Dziennik

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Kilvert’s Diary

Dziennik 1870-1879


ISBN: 978-83-7785-940-7

TYTUŁ ORYGINAŁU: Kilvert’s Diary 1870-1879



Selections from the Diary of The Rev. Francis Kilvert

Selection and introduction copyright © William Plomer 1944

All rights reserved


Copyright © for the Polish translation by

Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2016


Projekt graficzny okładki: Agnieszka Herman

Fragmenty z Pisma Świętego za edycją Wydawnictwa Pallottinum z roku 1990. O ile nie zaznaczono inaczej, poezja jest w przekładzie tłumacza.


Wydanie I


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

WSTĘP

1870

1871

1872

1873

1874

1875

1876

1877

1878

1879

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

WSTĘP

Robert Francis Kilvert urodził się w Hardenhuish (lub Harnish) koło Chippenham w hrabstwie Wiltshire 3 grudnia 1840 ro ku. Był drugim dzieckiem tamtejszego pastora, wielebnego Roberta Kilverta, i Thermuthis, córki Waltera Colemana z Langley Fitzurse i Thermuthis Ashe z Langley Burrell. Kilvertowie, wywodzący się ze Shropshire, przywędrowali w osiemnastym stuleciu do Bath; Colemanowie i Ashe’owie z dawien dawna zamieszkiwali w Wiltshire. Francis Kilvert spędził dzieciństwo w Hardenhuish, miał prywatnych nauczycieli, a następnie wstąpił do Wadham College na Oksfordzie i przyjął święcenia kapłańskie.

Jego krótka kariera przedstawia się następująco. Najpierw został wikarym w Langley Burrell (1863-1864), gdzie jego ojciec był pastorem. W 1865 roku przeniósł się do Clyro w Radnorshire i tam przez siedem lat sprawował funkcję wikarego. W latach 1872-1876 ponownie był wikarym w parafii ojca w Langley Burrell. W ostatnim roku tego okresu zaproponowano mu objęcie parafii St. Harmon w Radnorshire, a w listopadzie 1877 został pastorem w Bredwardine nad Wye w hrabstwie Herefordshire. Dwudziestego sierpnia 1879 roku ożenił się z Elizabeth Anne (1846-1911), córką Johna Rowlanda z Holly Bank w Wootton koło Woodstock Rowland, którą poznał w czasie wyjazdu do Paryża. Miesiąc miodowy spędzili w Szkocji, a 23 września Kilvert zmarł nagle na zapalenie otrzewnej. Pochowano go w Bredwardine. Małżonkowie nie zdążyli mieć dzieci, a pani Kilvert, która wróciła do Wootton i poświęciła się działalności dobroczynnej, nie wyszła ponownie za mąż.

Dziennik, w niepowtarzalnych barwach malujący życie wiejskie w epoce wiktoriańskiej, uważa się za klasykę swojego gatunku, autora porównywano zaś do Dorothy Wordsworth, którą Kilvert podziwiał, a nawet do Pepysa. Zapiski prowadzone były, z całą pewnością bez przerw, od stycznia 1870 do marca 1879, jednak dwóch partii brakuje — jednej obejmującej okres od września 1875 do marca 1876, drugiej pomiędzy czerwcem 1876 a grudniem 1877 roku. Pisany maczkiem tekst zajmuje 22 zeszyty, z których trzytomowy wybór, pod redakcją niżej podpisanego, ukazał się w wydawnictwie Jonathan Cape w latach 1938, 1939 i 1940. Całość Dziennika pomieściłaby się w dziewięciu tomach. Niniejszy wybór, stanowiący niewielką cząstkę całości, nie może pretendować do przedstawiania całego życia, osoby i środowiska Kilverta. Nie ukazuje na przykład jego starań w wypełnianiu obowiązków kapłańskich, choć z drugiej strony zawiera wiele spośród najciekawszych fragmentów i sporo miejsca poświęca Clyro i Langley Burrell, dwóm miejscom najczęściej kojarzonym dziś z jego nazwiskiem.

