Miłość w AuschwitzTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

UN AMORE AD AUSCHWITZ

Edek e Mala: una storia vera

Copyright © 2016 by Francesca Paci,

Published by arrangement with

The Italian Literary Agency

and Graal Literary Agency

All rights reserved

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Joanna Czogala/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Adrian Markowski

Redakcja

Aneta Kanabrodzka

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8069-977-9

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

‒ Mamo, to jest więzienie?

‒ Tak, zanim się urodziłaś, było tu więzienie.

‒ Jest takie ogromne. Tylu było złych ludzi, zanim się urodziłam?

‒ To więzienie działało na opak, w środku byli dobrzy, a na zewnątrz źli, i byli wolni.

‒ Ale jeśli źli byli na zewnątrz i byli wolni, to dlaczego nikt ich nie złapał?

Eleonora, lat 4

Brzezinka, jesień 2015

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

WSTĘP

Wieczorem 27 stycznia 2015 roku ukończyłam pracę nad artykułem do dziennika „La Stampa”, poświęconą siedemdziesiątej rocznicy wyzwolenia Auschwitz-Birkenau, i rozmyślałam o świadkach zagłady, którzy uczestniczyli w ceremonii ‒ jak zawsze błyskotliwych i sumiennych, ale też mniej licznych niż zazwyczaj. Zabrałam do obozu ojca, bo nigdy wcześniej tam nie był. W drodze do Krakowa, gdy zatrzymaliśmy się, żeby zjeść pierogi, rozmawialiśmy o tym z Michele Curto, naszym przyjacielem, radnym z Turynu, niestrudzonym organizatorem podróży Pociągiem Pamięci, dzięki któremu w ciągu piętnastu lat liczni uczniowie i studenci z Włoch odwiedzili miejsca zagłady, by wrócić do domu całkowicie odmienieni.

W redakcji zaproponowałam, że przeprowadzę wywiad z pięciorgiem ocalałych, których historia jest mniej znana, by utrwalić ich świadectwo. Wywiady przyczyniły się do powstania cyfrowej książki zatytułowanej Se chiudo gli occhi muoio (Jeśli zamknę oczy, umrę), kilku prezentacji, a przede wszystkim obudziły we mnie chęć, by znów napisać o Auschwitz. Otóż to, ale jak tego dokonać? Nie jestem historyczką, a obchodzenie się z dostępnym materiałem co najmniej paraliżuje strachem. Poprosiłam o pomoc Jadwigę.

Jadwiga Pinderska-Lech to bardzo ważna osoba w tej historii, podobnie jak Michele Curto, który zna kraj i język polski, jako że był jednym z pionierów Erasmusa w Polsce tuż po upadku Związku Radzieckiego, i wskazał mi właściwą drogę. Jadwiga jest dyrektorem wydawnictwa muzeum Auschwitz-Birkenau. Ta drobna, jasnowłosa, pozornie nieśmiała kobieta dźwiga na swoich barkach wspomnienia wszystkich ludzi, którzy przed śmiercią postanawiają opowiedzieć, czego doświadczyli w obozie. Wysłuchuje ich, nagrywa, dzwoni do nich po opublikowaniu świadectwa, aby upewnić się, że dobrze się czują, odwiedza ich również, aż w końcu ‒ jak ostatnim razem, gdy widziałam ją w Polsce w listopadzie ‒ otrzymuje smutny telefon od kogoś z rodziny z powiadomieniem o dacie pogrzebu. Jadwiga opowiedziała mi o Mali Zimetbaum i Edku Galińskim, zdumiewająco mało znanej parze deportowanych, których jej koledzy z muzeum nazywają Romeem i Julią.

Szczerze mówiąc, nigdy o nich nie słyszałam. Nie jestem ekspertką w tej dziedzinie, wprost przeciwnie, ale wydawało mi się dziwne, że nie wiedziałam nic o Żydówce, która wśród innych więźniarek obrosła w legendę dzięki sporej liczbie uratowanych osób i zakochała się w polskim więźniu politycznym, z którym następnie uciekła. Podobnie jak ja zaskoczeni byli wszyscy ci, których pytałam, czy zetknęli się kiedyś z historią Mali i Edka. W tej sytuacji, nad wyraz zaciekawiona, postanowiłam zabrać się do pracy.

