Powietrze, którym oddychaszTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Aby pojąć rozmiary naszego zdumienia na widok tych kobiet z Bahia, musicie sobie uzmysłowić ograniczenia, jakie narzucano naszej wyobraźni. Nie istniały jeszcze kolorowe fotografie. Nigdy nie widziałyśmy ruchomych obrazów na ekranie. Czasopisma poświęcone modzie, takie jak „Shimmy!”, były przez ludzi ze sfery Graçy uważane za wulgarne, a dla przedstawicieli mojej warstwy społecznej zbyt kosztowne. Z nabożną czcią przerzucałyśmy stare katalogi krawieckie, które zostały w pokoju Senhory Pimentel, ale kobiety przedstawiane na tych pożółkłych stronach były tylko szkicami, narysowanymi przez artystę czarną kreską. A kobiety, które oglądałyśmy w realnym świecie? W Riacho Doce ich reprezentacja ograniczała się do pokojówek, kucharek i niepozornej Bruxy. Podczas mojej jedynej wyprawy do Recife widziałam w Teatrze Świętej Izabeli wiele kobiet, ale ich podejście do kwestii elegancji było całkowicie skrępowane zasadami poprawności. W Recife nawet podczas upałów kobiety nosiły rękawiczki oraz pończochy i bieliznę, która ciasno opinała ich talie i biusty. Koronki zdobiły tylko ślubne suknie lub pojawiały się jako wąski pasek na kołnierzykach. Rzadko noszono biżuterię, nie przekłuwano uszu, bransoletki uchodziły za niewygodne świecidełka, naszyjniki musiały być ozdobione krzyżykami, a kolie pojawiały się tylko na balach i w teatrze. Dla tych kobiet elegancja polegała na tym, żeby wtopić się w otoczenie. To nie były takie kobiety, jakie sobie wyobrażałyśmy, słuchając audycji radiowych. To nie były bohaterki, do których chciałybyśmy się upodobnić. Ale my nie miałyśmy jeszcze wtedy pojęcia, kogo powinnyśmy naśladować. Nie znałyśmy ani jednego żywego wzorca takiej kobiety, jaką każda z nas miała nadzieję się stać. Wiedziałyśmy tylko jedno – że nie chcemy się zlewać z otoczeniem. Chciałyśmy się w jakiś sposób wyróżniać.

Podczas tego spędzonego w porcie dnia najbardziej zachwyciła mnie nie garderoba tamtejszych kobiet, lecz ich pewność siebie. Nosiły pierścionki na wszystkich palcach! Miały bransoletki, które sięgały im aż po łokcie! Śmiejąc się, nie zasłaniały ust! Lśniły od potu, ale nie stosowały makijażu! Chodziły wyprostowane i patrzyły wprost przed siebie! Obie z Graçą miałyśmy wrażenie, że uciekłyśmy z krainy wdów i znalazłyśmy się nagle w obcym kraju, zaludnionym przez królowe.

Wkrótce miałyśmy się znaleźć w otoczeniu kobiet, które stanowiły ich przeciwieństwo.

Niemal każda zamożna Brazylijka w moim wieku ma do opowiedzenia jakąś historię związaną z zakonnicami. Były one wtedy czymś równie codziennym jak chleb. Szkoły klasztorne uchodziły za prestiżowe. Kościół kształcił córki bogatych rodzin, by móc zapewnić edukację takim jak ja dziewczynom, które nie urodziły się pod szczęśliwą gwiazdą. Większość biednych uczennic składała śluby zakonne, a większość bogatych wstępowała w związki małżeńskie. Nasza historia nie różniła się więc niczym od historii tysięcy innych dziewcząt, porzucanych przez rodziców pod bramami klasztornych szkół. Graça i ja nie byłyśmy wyjątkami, a pogodzenie się z tą świadomością okazało się dla niej bardzo trudne.

Do tej pory była Panienką, jedyną dziedziczką fortuny, zasypywaną najlepszymi strojami i zabawkami. W nowej szkole posiadanie walczącej o przetrwanie cukrowni w północno-wschodniej Brazylii nie było powodem do dumy. Jej koleżanki z klasy były dziedziczkami o wiele większych fortun niż plantacja Pimentelów. Miały delikatniejszą pościel, misterniej ozdobioną koronkami bieliznę, srebrne szczotki do włosów, złote różańce. Sypiały pod sprowadzonymi z Niemiec kołdrami, na których widok odczuwałam wstyd za cienkie, szorstkie koce Graçy, które Tita wetknęła do jej kufra. Najbardziej jednak niepokoiła moją przyjaciółkę postawa zakonnic, które ciągle wychwalały skromność i prostotę. Graça nie była ani skromna, ani pełna prostoty.

