Ichigo ichieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału: Ichigo-Ichie

Projekt okładki i ilustracji na okładkę:

studio projektowe &Visual/www.andvisual.pl

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja: Beata Słama

Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Ewa Rudnicka, Sylwia Razcwarkow

© by Héctor García and Francesc Miralles

Translation rights arranged by Sandra Bruna Agencia Literaria SL and Book/Lab Literary Agency, Poland. All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2018

© for the Polish translation by Stanisław Bończyk

ISBN 978-83-287-1092-4

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

Nim adept zajmie się lekturą świętych tekstów

i nieprzerwanym śpiewaniem sutr,

powinien najpierw nauczyć się odczytywać listy miłosne,

które ślą nam śnieg, wiatr i deszcz.

MISTRZ IKKYŪ

Spis treści

W starej herbaciarni

Ichigo ichie

Część I: Piękno ulotności

Kaika i mankai

A gdzie ty żyjesz?

Poczuć zen

Dukkha i mono no aware

Los zależny od chwili

Część II: Żyć ichigo ichie

Ceremonia czujności

Sztuka słuchania

Sztuka patrzenia

Sztuka dotyku

Sztuka smakowania

Sztuka wąchania

Część III: Szkółka ichigo ichie

Sztuka świętowania

Zbiorowe mindfulness

Wrócić do teraz

Co by się stało, gdyby…?

Formuła ichigo ichie

10 zasad ichigo ichie

Podziękowania

W starej herbaciarni

Tamtego wieczoru, o czym żaden z nas nie wiedział, miała narodzić się ta książka. Nad dzielnicą Gion rozpętała się burza, a my musieliśmy szybko znaleźć schronienie. W samym sercu Kioto, okolicy pełnej tajemnic, gdzie spotkać można ostatnie gejsze, trafiliśmy do chashitsu, domu herbaty. Byliśmy jedynymi gośćmi.

Siedliśmy przy niskim stoliku obok okna. Spływające szeroką ulicą potoki deszczu niosły ze sobą płatki sakura, kwiatu kwitnącej wiśni. Wiosna miała się ku końcowi, nadchodziło lato. Po budzącej wśród Japończyków nieustający zachwyt feerii białych kwiatów miał niedługo nie pozostać nawet ślad.

Staruszka w kimonie spytała, czego sobie życzymy. Wybraliśmy z karty najbardziej wyjątkową z odmian, gyokuro z okolic Ureshino, regionu na południu Japonii uważanego za ojczyznę najlepszej herbaty świata.

W oczekiwaniu na parujący imbryk i filiżanki dzieliliśmy się wrażeniami na temat dawnej stolicy Japonii. Zamieszkuje ją mniej osób niż Barcelonę, a jednak – wiadomość ta zrobiła na nas potężne wrażenie – na otaczających miasto wzgórzach znajdują się aż dwa tysiące świątyń.

Przez chwilę wsłuchiwaliśmy się w łoskot strug deszczu uderzających o kamienne płyty chodnika. Wiekowa dama wróciła z tacą i przepiękny aromat herbaty wyrwał nas z błogiego letargu. Unieśliśmy filiżanki, by przed pierwszym łykiem nacieszyć oczy intensywnie zieloną barwą naparu, po czym spróbowaliśmy napoju. Herbata była w smaku jednocześnie słodkawa i gorzka.

Tuż przed naszą herbaciarnią przemknęła na rowerze młoda dziewczyna trzymająca nad głową parasol. Nim zniknęła pośród burzy i ciasnych zaułków, zdążyła posłać nam nieśmiały uśmiech. W tej właśnie chwili obaj podnieśliśmy wzrok i zauważyliśmy zawieszoną na ciemnobrązowym filarze drewnianą tabliczkę, na niej zaś tę inskrypcję:

一期一会

Zabraliśmy się do rozszyfrowywania napisu. Akompaniował nam wiszący pod okapem dachu dzwonek, który wprawiały w ruch kolejne powiewy wilgotnego wiatru. Słowa zapisane na tabliczce wymawiało się „iczigo iczi”, ich sens zaś był mniej więcej taki: „To, co przeżywamy w tej chwili, nigdy się już nie powtórzy”. Czyli każdą chwilę należy cenić i postrzegać jako skarb. Przesłanie to w sposób doskonały opisuje wszystko, czego doświadczyliśmy w Kioto tamtego deszczowego wieczoru.

