Cała radość życiaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Cała radość życia
Cała radość życia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 38  30,40 
Cała radość życia
Cała radość życia
Audiobook
Czyta Teresa Budzisz-Krzyżanowska
17  12,58 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Franceska Michalska

CAŁA RADOŚĆ ŻYCIA

Na Wołyniu, w Kazachstanie, w Polsce

Wspomnienia

NOIR SUR BLANC

Spis treści

Karta redakcyjna

Od redakcji

WOŁYŃ

W STEPIE

CHCĘ ZOSTAĆ LEKARZEM

AŁMA ATA

ZNOWU W DOMU

CHARKÓW

CZERNIOWCE

DO POLSKI

WROCŁAW

Posłowie

Przypisy

Posłowie: TOMASZ BOHUN

Opracowanie redakcyjne: JAN PAWEŁ GAWLIK, MIROSŁAW GRABOWSKI

Projekt okładki: TOMASZ LEC

Skład i łamanie: ZDZISŁAW POPŁAWSKI/DK

W książce wykorzystano fotografie z archiwum Autorki oraz trzy fotografie z okresu wielkiego głodu na Ukrainie w latach 1932–1935 © ITAR TASS/SIPA

Copyright © Franceska Michalska, 2007

For the Polish edition

Copyright © 2008, Noir sur Blanc, Warszawa

Wydanie pierwsze elektroniczne 2013

ISBN 978-83-7392-451-2

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl Księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Od redakcji

Wspomnienia Franceski Waśkowskiej-Michalskiej są przejmującą opowieścią o cenie, jaką naród nasz zapłacił za błędy popełnione przez delegację polską podczas polsko-sowieckich rozmów pokojowych w latach 1920–1921. Mowa tu o postanowieniach powziętych w kończącym wojnę polsko-bolszewicką traktacie ryskim, podpisanym 18 marca 1921 roku. Bo mimo nieoczekiwanych sukcesów naszego oręża („cud nad Wisłą”, zwycięstwa nad Niemnem i na Wołyniu, pogrom armii Tuchaczewskiego i konnicy Budionnego) traktat ten okazał się zadziwiająco nieśmiały, pozbawiony wyobraźni. A jako taki stał się poważną porażką naszej dyplomacji, a w swoich następstwach – również całego narodu. Wbrew realnym, a niewykorzystanym możliwościom pozostawiał w rękach przeciwnika spore obszary Ukrainy i Białorusi. Paraliżowało to ważne dla odradzającej się Polski federacyjne idee Józefa Piłsudskiego, skierowane między innymi w stronę chętnej takim zbliżeniom, walczącej o niepodległość Ukrainy, i pozostawiało w fatalnej sytuacji zamieszkującą te tereny ludność polską. Przytoczmy tu krótki fragment dzieła Władysława Pobóg-Malinowskiego, zwięźle opisujący te okoliczności[1]:

Wszechwładny Sejm rękoma Grabskiego pogrzebał w Rydze nie tylko sprawę niepodległości ukraińskiej. Traktat preliminaryjny bezwzględnie i brutalnie deptał tradycję, która od czasów Kościuszki przez cały wiek XIX wołała nie tylko o wolność i niepodległość, ale też o całość przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Deptał nie mniej brutalnie starszą jeszcze tradycję W. Ks. Litewskiego – stawał się krzyżem przez polskie ręce wzniesionym nad grobem wielkiej przeszłości narodowej. Odrzucając staropolską zasadę współżycia „wolnych z wolnymi, równych z równymi”, przeciwstawiając jej z pruskich i moskiewskich wzorów wylęgłe hasło „asymilacji w ramach państwa narodowego”, zrywając odnowione po wiekach w formie dostosowanej do nowych warunków nici związków Polski z Naddnieprzem i przepoławiając Białoruś, traktat preliminaryjny skazywał jeszcze na straszliwą niewolę sowiecką i na szybkie wytępienie przez sowieckie metody ponad milion ludności jak najbardziej polskiej, zwłaszcza na obszarze nadberezyńskim z gęsto rozsypanymi tam zaściankami szlachty zagrodowej, zbiedniałej materialnie, ale tak bogatej w tradycje i tak mocno przez krew powstańczą, przez gwałty Murawjowa, przez Sybir z Polską związanej. Wywołał też traktat preliminaryjny falę głębokiego oburzenia i gwałtownych protestów – profesor Marian Zdziechowski, człowiek o sercu wrażliwym na każdą krzywdę, tu zranionym boleśnie (pochodził bowiem z podarowanej Moskwie Mińszczyzny), nazywał publicznie traktat „zbrodnią”, popełnioną „z lekkim sercem, bez żalu, bez wyrzutów sumienia, niemal z tryumfem”. Biskup Zygmunt Łoziński wyniki zabiegów Grabskiego piętnował jako „zdradę stanu” i domagał się sądu na nim. Wnuk Tadeusza Rejtana, Adam Grabowski, w Sejmie, z galerii dla publiczności, rzucił na salę poselską wydrukowaną ulotkę, gdzie protestując przeciw oddaniu Rosji ziem od wieków polskich, nazywał Grabskiego „Kainem”.