Jako „pomocnica” Panienki musiałam prać i prasować jej odzież, pościel, bieliznę, pończochy i szkolne fartuchy. Nie sprzeciwiałam się temu. Usuwając żółtawe plamy spod rękawów jej szkolnych bluzek lub wdychając emanujący z jej nocnych koszul słodkawy zapach potu, myślałam o tym, że dotykała tych miejsc rękami lub nogami i czułam wzbierające we mnie gorące fale podniecenia. Jedna z wyjątkowo snobistycznych pomocnic zaczęła kiedyś wyśmiewać szkolny mundurek Graçy, mówiąc: „Popatrz, jak szorstka jest ta bawełna! Twoja Panienka musi być taką samą nędzarką jak ty!”. Uderzyłam ją, nabijając jej guza pod okiem, a potem zaczęłam okładać po rękach i nogach sznurem od mojego fartucha. Siostra Edwiges, gruba zakonnica mająca pieczę nad pomocnicami, zbiła mnie za tę bójkę trzciną i pozbawiła dwóch kolacji. Ale od tej pory już nikt się nie ośmielił mi dokuczać.

Uczennice i pomocnice sypiały w innych częściach szkoły, ale poza tym mało się od siebie różniły. Wszystkie sypialnie były podzielone pod względem wieku, żeby starsze dziewczyny nie demoralizowały młodszych. W Petrópolis panował chłodny klimat, a w szkole szalały przeciągi. Trzymałyśmy wszystkie nasze rzeczy w kuferkach, które stały obok łóżek i były co tydzień przeglądane przez zakonnice. Kiedy któraś z nich znalazła niedbale złożony fartuch lub zestaw niepasujących do siebie części bielizny, wywracała kuferek do góry dnem i wysypywała na podłogę całą jego zawartość – odzież, obrazki oraz takie zakazane artykuły jak guma do żucia lub kredki do ust. Właścicielka kuferka musiała wszystko posprzątać i była pozbawiana obiadu lub kolacji. W pierwszym tygodniu mojego pobytu w szkole siostra Edwiges przeszukała mój kuferek i znalazła ukryty pod bielizną notatnik. Przerzuciła jego kartki, pobieżnie przeglądając listę portugalskich słów, a potem zatrzymała się na wyrazach angielskich.

– Co to jest, Mario das Dores? – spytała, marszcząc swe bezbarwne brwi.

– Język angielski, siostro – wykrztusiłam nerwowo, przerażona, że odbierze mi notatnik, ale jednocześnie dumna z tego, że wiem coś, czego ona nie wie. – Mówiła w tym języku moja pani. Dawała mi lekcje.

Zakonnica wbiła we mnie spojrzenie niebieskich oczu, a ja nie byłam pewna, czy odbija się w nich podejrzliwość, czy uznanie.

– Lubisz języki obce?

– Tak, siostro.

– Nasze uczennice mają lekcje łaciny. W każdym semestrze pozwalamy w nich uczestniczyć kilku pomocnicom, które szybko się uczą i są dobrymi kandydatkami na siostry zakonne.

Kiwnęłam głową. Udawałam entuzjazm, bo bałam się, że skonfiskuje mój skarb, a nieliczne łacińskie zdania, jakie usłyszałam podczas pobytu w szkole, wydawały mi się tajemniczo piękne. Siostra wrzuciła notatnik do mojego kuferka i podeszła do następnej podopiecznej.

Siostra Edwiges codziennie rano budziła nas gwizdkiem, chodząc w tę i z powrotem wzdłuż rzędu łóżek.

– Salvator mundi – intonowała, a my miałyśmy odpowiadać: Salva nos.

Dziewczyna, która nie dokończyła zdania dość szybko, nie dostawała śniadania. Taki był w tej szkole system kar: utrata posiłku za drobne wykroczenie, trzcina za poważniejsze przestępstwo.

Polubiłam surową szkolną dyscyplinę, mundurki, nasze poranne modlitwy i zwyczaj kłaniania się matce przełożonej przy każdym spotkaniu. Podobała mi się przewidywalność klasztornego życia. Kolejne dni nie różniły się od siebie. Msze były nudne, ale te łacińskie pieśni! Cała kaplica zdawała się wibrować w rytmie naszych głosów, a ja wyobrażałam sobie, że tak musi się czuć ptak, śpiewający wraz z innymi członkami stada.