Zaczęliśmy rozmawiać o innych niepowtarzalnych momentach – poszukiwać cennych chwil, które mogliśmy przeoczyć, bo byliśmy zanadto skupieni na myśleniu o przeszłości lub przyszłości. Minął nas student z plecakiem zajęty dłubaniem w telefonie – świetna ilustracja wspomnianego problemu. Zobaczywszy go, przypomnieliśmy sobie cytat z Henry’ego Thoreau, który przytoczyliśmy w naszej poprzedniej książce: „Zabijając czas, nie da się nie zranić wieczności”.

Wiosenny wieczór przyniósł nam zastrzyk natchnienia, temat do przemyśleń na kilka kolejnych miesięcy. Nasze czasy cechują brak koncentracji, powierzchowność i niechęć do słuchania. Otacza nas kultura natychmiastowości. A jednak każdy z nas w dalszym ciągu nosi w sobie klucz pozwalający na nowo otworzyć bramę do krainy skupienia, harmonii z otoczeniem i umiłowania życia.

Kluczem tym jest ichigo ichie.

Na kolejnych stronach zaproponujemy wam niezwykłe doświadczenie, które was odmieni, nauczy z każdej chwili uczynić najwartościowszy moment waszego życia.

HÉCTOR GARCÍA i FRANCESC MIRALLES

Ichigo ichie

Znaki składające się na przesłanie będące osią tej książki nie mają w naszym języku bezpośrednich odpowiedników. Przedstawimy jednak dwie interpretacje, które umożliwią ich zrozumienie.

Ichigo ichie przetłumaczyć można jako „Jeden raz, jedno spotkanie” bądź „Ten jeden raz, jedna okazja”. Sens wypowiedzi jest taki, że każde nasze doświadczenie to wyjątkowy skarb – coś, co nigdy już nie powtórzy się w tej samej formie. Jeśli pozwolimy chwili, by nam się wymknęła, druga okazja nie nadarzy się już nigdy.

一期一会

Kolejne znaki oznaczają odpowiednio:

一 – jeden

期 – raz (w rozumieniu czasowym)

一 – jeden/jedno

会 – spotkanie/okazja

Wrota królestwa Shambhala

Powyższą koncepcję w sposób bardzo klarowny ilustruje tybetańska legenda o wyprawie myśliwego polującego na jelenia. Podążał on za zwierzęciem pomiędzy himalajskimi szczytami, aż dotarł do potężnej góry rozdartej na dwoje. Wyrwa pomiędzy obiema częściami pozwalała zobaczyć, co znajduje się za nią.

Przed otworem w górze siedział starzec z długą brodą. Gestem dłoni zaprosił zaskoczonego myśliwego, by się zbliżył i spojrzał na drugą stronę. Myśliwy usłuchał. Wyrwa w skale była na tyle szeroka, że dało się przez nią przecisnąć. Mężczyzna podszedł do niej i spojrzał. To, co zobaczył, zaparło mu dech w piersiach.

Po drugiej stronie jak okiem sięgnąć znajdował się bujny, zalany słońcem ogród. Pośród drzew o gałęziach uginających się pod ciężarem owoców radośnie bawiły się dzieci, a wokół swobodnie spacerowały zwierzęta. Miejsce to zdawało się krainą piękna, spokoju i obfitości.

– Podoba ci się to, co widzisz? – spytał starzec, widząc zdumienie myśliwego.

– Ależ oczywiście! To chyba raj!

– Tak, to raj. Właśnie go odnalazłeś. Dlaczego nie wchodzisz? Przecież możesz żyć tu szczęśliwie do końca swoich dni.

– Wejdę, ale najpierw sprowadzę przyjaciół i rodzeństwo. Wrócę tu razem z nimi – odpowiedział rozradowany myśliwy.

– Rób, jak chcesz – starzec zmarszczył brwi – ale pamiętaj: wrota królestwa Shambhala otwierają się przed nami tylko raz w życiu.

– Niebawem wrócę – odrzekł myśliwy i oddalił się pędem.

Rozentuzjazmowany szybko pokonał drogę powrotną. Przemierzywszy doliny, rzeki i góry, dotarł do swojej wioski, gdzie zaraz opowiedział o znalezisku rodzeństwu i trzem przyjaciołom, których znał od dzieciństwa.

Wysłuchawszy opowieści, grupa zebrała się i niezwłocznie wyruszyła. Nim jeszcze zapadł zmierzch, dotarli do podnóża góry, gdzie znajdowały się wrota Shambhali. Jednakże wyrwa w górze zniknęła. Wrota zamknęły się, by już nigdy więcej się nie otworzyć, a ten, który je odnalazł, resztę życia spędził, polując.