Ustalona wówczas granica odcinała od ojczyzny setki tysięcy Polaków, niektórzy z nich ratowali się ucieczką do niepodległej Polski. Ci jednak, którzy pozostali – a pozostała znakomita większość – objęci zostali praktykami coraz bardziej drastycznego terroru, jaki gnębił sowiecką Ukrainę i – bardziej na północ – sowiecką Białoruś. Z dnia na dzień stali się pozbawionymi praw mieszkańcami sowieckiego państwa – jego obywatelami i poddanymi.

Przywiązana do kultury narodowej, głęboko wierząca katolicka mniejszość polska zetknęła się wkrótce z różnymi przejawami takiej polityki, pogłębionymi jeszcze przez straszliwą klęskę głodu – śmiertelną w skutkach dla siedmiu milionów ludzi – jaka z początkiem lat trzydziestych dotknęła Ukrainę (a także północny Kaukaz, Dolne Powołże i Kazachstan).

Ten wielki głód – najbardziej mroczny czas sowieckiej Ukrainy – pamięta z dzieciństwa autorka tych wspomnień. Młodziutka mieszkanka niewielkiej wsi Maraczówka, położonej o kilkanaście kilometrów od polskiej granicy, dziecko jeszcze, rozpoczyna swoje wspomnienia w roku 1930, przywołując najczarniejszy terror tego czasu – którego doświadczyła najbliższa rodzina. Perspektywa ta pozostaje odtąd lejtmotywem jej relacji. Żadnych uogólnień. Żadnych syntez. Tylko jednostkowe dzieje. Tylko jednostkowy los. Tyle że meandrujący wśród historii. Wśród obrazów i zdarzeń zdumiewających niezwykłością, a często i napawających grozą. Opis zastępuje tu ocenę – ta zaś staje się wyłącznym udziałem czytelnika.

Opisując dzieje rodziny i sytuację sąsiadów, autorka przedstawia absurdalny w tych realiach proces kolektywizacji, przebiegający w czasie przerażającego głodu, który objął i polskie skupiska. Czytelnik ma zatem okazję poznać niejako od wewnątrz naturę i skalę prześladowań, jakim poddano obywateli kraju „wieczystej szczęśliwości i świetlanego jutra”. Egzekucje wykonywano wtedy rutynowo, jako że wszelkie procedury sądowe były okrutną parodią lub też nie było ich wcale.

Wysiedlonych z Wołynia Polaków przetransportowano bydlęcymi wagonami do Kazachstanu. Miary nieszczęść dopełniał brak pomocy ze strony konwojentów – bardziej prześladowców niż opiekunów zesłańców, którzy w niegościnnym stepie, pozbawieni podstawowych środków do życia, usiłowali jakoś przetrwać.

Ci, którzy mieli umrzeć, umarli, a pozostali, budując w gołym stepie schrony, a potem lepianki, przynajmniej częściowo przystosowywali się z czasem do nieludzkich warunków. Nieuchronnie zbliżała się szczególnie sroga na tych terenach zima, lepianek przybywało, powstawały wsie poddane kołchozowym prawom, pojawiały się z czasem jakieś krowy, traktory, kożuchy i chaty, gdzieniegdzie otwierano kilkuklasowe szkoły, bo nawet tam, w stepie, na nieludzkiej ziemi – trzeba było żyć.

Było to życie wbrew zagrażającym każdego dnia śmiertelnym przeciwnościom, ślepym przypadkom – życie, które cudem ocalało. I stało się kanwą tej opowieści.


