Amos Prorok pasterz z Tekoa Część 4

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Francine Rivers

Amos

Prorok, pasterz z Tekoa

Warszawa 2014

Obok ludzi,

którzy nadawali kształt historii,

są bohaterowie,

którzy na zawsze ją zmienili

Wspaniała proza i fascynująca kreacja postaci – to rysy charakterystyczne twórczości Francine Rivers. Autorka opowiada historie pięciu mężczyzn, którzy z wiarą poszukiwali Boga, żyjąc w cieniu wybranych przez Niego przywódców:

KALEB: Wojownik i szpieg

AARON: Arcykapłan, brat Mojżesza

JONATHAN: Syn Saula, przyjaciel Dawida

AMOS: Prorok, pasterz z Tekoa

SYLAS: Skryba, towarzysz Pawła z Tarsu

Tych pięciu ludzi odpowiedziało na wezwanie Boga, by służyć Mu wiernie, bez rozgłosu ani sławy. Oddali wszystko, wiedząc, że za życia mogą nie otrzymać nagrody. Niech ci pełni wiary mężowie, których historii nie wolno nam zapomnieć, będą dla Ciebie wezwaniem do pójścia w ich ślady.

Tytuł oryginału:

The Prophet: Amos

Copyright © 2004 by Francine Rivers

Published by arrangement with Browne&Miller Literary Associates, LLC

All rights reserved

Tłumaczenie: Paweł Kopycki

Redakcja i korekta: Zespół

Skład:

Mikrograf s.c. www.mikrograf.pl

Copyright © 2014 for the Polish edition by Wydawnictwo Bogulandia, Warszawa 2014

All rights to the Polish edition reserved

Występujące w książce cytaty z Pisma Świętego przytoczono według Biblii Tysiąclecia, wersja online, Pallotinum/Wydział Teologiczny UAM, Poznań 2003

Książka, ani żadna jej część, nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. W sprawie zezwoleń proszę zwracać się do:

Wydawnictwo Bogulandia,

tel. 603 072 828,

info@bogulandia.pl

www.bogulandia.pl

ISBN 978-83-63097-46-2


Książka do nabycia:

Księgarnia i Hurtownia wysyłkowa „Bogulandia”

tel. 603 072 828

info@bogulandia.pl

www.bogulandia.pl

Opracowanie wersji elektronicznej:

Karolina Kaiser

Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  Wstęp

5  Rozdział 1

6  Rozdział 2

7  Rozdział 3

8  Rozdział 4

9  Rozdział 5

10  Rozdział 6

11  Epilog

Ludziom wiary,

którzy służą w cieniu innych

Od samego początku mojej powieściopisarskiej kariery mój mąż, Rick, udziela mi nieustannie swojego wsparcia. Bez niego nie miałabym odwagi wysłać pierwszego maszynopisu, który rozpoczął moją podróż jako pisarki. Rick wysłuchuje wszystkich moich pomysłów, poświęca mi czas w swoim biurze Rivers Aviation, parzy wspaniałą kawę i redaguje ostateczny projekt książki. W zimne poranki nawet rozpala ogień w kominku. Raduję się nieustannie jego obecnością!

Pan obdarzył mnie także przyjaciółmi, którzy dają mi wsparcie. Chciałabym tu wymienić zwłaszcza dwie osoby: Peggy Lynch i pastora Ricka Hahna. Nie jestem nawet w stanie policzyć, jak wiele razy pytałam Peggy czy pastora Ricka, gdzie w Piśmie Świętym znajduje się dany fragment. Wielokronie prosiłam ich również, aby zweryfikowali moje rozumienie Słowa Bożego. Oboje ukochali Jezusa od dzieciństwa, poświęcili się całkowicie Słowu Bożemu i są niezwykle utalentowanymi nauczycielami. Każde z nich odegrało bardzo ważną rolę w doprowadzeniu mnie i mojego męża do Jezusa, każde z nich wciąż uczy i wspiera nas w naszej codziennej drodze z Jezusem. Niech Pan błogosławi Wam za Waszą dobroć!

Kieruję specjalne podziękowania dla Petera Parsonsa za jego ogromne umiłowanie Amosa. On jako pierwszy zachęcił mnie do napisania tej książki. Peter, niech ta interpretacja opowieści o proroku będzie zgodna z Twoimi oczekiwaniami.

Chciałabym podziękować moim wydawcom, Kathy Olson i Ronowi Beersowi, za ich nieustanną pomoc. Wysoko sobie cenię ich gotowość współpracy ze mną, ich zdolności ubogacania każdej mojej opowieści. Jest tak wiele osób w wydawnictwie Tyndale, które udzielały mi wsparcia i przez lata modliły się za mnie. Od samego początku naszej współpracy czułam, że tworzymy zgrany zespół.