 

Teraz albo nigdy

Pierwsza część frazy „ichigo ichie” (一期) stosowana jest w piśmiennictwie buddyjskim do opisania czasu od chwili naszych narodzin do śmierci. Jak uczy przytoczone tybetańskie podanie, szansę na spotkanie z życiem podsuwa nam zawsze bieżąca chwila. Jeśli jej nie wykorzystamy, przepadnie bezpowrotnie.

Jak głosi popularne porzekadło, raz się żyje. Każda niepowtarzalna chwila to wrota do krainy Shambhala, które otwierają się raz. Już nigdy więcej nie otrzymamy szansy przejścia przez nie.

Wiemy o tym wszyscy, każdy z nas. Sęk w tym, że pochłonięci bieżącymi obowiązkami i troskami łatwo o tym zapominamy.

Uświadomienie sobie ichigo ichie pomaga zdjąć nogę z gazu i przypomnieć sobie, że każdy poranek, każde spotkanie z dziećmi i najbliższymi są nieskończenie cenne i zasługują na uwagę. Przede wszystkim dlatego, że nikt z nas nie wie, kiedy jego życie dobiegnie końca. Każdy dzień może być tym ostatnim. Kładąc się do snu, nie mamy pewności, że następnego ranka otworzymy oczy.

Jest w Hiszpanii klasztor, w którym ponoć mnisi, ilekroć mijają się na korytarzu, mówią do siebie: „Pamiętaj, bracie, że pewnego dnia umrzesz”. Sytuuje to zakonników w „wiecznym teraz”, nie przyprawiając ich bynajmniej o smutek i lęk, a przeciwnie – pomagając im cieszyć się każdą chwilą.

Jak pisał w swoich Rozmyślaniach Marek Aureliusz, dramatem egzystencjalnym nie jest umrzeć, lecz nigdy nie zacząć żyć.

Ichigo ichie to zaproszenie do filozofii „teraz albo nigdy”. Każde spotkanie zawiera wyjątkową esencję, której doświadczyć da się jeden jedyny raz, nie powtórzy się, nawet jeśli dożyjemy sędziwego wieku.

Owszem, zetkniemy się z tymi samymi osobami w tych samych miejscach, jednak za każdym kolejnym razem będziemy nieco starsi, nasza sytuacja i nastrój będą inne. Odmienne staną się też z czasem nasze priorytety i doświadczenia. Wszechświat w sposób nieprzerwany ewoluuje, a my wraz z nim. Dlatego też nic nie zdarza się dwa razy w ten sam sposób.

Skąd pochodzi pojęcie ichigo ichie

Pierwsze świadectwo ichigo ichie znajdziemy w zapiskach mistrza herbaty Yamanouego Soji. Pochodzą one z roku 1588, a interesujący nas fragment brzmi następująco:

Gospodarza swego winieneś traktować tak,jakby do spotkania pomiędzy wami dojść miało tylko jeden jedyny raz.

Gdybyśmy zajmujące nas pojęcie pozostawili bez tłumaczenia, powyższe zdanie przełożylibyśmy tak: „Gospodarza swego winieneś traktować z należnym ichigo ichie”.

Yamanoue Soji spisywał nauki o ceremonii picia herbaty wyniesione ze spotkań z mistrzem Rikyu, uważanego za jednego ze współtwórców wabi-cha, odmiany ceremonii herbaty na pierwszym miejscu stawiającej prostotę.

By opisać omawiany koncept, Soji sięgnął jednak po starojapońską frazę 一期一度. Jest ona niemal identyczna z przywołanym na początku 一期一会, różnica tkwi w ostatnim znaku – u Sojiego znajdziemy nie „spotkanie”, a „(jeden) raz”.

Zmiana czwartego znaku jest istotna, ponieważ zagadnienie wyjątkowości chwili wynosi poza kontekst ceremonii herbaty. Tej ostatniej poświęcamy osobny ustęp objaśniający jej filozoficzną głębię.

CHWILA CO DO SEKUNDY

Do każdej ceremonii picia herbaty podchodzić należy z ogromną dbałością o szczegóły, ponieważ stanowi ona ichigo ichie, a więc niepowtarzalne spotkanie w czasie. Nawet jeśli gospodarz i jego goście widują się codziennie, chwil, które razem spędzą, nie uda się już nigdy przeżyć w tej samej formie.

Jeśli uświadomimy sobie, jak niezwykła jest każda chwila, pojmiemy, że każde spotkanie to w naszym życiu niepowtarzalna okazja.