WOŁYŃ


Mapa okolic rodzinnych autorki

W połowie drogi między Berezdowem a Sławutą leży wieś Maraczówka. Za czasów carskich siedzibą guberni była tam Szepetówka. Po rewolucji obszar ten należał do obłasti Winnica, stolicą powiatu została Sławuta. W późniejszym okresie obłast' winnicką podzielono i utworzono nowy okręg: znalazły się w nim Szepetówka, Sławuta, Berezdów. Po pierwszej wojnie światowej, wojnie polsko-bolszewickiej i wreszcie po traktacie ryskim zawartym między Polską i Związkiem Sowieckim ziemie te pozostały po sowieckiej stronie. Najbliżej położonym miastem po stronie polskiej był Korzec. Z Berezdowa do Korca było dwadzieścia pięć kilometrów. Mieszkańcy tych okolic co roku w dniu świętego Antoniego, trzynastego czerwca, mieli zwyczaj wybierać się do koreckiego kościoła pod tymże wezwaniem. Gdy wytyczono nową granicę, zwyczaj ten utrzymywał się jeszcze jakiś czas. Takie wypady wymagały przekupienia sowieckich strażników granicznych. Żołnierze ci wyglądali bardzo nędznie; widywano, że ich wojskowe buty z cholewami nie miały podeszew. Wystarczyło dać im trochę kiełbasy i słoniny, by pozwolili przekroczyć granicę. Zdarzało się wszakże, że potem w pobliżu kryjących się w zbożu Polaków śmigały karabinowe kule. Z czasem takie wyprawy nie były już możliwe.

 

Litografia Napoleona Ordy przedstawiająca widok Korca w drugiej połowie XIX wieku

Pamiętam dobrze – a był to rok 1930, miałam wówczas siedem lat – jak w domu strasznie rozpaczała mama. Przyszła wiadomość z więzienia w Zasławiu, że brat mamy, Piotr Kamiński, został rozstrzelany. Przysłuchiwałam się uważnie rozmowom w domu, chociaż rodzice trochę się przede mną kryli. Bali się, bym nie rozpowiadała o tym koleżankom. Wiedziałam jednak, że wujek postanowił uciec do Polski – bo te dwadzieścia pięć kilometrów do granicy kusiło bardzo. Miał mu w tym pomóc pewien człowiek o nazwisku Wysocki, mieszkający w przygranicznej wiosce Mirutyn. Wysocki schował go w stodole i kazał czekać na dogodny moment. Piotr przez dziurę w deskach obserwował okolicę i zauważył, że żona Wysockiego poszła w kierunku granicy. Po jakimś czasie z tej strony zaczęła zbliżać się bryczka z kilkoma pogranicznikami. Kobieta była z nimi. Piotr zrozumiał, że Wysocki jest szpiclem, że namówił go do ucieczki, by dostać nagrodę. I choć stodoła była zamknięta, udało mu się z niej wydostać; zaczął uciekać. Nie udało się. Pierwszy dopadł go Wysocki. Uderzył raz i drugi. Piotr zachwiał się i zalał krwią. Dobiegli żołnierze.

Jeszcze tego samego dnia do Berezdowa przyjechało GPU[2], żeby dokonać rewizji w domu rodziców Piotra i przesłuchać bliższą i dalszą rodzinę. Aresztowano trzech jego braci: Władysława, Pawła i Jana, a także wszystkich młodych mężczyzn spośród krewnych. W jednym z domów odbywało się wesele; goście po powrocie z kościoła zasiadali właśnie do stołu, kiedy wkroczyło GPU i zabrało pana młodego.

Jan później opowiadał, że na początku wsadzili go do odinaczki, małej, wilgotnej celi, w której mógł stać lub klęczeć, ale nie było dość miejsca, żeby się położyć. Potem przenieśli go do większej, gdzie siedzieli Piotr i miejscowy pop. Piotr, chcąc zaprotestować, postanowił nie jeść. Strażnik przynoszący jedzenie powtarzał:

– Jedz, Piotr, tiebie wsio rawno, tiebie wot, kula w łeb!

Rozstrzeliwania odbywały się przeważnie nocą. Któregoś razu otworzono celę i wywołano Piotra oraz popa. Piotr poszedł spokojnie; pop szamotał się, powlekli go za nogi, tak że uderzał głową o stopnie schodów. Rozległo się kilka wystrzałów. Potem znów zgrzytnął klucz w zamku. Jan pomyślał, że przyszła kolej na niego. Strażnik jednak przyniósł tylko spodnie i koszulę Piotra i powiedział:

– Brat rozstrzelany, a ty pojedziesz jutro na zsyłkę do łagru na Dalekim Wschodzie.

Jan spędził dziesięć lat w łagrach Kołymy.

Co się stało z Pawłem, do dzisiaj nie wiadomo. Nie dał znaku życia.

