosi, nim kto sobie życzy.

Tam więzy romansowe, więzy wite z róży;

Spiesz się do niej, szczęśliwej życzę mu podróży.

Właśnie w swym, starościcu, będziesz tam żywiole;

U nas są róże, ale jest i cierń, co kole.

FIRCYK

Pani cała w żartulach, lecz trochę za prędka.

Gdyby mię też doprawdy jechać wzięła chętka,

Gdybym tak był posłuszny, jak jesteś zawzięta...

Czyż jedne tam się po mnie spłakały oczęta,

Czy jedna piękność na wpół martwa, na wpół żywa,

Śliczną pierś westchnieniami czułości obrywa?

Poopuszczałem wszystkie, wszystkie zaniechałem,

Do ciebie jednej przylgnąć chcę duszą i ciałem:

Ja pokorny, tyś przeto bardziej nieużyta.

Wzdaj się, daję ci pardon, lub z przyjaźni kwita.

PODSTOLINA

Cóż to znaczy? Proszę mi powiedzieć wyraźniej,

Z jakiej to chcesz mię waćpan kwitować przyjaźni!

Nie miałam jej, zda mi się, w ściślejszym sposobie,

Prócz powinnej stanowi jego i osobie;

Jesteś wesół, zabawny, w żarciki obfity,

Lubią cię, bo to zawsze zabawi kobiety;

Ja sama, mówiąc prawdę, trzpiotów słucham rada -

Jest się zawsze dowiedzieć czegoś, gdy kto gada;

Lecz, żeby być kochanym, to rzecz inna zgoła!

Wesołej myśli myśl się podoba wesoła,

Dowcip szuka dowcipu, choć serce z daleka;

Inna broń nas zwycięża, ta tylko urzeka.

FIRCYK

Dalej, moja bogini, mieszaj piołun w miody,

Głaszcz, martw, rzucaj pioruny i przechodź w pogody;

Wszystko to gotów jestem z dziwnym znosić męstwem.

Stałość będzie mą bronią, pokora zwycięstwem:

Przebija ona mury, srogie koi zwierzę...

Zląkł się Parys Pallady, przyznał dank Wenerze;

Jeden słodki rzut oka i westchnienie drżące

Zmogły oczy Junony gniewem pałające;

Tyś dla mnie jest Wenera. Jak piękności matka

Dla Parysa, tyś dla mnie jest tak piękność rzadka.

Jak Parys tamte dla niej porzucił niebianki,

Tak ja wszystkie dla ciebie rzucam warszawianki;

Chcesz tego? Rzeknij słowo, na wszystkom jest gotów.

PODSTOLINA

Szczęścia dla siebie z cudzych nie szukam kłopotów;

Żebym wdzięki stolicy w tę wdała ohydę...

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?