Gospodarz winien zatem wykazać się szczerością serca i dołożyć wszelkich starań, by zadbać o szczegóły. Jego zadaniem jest dopilnować, by ceremonia była pełna wdzięku i przebiegła bez zakłóceń.

Goście także winni mieć świadomość, że takie spotkanie nigdy się już nie powtórzy. Należy zatem doceniać każdy szczegół przygotowanej przez gospodarza ceremonii oraz, rzecz jasna, uczestniczyć w niej całym sercem.

To wszystko mam na myśli, gdy używam pojęcia ichigo ichie.

LI NAOSUKE, „Wielki Starzec” z rodu Tokugawa

Chanoyu Icheshu, 1858

Obecne użycia pojęcia ichigo ichie

Poza kontekstem ceremonii picia herbaty współcześni Japończycy używają tego sformułowania w dwóch sytuacjach:

1 Gdy spotykają się po raz pierwszy z nieznaną dotąd osobą.

2 Gdy dochodzi do spotkania z osobą już znaną, ale mówiącemu zależy na podkreśleniu, że każde ze spotkań jest inne od pozostałych.

Załóżmy na przykład, że zabłądziliśmy na ulicach Kioto, a pytanie o drogę zmienia się w dziesięciominutową pogawędkę, bo okazuje się, że osoba, do której się zwróciliśmy, mieszkała kiedyś w Europie. Trafną formą zakończenia rozmowy i pożegnania będzie w tej sytuacji zwrot „Ichigo ichie”. Wyrazimy dzięki niemu, że kończące się właśnie miłe spotkanie nie powtórzy się już w przyszłości.

Druga sytuacja bliższa jest ceremonii herbaty. Zwrotem „ichigo ichie” posłużymy się w rozmowach z regularnie widywanymi znajomymi w celu podkreślenia, że każde spotkanie z nimi jest szczególne i wyjątkowe. Jak mawiał Heraklit: „Niepodobna wstąpić dwukrotnie do tej samej rzeki”, ponieważ wszystko się zmienia – zarówno woda w rzece, jak i osoba zażywająca kąpieli.

Oba użycia omawianego zwrotu mają na celu wyrażenie wdzięczności i docenienia dzielonej z kimś chwili, a także nostalgiczne przypomnienie, że wszystko wokół nas jest przemijające. Ichigo ichie, tak jak formuła o nieuchronnej śmierci, jaką wypowiadają mnisi z hiszpańskiego klasztoru, uświadamia nam, że każde spotkanie może być ostatnim.

Łowcy chwil

Celem tej książki, poza przedstawieniem wielu fascynujących aspektów kultury japońskiej, jest pomoc czytelnikowi w nauce tworzenia i przeżywania niezapomnianych chwil, zarówno w towarzystwie innych, jak i samemu.

W kolejnych rozdziałach udowodnimy, że kultywowanie i praktykowanie ichigo ichie pozwala pełniej się realizować i szczęśliwiej żyć; nie wlec za sobą balastu przeszłości i nie zamartwiać się o przyszłość. Pokażemy, jak przeżywać teraźniejszość, dostrzegając i doceniając to, co ofiarowuje nam każda chwila.

Gdy nasza wspólna podróż dobiegnie końca, i my, i czytelnicy staniemy się łowcami dobrych momentów. Będziemy umieli chwytać je w locie, by cieszyć się nimi takimi, jakie są – wyjątkowymi i niepowtarzalnymi.

Jest taki ładny komiks z serii Fistaszki – Charlie Brown i Snoopy siedzą plecami do nas na brzegu jeziora, a ich krótka rozmowa brzmi tak:

– Któregoś dnia umrzemy, Snoopy.

– Ale za to w tyle innych nie.

Sens odpowiedzi Snoopy’ego nie jest wyłącznie żartobliwy. Nie wiemy, kiedy przyjdzie nam zejść z tego świata, i dobrze, że tak jest. To od nas zależy jednak, jak przeżyjemy wszystkie te „inne dni” – na dni zaś składają się spotkania i chwile. Możemy pozwolić im przeminąć albo uczynić je niezapomnianymi.

Przywodzi to na myśl zakończenie filmu Boyhood. Reżyser Richard Linklater kręcił go przez dwunastu lat, stale współpracując z tą samą grupą aktorów – tak by pokazać widzom upływ czasu. Przez sto sześćdziesiąt pięć minut obserwujemy doświadczenia życiowe Masona od chwili, gdy poznajemy go jako sześcioletniego syna rozwiedzionej pary, aż po pierwsze dni w college’u.