Czwarty z braci Kamińskich, Władysław, też trafił do łagru – w Workucie. Po pięciu latach, czując, że dłużej nie zniosą swego losu, postanowili z kolegą spróbować ucieczki. Przez jakiś czas z dziennej racji chleba odłamywali skórkę, suszyli i chowali na drogę. Kiedy już uzbierali trochę prowiantu, uciekli. Trzysta kilometrów przeszli piechotą. Chleb im się skończył, jedli grzyby, ale zatruli się – leżeli w lesie i wymiotowali. Znikąd ratunku. W kieszeni znaleźli jeszcze dwie kostki cukru, zjedli po jednej, poczuli się lepiej; z trudem dowlekli się do jakiejś chatki, prosząc chłopa o pomoc. W odpowiedzi usłyszeli:

– Mamy twarde zarządzenie, że jak zobaczymy więźnia uciekającego z łagru, obowiązkowo musimy meldować władzy – dostajemy za to pieniądze. Nie wolno wam pomagać. Gdyby dowiedzieli się, że tu byliście, a ja was nie zatrzymałem, sam bym trafił tam, skąd uciekacie. Do końca życia bym nie wyszedł.

Dał im jednak kawałek chleba i poradził, by szli w stronę kolei. Dotarli do niej w końcu, zamaskowali się i czekali na pociąg z drewnem. Gdy ujechali kawałek, wyskakiwali przed stacją, by nie trafić na wartowników. Nocami przedzierali się dalej, znów wskakiwali do jadącego pociągu. Tym sposobem dotarli w końcu na Ukrainę.

Wujek Władek zapukał nocą do okna rodzinnego domu. Otworzyła mu matka, uszczęśliwiona, lecz i przerażona.

– Synku kochany, ja śpię w kuchni, a w pokoju mieszka enkawudzista.

Po cichutku zaprowadziła go do szopy, na strych, na siano. Całą noc przeklęczała z różańcem w ręku, prosząc Boga, by enkawudzista niczego nie zauważył.

Wujkowi potrzebny był paszport, który na czarnym rynku kosztował sto rubli. Babcia nie miała pieniędzy, więc uradzili razem, by Władek poszedł do Maraczówki, może jego siostra, a moja mama, będzie mogła pomóc. Moi rodzice bali się panicznie tej konspiracji. Ukrywali go na strychu. Ojciec mówił do mamy:

– Bój się Boga, Hanko, jeśli kto doniesie, ja z więzienia nie wyjdę, będziesz się męczyć z czworgiem dzieci, a może i ciebie wezmą, a dzieci do sierocińca...

Wreszcie poszedł do Krupca, gdzie mój starszy brat pracował w sielsowiecie.[3] Bał się narażać syna, więc o paszporcie nic mu nie powiedział, tylko poprosił, by wziął z kasy sto rubli, bo pilnie potrzebne, potem się zwróci. Wujek kupił paszport, nie na wiele to się zdało – został schwytany i pod konwojem wysłany do tego samego łagru, z którego uciekł.

Po jakimś czasie, kiedy psychicznie i fizycznie nie mógł już dłużej wytrzymać, postanowił skończyć ze sobą, mszcząc się przy okazji na prześladowcach.

Wiele książek napisano o łagrach; wiadomo, jak obchodzono się z więźniami, w jakich strasznych warunkach tam żyli, pracowali i umierali. Tutaj jednak chcę opowiedzieć, jak postanowił zginąć mój wujek – Władysław Kamiński z Berezdowa.

Wujek pracował w łagrze jako szofer. Jeździł ciężarówką i czasem przewoził zbiorniki pełne benzyny. W obrębie obozu stał solidny dom z sosnowego drewna. Na parterze mieściły się biura, a na piętrze stołówka i mieszkania służbowe administracji. Władysław wiedział, że o dwunastej w południe naczalstwo idzie na obiad do stołówki. W akcie największej determinacji postanowił pootwierać pełne pojemniki, rozpędzić samochód i uderzyć w kantor. Wiedział, że benzyna się rozleje i nastąpi wybuch. Drugiego wyjścia z budynku nie było, wszyscy powinni zginąć. Plan był opracowany w szczegółach, ale zawsze coś stawało na drodze. Na przykład raz, kiedy już się sposobił do uderzenia, przed kantorem pojawiła się nieoczekiwanie kolumna więźniów – w ostatniej chwili się wycofał.

Pewnego dnia, gdy leżał na pryczy w baraku, obserwował kolegę, który siedząc przed nim, pochylił się i sznurkiem przywiązywał podeszwę do buta. Władysław był zawsze bardzo wysportowany, zręczny i znał różne cyrkowe sztuczki. Niewiele myśląc, wyciągnął nogę i palcami stopy uszczypnął kolegę w wypięte siedzenie. Tamten poderwał się, oburzony, i strzelił w gębę Bogu ducha winnego najbliższego sąsiada. Wszyscy ryknęli śmiechem. Nadbiegli strażnicy, a na widok ich głupich min więźniowie zaczęli śmiać się jeszcze głośniej. Długo nie mogli się uspokoić.