Chociaż Mala urodziła się w Polsce, to deportowano ją z Antwerpii, miasta, które dobrze znam, bo kilka miesięcy wcześniej zwiedziłam je wzdłuż i wszerz, żeby prześledzić pierwszy europejski proces przeciwko foreign fighters, młodym ochotnikom zwerbowanym w Syrii przez rodzące się Państwo Islamskie. Było to jesienią 2013 roku, Belgia już wtedy rozliczała się z zaskakującą liczbą zwerbowanych dżihadystów wysłanych na granicę z Turcją, by głosić mit kalifatu. Równie dobrze znam Borgerhout, dzielnicę Mali, bo tam, gdzie w latach trzydziestych ubieg­łego wieku chronili się Żydzi uciekający przed dyskryminacją i narastającym antysemityzmem, dziś żyją imigranci z krajów Maghrebu, ich drugie i trzecie pokolenie ‒ to istne miasto w mieście, gdzie głosicielom nienawiści łatwo o narybek.

Pomału zaczęłam zagłębiać się w historię tych dwojga, szukałam wszystkiego, co o nich przetrwało. Prawdę mówiąc, nie było tego wiele. Prócz oficjalnych dokumentów o ich życiu przed Auschwitz – przed uwięzieniem, krótką ucieczką i pokazową egzekucją – jest trochę świadectw deportowanych, którzy poznali ich osobiście. To przede wszystkim pisemne relacje, bo prawie wszyscy ci ludzie już nie żyją. Z dbałością zebrałam cenne opowieści tych, którzy mogli powiedzieć: „byłem tam” i opisać, co się wydarzyło na ich oczach, a więc Léona Schummera, Dolfa Galanta, Evy Fastag, Haliny Birenbaum i Marceline Loridan-Ivens.

Naprawdę niewiele wiemy o tych wspaniałych ludziach, jakimi byli Edek i Mala. Trzynaście dni, które spędzili razem na wolności, składa się na ulotny obraz, z którego pozostała droga wśród lasów i wzgórz, kilkadziesiąt kilometrów polskiej wsi, niezbyt zmienionej od tamtej pory. Z biegiem lat zmieniła się za to intensywność wspomnień o parze zakochanych ‒ początkowo były one żywe dzięki świadkom, następnie zaś stały się gruntem specjalistycznych badań. Z różnych powodów ani Mala, ani Edek nie pomogli w tym, by o nich pamiętano ‒ nazbyt byli jednostkowi, nie podlegali schematom pomimo unicestwiającej otchłani Auschwitz.

Sytuacja jest zawikłana; jeśli zamknę oczy, umrę, ale żeby pozostały otwarte, muszę ciągnąć opowieść niczym Szeherezada. Jestem dumna, że mogę przypomnieć historię Edka i Mali, nie dlatego, że miałaby być ważniejsza czy bardziej wzruszająca od losów milionów innych ludzi zgładzonych przez nazistów, lecz z tego względu, że mówi o miłości i mogą ją zrozumieć również ci, którzy nie doświadczyli obozowej rzeczywistości, a zatem ma szansę przetrwać w czasie nawet wtedy, gdy zamilkną już ostatni jej bohaterowie. Nie jest to rekonstrukcja historyczna, wymagająca precyzyjnego, filologicznego sprawdzenia danych dotyczących Auschwitz ‒ przytoczone tu wspomnienia w dużej mierze z racji swojej natury są subiektywne i wybrakowane. To bajka bez szczęśliwego zakończenia, jak czasem zdarza się w prawdziwych bajkach.

Aż tu nagle z bezmiaru Internetu, po wielomiesięcznej kwerendzie, wyłoniła się trzydziestoletnia Ekwadorka i przedstawiła się jako Malka San Lucas. To prawnuczka starszej siostry Mali Zimetbaum i nosi jej imię. Edek nie miał tyle szczęścia ‒ jego ojciec, zrozpaczony, że go utracił z powodu miłości, która według niego była pomyłką, obciążył przyszłość hipoteką. Malka San Lucas marzy tymczasem o córeczce, którą mogłaby nazwać Malka lub Mala. A jeśli ona żyje, to będzie żył także i on.

Rzym, 10 grudnia 2015

1

MALA

O świcie pierwszego września 1939 roku żołnierze Trzeciej Rzeszy usuwają szlaban na granicy niemieckiej i najeżdżają Polskę. Malka Zimetbaum ma dwadzieścia jeden lat i mieszka w Antwerpii, wielkim flamandzkim porcie nad Morzem Północnym, dokąd w wieku dziesięciu lat przeprowadziła się z ojcem, matką, dwiema siostrami i bratem. Belgijski urząd imigracyjny rejestruje przyjazdy członków rodziny Zimetbaumów w latach 1926–1930 ‒ to jedna z wielu żydowskich rodzin, które od zakończenia Wielkiej Wojny zaczęły opuszczać Polskę raz po raz wstrząsaną dreszczem antysemityzmu. Exodus nasila się z roku na rok: pod koniec lat trzydziestych dziewięciu na dziesięciu Żydów w Belgii pochodzi spoza kraju.