Mason przezwycięża wiele trudności i dostaje się na studia. W ostatnich scenach widzimy, jak z nowymi znajomymi z wydziału wyjeżdża na wycieczkę. Jest teraz inteligentnym i wrażliwym młodym mężczyzną. Ogląda zachód słońca z dziewczyną, która, jak się wydaje, będzie w jego życiu kimś ważnym.

– Kojarzysz? Ludzie wciąż powtarzają, że trzeba chwytać chwile – zagaja dziewczyna – a mnie się wydaje, że jest na odwrót. Że to chwile chwytają nas.

Wiele czasu i miejsca poświęcono dyskusjom o znaczeniu tej sceny, tak pokrewnej japońskiej filozofii ichigo ichie.

Podobnie jak kobiety spodziewające się dziecka wszędzie wokół dostrzegają inne ciężarne, tak my, kiedy staniemy się już łowcami chwil, będziemy widzieć wyłącznie rzeczy wyjątkowe i niesamowite. To dzięki temu, że posiądziemy przywilej rozumienia, iż to, co przeżywamy w danej chwili, nigdy już się nie powtórzy.

Część I: Piękno ulotności

Kaika i mankai

Ci, którzy poznali Kraj Wschodzącego Słońca, wiedzą, że najpiękniejsza tam pora roku to wiosna, kiedy zakwitają sakura – japońskie drzewka wiśniowe.

Na podzwrotnikowych wyspach Okinawa, gdzie gromadziliśmy materiały do Ikigai[1], wiśnia rozkwita już w styczniu, w innych rejonach Japonii od końca marca do połowy kwietnia. Jedynie na wyspie Hokkaido chłodny klimat opóźnia kwitnienie aż do maja.

Japończycy co roku śledzą z ogromnym zainteresowaniem prognozy, by dowiedzieć się, kiedy wreszcie zobaczą białe płatki sakura. Zakwitanie wiśni to nie tylko przepiękny spektakl przyrodniczy, ma ono także wymiar symboliczny, który omówimy w tym rozdziale. Tak zwany sakura zensen, front kwitnienia wiśni, przemieszcza się z południa na północ, a w każdym z miast jedno z drzew stanowi punkt odniesienia – w dniu, w którym zakwitnie, festiwal natury uznaje się za rozpoczęty, a cała ludność przystępuje do świętowania.

Jest w Japonii dziewięćdziesiąt sześć drzew „wskazujących”, obwieszczających początek kaika. W Kioto na przykład drzewo takie rośnie w ogrodzie miejskiej stacji meteorologicznej. Co rano jej pracownik sprawdza, czy pąki już się otworzyły. A kiedy to się już stanie, wiadomość o tym zostaje rozesłana po całym kraju.

Hanami

Skoro tylko wiśnie zakwitną, Japończycy tłumnie ruszają do parków celebrować rytuał hanami, którego nazwa znaczy dosłownie „zobaczyć kwiaty”.

Jeśli w tym okresie odwiedzimy któryś z parków, natkniemy się na grupy pracowników biurowych zgromadzonych wokół drzew, spacerujące rozradowane rodziny i pary zakochanych fotografujące się na tle sakura.

To celebrowanie przyrody i odradzającego się życia, a wraz z nim nadziei, ma niezmiernie długą tradycję. Istnieją kroniki zaświadczające, że festiwale hanami odbywały się już w trzecim wieku naszej ery. Świętowanie trwa także po zachodzie słońca – wtedy przychodzi czas na yozakura (dosłownie: „wiśnie nocy”). O zmierzchu rozpala się tradycyjne lampiony, by następnie udekorować nimi drzewa. Parki i ogrody przepełnia magiczna atmosfera w klimacie filmów studia Ghibli.

Pary i grupy przyjaciół siadują nocami pod sakura z kieliszkiem sake i przekąskami, by cieszyć się chwilą. To doświadczenie bez wątpienia z gatunku ichigo ichie: gdy płatki opadną, co przecież nastąpi lada tydzień, na podobny moment trzeba będzie czekać nie mniej niż rok. Oczywiście pod warunkiem, że los szczęśliwie oszczędzi nam tragicznych zdarzeń.

Sakura to widzialny dowód na to, że to, co w życiu najpiękniejsze, błyskawicznie przemija i nie można tego odłożyć na później.

Świętowanie kwitnienia wiśni rozpoczyna się oficjalnie wraz z kaika – co dosłownie oznacza „pierwsze pąki”. Od tej chwili minie jeszcze około tygodnia, nim kwiaty otworzą się w pełni, czyli osiągną mankai – „moment, w którym kwiat sakura znajduje się w stanie pełnego otwarcia”.