Po tym wydarzeniu wujkowi przeszła ochota do samobójstwa.

Kiedy jeździł swoją ciężarówką – a był, jak to się mówiło, „rozkonwojowany” – widywał często na drodze młodą dziewczynę idącą do pracy. Podwiózł ją raz i drugi. Tak poznał swoją przyszłą żonę Olę. Ola pochodziła z Syktywkaru w kraju Komi. Ich dalsze losy potoczyły się tak, że wrócili razem na Ukrainę, do Klewania koło Równego. A w 1979 roku na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie przed kościołem Wizytek pozdrawiali Jana Pawła II.

Wracam do najwcześniejszych wspomnień. Pamiętam, jak rodzice skończyli budowę nowego ładnego domu. Maraczówka była piękną wsią. Gospodarstwa zadbane, dachy domów starannie pokryte słomą, każda zagroda otoczona drewnianym płotem. Drogę porastał zielony rdest. Ziemia była czarna jak smoła i żyzna, łąki przepiękne, przez wieś przepływała rzeka. Ojciec uprawiał ziemniaki i zboże, siał proso, len, konopie, sadził buraki; mieliśmy wielki ogród warzywny. Ziemia starannie pielęgnowana dawała obfite plony. Każda czynność wykonana była w odpowiednim czasie, nic się nigdy nie zmarnowało.

Kilku zamożniejszych gospodarzy zesłano jednak już wcześniej – jako kułaków – „na białe niedźwiedzie”. Żaden do Maraczówki nie powrócił, a ich majątki zostały rozgrabione.

Na drugim końcu wsi mieszkał jeszcze Józef Orłowski, bardzo pracowity gospodarz; miał piękne zabudowania kryte czerwoną dachówką. Pewnego dnia z miasta przyjechał „aktyw”. Weszli do zagrody Orłowskiego. Pobiegłyśmy z siostrą obserwować, jak będą go „rozkułaczać”. Aktywiści weszli na dachy budynków i zaczęli je rozbierać. Dachówki spadały ze wszystkich stron. Belki były bardzo grube i ciężkie; przecinali je piłą i po kawałku zrzucali na ziemię. Przywieźli ze sobą harmonistę, który przygrywał wesoło, słychać go było w całej wsi. Józef Orłowski z żoną Walentyną biegali nerwowo i wynosili z domu co się dało. Ale rozbiórka postępowała szybko. Dopiero kiedy owi działacze rozbijali już sufit i glina sypała się do środka, Orłowscy przypomnieli sobie o córeczce Feli, która została w kołysce. W izbie stały już słupy kurzu, wokół kołyski leżały deski i gruz, ale dziecku jakimś cudem nic się nie stało.

Kilku poprzednio „rozkułaczonych” gospodarzy dostało wilczy bilet, z którym nigdzie nie mogli się zameldować ani dostać pracy. Jeden z naszych zamożniejszych sąsiadów, Chotyna, został aresztowany i słuch o nim zaginął. Jego żonę i córki – Tamarę i Olgę – skazano na zesłanie. Ich domu nie rozebrano, lecz urządzono w nim czteroklasową szkołę. Orłowscy mieli więcej szczęścia, pozostali w Maraczówce. Wybudowali w ogrodzie maleńki domek na palach, podobny do dużej psiej budy, i zamieszkali w nim razem z dziećmi, Władkiem i Felą. Żyli tak przez całe sześć lat, aż do wspólnej naszej zsyłki do Kazachstanu w 1936 roku.

W siódmym roku życia zaczęłam chodzić do szkoły. Gdy nadeszła mroźna zima i napadało dużo śniegu, musiałam zostawać w domu. Ani w Maraczówce, ani w pobliskich miasteczkach nie można było kupić żadnych butów. Poza tym cały dochód z gospodarstwa szedł na pokrycie coraz większych podatków. Ojciec ciężko pracował i jak już uskładał trochę rubli, mówił: „Jeszcze ten podatek zapłacę, może już więcej nie dołożą”. Ale zaraz po spłacie jednego przynoszono nakaz płatniczy na następny, kilkakrotnie większy od już spłaconego. Oprócz pieniędzy trzeba było oddawać zboże, bydło, mleko i jaja. W latach 1930–1932 na przednówku nie było co jeść. Mama wyjmowała z kufra piękne wełniane spódnice, suknie, szale ze swojej wyprawy ślubnej, pochodzące jeszcze z carskich czasów (rodzice pobrali się w 1913 roku), i wymieniała te piękne rzeczy na kilka garnców żyta czy mąki. I tak zawsze do żniw, z trudem, bo z trudem, ale jakoś przeżywaliśmy.