Czytelnikowi może przydać się garść uwag na temat pewnych osób występujących w Dzienniku. Francis Kilvert (zwany przez bliskich Frankiem) miał jednego brata, Edwarda Newtona (Teddy’ego lub Percha) i cztery siostry — Thermuthis (Thersie), która wyszła za wielebnego W.R. Smitha z Monnington-on-Wye; Emily (Emmie), która wyszła za Samuela Wyndowe’a i wyjechała do Indii; Frances (Fanny), siostrę miłosierdzia; i Sarah Dorotheę Anne (Dorę), która wyszła za Jamesa Pitcairna. Pan Venables to Richard Lister Venables, pastor Clyro. Henry Dew (1819-1901) był pastorem Whitney od roku 1843 aż do śmierci. Ożenił się z Mary Monkhouse, siostrzenicą Wordswortha. Jego siostra Louisa wyszła za Williama Lathama Bevana (1821-1908), pastora Hay, kanonika św. Dawida i arcydiakona Brecon: mieszkali w zamku Hay, gdzie Kilvert bywał częstym gościem. Daisy (albo Fanny) Thomas z Llanthomas zmarła w stanie panieńskim.

Obecny wybór ukazuje się za zgodą bratanka Kilverta, pana T. Percevala Smitha, któremu jeszcze raz należą się podziękowania. Od chwili ukazania się wydania trzytomowego dane mi było wejść w posiadanie cennych informacji, za które jestem wdzięczny pannie M.A. Rowland, bratanicy żony Francisa Kilverta, i brygadierowi E. Feltonowi Falknerowi, C.M.G., D.S.O., krewnemu zarówno Kilverta, jak i powieściopisarza, Johna Meade Falknera.

W.P.

1870
Wtorek, 8 lutego

Przyjechałem z Wye Cliff do Pont Faen. Niezmordowana panna Child. Pokazywała mi zgrabne rysunki koni i opowiadała o perypetiach sowy Ruth, którą w zeszłym roku zabrała stąd do domu. Chciała dać jej imię Eve, ale pani Bridge uparła się przy Ruth. Razem z siostrą musiały przenocować w Londynie (spóźniły się na ostatni pociąg) i poszły do hotelu London Bridge, mając przy sobie niewiele pieniędzy, a za cały bagaż tylko sowę w koszyku. Sowa całą noc pohukiwała, mimo że umieszczały ją to w kominie, to przed lustrem, to pod pościelą albo w kręgu zapalonych świec, które miała uznać za słońce. Nie przestawała huczeć, przewróciła kosz, wydostała się z niego i zaczęła latać po pokoju. Śmiertelnie przerażona służąca nie śmiała zajrzeć do środka. Panna Child prosiła kelnera o myszy dla Ruth, ale nigdzie nie udało się żadnych znaleźć.

Środa, 9 lutego

Po bardzo zimnej nocy wcześnie rano spadł drobny śnieg. Potem cały dzień trzymał mróz. Góry w bieli. Wspiąłem się na Cwm i do White Ash. Stara Sarah Probert jęczy i przewraca się w łóżku z boku na bok. Przeczytałem jej szósty rozdział Ewangelii Markowej i sprawdziłem, czy zna na pamięć Ojcze Nasz, każąc jej recytować. Hannah Jones przy kominku pali krótką czarną fajkę, a jej córka, młoda matka o ciemnych oczach i rozpuszczonych włosach, karmi dziecko i bez zażenowania pokazuje swoje wdzięki.

Pojechałem z państwem Venables na kolację do Whitney Court faetonem pocztowym, w którym siedziałem na tyle z Charliem. Straszny ziąb i przenikliwy wiatr wschodni, ale byliśmy dobrze opatuleni, a buda chroniła przed podmuchami. Na kolacji panna Jane z plebanii. Pożyczyłem wykłady panny Dew Robertson na temat Listu do Koryntian. Poza tym do stołu siedli dziedzic i jego matka. Cudowna, mroźna noc i gwiazdy skrzące się na firmamencie. Wracaliśmy żwawo do domu.