Fatalną stroną pobytu w szkole było to, że rzadko widywałam Graçę. Podsuwałam sobie pod nos jej spódnice, biustonosze i bluzki, mając nadzieję, że odnajdę na nich jej zapach. Zauważyłam lśniące, zaschnięte plamy na rękawach jej nocnej koszuli i domyśliłam się, że płakała. Liczne mieszkające w klasztorze pomocnice też szlochały w poduszkę. Nasze łóżka stały tak blisko siebie, że niektóre dziewczęta wyciągały ręce i ściskały dłonie sąsiadek. Czasem w nocy słyszałam skrzypienie sprężyn łóżek i mokre odgłosy pocałunków. Strasznie tęskniłam za Graçą i zastanawiałam się, czy ona przeżywa to samo co ja. Wyobrażałam ją sobie śpiącą w sypialni dla uczennic, jak nagle wstaje w środku nocy i wchodzi do łóżka innej dziewczyny. Czułam wtedy bolesny skurcz żołądka i nie mogłam powstrzymać się od płaczu.

Przebierałyśmy się pod prześcieradłami i brałyśmy kąpiel w koszulach nocnych, z trudem odlepiając od ciała mokrą tkaninę, żeby się dobrze namydlić. Ustawione szeregowo prysznice wypluwały zimną wodę. Dopiero później, gdy się wycierałyśmy ręcznikiem, zauważyłam, że koszule nocne przylegają nam do skóry i że widać przez nie ciemne plamy włosów oraz bliźniacze czubki piersi. Dziewczyny z mojej sypialni często rozmawiały o „roztapianiu się”, twierdząc, że potrafią doprowadzić do takiego stanu siebie lub kogoś innego. Rychło odkryłam, o co chodzi, i pod osłoną nocnych ciemności wypróbowałam w łóżku tę sztuczkę na sobie. Jakim wspaniałym cudem są nasze ciała! Jak bardzo byłam dumna z tego, że potrafię zapewnić sobie takie przeżycia! I jak bardzo się wstydziłam rano, podejrzewając, że dziewczęta z sąsiednich łóżek dobrze wiedzą, co robiłam pod kocem. Jedyną osobą, z którą pragnęłam podzielić się tym odkryciem, była Graça. Czy ona wiedziała, na czym to polega? Czy również to robiła?

Graça przez całe życie manipulowała ludźmi w taki sposób, że zamykali oczy na jej drobną budowę, dziwnie zadarty nos, brak formalnego wykształcenia muzycznego i tanecznego, jej akcent, ataki złości, jej nałogi. Podczas pobytu w szkole skłoniła jakoś te snobki, które były jej koleżankami, do zamknięcia oczu na jej pochodzenie i do podejmowania prób zawarcia z nią przyjaźni. Idąc kiedyś korytarzem, wyjrzałam na główny dziedziniec i zobaczyłam Graçę otoczoną wianuszkiem innych uczennic. Graça coś mówiła, a one słuchały. Wybuchały śmiechem za każdym razem, kiedy tylko się zaśmiała. Dziewczyna, która siedziała najbliżej niej i najgłośniej rechotała, była korpulentną blondynką. Miałam ochotę wbiec na dziedziniec i powyrywać jej te jasne włosy.

 

W niedzielę pomocnice i uczennice uczestniczyły we wspólnej mszy. Siedziałyśmy w różnych częściach kaplicy, ale wychodziłyśmy w ustalonym szyku wszystkie razem. W pewną wrześniową niedzielę jasnowłosa koleżanka Graçy podeszła do mnie, gdy byłam już blisko bramy. Zanim zdążyłam przyspieszyć kroku, chwyciła moją dłoń. Gdyby przyłapały nas na tym siostry, obie zostałybyśmy zbite trzciną. Jej uchwyt był silny, a palce wilgotne i twarde jak obrane marchewki. Wcisnęła mi do ręki skrawek papieru. Pół godziny później, w toalecie, w której nikt nie mógł mnie zobaczyć, rozprostowałam tę kartkę i poznałam równe, pełne zaokrągleń pismo Graçy. Sformułowane po angielsku przesłanie brzmiało: „Módl się o 5.00”.

Stojąc w drewnianej klatce kabiny toaletowej, niemal uniosłam się w powietrze. Graça nie tylko mnie wypatrzyła w tłumie dziewczyn, ale w dodatku napisała do mnie w języku, którego nie potrafiła odszyfrować większość uczennic i sióstr. Nie mogłam się zmusić do wyrzucenia tej kartki. Od tego dnia nasza sztywna i kulejąca angielszczyzna stała się dla nas sekretnym językiem, a my przez wiele lat, aż do chwili, kiedy to znalazłyśmy się w Los Angeles, byłyśmy przekonane, że jest kodem, który tylko my potrafimy rozszyfrować.

Jedynym wspólnym obszarem klasztoru była kaplica, w której zarówno uczennice, jak i pomocnice miały samotnie spędzać pół godziny dziennie na modlitwie. O piątej spotkałam się tam z Graçą. Jej piwne oczy niemal wychodziły z orbit, a policzki były tak zapadnięte, jakby je nieustannie ssała. Nie ulegało wątpliwości, że została skazana na przymusowy post, ale za co?