Po kolejnym tygodniu białe płatki zaczynają opadać. Proces ten może ulec przyspieszeniu na skutek silnego wiatru lub deszczu. To właśnie zdarzyło się podczas naszej wizyty w Kioto.

Japończycy, doceniający także moment opadania płatków, nazwali to zjawisko hanafubuki. To chwila wzniosłego piękna wyrażająca wdzięk i poetyckość tego, co ulotne.

Magiczne kaika

W naszej wcześniejszej książce zatytułowanej Shinrin-yoku. Sztuka i teoria kąpieli leśnych przytoczyliśmy niezwykłą historię Hikariego Ōe. Ów cierpiący na silne zaburzenie syn noblisty, spacerując z rodzicami po parku, odkrył muzykę, przez słuchanie i naśladowanie ptasiego śpiewu.

Można powiedzieć, że to typowy moment kaika – oto zaczyna rozkwitać w nas coś wcześniej zupełnie nieznanego.

Początek nowej pasji to zawsze moment magiczny, choć bywa, że pojawia się w miejscu tak niepoetyckim jak na przykład hotelowy basen. Dan Brown wspomina, że nigdy nie przyszło mu do głowy, by zacząć pisać, póki nie natrafił na książkę porzuconą w hamaku przez jakiegoś wczasowicza. Przyszły pisarz był z żoną na zorganizowanych wczasach i potwornie się nudził. Znaleziona powieść, Operacja „Sąd Ostateczny” Sidneya Sheldona, uratowała mu urlop. Tuż po powrocie do domu postanowił, że i on napisze thriller. Owładnięty kaika niezwłocznie zabrał się do dzieła. Kilka lat później Kod Leonarda da Vinci stał się ogólnoświatowym przebojem i uczynił Browna milionerem.

 

Kaika jest też silnie obecna w pierwszych chwilach relacji miłosnych. Ktoś, kto jeszcze przed chwilą dla nas nie istniał, nagle olśniewa nas i staje się centralną postacią naszego życia, zupełnie jak kwiat wiśni rozwijający się z początkiem wiosny.

Miłość to tajemnicza dziedzina. Powodów jej rozkwitu nie sposób przewidzieć. Bo co sprawia, że się w kimś zakochujemy? Gdy pytaliśmy o niezapomniane chwile wyznaczające początek nowej rzeczywistości, słyszeliśmy odpowiedzi w rodzaju:

– Gdy pierwszy raz usłyszałem jej głos, zaparło mi dech w piersiach.

– Jej nieśmiałe, ale głębokie spojrzenie sprawiło, że chciałem poznać jej wewnętrzny świat.

– Zakochałem się, widząc, z jaką delikatnością pomaga uprzątnąć bałagan, jakiego niechcący narobiłem.

To wszystko momenty ichigo ichie, wyjątkowe chwile, które – jeśli będziemy umieli je docenić i uchwycić – rozświetlą całe nasze przyszłe życie.

Wzór na mankai

Kaika to początek przemiany. Nam zależy na tym, by przeszła ona w mankai, a więc by to, co się w nas zrodziło, dojrzało i osiągnęło pełnię rozkwitu. Poniżej kilka przykładów.

 Zakochana osoba decyduje się pielęgnować uczucie, podlewać ogród miłości i w dobre, i w te nie najlepsze dni, by nie dopuścić do jej uschnięcia.

 Początkujący pisarz narzuca sobie codzienny rytm pracy, by dokończyć książkę, która zrodziła się w jego głowie.

 Wytrwały przedsiębiorca nie chce, by jego projekt okazał się inicjatywą efemeryczną, więc nieustannie zabiega o ulepszenia i innowacje.

Mówiąc o długoterminowym wysiłku mającym na celu przekucie raczkującej koncepcji lub powołania w doskonałość, często przywołuje się regułę dziesięciu tysięcy godzin Malcolma Gladwella. Zdaniem tego urodzonego w Wielkiej Brytanii dziennikarza właśnie taki czas pozwala wynieść kaika na poziom mankai. W swojej książce Poza schematem. Sekrety ludzi sukcesu Gladwell pisze o „magicznej liczbie godzin pozwalającej osiągnąć wielkość”, a na potwierdzenie trafności swoich wyliczeń przytacza przykłady znanych postaci:

 Bill Gates zaczął programować w wieku dziesięciu lat. Po dziesięciu tysiącach godzin praktyki, będąc wciąż uczniem liceum w Seattle, przebojem wkroczył do świata informatyki.