Piątek, 11 lutego

Wczoraj wieczorem złamałem klucz od pozytywki, którą chciałem nakręcić. O północy zszedłem i próbowałem przekręcić pęknięty trzon klucza szczypcami — bez powodzenia, a zęby grzebienia w czasie gry zafiksowały się na metalowych wypustkach. Coś takiego bardzo szkodzi pozytywce, dlatego wstałem wcześnie i zaraz po śniadaniu pobiegłem do Hay polami okrytymi lśniącą białą szadzią. Zegarmistrz Bevan nakręcił pozytywkę, nastawił ją i naprawił klucz. Po długim szukaniu w bezładnym stosie kupiłem u Herthena cztery walentynki i zamówiłem u Hadleya trochę sera. W drodze powrotnej śliczne wzgórza. Poranne niebo nad górami, urodziwe Clyro wychyla się z doliny w stronę północną: białe punkty domów i smugi zieleni na pagórkach i zboczach parowów, delikatna, błękitna mgiełka nad wioską i lasami w dolinie, i matowa szarość dworku Clyro.

Baskerville zjawił się o wpół do siódmej w coupe zaprzęgniętym w starego gniadego kuca. Bardzo zimno po drodze. Bevan, Mary i Crichtonowie dotarli na miejsce żółtym powozem pani Allen jeszcze przed nami. W domu zatrzymali się państwo (Edwardowie) Thomas, kapitanostwo Thomas z Llanthomas, pani i panna Thomas z Llwyn Madoc, którzy dołączyli ostatni i z miejsca usiedliśmy do kolacji. Panna Thomas, bardzo ładna, w sukni z wysokim stanem z niebieskiego jedwabiu, siedziała po drugiej stronie stołu, a kiedy potem przeszliśmy do salonu, podeszła do mnie, przywitała się miło, od serca, i rozmawialiśmy do chwili, gdy zapowiedziano powóz Baskerville’ów. Przemiły wieczór.

 

Niedziela siedemdziesiątnicy, wigilia św. Walentego

Rano kazanie w Clyro (Mateusz 14,30). Bardzo mało ludzi na mszy, okropna pogoda, gwałtowny wiatr ze wschodu i mróz, jakiego jeszcze nie mieliśmy tego roku. Po południu poszedłem do Bettws odziany w dwie kamizelki, dwa surduty, szal i makintosz, i wcale nie było mi za ciepło. Drugi raz od czasu przyjazdu usłyszałem mocne bicie dzwonów, a gdy dotarłem do kaplicy, wąsy i bokobrody miałem tak zesztywniałe od mrozu, że z trudem poruszałem wargami, a broda przymarzła do płaszcza. Chrzest i dużo ludzi z Llwyn Gwilym. Dziecko ochrzczone wodą z lodem, którego odłamki pływały w chrzcielnicy.

Poniedziałek, Dzień św. Walentego

Ładna kwiatowa walentynka od nieznanego nadawcy. Spacer do Hay z panem V. Poszliśmy do sukiennika Williamsa obejrzeć koce, prześcieradła i narzuty, chcemy bowiem wydać część pieniędzy pozostałych z ofiar komunijnych na pościel dla ubogich, bardzo potrzebną przy tak srogiej zimie. Wizyta w zamku.

Wtorek, 15 lutego

Odwiedziłem Edwarda Evansa we wsi. Przeziębił się na tym jadowitym wschodnim wietrze, siedział przy ogniu. Okazało się, że mają tylko prześcieradła i kapę, dałem mu więc kwit na dwa koce do Williamsa i mam nadzieję, że jego żona pójdzie po nie jeszcze dzisiaj po południu. W drodze powrotnej zajrzałem do Lewisów w Bronith i do starego wiarusa z czasów wojny w Hiszpanii. Nad wzgórzem Clifford czerwony księżyc w pełni. Pohukiwanie sów w mroku za parowami i na szczycie Cefn Cethin. Po drugiej stronie doliny amatorska orkiestra z Hay przygotowywała się do wieczornego koncertu.