Chciałabym podziękować tym wszystkim, którzy przez lata modlili się za mnie, a zwłaszcza podczas pracy nad tą książką. Kiedy nachodziły mnie wątpliwości, co zdarzało się często, pamiętałam, że modlicie się za mnie. Niech Pan błogosławi każdemu z Was za Wasze czułe serca.

Niech Jezus będzie uwielbiony w tej opowieści, która jest oparta na Jego Słowie. Pozwól, Drogi Czytelniku, aby ta opowieść zachęciła Cię do lektury Księgi Amosa. Niech każdy z Was ukocha Pana sercem, myślą, duszą i całą swoją siłą. Jezus jest życiem wiecznym i obfitym. Weź swój krzyż i pójdź za Nim z radością.

Wstęp

DROGI CZYTELNIKU,

W Twoich rękach znalazła się czwarta z serii pięciu krótkich powieści traktujących o biblijnych bohaterach, którzy służyli Bogu i ludziom, pozostając w cieniu innych. Żyli w czasach starożytnych, w kulturze odmiennej od naszej – a mimo to można odnieść ich losy do życia każdego z nas i trudnych problemów, z jakimi zmagamy się we współczesnym świecie. Znajdowali się w niesłychanie trudnych sytuacjach, wykazywali się odwagą, podejmowali ryzyko, żyli w sposób niezwykły. Podejmowali wyzwania, czasami popełniając błędy – bardzo poważne błędy. Nie byli ludźmi idealnymi. Jednak Bóg w Swoim nieskończonym miłosierdziu posłużył się nimi dla realizacji Swojego doskonałego planu ukazywania Siebie światu.

W dzisiejszych czasach wielu ludzi jest zrozpaczonych, miliony szukają odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Ukazani w niniejszej serii powieści bohaterowie wskazują nam drogę. Rzeczy, których możemy się od nich nauczyć, pozostają tak samo aktualne jak tysiące lat temu, kiedy owi bohaterowie żyli.

Są oni postaciami historycznymi. Tworząc swoje opowieści o życiu każdego z nich, opierałam się na przekazie biblijnym. Aby lepiej zapoznać się z życiem Amosa, zajrzyj, Drogi Czytelniku, do Pisma Świętego – do księgi, która nosi jego imię.

Z drugiej strony niniejsza książka zalicza się do gatunku powieści historycznej, a zatem fikcji literackiej. Zarys opisanej historii pochodzi z Biblii – powieść jest oparta na faktach podanych nam przez Pismo Święte. Osnowę utworzoną z tych faktów obudowałam fikcyjną akcją, dialogami, wymyślonymi przeze mnie wewnętrznymi motywacjami bohaterów, wprowadziłam także tu i ówdzie zmyślone postaci, które w moim poczuciu pasują do opisanych w Biblii sytuacji. Starałam się w każdym miejscu pozostać wierną przekazowi biblijnemu, dodając doń jedynie to, co uznałam za niezbędne, aby pomóc Czytelnikowi zrozumieć przekaz Pisma Świętego.

Najbardziej autorytatywnym dla chrześcijanina tekstem jest jednak samo Pismo Święte. Dlatego też zachęcam Cię, Drogi Czytelniku, do jego lektury, dla lepszego zrozumienia jego rzeczywistego przekazu. Modlę się, abyś czytając Biblię, zdał sobie sprawę z ciągłości, spójności i potwierdzania się planu, jaki Bóg przygotował dla nas na całe wieki – planu, który dotyczy także Ciebie.

Francine Rivers

1

Nadciągały.

Przemieszczały się szybko, trzymając się nisko przy ziemi, bezgłośne czarne pasma w słabnącym świetle.

Amos nie musiał ich widzieć, ani słyszeć, by wiedzieć, że zbliża się zagrożenie. Instynkt wyostrzony przez lata życia na pustyni nigdy go nie mylił. Trzy owce zaginęły – uparta matka, która zwykle sprawiała mu kłopoty, i jej dwoje jagniąt. Wiedział, że musi działać szybko.

Zawołał na swoje stado i obserwował, jak owce biegną w jego kierunku. Wyczuły już niebezpieczeństwo i podążały za nim do zagrody. Zamknął za nimi bramę. Teraz, gdy był pewien, że są bezpieczne, mógł wyruszyć na poszukiwanie zaginionych.

 

Kiedy zaczął biec, słychać było, jak w jego torbie stukały kamyki. Wyjął jeden i dopasował do procy.