Jak tylko zrobiło się ciepło, pobiegłam do szkoły. Nauczyciel widział, że umiem czytać, i uważał, że należy mi się promocja do następnej klasy. W drugiej klasie powtórzyła się jednak ta sama historia. Z pierwszymi śniegami przestałam chodzić do szkoły.

Jesienią na miejsce naszego nauczyciela przyjechała nowa nauczycielka, komsomołka nazwiskiem Horbaczenko. Często nie było lekcji, bo jako aktywistka brała udział w zebraniach sielsowietu, na których zapadały decyzje: kto ma płacić następny podatek, kogo zlicytować, komu jeszcze coś zabrać. Kiedy mój ojciec nie był w stanie zapłacić któregoś z kolei podatku, aktywiści postanowili odebrać nam ostatnią krowę, naszą jedyną już wówczas żywicielkę. Krowa była bardzo łagodna, dawała dobre, tłuste mleko i każdemu pozwalała się wydoić. Siedzieliśmy w oknie i patrzyliśmy, jak ją zabierają. Kilka razy obejrzała się, zaryczała, aż w końcu zniknęła nam z oczu.

Mama codziennie chodziła wystawać pod sklepem, by kupić dla mnie buty. Kolejkę trzeba było zająć już wieczorem i czekać do rana. Oddała wymagane dwie kopy jajek, ale sklep wciąż nie dostawał towaru, a ja nie mogłam chodzić do szkoły.

Pewnego razu, wypatrując przez okno, czekałam na mamę. Już z daleka widziałam, że i tym razem wraca z niczym. Kiedy weszła do domu, powiedziała, że już więcej stać nie będzie, bo nie wierzy, że w końcu przywiozą jakieś obuwie. Żałowała, że jajka oddała na próżno. Pozszywała mi stare buty po bracie, rozpruła poduszkę i do pończoch nasypała pierza, żebym nie marzła. Zadowolona pobiegłam do szkoły; było mi w nogi całkiem ciepło. Nauczycielki nie było, miała zebranie. Mieliśmy nadzieję, że już tego dnia nie przyjdzie, skakaliśmy więc po ławkach, z ławek na stół, ze stołu na podłogę. Po pewnym czasie moje buty nie wytrzymały tej zabawy, pończochy się podarły i pierze fruwało w powietrzu. Zabawa była jeszcze lepsza, dmuchaliśmy i kasłaliśmy, kiedy nagle wróciła nauczycielka. Wszystkie dzieci poszły do domów, a ja musiałam sprzątać klasę. Nauczycielka wezwała moją starszą siostrę Marysię, żeby mi pomogła. Poszłyśmy po wodę do studni i do późnych godzin myłyśmy podłogę, zbierałyśmy pierze szmatą i rękami, ale, szczerze mówiąc, z marnym skutkiem. Na drugi dzień w gazetce ściennej znalazła się nasza karykatura. Byłyśmy na niej rozczochrane i brudne, z uszu i nosa sterczało nam pierze. Stałyśmy się pośmiewiskiem dla innych dzieci.

 

Tak skończyła się moja edukacja w trzeciej, nieukończonej klasie.

Potem rodzice wysłali mnie do babci, do Berezdowa. Tam uczęszczałam do czwartej klasy. Nauczyciel często mnie chwalił. Nowe koleżanki też były miłe i nic nie wiedziały o historii z pierzem.

Dom babci stał przy głównej ulicy, która wiodła do rynku. Rynek, zamieszkany przeważnie przez Żydów, stanowił centrum miasteczka. Sklepików żydowskich było zatrzęsienie, a tuż obok, na placu, odbywały się jarmarki. Kiedy gospodarz wydawał córkę za mąż i brakowało mu pieniędzy, Żydzi zawsze pożyczyli, wiedząc, że odda z nawiązką. W ogóle stosunki z nimi układały się bardzo dobrze. Byli świetnymi rzemieślnikami; na przykład więc, żeby nie jeździć do miasta, wysyłaliśmy z Maraczówki furmankę po krawca Zejdę z pomocnikiem i maszyną. Obaj zatrzymywali się w domu jednego z gospodarzy, dostawali koszerne jedzenie i w kilka tygodni obszywali całą wieś. Potem odwoziło się ich do Berezdowa i obie strony były zadowolone. Krawiec doradzał, jaki krój ubrania wybrać, i po dodatki nie trzeba było jeździć do miasta. Mnie też Zejda uszył palto ze spódnicy mamy. Szkoda mi jej było, bo mama w niej bardzo szykownie wyglądała. Była to długa spódnica koloru oliwkowego, jeszcze z czasów panieńskich, w talii ściągnięta szerokim paskiem z ozdobną klamrą, a na dole wykończona pasmanterią, tak jakby gęstą szczoteczką.