– Wyjeżdżamy – oznajmiła na wstępie.

– To znaczy kto? – spytałam, czując nagłą suchość w ustach.

Graça i ta dziewczyna postanowiły uciec ze szkoły – pomyślałam – a ona uprzedza mnie o tym, żebym nie była zaskoczona.

– Ty i ja – odparła, splatając swoje palce z moimi. Moje ręce były szorstkie od prania jak skórka pomarańczy. – Ty nie jesteś pokojówką, Dor! A ja nie jestem zakonnicą. Jestem artystką. Umrę, jeśli zostanę tu dłużej!

Kiwnęłam potakująco głową. Czy naprawdę sądziłam, że uda nam się oszukać czujność wszystkich zakonnic, pokonać klasztorny płot, znaleźć drogę w sosnowym lesie i w jakiś sposób dotrzeć w jednym kawałku do Rio? Nena mawiała, że biciem można nauczyć psa, by chodził przy nodze bez smyczy. Zależało mi na szkole, ale nie widziałam nic złego w tym, że będę się codziennie spotykała z Graçą w kaplicy, żeby planować ucieczkę. Nawet gdyby siostry przyłapały nas na tym, że rozmawiamy szeptem, zamiast się modlić, nawet gdyby pozbawiły mnie wszystkich posiłków do końca przyszłego roku, nie miałoby to znaczenia, bo Graça wybrała mnie i tylko mnie.

Od tego dnia codziennie klękałyśmy w kaplicy obok siebie i zasłaniając usta złożonymi jak do modlitwy rękami, udawałyśmy, że odmawiamy pacierze. Z każdym spotkaniem nasza wyimaginowana ucieczka nabierała coraz bardziej realnych kształtów, a ja coraz lepiej zdawałam sobie sprawę, jakie czekają nas kłopoty, jeśli zostaniemy ujęte. Choć w rzeczywistości na te kłopoty byłabym narażona tylko ja. Panienkę co najwyżej pozbawiono by kilku posiłków lub zbito trzciną po rękach, natomiast niesforną pomocnicę wygnano by na ulicę, bez słowa sprzeciwu ze strony Senhora Pimentela. Ale jak na razie Graça uparcie twierdziła, że musimy dotrzeć do Rio, by znaleźć stację radiową Mayrin, i już układała listę piosenek, które zaśpiewamy, gdy już będziemy na miejscu. Przekonywała mnie, że jak tylko właściciel stacji usłyszy nasze głosy, natychmiast podpisze z nami umowę i będziemy mogły śpiewać dżingle. Posada w radio pozwoli nam się ustawić, a potem już szybko zostaniemy gwiazdami „Godziny radiowej”.

To ja wyrywałam nas z krainy snów i wracałam do szkolnej rzeczywistości. To ja zauważyłam kuchenne drzwi, przez które codziennie wnoszono dostawy produktów spożywczych. Czy mogłybyśmy się ukryć w ciężarówce? Czy raczej należało wykorzystać pieniądze, jakie przysyłał Senhor Pimentel, i przekupić młodego mleczarza, żeby nas wywiózł swym zaprzężonym w osła wozem? A może lepiej ukraść drabinę ogrodnika, oprzeć ją o okalający szkołę płot i wspiąć się po niej? Czy powinnyśmy zacząć zbierać w kieszeniach płaszczy resztki chleba z obiadu, żeby mieć co jeść po drodze, gdy już uciekniemy? Stale wracałam na ziemię, a Graça zasłaniała usta, by ukryć ziewanie.

– Czy mamy śpiewać tanga, czy fado? – pytała. – Fado może być zbyt monotonne. Potrzebujemy czegoś skocznego.

– Czy ty mnie słuchasz?

– Tak, ale chcę rozmawiać o tym, co jest naprawdę ważne.

– Czy wydostanie się stąd nie jest dla ciebie ważne?

– Przypominasz mi te dziewczyny, które myślą tylko o tym, że trzeba przeć podczas porodu, i zastanawiają się, czy to będzie bardzo bolesne – oznajmiła Graça. – Ja myślę o tym, co będzie dalej. O wychowaniu dziecka.

– To bynajmniej nie jest zabawne.

– Toteż ja się wcale nie śmieję. Możemy pleść przez cały dzień o zamkach, łapówkach i płotach, ale tak naprawdę najważniejsza jest gotowość. Któregoś dnia zakonnica się zdrzemnie o niewłaściwej porze, ktoś zostawi otwarte drzwi, albo ogrodnik zapomni o zaryglowaniu bramy, a wtedy trzeba będzie natychmiast podjąć decyzję. Okazja zapuka do naszych drzwi, a my będziemy musiały szybko je otworzyć.