 Beatlesi swoich dziesięć tysięcy godzin wiodących do doskonałości spędzili, grając przez dwa lata w hamburskich klubach, gdzie występy zajmowały im po osiem godzin dziennie[2]. Dopiero po powrocie do ojczyzny nagrali hitowe Love Me Do i stali się gwiazdami.

Wniosek Gladwella jest taki, że sam geniusz nie wystarczy. By talent rozbłysnął z całą mocą, trzeba wiele wysiłku i wytrwałości.

ARTYŚCI KLINGI

Japońska dbałość o detale daje się zauważyć we wszystkich dziedzinach. Jednym z najbardziej znanych przykładów jest tu serwująca sushi restauracja Jiro, która – choć znajduje się na stacji tokijskiego metra Ginza – uchodzi za najlepszą na świecie. Syn jej właściciela musiał szkolić się przez kilka dziesięcioleci, by w pełni opanować sztukę przyrządzania tamago (omletów wykorzystywanych do sushi).

W przypadku wielu rzemiosł i dyscyplin nie istnieje żadna szkoła, w której można by poznać ich tajniki. Mistrz przekazuje wiedzę bezpośrednio uczniowi. Ta praktyka jest najsilniej obecna pośród mieczników trudniących się wyrobem katan. W Japonii działa obecnie około trzystu takich rzemieślników, jednak zaledwie trzydziestu z nich utrzymuje się wyłącznie z wyrobu ostrzy. Każdy z mistrzów tego rzemiosła ma uczniów. Dzięki nim sztuka wyrobu ostrzy nie zaginie. W średniowiecznej Barcelonie działało podobno dwudziestu pięciu mieczników, czyli prawie tylu, ilu mistrzów tej sztuki liczy współczesna Japonia.

Wyrabiania kling nie da się nauczyć z książek czy na lekcjach w szkole. By osiągnąć w tym fachu biegłość, należy terminować u któregoś z mistrzów przez co najmniej dziesięć lat. To dłużej, niż trwają jakiekolwiek studia!

Co jest aż tak trudnego w wyrabianiu kling do katan? Proces uzyskiwania doskonałej stali jest co najmniej równie skomplikowany, jak przygotowanie idealnego tamago do sushi.

Jedną z najbardziej cenionych umiejętności jest wyrób kling o jak najniższej zawartości węgla. Im bowiem jest go mniej, tym lepsze właściwości stali. W najszlachetniejszych klingach zawartość tego pierwiastka wynosi zaledwie od 1 do 1,2 proc., lecz uzyskanie takiego wyniku jest niezmiernie trudne. Doświadczeni mistrzowie rzemiosła osiągają go, obrabiając ostrza przez trzy dni w piecach rozgrzanych do temperatury 1200–1500 stopni Celsjusza.

Tradycyjny miecz japoński jest symbolem siły i niezłomności, ale także prostoty, ponieważ nie ma w nim żadnych zbędnych elementów. Stąd także nacisk na uzyskanie jak najwyższej jakości materiału, a następnie na doskonałe wykucie przy użyciu młota, by nadać mu perfekcyjną gęstość.

Japońscy mistrzowie miecznictwa, uważani w swoim kraju za skarb narodowy, muszą przyswoić sobie na całe życie zasadę, która brzmi: „Odrzuć to, co zbędne, by dojść do tego, co kluczowe”. W tym dążeniu tkwią piękno i siła. Można je osiągnąć wyłącznie cierpliwością i wytrwałością.

Teoria Gladwella spotkała się z krytyką. Między innymi Daniel Goleman stwierdził, że uporczywe ćwiczenie nie daje gwarancji powodzenia, bo w niektórych dziedzinach niezbędne są szczególne wrodzone zdolności. Gladwell odpowiedział na zarzuty:

„Reguła dziesięciu tysięcy godzin nie ma zastosowania do każdego sportowca wyczynowego. Praktyka nie jest jedynym warunkiem osiągnięcia sukcesu. Ja na przykład mógłbym grać w szachy nawet sto lat, a i tak nigdy nie zostałbym mistrzem świata. Zawsze jednak wrodzone zdolności wymagają ogromnego nakładu czasu, aby dały o sobie znać w pełni”.

Gdyby kwestię przedstawić w formie równania z użyciem japońskich pojęć, pierwszą część wzoru stanowiłoby ikigai, a więc odkrycie czegoś, co nas pasjonuje, a przy tym przychodzi nam z pewną łatwością. Gdy określimy już, jaka jest nasza „misja”, pora na kaika, a więc element, który wielu przysparza największych trudności. Wymaga on odsunięcia na bok presji ze strony innych i znalezienia przestrzeni dla naszej pasji. Musimy stworzyć warunki, w których będzie mogło rozkwitać to, co z zgodnie z naszym przeświadczeniem pisane nam było robić w życiu. Trzeci składnik to wytrwałe podążanie obraną ścieżką. Niezbędne są tu cierpliwość i niegasnąca wiara. To one doprowadzą nas do mankai.