W tamtych czasach, podobnie jak dziś, losy imigracji to historia cykli i powrotów do dawnego porządku. Nad rodzinne Brzesko, miasteczko oddalone o pięćdziesiąt kilometrów od Krakowa, miejsce, gdzie Pinkas ożenił się ze swoją rówieśniczką, robotnicą Chayą Schmelzer, i gdzie na świat przyszły ich dzieci, nadciąga zawierucha. Choć w Galicji panuje bieda, to na tych ziemiach tętni życie kulturalne, mieszka tam duża część z trzech milionów zarejestrowanych polskich Żydów, 10 procent ogółu. Ale czasy się zmieniają. Po wojnie polsko-sowieckiej w 1920 roku umacnia się partia narodowo-demokratyczna, endecja, konserwatywna potęga, która między innymi oskarża Żydów o znikomy patriotyzm i sympatie bolszewickie. Brak tolerancji przekłada się na pierwsze pogromy – w Pińsku, we Lwowie, w Wilnie. W 1924 roku, gdy Adolf Hitler pisze Mein Kampf, kupiec Pinkas Zimetbaum postanawia poszukać szczęścia w lepszym świecie. Po dwóch latach w Moguncji, gdzie między 1913 a 1917 rokiem mieszkał wraz z żoną i dziećmi, Salomonem i Git­lą, udaje się do Antwerpii, światowej stolicy diamentów o kosmopolitycznym rozmachu, będącej wentylem bezpieczeństwa dla europejskich Żydów, znanej jako Jeruzalem Północy. Ich pierwszy adres to Van der Meydenstraat 18. Tutaj do Pinkasa dołącza siedemnastoletni Salomon, a gdy tylko syn zaczyna zarabiać 175 franków belgijskich tygodniowo, rodzina znów może być razem.

Malka zjawia się w Antwerpii pod koniec 1928 roku, jest wtedy małą dziewczynką. Przez krótki czas Zimetbaumowie znów są razem w Berchem, w południowej części miasta. W 1931 roku starsza siostra Gitla, robotnica w przemyśle diamentowym, poślubia Fawla Abramowicza, szewca polskiego pochodzenia, który wyemigrował rok wcześniej, nie rozwiązawszy problemów natury prawnej. Fawel w Brukseli ma pracę płatną 500 franków tygodniowo, ale jest ścigany przez władze rodzinnego Kamińska, gdzie w 1928 roku skazano go na cztery lata pozbawienia wolności za szmuglowanie fałszywej gotówki i posiadanie podrobionych dokumentów. Gitla chciałaby pozostać blisko rodziców, zwłaszcza po narodzinach córki Jeannette w 1933 roku, ale Fawel ma zbyt wiele spraw sądowych w Polsce i w Belgii i pod koniec 1935 roku, pozbawiony pozwolenia na pobyt, wyjeżdża do Ameryki Południowej, gdzie kilka miesięcy później dołączą do niego żona i córka.

 

Gitla pakuje walizki. Salomon i Jochka są jeszcze w domu, ale niedługo rodzina zaczyna się kurczyć. Po kilku przeprowadzkach Malka, która jest najmłodsza, osiada z rodzicami w trzech pokojach z kuchnią na trzecim piętrze ciasnej kamieniczki w Borgerhout, dzielnicy imigrantów, tej samej, w której dziś zakwefione Marokanki pchają wózki z dziećmi lub z zakupami i nieświadomie mijają małą tabliczkę zawieszoną pod numerem 7 Marinisstraat, jedyną upamiętniającą Malę Zimetbaum.

Dziewczyna jest ładna, bystra, uzdolniona matematycznie i językowo. Na nielicznych zdjęciach przechowywanych w archiwum muzeum Kazerne Dossin w Mechelen wygląda na pewną siebie i znającą się na modzie – to młoda wyemancypowana kobieta, która uśmiecha się do obiektywu, trzymając pod rękę przyjaciółkę, Mizi Baum. Jej kuzynka Giza Weisblum uważa ją za wzór niezależności i w żartach nazywa „niedoszłym chłopakiem”. Malka uosabia siłę natury, ale w oczach starszej siostry, Jochki, ma w sobie kruchość dziecka: ta „intelektualistka w rodzinie”, która nie potrafi „się oprzeć puddingowi”.