– A co, jeśli nie zapuka? Jeśli będziemy musiały same ją sobie stworzyć?

Graça zerknęła na siedzącą w głębi kaplicy zakonnicę, a potem pochyliła się lekko w moją stronę i pocałowała mnie w rękę.

– Przeznaczenie nie wymaga od nas pobytu w tym miejscu. Jesteśmy stworzone do większych rzeczy. – Wskazała ruchem głowy wiszącego na krzyżu Chrystusa. – Nawet On to wie.

Kilka tygodni później Graça wpadła do kaplicy niemal biegiem. Klękając do modlitwy, trąciła mnie mocno łokciem, spychając moje ramię z obudowy ławki.

– Słyszałaś, Dor? – spytała.

– O czym?

Trzykrotnie zastukała nogą o wykładaną kafelkami podłogę.

– Trafia się okazja. Świątobliwe siostry zabierają nas na wycieczkę.

Zakonnice planowały podróż do Rio, żeby nam pokazać słynny posąg Chrystusa Zbawiciela. Kiedy obie z Graçą zakradałyśmy się w Riacho Doce na nocne koncerty robotników, w kraju objął władzę nowy prezydent. My byłyśmy zbyt młode, żeby się tym przejąć, ale dorośli wydawali się zaniepokojeni. Getúlio Vargas przegrał wybory, ale zapewniwszy sobie poparcie swych przyjaciół w armii oraz opinii publicznej, wypędził zwycięzcę. Była to rewolucja, choć Riacho Doce leżało zbyt daleko od stolicy, by odczuć jej skutki. Trwała zresztą tylko cztery dni; kiedy wieści o niej dotarły do Riacho Doce, walki w stolicy już ustały, a Getúlio był prezydentem.

Wszyscy, nawet nasze zakonnice, mówiąc o prezydencie, używali jego imienia, jakby był zaginionym bratem lub kuzynem. Gdy tylko zainstalował się w prezydenckim pałacu, zarządził szeroko zakrojone roboty publiczne, żeby uspokoić nastroje. Jednym z tych projektów była trzydziestoośmiometrowa figura Chrystusa, która miała stanąć nad Rio de Janeiro, na górze Corcovado, w lesie Tijuca. Jej budowę zaczęto kilka lat przed dojściem Getúlia do władzy, ale on sprytnie przypisał sobie wszystkie zasługi.

Siostry były bardzo przejęte wyprawą na Corcovado. W tego rodzaju wycieczkach brały udział tylko starsze podopieczne klasztornej szkoły, ale zabierano na nie także ich pomocnice. Do obejrzenia posągu Chrystusa Zbawiciela wytypowano siedemdziesiąt pięć dziewcząt, których miało pilnować zaledwie pięć sióstr.

– Oto nasza szansa – oznajmiła z przejęciem Graça. – Będziemy w Rio. Można powiedzieć, że one same nas dowiozą na miejsce przeznaczenia.

– Będziemy w lesie, na szczycie góry. Rio jest oddalone o kilka kilometrów.

– I tak będzie bliżej niż teraz.

– Jak zejdziemy o własnych siłach z tej góry? Pieszo? To może zająć wiele dni. Co będziemy jadły?

– Przestań – wyszeptała Graça. – Wszystko komplikujesz. Pojedziemy i urwiemy się tym zakonnicom. I tyle.

Wybuchnęłam śmiechem, a Graça spojrzała na wiszącą w kaplicy podobiznę Chrystusa. Miał tak silnie zaciśnięte dłonie, że ich kostki były białe.

– Myślisz, że jesteś bardzo mądra – powiedziała Graça. – Ale nie byłaś na tyle mądra, by się wyrwać z Riacho Doce. Żeby to osiągnąć, musiałam nas niemal utopić w tej rzece. Więc przestań traktować mnie tak, jakbym miała ptasi móżdżek, i kwestionować wszystko, co powiem. Po prostu rób, co do ciebie należy, i słuchaj moich poleceń, a ja wydostanę nas również stąd.

– Uważasz, że to mój obowiązek?

– Owszem.

– To nie ty mnie tutaj sprowadziłaś. Zrobiła to Nena. Jestem w tej kaplicy tylko dzięki niej, bo zagroziła, że odejdzie z Dużego Domu, jeśli ja też nie zostanę wysłana do tej szkoły. Twój papai wcale się nie przejmuje tym, że jesteś od niego oddalona o dwa tysiące kilometrów. On nawet nie zauważa twojej nieobecności. Ale nie chciał stracić dobrej kucharki.

Graça spojrzała na mnie ze zdumieniem. Potem wstała, przeżegnała się ostentacyjnie i wyszła z kaplicy.