Mama, kiedy była jeszcze młodą dziewczyną, w czasie szabasu pomagała sąsiadom Żydom: zapalała świeczki, przynosiła wodę i paliła w piecach, bo, jak wiadomo, religia nie pozwala im podejmować w tym dniu jakichkolwiek prac. Do babci przychodziła znajoma Żydówka, Całycha; rozmawiały nieraz godzinami. Bogatsi Żydzi płacili jej, by lamentowała na pogrzebach i modliła się przy grobach. Przykładała wtedy ucho do mogiły, słuchała, co mówi zmarły, i przekazywała jego słowa rodzinie. Nie zawsze jednak zmarły był dostatecznie rozmowny i Całycha przychodziła wielokrotnie do tego samego grobu. Wiem, że kiedyś uczestniczyła też w niesamowitym żydowskim rytuale: w oznaczonym dniu wszyscy Żydzi z okolicy udawali się nad rzekę; było wiadomo, że zły duch porwie w tym dniu jednego z nich, tego, który nie ujrzy w rzece swego odbicia. W pewnej chwili powstawał tumult i wielkie zamieszanie, zrywał się wiatr i w ogólnym rozgardiaszu ktoś przepadał. Tego razu zniknęła właśnie Całycha. Po kilku tygodniach pojawiła się u babci znowu, zmieniona i wymizerowana.

Także i w Maraczówce był żydowski sklepik, do którego mama wysyłała mnie po mydło, lazurek, sól, pieprz czy liście laurowe, cynamon, a czasem nawet szafran.

Dziadek miał znajomego Żyda, imieniem Herszko, właściciela gorzelni. Jego utrapieniem były wróble, zlatujące się wielkimi gromadami do zboża, z którego pędzono wódkę. W czasie rewolucji bolszewicy rozbili gorzelnię, a spirytus z kadzi popłynął do rzeczki. Cała wieś pobiegła z niej czerpać. Herszko patrzył zrozpaczony na zrujnowaną gorzelnię, ale do dziadka powiedział:

– Przynajmniej będę miał spokój z wróblami.

Wkrótce zaczął nam dokuczać głód. Babcia powtarzała:

– Jedz, dziecko, do syta, nie martw się, pójdę do miasta, Żydzi dadzą mi chleba na kredyt.

Tak było przez całą zimę. Jedni i drudzy mieli do siebie zaufanie, wiadomo było, że latem odda się dług z procentem – odda w postaci cebuli, czosnku czy fasoli. Jednak z czasem i u Żydów zabrakło chleba. I wtedy kredyt się skończył. Babcia niczego już dostać nie mogła. Rodzice przyjeżdżali z Maraczówki i opowiadali, że na wsi jest straszny głód, ludzie umierają. Tymczasem brygady aktywistów dzień w dzień chodzą po domach, zrywają podłogi i szukają schowanej żywności.

W Berezdowie głód też wszystkim dokuczał, coraz mniej dzieci przychodziło do szkoły, nauczyciele również nie mieli co jeść. Wszyscy mówili tylko o głodzie, a także że zjedli już wszystkie ukryte zapasy. Czasem ktoś znalazł jeszcze w szopie czy na strychu trochę starej fasoli sprzed kilku lat, ale wkrótce potem już nic nie udawało się znaleźć. Niczego nie można było kupić czy pożyczyć – ani w mieście, ani na wsi. Wszędzie to samo. W miastach przed sklepami dzień i noc stały kolejki, a jak już przywieziono trochę chleba, robił się taki ścisk, że często ktoś ginął zaduszony. Babcia w końcu powiedziała do mamy:

– Zabierz dziecko, może na wsi szybciej coś dostaniesz, bo tutaj ludzie umierają z głodu.

Nikt nie czekał na zakończenie roku szkolnego, nikt nie miał już siły, ani by uczyć, ani by chodzić do szkoły.

Wróciłam do Maraczówki. Wieś była smutna, na ulicy nie było bawiących się dzieci. Tylko coraz bardziej drapieżne brygady, po trosze partyjne, a w istocie policyjne, chodziły po domach i szukały żywności.