Usłyszał beczące jagnię i natychmiast popędził w kierunku przerażonego głosu. Niemądra matka podążała uparcie obraną przez siebie drogą. Zamiast zielonych pastwisk, na które prowadził ją pasterz, wybrała jeżyny.

Amos zobaczył wilki. Zakręcił procą. Rozległ się tylko ostry świst kamienia. Przewodnik stada zaskowyczał z bólu, stracił równowagę, lecz szybko ją odzyskał.

Amos nie ustępował. Wilk warczał. Ze zjeżoną sierścią na grzbiecie gotował się do ataku. Pozostałe osobniki z wyszczerzonymi zębami utworzyły półokrąg. Stara owca, zastygła ze strachu, pozostawała bez ruchu. Jej bezradne młode beczały z przerażenia. Kiedy jedno zaczęło biec, wilk rzucił się na nie. Już miał wbijać kły w młode gardło, gdy Amos posłał mu kolejny kamień. Tym razem uderzył mocno i celnie. Wilk padł, kamień roztrzaskał mu łeb.

Prawie cała wataha rozpierzchła się, jednak przewodnik stada podjął wyzwanie. Amos cisnął swoją pałką i trafił go mocno w tylną łapę. Wilk zawył z bólu i kuśtykając, zniknął w zaroślach.

Jagnię wciąż leżało. Amos podniósł je delikatnie i obejrzał. Choć nie miało śladów ran, pozostawało wiotkie i bez oznak życia. Musiało paść z przerażenia.

Westchnął ciężko. Ileż to razy ta owca prowadziła inne w niebezpieczeństwo? Ile razy ratował ją, a potem musiał jej szukać ponownie? Opiekował się troskliwie wszystkimi owcami, nawet tą, która nieustannie sprawiała mu kłopoty. Nie mógł przecież pozwolić, żeby prowadziła inne wprost na kły drapieżników.

Pozostałe przy życiu drugie jagniątko beczało żałośnie. Matka prawie nie zwracała na nie uwagi. Otrząsnęła się z odrętwienia i przeżuwając, spojrzała na Amosa, po czym skierowała się ku zaroślom. Kręcąc głową, Amos położył martwe jagnię na ziemi, wyjął nóż z pochwy i poszedł za nią.

Kiedy było już po wszystkim, poczuł smutek. Gdyby trzymała się blisko innych, nie musiałby jej teraz zabijać, aby zapewnić bezpieczeństwo stadu.

Następnie zaniósł ocalałe jagnię do bezpiecznej zagrody.

Inna matka przyjęła osierocone jagnię. Zaraz po skończeniu ssania małe zaczęło brykać. Było na tyle duże, by skubać samodzielnie delikatne źdźbła trawy. Amos wsparł się na lasce i obserwował zabawy jagniąt. Cieszył go ten widok. Wszystkie miały się dobrze.

Nagle jakieś beczenie pełne rozpaczy przyciągnęło jego uwagę. Jeden z samców wpadł w niżej położone miejsce. Leżał w zagłębieniu do góry nogami.

– Spokojnie, staruszku – powiedział Amos. Baran dwukrotnie go kopnął. Pasterz pochylił się nad nim, chwycił barana mocno i wyciągnął, stawiając na nogach.

Baran nie mógł iść.

– Trzymaj się. – Amos złapał go mocno za kolana. Masował zwierzę tak długo, aż krążenie powróciło do jego nóg. – Naprzód – powiedział, popychając lekko tryka.

Baran potknął się najpierw, a po chwili poszedł przed siebie na zesztywniałych nogach, ignorując Amosa.

Następnym razem znajdź jakieś płaskie miejsce na odpoczynek – pomyślał Amos.

Odwrócił się i szybko policzył stado. Zacisnął usta.

Brakowało jednego jagnięcia.

Zawołał owce i zaprowadził je do cienia, który dawały sykomory. Stado mogło tam przeczekać upał popołudnia. Rozpoczął przeszukiwanie okolicy z nadzieją na odnalezienie jagnięcia.

Myszołów zataczał ponad nim szerokie koło. Amos wiedział, że niebawem dołączy do niego kolejny. Nie było czasu do stracenia. Zostawił dziewięćdziesiąt dziewięć owiec i skierował się na zachód. Dzierżąc kij w ręku, podążał krętą drogą pomiędzy skałami i jeżynami. Szukał jagnięcia z wiarą, że odnajdzie zwierzę, zanim dopadnie je drapieżnik. Wataha wilków trzymała się z dala, lecz wśród tych wzgórz żyły przecież lwy.