Następnego dnia nie zjawiła się na popołudniowej modlitwie. Ani dzień później. I dwa dni później. Klęczałam samotnie w pierwszej ławce, otumaniona bezsennymi nocami, podczas których myślałam o Graçy. Zastanawiałam się, czy ona naprawdę ucieknie, a jeśli tak, to czy zabierze mnie ze sobą. W dniu wyjazdu tak bardzo trzęsły mi się ręce, że z trudem donosiłam do ust łyżkę wodnistej owsianki. Zanim opuściłyśmy klasztor, wyjęłam z kuferka mój notatnik i schowałam go do kieszeni spódnicy. To była jedyna rzecz, z którą nie chciałam się rozstać.

U podnóża góry Corcovado znajdowała się stacja elektrycznej kolejki, kursującej w górę i w dół po stromym zboczu. Jechałyśmy na szczyt oddzielnie – siostry i uczennice zajmowały pierwsze wagoniki, pomocnice zaś tłoczyły się w ostatnim. Kolejka przedzierała się przez gęstwinę drzew i palm, tworzących las Tijuca. Co roku gubili się w nim liczni turyści i nierzadko tracili tu życie.

Zbliżywszy się do końca torów, ujrzeliśmy w oddali Rio: półkole zatoki Guanabara, wpływające do portu statki, które wyglądały stąd jak białe kropki, kopułę gmachu Senatu, brązowe orły Pałacu Catete. Moje spocone dłonie ślizgały się po barierze. Stojąc w ostatnim wagoniku, ledwie widziałam jadącego w pierwszym maszynistę. Niedaleko niego siedziała Graça, wpatrzona w szczyty gór.

Gdy dotarłyśmy do podnóża posągu, siostry kazały nam uklęknąć i odmówić modlitwę. Postać Zbawiciela była wykuta w białym steatycie. Był tak niewiarygodnie wysoki, że kiedy patrzyłam w jego spokojne oblicze, kręciło mi się w głowie. Po modlitwie pozwolono nam spacerować przez pół godziny po okolicy.

Obserwowałam Graçę, która stała obok Rosy, tej jasnowłosej dziewczyny. Rosa coś mówiła, a Graça kiwała głową z poważnym wyrazem twarzy. Miałam wrażenie, że moje wnętrzności są tak zimne jak kamień, z którego wykuto posąg. One uciekają beze mnie – pomyślałam. A potem, bez chwili wahania, zaczęłam się rozglądać za którąś z sióstr.

Zamierzałam donieść na przyjaciółkę. Wolałam, żeby była uwięziona wraz ze mną w szkole, niż żeby włóczyła się beze mnie po Rio. Zanim znalazłam zakonnicę, na mojej drodze stanęła Graça.

– Gotowa? – spytała po angielsku.

Zanim wyjechałyśmy ze szkoły, dała tej blondynce trzy jedwabne kaftaniki w zamian za przysługę. Rosa ukryła w plecaczku butelkę oleju rycynowego i wypiła połowę jej zawartości tuż przed wejściem do wagonu kolejki. Na górze, w dziesięć minut po odmówieniu modlitwy, zgięła się wpół i zaczęła jęczeć. W tym momencie zaś wymiotowała już w krzakach, blisko podnóża posągu. Piątka naszych ubranych w habity opiekunek sięgnęła po swe gwizdki i pobiegła jej na pomoc.

– Teraz! – krzyknęła Graça, chwytając moją rękę.

Ruszyłyśmy biegiem w stronę opustoszałej kolejki.

Wagoniki były podłączone do elektrycznych kabli i funkcjonowały w taki sposób, że ten, który zjeżdżał, był przeciwwagą dla wjeżdżającego. Jeden zestaw wagonów nieustannie piął się w górę, a drugi sunął w dół, bez względu na to, czy wypełniali go pasażerowie, czy jechał pusty. Wykorzystując chwilę nieuwagi maszynisty, wślizgnęłyśmy się do ostatniego wagonika i ukryłyśmy za drewnianymi ławkami.

Graça schowała w biustonoszu niewielką sumę pieniędzy, jaką dostała od ojca w ramach kieszonkowego. Pod mundurkiem miała zwyczajną bluzkę. W połowie góry zdjęła go i rzuciła w las. Kazała mi ściągnąć szkolną koszulę i odwrócić ją na drugą stronę. Nikt na pierwszy rzut oka nie skojarzyłby nas z klasztorną szkołą.

Niezdarnie odpinałam guziki drżącymi ze zdenerwowania palcami. Brakowało mi tchu, a w przykurczonych nienaturalnie nogach odczuwałam już ból.

 

– Dawaj – westchnęła Graça i zaczęła rozpinać moją bluzkę.