Pomimo rozwoju przemysłu diamentowego większość antwerpskich Żydów wcale nie cieszy się dobrobytem. W Belgii pod koniec lat trzydziestych mieszka około 75 tysięcy Żydów, z których 90 procent pochodzi z 60 różnych krajów i uciekło przed biedą i dyskryminacją. Zimetbaumowie nie są tu wyjątkiem, to biedni imigranci, którzy znaleźli sobie miejsce w kraju potrzebującym taniej siły roboczej, a prywatnie starają się stworzyć społeczność ze swoimi rodakami. Kiedy Pinkas traci wzrok i nie może już zajmować się handlem obnośnym, odpowiedzialność za rodzinę spada na barki Salomona, pierworodnego syna. Chaya zarabia trochę grosza, robiąc na drutach, ale to nie wystarcza. Dzieci muszą zakasać rękawy, dotyczy to również Malki.

„Cała Antwerpia podziwiała oddanie, z jakim Malka wszędzie prowadzała ojca, była uosobieniem spokoju i siły”, opowiada Romek Hutterer, przyjaciel z tamtych lat, którego Mala spotka ponownie pośród baraków Birkenau. Obiecująca uczennica, władająca już flamandzkim, angielskim, francuskim, niemieckim, polskim i jidysz, musi porzucić szkołę, żeby zacząć pierwszą pracę u krawcowej w Maison Liliane, później zaś zajmie się szlifowaniem diamentów, jak Salomon i Jochka. Jej pasją niezmiennie jednak pozostają książki. Jochka pamięta, jak Mala wracała ciemnymi ulicami do domu z Biblioteki Narodowej; miała rozpalone oczy od wielogodzinnego przeglądania grubych tomów, jej młoda twarz była naznaczona zmęczeniem, ale nie potrafiłaby zawieść rodziny i zrezygnować z wieczornego rytuału: na kanapie w domu przy Marinisstraat wszyscy razem słuchali jej „wykładów”.

Po blisko dziewięćdziesięciu latach Biblioteka Narodowa nic się nie zmieniła, podobnie jak uliczki w dzielnicy diamentów, gdzie Żydów zastąpili Hindusi. Kiedy po zmierzchu ulice się wyludniają i widać w pełnej krasie ponadczasową zabudowę, nietrudno wyobrazić sobie Malkę z torebką na ramię, jak idzie Pelikaanstraat, zostawiwszy za sobą Borgerhout i gwizdy lokomotyw parowych, sklepiki jubilerskie przy Hoveniersstraat, małą synagogę, giełdę, ortodoksyjnych Żydów z pejsami jeżdżących rowerem po Lange Leemstraat, Belgiëlei, Plantin en Moretuslei, kobiety w perukach i w grubych pończochach otoczone grupkami dzieci ubranych w biało-czarne stroje. Budynki są takie jak kiedyś, ale dawnych mieszkańców prawie już nie ma.

„Walczyliśmy razem w szeregach syjonistycznej młodzieży Hanoar Hatzioni”, opowiada Dolf Galant w swoim mieszkaniu w Antwerpii, z którego rzadko dziś wychodzi. W 1933 roku, gdy Hitlera nominowano na kanclerza Rzeszy, Malka, którą wszyscy nazywają Malą, zapisuje się do Hanoar Hatzioni, jednej z dziewiętnastu grup syjonistycznych w mieście, powstałej po wyłamaniu się postępowców z Hashomer Hatzair. Pośród młodzieży przyswajającej idee Theodora Herzla i marzącej o emigracji do kibucu w Palestynie Mala poznała Charles’a Karela Sanda, zwanego pieszczotliwie Charlotiem ze względu na podobieństwo do Charliego Chaplina.

Charles, młodszy o trzy lata, stanie się jej szczególnie bliski: Mala miesiącami będzie z nim chodzić do kina na filmy z Chaplinem czy na spektakle teatralne, jak choćby o hiszpańskiej wojnie domowej, w wykonaniu amatorskiej trupy aktorskiej Wending. Będą się wybierać na wycieczki łódką i rowerem wzdłuż kanałów w niedalekim Mechelen, wymieniać najbardziej aktualnymi spośród sześćdziesięciu żydowskich czasopism obywatelskich. Zaplanują ślub. Charles i Mala chcieli się pobrać. W przeciwieństwie do nich Dolfowi Galantowi udało się uratować ‒ zapłacił przemytnikowi ludzi, żeby przenieść się z rodziną do Szwajcarii. „Mala była zawsze uśmiechnięta, pełna odwagi. Wcale mnie nie zaskoczyło, gdy potem dowiedziałem się, że do końca potrafiła stawić czoło oddziałowi SS, który miał dokonać jej egzekucji. Byliśmy wtedy bardzo młodzi. Wojna była odległa. Co sobotę wybieraliśmy się na wycieczki w góry, pamiętam zwłaszcza kemping w Ardenach z osobnymi namiotami dla dziewcząt i chłopców”.