Podchodząc do wzniesienia, Amos dostrzegł jagnię stojące przy krzakach. Kiedy zbliżył się, zobaczył, że jego wełna jest zaczepiona o ciernisty krzak. Jedno silne szarpnięcie, a jagnię byłoby wolne, jednak takie działanie nie leżało w naturze tych zwierząt. Przeciwnie, zwierzę stałoby bez ruchu tak długo, aż przyjdzie ratunek – lub drapieżnik, aby je pożreć.

Amos stał z ponurą miną i rozważał, co począć. Niespełna tydzień wcześniej został zmuszony do zabicia matki jagnięcia. Wiedział od dawna, że będzie musiał ją uśmiercić. Wstrzymywał się ze zrobieniem tego, gdyż była pięknym okazem – wyjątkowo czujna, a do tego jedna z najsilniejszych owiec w jego stadzie. Jednak jej uporczywe nawyki stanowiły zagrożenie dla całego stada. Wiele razy ratował ją i jej potomstwo. Miał nadzieję, że poświęci młodym więcej czasu, dzięki czemu zostaną całkowicie odstawione od piersi i w pełni samodzielne. Teraz wyglądało na to, że czekał zbyt długo i jagnięta zdążyły przejąć od matki złe nawyki.

– Albo to, albo śmierć, mała – powiedział Amos. Wyjął kamień z woreczka i ważył go w dłoni. Zbyt ciężki i mógłby zabić jagnię – pomyślał. Wyjął kolejny. Zbyt lekki i nie nauczy go niczego – ocenił. Wreszcie znalazł właściwy. Rozhuśtał procę i wypuścił kamień, uderzając jagnię w przednią nogę, tuż powyżej kolana. Jagnię zabeczało z bólu i upadło.

Ze łzami w oczach Amos podszedł do zranionej owieczki i uklęknął.

– Jestem tutaj, malutka – uspokajał. – Wolałem cię zranić niż patrzeć, jak dzieje ci się większa krzywda. – Wiedział po delikatnym badaniu, że noga jest stłuczona, lecz nie złamana. Zagoi się – pomyślał. – Powinnaś być ze stadem, a nie tutaj, zdana na siebie, gdzie śmierć cię dosięgnie – powiedział. Szybko obwiązał nogę i wyciągnął owieczkę z jeżyn. – Wiem, że cię zraniłem, ale lepiej żebyś doznała urazu, który za jakiś czas minie, niż stała się obiadem polującego lwa – dodał. Pogłaskał delikatnie jagnię po łebku. – Nauczysz się trzymać blisko mnie, gdzie jesteś bezpieczna. – Trzymał w dłoniach łebek owieczki i dmuchał jej w pyszczek. – Nie wyrywaj się, bo będzie cię bardziej bolało – ostrzegł. Delikatnie zarzucił jagnię na ramiona i zaniósł je z powrotem do stada.

Kozy pasły się w upalnym słońcu, owce wciąż odpoczywały w cieniu, przeżuwając. Amos usiadł na płaskiej skale, skąd widział całe pastwisko. Zdjął jagnię z ramion i pozostawił je przy sobie.

– Nauczysz się mi ufać, a nie myśleć, że samodzielnie znajdziesz lepszą paszę. Zaprowadzę cię na zielone pastwiska i nad spokojne wody – powiedział. Wyjął kilka ziaren pszenicy z worka, który nosił na piersi, i nakarmił owieczkę. – Czasami muszę zranić, by ochronić. – Śmiał się, gdy owieczka jadła z jego ręki. – Przyzwyczaisz się do mojego głosu i będziesz przychodzić, kiedy zawołam – dodał. Pomasował dziurki w uszach owieczki. – Nosisz mój znak, malutka. Jesteś moja. Pozwól mi się sobą opiekować.

Amos spojrzał na pozostałe owce. Wyglądały na zadowolone. Wciąż było pełno trawy. Zostaniemy tu na jeszcze jedną noc – zadecydował. Nazajutrz poprowadzi stado na nowe pastwiska. Pozostając zbyt długo na jednym pastwisku, owce zaczynają się niecierpliwić i nie chcą się położyć. Zaczynają rywalizować o miejsce. Poza tym, przy zbyt długim pobycie na jednym polu muchy i komary coraz bardziej dają się we znaki. Warunki muszą być odpowiednie dla jego owiec; chciał, aby były zadowolone.

Późnym popołudniem owce wstały z odpoczynku i spokojnie się pasły. W pewnym momencie dwie samice zaczęły przepychać się między sobą. Amos zabrał ze sobą owieczkę, którą cały czas trzymał obok siebie, i oddzielił je swym kijem.

– Jest wystarczająca ilość paszy dla was obu – powiedział. Stał pomiędzy nimi tak długo, aż się rozeszły. Jego obecność uspokoiła je. Po chwili znów się pasły.