Podsumowując, nasz wzór wyglądałby następująco: ikigai + kaika + czas = mankai.


Jeśli odkryjemy w sobie talent, damy sobie szansę, a następnie nową pasję uczynimy życiowym priorytetem, będzie się ona rozwijać ku radości nas samych i otaczających nas osób.

Na rozkwit nigdy nie jest za późno

Na myśl o doskonaleniu się w nowej dziedzinie zazwyczaj staje nam przed oczami osoba młoda, mająca przed sobą całe życie. Jest to jednak wyłącznie stereotyp. Każdy człowiek, niezależnie od wieku, zdolny jest dać swojemu życiu nowy początek. Nawet osoba dojrzała może odkreślić przeszłość grubą kreską i zacząć zapisywać nową kartę z nowym pomysłem na siebie. Przecież i ona ma przed sobą całe swoje życie. Istotne jest nie to, ile lat nam zostało, ale to, jak wykorzystamy czas, który mamy do dyspozycji.

Bardzo wielu Japończyków zaczyna wszystko od nowa, zamknąwszy „oficjalną” biografię związaną z pracą zawodową. Ludzie, którzy większość życia spędzili w biurach, skupiając się na interesie firmy, na nowo biorą odpowiedzialność za swoją egzystencję i postanawiają spełniać marzenia. Póki tylko mają dość sił, są jak zadający kłam metryce starzy rycerze Jedi.

Dlatego właśnie na niewielkich stacjach kolejowych często spotyka się przewodników w wieku osiemdziesięciu lub więcej lat. To wolontariusze służący przyjezdnym pomocą i informacją na temat lokalnych atrakcji, rozkładów jazdy komunikacji czy tras trekkingowych.

Gdy, przykładowo, wysiądziemy z pociągu na stacji Yudanaka, chcąc odwiedzić źródła termalne onsen czy wybrać się na wycieczkę do siedliska makaków japońskich z Nagano, zostaniemy powitani przez uroczych staruszków, którzy cieszą się, że mogą poćwiczyć angielski, rozmawiając z wędrowcami z całego świata.

Kiedy gromadziliśmy materiał do Ikigai, okinawscy mistrzowie długiego życia nauczyli nas, że jeśli tylko odważymy się robić to, co kochamy, każdy dzień może być najlepszym w naszym życiu.

Dwa przykłady późnego rozkwitu

Late bloomers to po angielsku osoby, które dopiero w podeszłym wieku odkrywają w sobie talent czy wręcz ikigai, które staje się osią ich życia. Zadając kłam obiegowym opiniom, że szczytowy punkt rozkwitu intelektualnego następuje u młodych dorosłych, a kolejne lata niosą już tylko stopniowy regres, „późno rozkwitający” nigdy nie przestają doskonalić się i odkrywać na nowo. Zdobytą mądrość wykorzystują, by wspinać się na kolejne szczeble i mierzyć z nowymi wyzwaniami.

Przytoczymy dwa przykłady na to, że na wielkie osiągnięcia nigdy nie jest zbyt późno.

Filipinka Melchora Aquino de Ramos w chwili wybuchu rewolty, która przyniosła jej ojczyźnie niepodległość, miała osiemdziesiąt cztery lata. Nie tylko nie ulękła się tego, co działo się wokół, ale w sklepie, którym zarządzała, udzielała schronienia rannym i prześladowanym. Działał w nim także swego rodzaju sztab, odbywały się potajemne spotkania, sama Melchora zaś zawsze służyła rewolucjonistom radą. Wywrotowa działalność staruszki nie uszła uwagi władz kolonialnch, które zatrzymały ją i przesłuchały, chcąc poznać tożsamość przywódców rewolty. Melchora Aquino odmówiła jakichkolwiek informacji, za co deportowano ją na wyspy Mariany. Gdy kontrolę nad Filipinami przejęły Stany Zjednoczone, Melchora wróciła do ojczyzny witana jako bohaterka narodowa. Nadano jej tytuł Wielkiej Rewolucjonistki. Czynnie zaangażowała się w budowę nowego państwa i pracowała na jego rzecz przez przeszło dwie dekady, aż do śmierci w wieku stu siedmiu lat.