Coraz to zakładano kołchoz. Wielu gospodarzy oddawało tam swoje konie, wozy i pługi – konie stały głodne, a pługi leżały na deszczu i rdzewiały. Wtedy po jakimś czasie ludzie zbierali się, po czym tłumnie przychodzili na kołchozowe podwórze po swoje – i tak ta kolektywna forma gospodarki stawała się ponownie fikcją. Po jakimś czasie nasilał się jednak nacisk władz i bardziej strachliwi wracali. Pierwsi deklarowali się najbiedniejsi oraz najbardziej leniwi, ale zaraz potem także wielu dobrych gospodarzy musiało wstąpić do kołchozu. Tych, którzy nadal się upierali, dręczono nieustannymi rewizjami, choć już dawno nie było niczego do jedzenia. Mama chodziła po bogatszych wsiach, żeby wymienić piękny płaszcz lub suknię na kilka kartofli czy szklankę soczewicy, ale wkrótce nikt nie chciał nawet patrzeć na ubrania.

W szkole w Maraczówce gotowano czasami zacierkę na wodzie dla tych dzieci, które jeszcze miały siłę przyjść na lekcje. Poszłam i ja, wiele osób siedziało i czekało, aż ktoś przyjedzie i przywiezie mąkę, ale nikt się nie pojawiał i przez cały czas gotował się na darmo garniec wody. Innego dnia jakiś aktywista przyniósł trochę mąki, któraś z matek zagniotła zacierkę i zaczęła ją wrzucać na osoloną, mocno gotującą się wodę; po kilku minutach woda była już mętna i gdzieniegdzie pływały większe lub mniejsze kluski. Ktoś powiedział, że prawo do zacierki mają tylko te dzieci, których rodzice zapisali się do kołchozu. Ale nowa nauczycielka, bardzo ładna, w granatowej sukni w czerwone paseczki, nalewała wszystkim bez wyjątku.

Obok mnie siedziała w ławce Helenka Stelmach. Kiedy jadłyśmy tak tę zupę, zobaczyłam, że spija ona samą wodę, a jak się trafi większa kluska, wypluwa ją z buzi do kawałka gazety. Pytam, dlaczego to robi, czemu nie je. Mówi mi, że to dla mamy, która już od tygodnia nic nie jadła, nie ma siły chodzić, leży w łóżku cała spuchnięta z głodu. Zrobiło mi się wstyd, bo nie wiedziałam, kiedy moja jadła po raz ostatni. Mama Heli wkrótce umarła – ludzie umierali wówczas masowo, wszędzie wokół. Przy drodze do szkoły leżał na deskach młody chłop, Omełka. Na drugi dzień ujrzałam go w tej samej pozycji, z otwartych ust wyciekała jakaś bladoróżowa ciecz wabiąca chmary much, które obsiadły martwe już oczy, nos i uszy. Ludzie byli bardzo słabi i nikt nie miał siły na kopanie grobów.

Naszego ojca wezwano do sielsowietu.

– Waśkowski, zapisz się do kołchozu, dostaniesz trochę mąki.

Ojciec był już gotów ustąpić, ale mama się opierała (ludzie na wsi mówili, że kto zapisze się do kołchozu, duszę odda diabłu). Przynosiła z ogrodu pszenicy, która jeszcze nie miała ukształtowanych kłosów, gotowała ją w garnku razem z liśćmi lipy, mówiła, że to daje siłę, może dotrwamy do żniw, przecież mamy posianą pszenicę i żyto. Ale nie dawało to siły i zaczęliśmy puchnąć. Mama wysłała mnie do ciotki Antoszczychy, która mieszkała w środku wsi.

– Ona jest w kołchozie, tam im dają zacierkę do jedzenia, pomożesz w domu, popilnujesz dziecka, będzie dawać mu jeść, to i ty coś dostaniesz.

Poszłam do ciotki; stryjek całymi dniami orał ziemię w kołchozie i mało go widywałam. Czasem dawał mi do prania onuce, które nosił do postulin, łykowych łapci. Prałam je w rzece, były sztywne od błota i potu, śmierdziały.


Ofiary wielkiego głodu.

W krainie najurodzajniejszych ziem Europy w latach 1932–1933 trzy miliony osób poniosło śmierć głodową.

Część źródeł podaje liczbę o wiele, wiele większą.

Dziadek dzień w dzień chodził do lasu, zabierał ze sobą dwa worki i zrywał do nich liście z lipy. Wracał umęczony, ale z pełnymi workami. Ścieliliśmy wówczas prześcieradła na podwórku, suszyliśmy liście, potem je kruszyliśmy albo tłukliśmy w stupie. Z dużego worka pozostawało parę szklanek proszku. Dopóki były otręby, dorzucało się garść do tej lipowej mąki i piekło lepioszki. Później otrąb już nie było, a z samej lipy lepioszki nie udawały się za bardzo. Po tych plackach wiele osób, w tym moja stryjeczna siostra Teofila, miało okropne, uporczywe zatwardzenia.