Amos znał każde pastwisko stąd aż do Jerozolimy równie dobrze jak swój dom w Tekoa. Każdego roku pracował jakiś czas w gaju sykomor w okolicach Jerycha, aby mógł zapłacić za prawo do korzystania z pastwisk. Nacinanie fig sykomor przyspieszało ich dojrzewanie, ale było bardzo nużące. Amos podejmował się tej pracy, by dzięki otrzymanemu za nią wynagrodzeniu zapewnić najlepsze pastwiska swemu stadu. Podczas zimowych miesięcy, kiedy owce przebywały w Tekoa, wychodził powiększać doły z wodą, usuwając z nich trzciny i pogłębiając je, naprawiał też stare zagrody dla owiec i budował nowe.

Jedna z owiec podskoczyła nagle, przestraszona przez królika, który wypadł zza kępki trawy i umknął. Zaczęła biec, lecz Amos złapał ją za pomocą zagięcia na kiju pasterskim, zanim zdążyła rozsiać panikę wśród stada.

Mówił do niej łagodnie i położył na niej rękę, żeby ją uspokoić.

– Jestem z tobą, nie musisz się niczego bać – uspokajał. Niósł owcę przez chwilę, po czym położył na ziemi, gdzie mogła spać w cieniu. Potem karmił ją pszenicą, jęczmieniem i najlepszą trawą.

Stary tryk zgubił się ponownie. Amos zostawił jagnię u boku najspokojniejszej owcy i wyruszył na poszukiwanie staruszka. Zwierzę znalazło kolejne zagłębienie do odpoczynku. Podczas snu ciało tryka lekko falowało na bokach. Gdy Amos się zbliżył, obudzony baran począł wierzgać racicami, becząc przy tym gniewnie.

Amos kręcił głową i śmiał się.

– Jaka szkoda, że się niczego nie nauczyłeś, staruszku – westchnął.

Leżąc brzuchem do góry, baran był bezradny. Amos schylił się, by wydostać zwierzę i postawić je. Trzymał je mocno za kolana, aż upewnił się, że tryk ma czucie w nogach.

– Zawsze znajdziesz jakieś nisko położone miejsce, nieprawdaż? – żartował. Wymasował mu nogi, następnie lekko go popchnął. – Wracaj i znajdź sobie tym razem jakieś wygodne miejsce w cieniu – poradził.

Baran odszedł na sztywnych z odrętwienia nogach, ze zranioną godnością i łbem podniesionym do góry. Szybko znalazł jakiś skrawek trawy.

Za każdym razem gdy Amos odzyskiwał owcę, brał ją na ramiona. Tu, na otwartej przestrzeni, z daleka od Jerozolimy, targu i skorumpowanych kapłanów, czuł ogromny pokój. Jednak brakowało mu rodziny. Czasami jakby słyszał głos ojca: „Opiekujemy się trzodą należącą do Świątyni, mój synu. To olbrzymi zaszczyt pracować dla kapłanów”.

Jako młody chłopak Amos upajał się tym, odkąd poznał prawdę o pokrewieństwie pomiędzy jego rodziną a kapłanem Heledem. Westchnął. Prawie dwadzieścia lat minęło, a jego rozczarowanie było świeże jak nigdy.

Kiedy Amos był jeszcze dzieckiem, już wtedy do jego rodzinnego domu często przychodził Joram – służący kapłana Heleda, aby wziąć kilka owiec ze skazą i zostawić w zamian tyle samo pełnowartościowych. Gdy Amos zapytał ojca, dokąd były zabierane owce ze skazą, on odpowiedział: „Do Jerozolimy”.

– Ale dlaczego służący przyprowadza nam tyle samo owiec, ile zabiera ze sobą? – pytał. Dla Amosa to działanie nie miało sensu, a odpowiedź ojca nie zadowoliła go.

Pewnego roku, kiedy poszli do Jerozolimy z okazji święta, a miał wtedy jedenaście lat, przyjrzał się temu, co działo się wokół straganów, które prowadzili jego bracia. To, co ujrzał, wstrząsnęło nim.

– Ojcze, czy to nie są owce, które zabrał Joram przed tygodniem? – pytał.

– Tak – odparł tamten.

– A czy Bóg nie żąda na ofiarę owiec bez skazy? Ta ma uszkodzoną racicę, tamta jakąś krostę w uchu. Mogę ci pokazać.

– Bądź cicho, Amosie! – zganił go ojciec.