Środa, 16 lutego

James Phillips z Burnt House, długonogi mężczyzna rodem z Radnorshire, mówi, że nigdy w życiu się nie upił. Opowiadał, jak to pan Ffoulkes nurkował do samego dna Craig-pwll-du i mało co nie zaplątał się w korzenie i wodorosty, po czym zapowiedział, że za żadne skarby Anglii nigdy tego nie powtórzy. Po południu pogoda łagodna i osobliwy, błękitny blask ponad lasami i jarami.

Czwartek, 17 lutego

Edward Evans ma się lepiej i bardzo dziękuje za wino i parę koców. Odwiedziłem Sackville’a Thomasa. Jinny w dobrym nastroju, rozbawiona. Polly bardzo szybko odmawia hymny. Sackville siedzi w kapeluszu przy rozpalonym ognisku i podłym wschodnim wietrze, który wpada wprost przez otwarte drzwi. Jinny mówi „rozdziać się” na „rozebrać” i „położyć uszy po sobie” zamiast powiedzieć, że dyskretnie się milczy i przezornie mało mówi. Za otwartymi drzwiami widać ludzi wracających z targu w kapeluszach i czepkach, owiniętych szalami i chustami. Następnie poszedłem do pani Bowen w Bird’s Nest, potem do Lower Cwmbythog. Dostojna i ładna pani Evans karmi dziecko w ciemnej, rozwalającej się chałupie, dzielna, cierpliwa kobieta wprowadzająca zasady religii w życie. Dałem jej kwit na parę koców. Ześlizgiwałem się po stromej, kamienistej drodze, na której zamarzła spływająca woda. Jak ten uciążliwy wschodni wiatr osłabia i nadweręża oczy.

Niedziela sześćdziesiątnicy, 20 lutego

Nadmiar portwajnu wczoraj po kolacji w Cae Mawr mścił się cały dzisiejszy dzień pękaniem głowy. Oczy lepiej, ale niewiele. Wszystko błyszczy się i oślepia i prawie nie mogłem czytać. Jakoś przebrnąłem przez nabożeństwa, lecz po południu utknąłem w trakcie pierwszego czytania. Błogosławiona odmiana aury. Wiatr z zachodu i już nie taki jadowity.

Poniedziałek, 21 lutego

Moja torba podróżna powędrowała z Brewerem do Llysdinam w Whitechapel. Brewer i pan V. zajechali po nią. Pan V. udał się na posiedzenie sądu w Hay w sprawie policjanta z Glasbury, który ukradł dwie srebrne niemieckie łyżki warte dziewięć pensów każda. Dotarłem do niego do Hay (pieszo) o pierwszej piętnaście i razem pojechaliśmy pociągiem do Llysdinam.

Wtorek, 22 lutego

Czytam „Quarterly Review”. Pani V. na wycieczce w kierunku Rhayader, powóz i poduszki dokładnie wywietrzone i podgrzane butelkami z gorącą wodą i szkandelami.

Po obiedzie z panem V. weszliśmy na szczyt Drum du, skąd dobrze widać Plynlimmon, za to słabo Cader Idris. Odchodziliśmy zawiedzeni, ale niebawem słońce przebiło się przez chmury, majestatycznie rozświetlając śnieżne stoki krągłego grzbietu Plynlimmon i zaśnieżone przepaście gigantycznego Cader Idris, odległego o niemal 80 kilometrów. Spiesznie wspięliśmy się znowu na kopiec i ujrzeliśmy wspaniały widok ku północy i zachodowi, z Brecon i Carmarthen. Pan V. potknął się, upadł plecami na kamienie, ale udało mu się uratować lornetkę.

Czwartek, 24 lutego

Czytam o skandalu Mordaunta w hrabstwie Warwickshire. Wychodzi na jaw plugawe zepsucie londyńskiej socjety.