Antwerpia zmieniła się od czasu, gdy przyjechali tu Zimetbaumowie. W ciągu dziesięciolecia zmienił się próg tolerancji w stosunku do imigrantów, zwłaszcza Żydów ‒ to na nich skupiają się uprzedzenia katolickich tradycjonalistów i flamandzkich nacjonalistów. Kiedy w 1936 roku Salomon żeni się z węgierską Żydówką Etel Herstein, przed ślubem musi podpisać zobowiązanie, że jest w stanie utrzymywać żonę i że nie będzie ona pracowała w Belgii. Nazizm znalazł tam żyzny grunt. La Belgique docile, raport rządu belgijskiego z 2004 roku, ukazuje, jak w latach poprzedzających nazistowską inwazję kształtowały się podstawy sprzyjające aktywnej współpracy miejscowych władz podczas deportacji Żydów, szczególnie intensywnej w Antwerpii, dokąd w czerwcu 1939 roku przybija transatlantyk „St. Louis” pełen niemieckich Żydów, którym możliwości pobytu odmówiły Stany Zjednoczone, Kanada i inne kraje ‒ to właśnie tutaj klują się społeczne frustracje, lęki, atawistyczny antysemityzm.

Mala czyta gazety, oddycha zatrutym powietrzem, przeczuwa kruchość teraźniejszości. Ale jest młodą, pełną życia kobietą. Pomimo nieustającej żałoby po małym Jehudzie, trzecim synu Pinkasa i Chai, który jako dziecko zmarł w Niemczech, Zimetbaumowie świętują kolejne małżeństwa i brit mila, rytuały obrzezania. Gitla wraz z mężem Fawlem i maleńką Jeannette przeniosła się do Ekwadoru. Jochka przygotowuje się do ślubu z Efraimem Isakiem Schipperem, polskim drukarzem, który w 1930 roku wyemigrował z Tarnowa i zajmuje się szlifowaniem diamentów. Salomon i Etel Herstein, pieszczotliwie zwana Etusch, mają dwóch małych synków, Maxa i Bernarda, do których w 1940 roku dołączy jeszcze Herman. Dziadkowie zaadoptują trzech wnuczków, kiedy Etusch umrze przy porodzie najmłodszego dziecka. Na zewnątrz panują niezbyt dobre nastroje, ale Zimetbaumowie cieszą się rodzinną codziennością. Mala spędza całe dni z Maxem i Bernardem, z Charles’em, który mieszka w sąsiedztwie, ze znajomymi z Hanoar Hatizoni, którzy uczą ją harcerskich sprawności: jak szyć, gotować, rozpalić ogień, grać w szachy, organizować zgromadzenia, korzystać z wolnego czasu, ucząc się na przykład hebrajskiego, niekochanego przez wrogich syjonizmowi ortodoksyjnych Żydów.

Charles jest wysoki, jasnowłosy i wysportowany. Ten niepoprawny optymista i znakomity w swoim fachu szlifierz diamentów jest zarazem wojującym syjonistą, wchodzi w skład Betaru, prawicowego odłamu Hanoar Hatzioni. Pamięć o tym młodym człowieku zatarła się w rodzinie Sandów i dopiero wiele lat później przywrócił ją jego bratanek Charles, kiedy odnalazł notes z 1944 roku i plik sepiowych fotografii.