Zdezorientowany, Amos nie odzywał się. Obserwował, jak kapłan bada owcę. Amos podszedł bliżej i zobaczył na własne oczy, że zwierzę było pełnowartościowe, lecz kapłan kręcił głową i wskazywał na stragan jego braci. Człowiek, który przyniósł tę owcę na ofiarę, zabrał ją posłusznie i poprowadził do Baniego – brata Amosa. Bani odebrał ją i zamknął w zagrodzie. Potem złapał owcę, która miała krostę w uchu, i podał ją w zamian. Mężczyzna spierał się, ale Bani go odprawił. Kiedy ten człowiek wrócił do kapłana, zaakceptował on nowo wybraną owcę, chociaż dopiero po tym, jak mężczyzna zapłacił grzywnę za zamianę.

– Czy widziałeś to, ojcze? Kapłan… – pytał roztrzęsiony Amos.

– Nie gap się! Chcesz spowodować kłopoty? – urwał jego ojciec.

– Ale owca przyprowadzona przez mężczyznę jest lepsza od tej, którą przekazał mu Bani. Bóg nie będzie zadowolony.

– Heled odrzucił ofiarę tego człowieka. To wszystko, co powinieneś wiedzieć.

– Ale dlaczego? Co było z nią nie tak?

Ojciec chwycił Amosa za ramiona i spojrzał mu w twarz.

– Nigdy nie kwestionuj decyzji kapłanów! Nigdy! Rozumiesz?

Amos skrzywił się z bólu. Nie rozumiał, jednak wiedział, że nie może zadawać więcej pytań. Ojciec puścił go. Kiedy się wyprostował, zobaczył, że Heled gniewa się na niego. Po chwili zaś skinął na ojca Amosa.

 

– Muszę porozmawiać z Heledem. Zaczekaj tutaj – rozkazał ojciec i poszedł w kierunku kapłana.

Amos obserwował ich. Mówił głównie Heled, natomiast ojciec miał spuszczony wzrok i tylko przytakiwał i przytakiwał.

Achiam chwycił Amosa i obrócił w swoją stronę.

– Ojciec powiedział ci, żebyś się nie gapił, nieprawdaż? Idź nakarmić owce! – rozkazał.

Amos pobiegł wykonać polecenie brata.

Kiedy wrócił, ojciec wziął go na stronę.

– Pamiętaj, Amosie, kapłani są sługami Pana – powiedział. – Widzą niedoskonałości, których my nie dostrzegamy, a ich decyzje są dla nas prawem. Jeśli zakwestionujesz ich sądy, powiedzą, że występujesz przeciwko samemu Bogu. Zabronią ci wstępu do synagogi i Świątyni. A wówczas co się stanie? Nikt nie będzie chciał mieć z tobą do czynienia. Zostaniesz wyrzutkiem bez środków do życia. Będziesz musiał stać się niewolnikiem.

Amos zwiesił głowę, a z oczu popłynęły mu łzy.

Ojciec ścisnął jego ramię.

– Wiem, że nie rozumiesz, co się tu dzieje – westchnął. – Czasami sam wolałbym nie rozumieć. Jednak musisz mi zaufać, Amosie. Nic nie mów o owcach, dobrych bądź złych. Nie patrz, co robi Heled. To go drażni. Kapłani są bardzo wpływowi i muszą być traktowani z dużym respektem. Jesteśmy tylko najemnikami, którym płacą za doglądanie świątynnego stada. To wszystko. Być może pewnego dnia będziemy mieli własne owce i znów staniemy się wolni…

Od tego dnia Amos zaczął zauważać wszystko, co działo się wokół zagród Tekoa, w Jerozolimie, a także dokoła Świątyni.

Przebarwienie owcy znikało, gdy zajmowali się nią jego bracia.

– Jesteśmy pracownikami czyniącymi cuda – śmiał się Achiam. Lecz gdy Amos ukradkiem zbadał jedną z owiec, dostrzegł, że wełna jest sztywna od czegoś białego, co brudziło jego palce.

– Ojciec przejrzy waszą grę, Bani – rzucił Amos do brata.

Achiam usłyszał to i klepnął go w pośladek.

– Ojciec wie o wszystkim, pętaku – zakpił.

Kiedy Joram przyszedł następnym razem, Amos uświadomił sobie, że sługa kapłana rozmyślnie wybrał słabsze owce. Jak tylko Amos odnalazł ojca, powiedział mu o swoim spostrzeżeniu.

Ojciec pociągnął wzrokiem po polach.

– Jedna owca jest przecież taka sama jak inne – odrzekł.

– Ależ to nieprawda, ojcze. Sam mi mówiłeś, jak bardzo jedna różni się od pozostałych i…

– Porozmawiamy o tym później, Amosie – urwał ojciec. – Teraz mamy zbyt wiele do zrobienia.