Ta wyjątkowo ohydna sprawa zwróciła uwagę opinii publicznej. Sir Charles Mordaunt z Walton Hall w Warwickshire wystąpił o rozwód, oskarżając żonę o cudzołóstwo z kilkoma mężczyznami, z których dwóch było współpozwanymi. Wiele mówiło się o stanie umysłu lady Mordaunt, a w trakcie przesłuchań okazało się między innymi, że pewnego dnia podczas zwiedzania Crystal Palace usiadła na żwirowej ścieżce, kiedy indziej zaś wsadziła gałązkę jedliny w cholewki butów. Nieraz pod nieobecność męża przyjmowała wizyty księcia Walii, a powód twierdził, że przestrzegał ją przed podtrzymywaniem tej znajomości, ku czemu miał powody. Książę został powołany na świadka, ogłoszono też jego listy do lady Mordaunt. Były banalne i dyskretne, a jakąkolwiek większą bliskość zdradzała li tylko wzmianka o prezencie z „bardzo ładnych mufek”. Zdaje się, że posłał jej walentynkę, a w jej posiadaniu znalazła się jego chusteczka do nosa. Zdaniem „Timesa” „niedostatecznie dbał o swoje dobre imię” i „otrzymał bolesną nauczkę, jak ostrożnie musi stawiać kroki ktoś, kogo życie jest własnością świata i przedmiotem jego obserwacji”. Dwudziestego szóstego lutego ten sam dziennik stwierdzał, że „ponad tydzień karmiono nas szczegółami, dla których opisu trudno znaleźć przyzwoite słowa” oraz że „można było oszczędzić nam informacji nieprzynoszących żadnych skutków ponad szkodę dla publicznej moralności”.

Piszę kazanie na środę popielcową. Kolacja z panią V., która przyjechała po południu z Brewerem z Llysdinam w żółtym powozie zaprzęgniętym w siwą klacz. Uroczy wieczór i przepięknie rozświetlona Black Mountain, doskonale widoczne, lśniące wszystkie bruzdy i potoki. Ludzie wracają z targu, śpiew ptaków, pękanie pąków i wiosenne powietrze przesycone urodą, życiem i nadzieją. Młocka maszynami w Llowes Court. W Clyro wyrąb osik, buków i wiązów wywożonych furmankami. Olchy wycinane na lewym brzegu Wye. Kasztan handlarki znarowił się na drodze, polami nad Wyeside wracają z targu ludzie.

Sobota, 26 lutego

Śliczny, ciepły poranek, ruszyłem więc przez wzgórza do Colvy, zabierając do kieszeni obiad: kilka sucharów, dwa jabłka i flaszeczkę wina. Wziąłem również notes i lornetkę. Szedłem drogą Green Lane. W Green Lane Cottage zastałem przy szyciu panią Jones i jedną z jej córek. Price Price siedział schowany w kącie przy piecu, za to, niestety, nie zastałem Abiasuli, tak jak ostatnim razem. Price Price jest dość podobny do swojej siostry, Abiasuli. Mocny chłopak o okrągłej, różowej i wesołej twarzy i dużych czarnych oczach zaproponował, że zaprowadzi mnie do kościoła w Colvie. Wygrzebał się więc ze swojego zapiecka i z miejsca ruszyliśmy w towarzystwie czarno-szarego szczeniaka owczarka. Natychmiast znaleźliśmy się na otwartym górskim stoku. Płowy, uschnięty wrzos, uginająca się pod stopami trawa, długa, zielona droga przeciągnięta przez wzgórze niczym zielona wstęga pomiędzy ciemnym wrzosowiskiem. Swobodne, świeże, wonne górskie powietrze, ale, och, gdzie podziało się Cyganiątko o nieokiełznanych ciemnych oczach pod czarnym kapturem? Gdy schodziliśmy w dół Fuallt, cietrzew wydał swój bulgoczący krzyk i przeleciał nad grzbietem wzgórza. Nigdy przedtem nie słyszałem bulgotu cietrzewia. „Co to za ptak?” — zapytałem chłopca. „Cietrzew — odparł, dodając: — O tam, leci nad wałem. Pełno ich tutaj w okolicy”.