Charles junior ma dziś sześćdziesiąt lat. Na spotkanie przyszedł ze swoją córką Chantal. Rozkłada zdjęcia wuja i Mali na stoliku w restauracji Wattman, tuż obok dworca w Berchem, w dzielnicy, w której narzeczeni spędzili swoje ostatnie wspólne dni. To sobota w połowie września, pada deszcz. Zdjęcia ukazują rzeczywistość na dwa lata przed inwazją niemiecką, ale niezbyt zaludniona Antwerpia nie wygląda inaczej niż wtedy, gdy wraz z końcem szabatu ulice zapełniały się brodatymi rabinami w czarnych kapeluszach. „Mój ojciec był młodszym bratem Charles’a, ocalał, bo ukryła go przyjaciółka nie-Żydówka. Nigdy mi o nim nie opowiadał, ale słyszałem, jak rozmawiał z babcią o Charles’u i Mali, a kiedy zmarł, zacząłem szperać w jego papierach. Charles był członkiem Betaru, znalazłem jego legitymację podpisaną przez Josepha Trumpeldora. Myślę, że on i Mala byli zaręczeni, ciągle byli razem. Charles liczył dni od jej aresztowania”. Na zdjęciach zebranych w maleńkim albumie czas trwa w zawieszeniu: ona na przyjęciu u Sandów, ona i on pod rękę wśród afektowanych pań w woalce, ona i on w śniegu, ona w stroju organizacji Hanoar Hatzioni pozuje na kamiennym mostku, ona na łące, ona na polu poroś­niętym zbożem, ona w rozkloszowanej spódnicy i białej bluzeczce, z elegancją nabytą w okresie pracy w zakładzie modniarskim. Jest też mały brązowy notes z 1944 roku, w którym od pierwszego stycznia do siedemnastego czerwca Charles zapisywał tylko kolejne numery: 529, 530, 531; 23 marca zanotował: „nouvelles de Mala”. Potem znów zaczął liczyć.

Restauracja Wattman istniała już w latach trzydziestych. Dzisiejsza klientela to bardzo młodzi ludzie, urodzeni na przełomie tysiącleci, gdy większość ocalałych z Holokaustu nie mogła już mówić o swoich doświadczeniach. Charles junior zamawia cappuccino, bierze długopis i zaczyna odtwarzać rozumowanie wuja, po którym odziedziczył imię, począwszy od 22 lipca 1942 roku, kiedy doszło do obławy i pojmania Mali; jeśli nie liczyć dwóch pierwszych tygodni w obozie przejściowym w Mechelen, kiedy prawdopodobnie udawało jej się jeszcze wysyłać wiadomości na zewnątrz, rachunek się zgadza. 17 czerwca 1944 roku Charles odnotowuje liczbę 697, a potem już nic. Po porównaniu danych z archiwum muzeum Kazerne Dossin i z waszyngtońskiego Holocaust Survivors and Victims Resource Center wynika, że między 17 a 20 czerwca 1944 roku Charles’a aresztowano i wywieziono do Mechelen. Do Auschwitz zostanie przewieziony 31 lipca konwojem dwudziestym szóstym, ostatnim z potwornej sztafety, w której w ciągu dwóch lat z Belgii do Polski przewieziono ponad 25 tysięcy Żydów i 352 Romów, z których 95 procent miało nigdy nie wrócić.

Historia Charles’a dodaje nieco kolorytu obliczu Mali, podczas gdy jego chuda twarz ginie z wolna wśród twarzy ostatnich deportowanych.

Latem 1939 roku katastrofa czai się za każdym rogiem. Fala wzbiera od miesięcy. Cztery dni po dwudziestych pierwszych urodzinach Mali, 30 stycznia, Hitler wygłasza w Reichstagu słynny akt oskarżenia wobec bolszewizmu i judaizmu, obwieszcza też, że Niemcy będą niestrudzenie walczyć z wrogiem. Charles i Mala snują dziecięce plany, ale zdają sobie sprawę, że na horyzoncie zbierają się chmury. Jochka mówi, że siostra nigdy nie ufała Niemcom, była przekonana, że prędzej czy później wyrzucą Żydów na bruk.

W Antwerpii narasta napięcie. Katolicka prasa – „Gazet van Antwerpen”, „La Libre Belgique” i „Le Pays Réel” – głosi nazistowską propagandę i publikuje antysemickie rysunki z Żydami przedstawionymi jako szarańcza lub jako kapitalistyczne pingwiny lubieżnie palące cygara i wzbogacające się kosztem lokalnej społeczności. Grupa zwolenników skrajnej prawicy Volksverwering wypuszcza setki ulotek oskarżających Żydów i cudzoziemców o zabieranie pracy Belgom. W dzielnicach takich jak Borgerhout, która skupia 30 tysięcy antwerpskich Żydów i około 30 synagog, działają komitety obrony praw Żydów i antwerpski związek oporu gospodarczego, który już w połowie lat trzydziestych promował bojkotowanie produktów niemieckich w nielicznych zaprzyjaźnionych sklepach. Również belgijska partia socjalistyczna próbuje stawiać opór i 1 maja 1938 roku wychodzi na ulice z has­łami „Nie dla faszyzmu i dla antysemityzmu” oraz „Prawo do pracy dla żydowskich mas”. Zaczął już jednak wiać wicher zmian.