Jednak to „później” nie nadchodziło. Od tej pory, gdy Amos udawał się z ojcem do Jerozolimy, obawiał się, że Bóg uczyni coś okropnego podczas składania ofiary z owcy ze skazą.

– Co się dzieje z twoim bratem? – z zagniewaną miną Heled pytał Achiama.

– Nic. Wszystko z nim w porządku. Jest tylko jakiś cichy, to wszystko – odparł tamten.

– Cichy… ale też wścibski.

Achiam klepnął brata mocno w plecy. Następnie chwycił go za ramię, wbijając w nie głęboko palce, i potrząsnął nim, aż Amosowi pociemniało w oczach.

– Jeszcze nie zdążył przyzwyczaić się do miejskiego życia – powiedział.

– To mu pomóż – syknął Heled, odchodząc. – Albo trzymaj go z daleka od Jerozolimy – dorzucił.

Achiam spojrzał gniewnie na Amosa.

– Bądź użyteczny – warknął na niego. – Dorzuć paszy do pojemników, jeśli musisz tu sterczeć. Zrób coś, a nie tylko gap się.

Amos odszedł w milczeniu z pochyloną głową. Był przestraszony. Zamknął się w sobie i przez resztę dnia pracował. Mówił tak mało, że gdy zeszli się na Paschę, rodzina zaczęła się o niego niepokoić.

– Co się dzieje, braciszku? Dobrze się czujesz? – pytali.

– Zamartwia się z powodu owiec – powiedział ponuro Achiam. – Lepiej żebyś mu powiedział, ojcze.

– Jeszcze nie teraz.

– Dlaczego nie. Jest wystarczająco dojrzały, by zrozumieć – upierał się Achiam. – Myślę, że do większości już sam doszedł.

– Później.

Amos nie miał apetytu. Czuł się jak wyrzutek, łzy napływały mu do oczu. Chęć poznania prawdy okazała się jednak silniejsza od niego.

– Dlaczego Joram zabiera słabe owce, a pozostawia dobre? – zapytał ponownie.

Ojciec pochylił głowę.

– Po co zarzynać piękną owcę, gdy ta ze skazą w zupełności wystarczy – odpowiedział Achiam, wysuwając podbródek.

Lewona, żona Achiama, zwiesiła głowę, obracając skwierczącą pieczeń nad ogniem.

– Jakież to marnotrawstwo zabijać cennego samca, który ma wyjątkowe zdolności reprodukcyjne – dodała.

Przez chwilę jedynymi odgłosami w pomieszczeniu były syczenie i trzask tłuszczu, skapującego na palące się węgle.

Nikt nie chciał napotkać wzroku Amosa.

– Czy nasza owca jest bez skazy? Oczywiście, że tak! – wybuchnął Bani. – Czy myślisz, że ofiarowalibyśmy coś gorszego?

– A co z pozostałymi owcami, tymi słabymi z naszego stada? – Amos zwrócił się do ojca, potem do Baniego i Achiama. – Prawo mówi, że tylko owce bez skazy mogą być składane jako ofiary świątynne. Tymczasem Joram przyprowadził słabe owce z Tekoa, a one były tymi, które dziś wymieniliście – serce Amosa waliło mocno.

Lewona utkwiła wzrok w pieczonej owcy. Miszala, żona Baniego, rozłożyła gorzkie zioła na talerzu. Bani spojrzał na ojca. Na jego twarzy malowało się zniecierpliwienie.

Achiam uderzył pięściami w stół, aż wszyscy podskoczyli.

– Powiedz mu, ojcze, albo ja to zrobię! – krzyknął.

– Kto decyduje o tym, że Prawo zostało wypełnione, Amosie – ciągnął Achiam.

– Bóg – odparł Amos.

– A kto przemawia w imieniu Boga?

– Kapłani.

– Tak – spojrzał gniewnie Achiam. – Kapłani! To kapłani decydują o tym, która owca jest odpowiednia na ofiarę, a która nie jest.

Ojciec westchnął.

– Widziałeś, kto przysłał tamtych ludzi do naszych zagród, Amosie.

– Kapłani – odrzekł Amos. – Lecz czy to jest dobre postępowanie?

– To postępowanie jest takie, jakie jest – odpowiedział ojciec zmęczonym, pełnym rezygnacji głosem.

Złość wypełniła Amosa.

– Co zrobi Bóg? Czy On jest zadowolony? – pytał.

Achiam nalał wina.

– Jakiż znak otrzymamy, by wiedzieć, że Panu nie są miłe nasze ofiary? – zaczął. – Kapłani z roku na rok stają się coraz bogatsi. Jesteśmy blisko spłacenia wszystkich naszych rodzinnych długów. Ludziom dobrze się powodzi. Zatem Bóg musi być zadowolony.