Kolejka jęczała i rzucała nas to w prawo, to w lewo. Palce Graçy poruszały się szybko i zręcznie. Była tak skupiona na tym, co robi, że zagryzła odruchowo dolną wargę. Kiedy skończyła, poły bluzki się rozchyliły, a ona delikatnie zsunęła ją z moich ramion i obdarzyła mnie uśmiechem.

W tym momencie istniałyśmy tylko my dwie. Byłyśmy pierwszymi i ostatnimi przedstawicielkami naszego gatunku. Byłyśmy jedynym rezultatem dzieła stworzenia świata. Było jasne, że ona zostanie gwiazdą. Było jasne, że znajdzie swą drogę do Rio. Było jasne, że osiągnie to, co wydawało się niemożliwe. Nie miałam pojęcia, jak mogłam kiedykolwiek zwątpić wobec takiej pewności siebie, tak niewzruszonej wiary we własne siły.

Włożyłam bluzkę, przewróciwszy ją na drugą stronę. Kolejka z hałasem pędziła w dół. Czułyśmy wzajemną bliskość. Otaczała nas dżungla. Przed nami leżało Rio de Janeiro, ogromna stolica Brazylii. Byłyśmy piętnastoletnimi uciekinierkami. Żadna z nas nigdy nie mieszkała w dużym mieście. Nigdy nie byłyśmy pozbawione opieki dorosłych. Czy odczuwałam lęk? Czy miałam wątpliwości? Nie pamiętam. Przypominam sobie tylko to, że czułam ciepło bijące od Graçy i myślałam o Riacho Doce. O wypalaniu trzciny, o jastrzębiach, które krążyły wokół płonących pól, wypatrując myszy, węży i innych zwierząt, usiłujących uciec przed ogniem. O ptakach, które nurkowały gwałtownie, a potem odfruwały ze zdobyczą. Nie zabijały swych ofiar od razu, lecz leciały z nimi przez jakiś czas nad ziemią. Te zwierzęta spędzały więc swoje ostatnie chwile w powietrzu, z dala od znanego im świata, i oglądały nagle wszystko z góry. Jakże to musiało być przerażające! I jakie cudowne! To samo odczuwałam w tej kolejce: miałam wrażenie, że znalazłam się w szponach czegoś, co było większe, silniejsze, mądrzejsze niż ja i że lecę w kierunku przeznaczenia, które budziło we mnie strach. Ale teraz, kiedy ujrzałam świat z góry, jakże mogłabym wrócić do banalnego życia na dole?

.

POWIETRZE, KTÓRYM ODDYCHASZ

Oto jestem, kochanie,

Zawsze przy tobie.

To ja kupuję ci jedzenie.

To ja ścielę twoje łóżko.

To ja podkładam ci poduszkę

Pod głowę.

Ale ty tego nie zauważasz.

Nie doceniasz.

Zdajesz się myśleć,

Że zawsze tu będę.

Co by się stało, gdybym musiała odejść?

Nikt nie dostrzega powietrza, którym oddycha.

Jakie znaczenie mają uczucia,

Dopóki masz nowe skarpetki

I ciepłą wodę w wannie?

Dopóki ktoś otwiera przed tobą wszystkie drzwi?

Co by się stało, gdybym musiała odejść?

Nikt nie dostrzega powietrza, którym oddycha.

Wszyscy nie doceniamy tego,

Co przychodzi nam zbyt łatwo.

Dlatego nie zgodzę się na rozstanie –

Bo zawsze jesteś dla mnie wyzwaniem.

Oto moja przysięga wierności, oto wszystko, w co wierzę:

Dla ciebie będę niewidoczna. Będę powietrzem, którym oddychasz.

.

Jej kostiumy zajmują w moim domu cały pokój. Nadal zaskakuje mnie to, że suknie są takie ciężkie; nie mam już tyle siły, by wyjmować je z toreb. Wszystkie te kryształy i koraliki tak je obciążają, że ważą nieraz sześć kilogramów, a niektóre nawet dwanaście. To zdumiewające, że Graça w nich tańczyła, a tym bardziej stała godzinami na planie, wsparta o deskę do prasowania, żeby nie ulec pokusie i nie usiąść, co groziło zniszczeniem kostiumu.

Zdumiewają mnie nie tyle kostiumy, ile to, że Graça nie dawała się im przytłoczyć. Każda inna kobieta stałaby się niewidzialna pod cekinami i klejnotami, ale na Sofii Salvador wyglądały tak naturalnie, jakby były częścią niej – lśniącą skorupą osłaniającą delikatne wnętrze.