Próbowaliśmy przeprawić się przez wartką Arrow (wezbraną od ujścia Glasnant w górę rzeki) po desce, ale nie zdołaliśmy i musieliśmy przejść łąkami powyżej zlewu strumieni, gdzie przebyliśmy Glasnant po rzuconym na wodę płocie, a potem przeskoczyliśmy Arrow. Stromą przełęczą Reallt do Dol Reallt i drogą do Wern i Bryntwyn, skąd polna ścieżka prowadzi do kościoła w Colvie. Tutaj, przeprowadziwszy przez jeszcze jedno pole, Price Price zostawił mnie. Zapraszałem go na chleb z serem i piwo do gospody Sun w Colvie, ale nie chciał i z trudem zdołałem mu wcisnąć sześciopensówkę. Na polu wsłuchiwałem się w echo, odbijane od dzwonnicy i kochanego, ubogiego, bielonego kościółka, okolonego starożytnymi cyprysami. Było bardzo wyraźne i przenikliwe. Opowiadał mi o nim Richard Meredith. Pani Phillips, gospodyni Sun, mocno się wystraszyła, gdy zapytałem o męża, bojąc się, że przychodzę go aresztować za udział w jakiejś burdzie albo za podobny występek. Jednak na wieść, że chodzi mi o słowa starej pieśni, sprawiła jej wielką ulgę i zaraz oznajmiła: „A, wiem, kim pan jest — dżentelmenem z Clyro”. Zaśmiałem się i twarz jej wypogodniała. Zabrała mnie do salonu, gdzie usiadłem, wyrwałem kartkę z notesu i zapisałem pod swoim adresem prośbę, żeby Phillips przesłał mi pocztą: 1) pieśń o naszym Zbawicielu, 2) pieśń o Łazarzu i 3) pieśń o królu Jakubie i druciarzu. Pani Phillips podała mi kufel znamienitego jasnego piwa, trochę słodkiego domowego chleba i sera, które przyniosła biegiem pod pachą, bo bardzo spieszyło mi się w dalszą drogę.

W Clyro zdążyłem jeszcze przebrać się na kolację w Cae Mawr. Ale kiedy zbierałem się do wyjścia, przybiegł posłaniec z prośbą o ochrzczenie dziecka pani Jones z naprzeciwka. Bardzo się ucieszyłem, że miało się to odbyć tak blisko i nie musiałem obracać się na pięcie i znowu wspinać na szczyt wzgórza Clyro. Dziecko trapiły podobno konwulsje i dlatego je ochrzciłem, chociaż miało się chyba całkiem dobrze. O ile zdołałem zrozumieć, dla dziecka wybrano imię Mahalah, które jest, zdaniem pani Jones, imieniem jednej z żon Kaina, co wzięła z książki pod tytułem Żywot Abla. Starszej córce dała na imię Thirza, które jest według niej imieniem drugiej żony Kaina. Niezbyt dobrze wróżąca aluzja.

Wigilia marca, poniedziałek

Na Chain Alley w Hay przed domem Prissy Prosser widziałem Marianne Price, wyrośniętą i szczupłą, z jak zawsze pięknymi dużymi, ciemnymi oczami, czystymi i łagodnymi.

Wracałem do domu już po północy, w deszczu i wietrze, otuchy dodawało mi tylko samotne światło w Hay, zapalone od strony wrzosowisk. Szum wiatru w drzewach nad stawem Petera, głośne skrzypienie gałęzi.

Ostatki, Dzień św. Dawida, Święto Pora, 1 marca

Czytam osobliwą książkę Edmunda Jonesa, którą przywiozłem wczoraj wieczorem z plebanii w Hardwick, historię parafii Aberystruth w hrabstwie Monmouthshire. Rozbrajająca naiwność przemyśleń i wniosków. Zdaniem autora Opatrzność dołożyła szczególnych starań w celu utworzenia jego parafii, którą uważa za najwspanialszą na świecie. Piszę kazanie na środę popielcową.