Zimetbaumowie śledzą z dystansu pierwsze miesiące drugiej wojny światowej naznaczane zatrważającymi wieściami o rodzinie w Polsce i o powstawaniu gett w Łodzi, Lublinie, Krakowie, Warszawie; ich krewni żyją ściśnieni z innymi imigrantami, którzy stanowią już 40 procent cudzoziemskich Żydów w Belgii, ale nadal mają nadzieję, że jest tam bezpiecznie.

 

Wiosną 1940 roku, gdy o tysiąc kilometrów od Antwerpii zaczyna działać obóz koncentracyjny w Auschwitz, utworzony w starych koszarach Wojska Polskiego, Niemcy najeżdżają Belgię, zmuszają armię do kapitulacji i w ciągu kilku tygodni wprowadzają administrację wojskową, która nakaże rejestrację Żydów. Z czasem dawny fort Breendonk zostaje przystosowany na więzienie, mnożą się aresztowania. Żydzi otrzymują zakaz wykonywania wolnych zawodów, uczęszczania do szkół. Zakazów jest coraz więcej, w 1942 roku będą dotyczyć wstępu do parków, kin, teatrów, na stadiony, poruszania się po Belgii, posiadania radia, a nawet gołębi. W grudniu 1940 roku pierwszych 2656 Żydów zostaje deportowanych do Limburga.

Mala ma problemy w pracy. Znajomość języków pozwala jej zachować posadę, podczas gdy inni po kolei są zwalniani, ale także w jej wypadku to tylko kwestia czasu. Zamyka się nie tylko biznes diamentowy, od którego bezpośrednio zależy życie antwerpskich Żydów, również inne rodzaje działalności, począwszy od przemysłu tekstylnego, odprawiają „cudzoziemców”. Spośród 7729 przedsiębiorstw prowadzonych przez Żydów w 1940 roku cztery lata później jest już tylko 657. Nienawiść podsyca się samoistnie. Na ulicach słychać hasła filonazistowskiego ruchu flamandzkiego Vlaams Volksbloch. Niebawem zdjęcia ze spacerów z Charles’em zastąpią zdjęcia z kartoteki: 5 grudnia 1940 roku w spisie Żydów z Borgerhout znajduje się zapis „Malka Zimetbaum, Marinisstraat 7, bezpaństwowiec”.

Życie staje się bardzo ciężkie. Większość Żydów straciła już pracę. Podczas Paschy 14 kwietnia 1941 roku w kinie Rex zostaje wyświetlony niemiecki film propagandowy Wieczny Żyd. Po ulicach Borgerhout, na które wychodzą okna Zimetbaumów, defilują ultranacjonalistyczne grupy paramilitarne, flamandzkie bojówki Zwarte Brigade, czarne koszule SS. Tego samego dnia dwie spośród najstarszych antwerpskich synagog, dom rabina Rottenberga i inne budynki zostają podpalone przy wtórze okrzyków: „Do piekła z żydowskim plemieniem”, a w mieście rozbrzmiewają złowrogie echa nocy kryształowej. Godzina policyjna jest o wiele bardziej restrykcyjna niż w innych częściach Belgii. Pinkas i Chaya coraz bardziej boją się wychodzić. W 1942 roku Mala, z której twarzy zniknął już uśmiech, traci posadę sekretarki w American Diamond Company. W tej sytuacji ostatnim źródłem utrzymania pozostają modlitwy religijnego Pinkasa i datki wiernych w domowej synagodze zorganizowanej przy Marinisstraat.

„Kiedy zaczęła się okupacja Antwerpii, wygasła działalność w przemyśle diamentowym – przerwano import, Niemcy zabrali wszystkie kamienie, a Żydzi, którzy w 90 procentach utrzymywali się z tego przemysłu, nie mieli co jeść”, mówi, przeglądając zdjęcia i snując wspomnienia, siedemdziesięciodziewięcioletni Léon Schummer, były prezes organizacji B’nai B’rith w Antwerpii. Był wtedy dzieckiem, mieszkał z rodziną nieopodal Zimetbaumów. „Mój ojciec zajmował się handlem diamentami, dobrze nam się wiodło, ale nagle musiał zaprzestać pracy. Chociaż nie było nam tak źle jak w getcie warszawskim, to i tak było bardzo ciężko, każdego ranka pojawiały się nowe zakazy, poza tym była godzina policyjna, po ósmej wieczorem mogliśmy się przemieszczać tylko po dachach. Większość Żydów żyła w biedzie, a ci, którym było trochę lepiej, na zmianę zajmowali się dziećmi z rodzin potrzebujących. Pinkas Zimetbaum zarabiał trochę grosza w urządzonej w domu synagodze, ale było mu trudno, poprosił nas, żebyśmy zajęli się Malą, więc codziennie przychodziła do nas na obiad. Było tak aż do czasu, gdy w 1941 roku uciek­liśmy z Antwerpii – wtedy wiedzieliśmy już, co działo się z Żydami w innych krajach, że zabijano ich na ulicy. Mala przychodziła w południe; miała jasne włosy, niebieskie oczy, byłem mały, ale mnie fascynowała. Bawiła się ze mną i z moją siostrą, nauczyła nas malować akwarelami; miałem pudełko farb, ale nie potrafiłem mieszać kolorów, a ona miała tyle cierpliwości”.