Bycie kobietą zawsze wymaga zdolności aktorskich – tylko bardzo stare i bardzo młode mogą się nie obawiać ich ujawnienia. Pozostałe muszą grać swoje role z entuzjazmem, ale bez widocznego wysiłku. Nasze ciała muszą być niczym formy ukształtowane zgodnie z wymogami naszych czasów: są masowane, depilowane, malowane lub niemalowane, zakrywane lub nie, perfumowane, farbowane, uciskane, nasycane różnymi substancjami, pudrowane, okrawane, poddawane peelingowi, nawilżane, karmione lub głodzone i tak dalej, dopóki te kostiumy nie wyglądają jak szyte na miarę. Jesteśmy wszędzie obserwowane i oceniane: na ulicy, w autobusie, za kierownicą samochodu, w kawiarni. Musimy się uśmiechać, ale niezbyt szeroko. Musimy być miłe, ale nie przystępne. Musimy schlebiać naszym rozmówcom i wychodzić im naprzeciw, ale nigdy nie dawać zbyt wiele z siebie i nigdy nie robić tego dla własnej przyjemności. Jeśli dbamy o własną satysfakcję, musimy robić to w tajemnicy.

Każde odstępstwo od tej roli grozi katastrofą. Kobieta, która wykracza poza swoje emploi, jest atakowana za to, że usiłuje być mężczyzną, że jest dziwką, że jest złośnicą, że jest żałosna, że jest lesbijką, albo – jak mówiło się za moich czasów – Wielką Stopą. Kobieta, która gra swoją rolę ze zbytnim rozmachem, staje się ladacznicą jak moja matka. Rażące naruszenie reguł grozi pobiciem, hańbą lub po prostu mordem i porzuceniem w rynsztoku. Jeśli myślicie, że przesadzam albo jestem niewolnicą brutalnej przeszłości, a czasy się zmieniły, posłuchajcie uważnie tego, co wam teraz powiem: ktoś, kto nie dysponuje siłą w istniejącym świecie, musi sobie stworzyć własny, musi dostosować się do otoczenia i unikać licznych zagrożeń. Więc urok kobiety – jej uśmiech, czar, wesołość, słodycz, jej uperfumowane ciało i staranny makijaż – nie jest głupim produktem ubocznym zmieniających się mód i gustów, tylko bronią w walce o przetrwanie. Konieczność odgrywania ról może i czyni z nas ofiary, ale utrzymuje nas przy życiu.

Kiedy myślę o naszych pierwszych miesiącach w dzielnicy Lapa, wydaje mi się niepojęte, że Graça i ja nie skończyłyśmy martwe w wodach laguny Rodrigo de Freitas. Można powiedzieć, że miałyśmy szczęście, ale ja wolę myśleć, że ocaliła nas sytuacja demograficzna. Kiedy cykady opuszczają co siedemnaście lat bezpieczne schronienia w ziemi i wypełzają na światło dzienne, nie mają żądeł ani kolców chroniących je przed napastnikami. Ich jedyną obroną jest ich liczebność. Tak samo było w dzielnicy Lapa w 1935 roku – wszędzie roiło się od dziewcząt. Od ekspedientek, rozrywkowych panienek, sprzątaczek, dziewcząt sprzedających papierosy, posłańców płci żeńskiej, dziewcząt sprzedających cukierki, dziewcząt motyli oraz od dziewczyn takich jak Graça i ja, które odmawiały przynależności do jakiejkolwiek grupy i chciały być tylko sobą. Takie dziewczęta były oczywiście najbardziej narażone na wszelkie niebezpieczeństwa.

Łatwo było zniknąć. W owych czasach zwykły telefon uchodził za wielki luksus. Nawet samochody były rzadkością. Żeby powiadomić policję o czyimś zaginięciu, trzeba było zjawić się osobiście na posterunku. Zanim zakonnice zdały sobie sprawę z naszej nieobecności, a potem zjechały kolejką z góry Corcovado, by poinformować o niej władze, musiała minąć spora część popołudnia. Senhor Pimentel mógł zostać powiadomiony telegraficznie o zniknięciu córki dopiero następnego dnia.

Riacho Doce było oddalone od Rio o dwa tysiące trzysta kilometrów i leżało na północy, czyli jakby w innej krainie. Co mógł wiedzieć tamtejszy plantator trzciny cukrowej o zawiłych stosunkach panujących w Rio, o dziesiątkach jego dzielnic, o leniwych policjantach, zawsze wypatrujących okazji do zgarnięcia łapówki? W dodatku prezydent Getúlio nie był bynajmniej kochany przez wszystkich Brazylijczyków – w São Paulo wybuchła skierowana przeciwko niemu krwawa rewolta, a potem komuniści usiłowali wywołać powstania w czterech największych miastach i przejąć w nich władzę. W obliczu tak wielu zagrożeń podległa prezydentowi policja nie miała ani dość ludzi, ani specjalnej ochoty, by poszukiwać córki drobnego producenta cukru. A tym bardziej mnie. Ja nie byłam niczyją dziedziczką. Ktoś, kto nigdy nie istniał, nie może zniknąć.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?