Bani skrzywił się, jedząc gorzkie zioła.

– Byłeś uczony tak jak my wszyscy, Amosie, że bogactwo jest nagrodą za prawość.

Bóg powiedział, że pobłogosławi tym, którzy przestrzegają Jego nakazów. Ci, którzy Go kochają, będą mieli dostatnie życie. Ojciec uczył Amosa, że oznacza to wspaniały dom, stada owiec i bydła, sady pełne drzew owocowych i oliwkowych, winnice i dużo dzieci. Kapłani posiadali wszystkie te rzeczy, a nawet jeszcze więcej, zaś jego ojciec i bracia ciężko pracowali, aby także to wszystko kiedyś osiągnąć. Czy powinien zatem podawać w wątpliwość sprawy, których nie potrafił zrozumieć?

Zdezorientowany i zniechęcony, walczył z myślami, które zajmowały jego umysł.

Gdy ojciec wstał, Amos zrobił to samo. Mieli przepasane tuniki i sandały na nogach. Spożywali Paschę i wspominali wyzwolenie Izraelitów z Egiptu.

Gdzie teraz jest Bóg? – myślał Amos.

– Jedz, Amosie – zachęcali go najbliżsi.

– Nie jestem głodny.

Ojciec umoczył przaśny chleb w słonej wodzie, która symbolizowała łzy Izraelitów ronione w Egipcie. Każdy jadł w milczeniu. Kiedy posiłek był skończony, ojciec, Achiam i Bani siedzieli w milczeniu, podczas gdy Lewona i Miszala sprzątały stół. Dzieci poszły się bawić do innego pomieszczenia.

Achiam był zachmurzony i nie patrzył na nic szczególnego, mięśnie policzków drgały mu. Bani siedział ze spuszczoną głową.

Ojciec odchrząknął i zwrócił się do Amosa.

– Najwyższy czas, byś zrozumiał nasze postępowanie. Aby to było możliwe, musisz poznać całą historię.

Serce Amosa znowu zaczęło głośno walić.

– Twój pradziadek popadł w długi – zaczął ojciec. – Było to w czasie wojny. Kapłani, chcąc zebrać jak najwięcej pieniędzy dla wojska, wymierzali składającym ofiary grzywny wyższe niż zwykle. Pradziadek płacił, ile mógł, ale z roku na rok odsetki od należności narastały i dług powiększał się coraz bardziej. Gdy zmarł, mój ojciec kontynuował spłacanie długów. W końcu tak się zadłużyliśmy, że nie było nadziei na spłacenie długu kiedykolwiek. Po śmierci mojego ojca ja zostałem obciążony długami. Heled przyszedł do mnie do Tekoa i zaproponował mi pewien sposób zmycia hańby z naszej rodziny. Ponieważ nie chciałem, żeby przeszła na twoich braci, ciebie czy twoje dzieci, zgodziłem się.

Achiamowi pociemniały oczy.

– Gdyby ojciec się wówczas nie zgodził, wszyscy bylibyśmy niewolnikami. Czy teraz rozumiesz, braciszku? – rzekł z gniewem.

– Nie ma powodu, byś wyładowywał na nim swój gniew, Achiamie – zganił go ojciec, kładąc dłoń na ramieniu Amosa. – Heled najął nas, abyśmy paśli owce, które zostały przyprowadzone jako dary dla Boga.

Amosowi żołądek podchodził do gardła.

– Zatem kapłani zabierali najpiękniejsze owce przeznaczone dla Boga i dawali je nam, abyśmy je paśli, a w zamian dawali ludziom gorsze na ofiarę w Świątyni.

Ręka ojca opadła. Wszyscy milczeli.

– Tak – powiedział w końcu Achiam. – Tak, to właśnie robimy, ponieważ nie mamy wyboru.

Wszystko zaczynało być jasne dla Amosa. Drżał cały, kiedy podsumowywał na głos nabytą wiedzę.

– Czyli kapłani zatrzymują najpiękniejsze owce. Rok po roku uzyskują wartościową wełnę. Zmuszają ludzi do kupowania na ofiarę owiec ze skazą i także w ten sposób zarabiają pieniądze. – Spojrzał na ojca. – A na dodatek każą ludziom płacić za wymianę owiec. – Dlaczego jednak ojciec i bracia nie są tak oburzeni jak on? – zastanawiał się.

Bani położył ręce na stole i splótł dłonie.

– W ten sposób odzyskaliśmy nasze dziedzictwo, Amosie, ziemię, którą Bóg dał naszym ojcom, gdy ci przekroczyli Jordan.