Według niektórych źródeł w tych miesiącach Mala skontaktowała się z lokalnym ruchem oporu – Brigade Blanche, założoną w 1940 roku w Antwerpii przez Marcela Loutte – nie ma jednak na to dowodów. Léon Schummer w to wątpi: „Nie uczestniczyła w ruchu oporu. Jej działalność polityczna koncentrowała się na Hanoar Hatzioni, liberalnym ugrupowaniu syjonistycznym, które następnie przekształciło się w Likud, dziś byłaby prawicowa. Po kryjomu uczyła się hebrajskiego, bo wtedy nie było takiego zwyczaju, rabini byli antysyjonistami, nie chcieli państwa izraelskiego, bo czekali na Mesjasza”.

Rozwiewają się ostatnie złudzenia. Podczas konferencji w Wannsee potwierdzono nazistowskie dążenia do „ostatecznego rozwiązania” kwestii żydowskiej: omówiono je w kontekście tworzenia potrzebnych struktur i zaangażowania odpowiednich sił. Począwszy od lata 1942 roku Żydzi, którzy od szóstego roku życia muszą nosić żółtą gwiazdę, „są zapraszani” do osiemnastowiecznych koszar Dossin w Mechelen – na wieś, gdzie do niedawna Mala i Charles pływali łódką. Ogłoszenie mówi o naborze siły roboczej wysyłanej na Wschód, ale choć Żydzi nie mają pracy i głodują, to na miejscu stawia się tylko trzy tysiące dziewięćset osób spośród 10 tysięcy wezwanych za pośrednictwem Związku Żydów w Belgii (AJB), żydowskiej rady narzuconej przez nazistów na ziemiach okupowanych we wszystkich miejscowościach, w których były wspólnoty żydowskie.

Charles pomaga Mali znaleźć kryjówkę w Brukseli, gdzie zagrożenie wydaje się mniejsze niż w Antwerpii. Chociaż lokalne władze współpracują z nazistami, to nie wszyscy postępują równie gorliwie. Niemiecka mapa z tego okresu, na której zobrazowano akty sabotażu wobec okupanta, ukazuje wyraźną rozbieżność między flamandzką północą a frankofońskim południem, gdzie jest dostępna większość podziemnej prasy. W Brukseli pod wodzą burmistrza Josepha van de Meulebroe­cka i jego następcy Jules’a Coelsta nie wykonywano rozkazu, by podwójnie znakować dokumenty Żydów literą „J” i żółtą gwiazdą, którą musieli oni nosić na ubraniach. Van de Meulebroeck za niesubordynację zapłaci aresztowaniem i dopiero po zakończeniu wojny odzyska posadę w ratuszu. Dziewiętnastu innych burmistrzów również przez jakiś czas będzie się opierać najeźdźcy. Antwerpia natomiast w duchu kolaboranta podda się działaniom SIPO-SD, nazistowskiej policji bezpieczeństwa.

W Historii zawsze mieszczą się drobne historie. W czerwcu 1942 roku Adolf Eichmann planuje masowe deportacje z krajów okupowanych w Europie Zachodniej do Auschwitz – konwoje przewożące codziennie po tysiąc osób. Plan przewiduje, żeby zacząć w połowie lipca: 40 tysięcy Żydów z Francji, 40 tysięcy z Holandii, gdzie Anne Frank zaczęła już pisać swój dziennik w notesie, który otrzymała na trzynaste urodziny, 10 tysięcy z Belgii.

Chyba w tym samym czasie Mala znalazła pokój w Brukseli, przy rue de la Poste 9, spokojnej ulicy oddalonej o kilka domów od ogrodu botanicznego. Należy jeszcze załatwić kilka spraw przed potajemnym wyjazdem pociągiem i pospiesznym opuszczeniem Antwerpii.