Powietrze, którym oddychaszTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

UCIECZKA

Graça wróciła z Recife w kilka tygodni po wygaśnięciu pożarów i zbiorze łodyg trzciny. Leżałam na moim wyrze i śniłam o nieokrzesanych pomocnicach kuchennych, o ich brudnych stopach, zniszczonych rękach, kształtnych ciałach i niewyparzonych językach, aż nagle poczułam silny ból w ramieniu. Graça obudziła mnie uszczypnięciem.

– Chodźmy – szepnęła.

Nena spała mocno na swoim łóżku.

– Dokąd? – spytałam cicho, ale Graça przechodziła już na palcach przez drzwi. Narzuciłam szal na nocną koszulę i ruszyłam za nią.

Noc była ciepła, a w Dużym Domu panowała cisza. Graça zaprowadziła mnie do salonu, a potem otworzyła jedno z weneckich okien wychodzących na ganek. W końcu podciągnęła nocną koszulę i przelazła przez barierę. Oniemiała ze zdumienia, poszłam w jej ślady.

Wiał lekki wiatr. W powietrzu nadal unosił się zapach wypalanej trzciny, zmieszany z aromatem rozgrzanej melasy, która bulgotała codziennie w kotłach cukrowni. Czułam pod bosymi stopami mokrą trawę. Z baraków, w których mieszkali robotnicy, dochodził miarowy, dobrze mi znany warkot bębnów.

Graça minęła bramę Dużego Domu i ruszyła w kierunku rzeki, znad której dolatywało to bębnienie. Chwyciłam ją za rękę.

– Nie wolno nam tam chodzić – przypomniałam.

– Posłuchaj – szepnęła Graça. Nad niskim warkotem bębnów górował chór męskich i kobiecych głosów. – Chcę ich posłuchać.

– Możemy to zrobić, nie ruszając się z tego miejsca.

– Ja tam idę, Dor – oznajmiła, wyrywając ramię z mojego uścisku.

– Poskarżę na ciebie – zagroziłam. – Obudzę cały dom.

– Tylko spróbuj – mruknęła lodowatym tonem. – To ty zostaniesz zbita za wychodzenie w nocy z domu. I za to, że masz na mnie zły wpływ.

– Nie pozwolą nam nigdy więcej słuchać naszych płyt.

– I co z tego?

– Proszę cię – zajęczałam błagalnie, chwytając jej dłoń. – Wracajmy.

– Wolałabym umrzeć – odparła Graça.

Podczas naszej znajomości często posługiwała się tym zwrotem, ale owej nocy po raz pierwszy skierowała tę groźbę pod moim adresem. Wyobraziłam sobie jej ciało wepchnięte do ciasnej trumny. Poczułam skurcz żołądka. Skrzywiłam się z bólu, a ona chwyciła mnie za ręce. Mając na sobie identyczne szale i koszule nocne, wyglądałyśmy teraz jak swoje lustrzane odbicia.

– Ty chcesz zostać w tym domu – powiedziała. – Jeśli nie będziesz czujna, spędzisz w nim całe życie. Ale ja muszę oglądać świat, Dor. Muszę go słuchać. Słyszeć prawdziwe dźwięki, a nie tylko piosenki nagrane na stosik płyt. Czy nie chcesz się dowiedzieć, co oni śpiewają? Nie chcesz tego poczuć? Jeśli chcemy być prawdziwymi śpiewaczkami, prawdziwymi artystkami, musimy nauczyć się wrażliwości!

Wykrzyczała te słowa w takim podnieceniu, że zabrakło jej tchu. Wierzyła, że właśnie nas zbawia, a jej pasja była zaraźliwa. Przez całe życie umiała przekonywać innych, że są bohaterami j e j opowieści – zawsze jej opowieści. Tej nocy przekonała mnie.

Czterej robotnicy siedzieli na stołkach. Ich ramiona były pokryte lśniącymi bliznami. Jeden pochylał się nad wielkim bębnem. Dwaj inni trzymali w rękach puste puszki i uderzali w nie czubkami maczet. Czwarty miał na kolanach mały bębenek. Podobnie jak inne tego typu instrumenty był on obciągnięty suszoną skórą, ale tylko z jednej strony. W środku naprężonej skóry tkwił cienki, bambusowy patyk. Mężczyzna nie uderzał w bęben, lecz wkładał rękę do jego wnętrza i przesuwał patyk w górę i w dół, uzyskując podobny do jęku dźwięk. Jeden z robotników zaczął śpiewać:

– „Kochanie, chcę zapukać do twojego okna.

Może wtedy mnie dostrzeżesz?

Będę cię błagał o kubek wody.

Może wtedy usłyszysz moją prośbę?

Napełnij szybko ten kubek

I podaj mi go,

Żebym mógł dotknąć przelotnie twojej dłoni.

Kochanie, budzisz we mnie pragnienie,

A twój dotyk pali jak żelazo do znakowania bydła”.

Klasyczne pieśni z naszych płyt były dla mnie przez długie lata najważniejszym źródłem obcowania z muzyką. Kochałam je w taki sposób, w jaki dziecko kocha starszych krewnych: wydawały mi się słodkie i czułe, ale nie miałam pojęcia, jak i dlaczego przetrwały tak długo. Pieśni robotników były inne. Zawierały ukryte przesłania, dotyczące dorosłego życia, a ja – podobnie jak Graça – bardzo chciałam je rozszyfrować.

Później powiedziano nam, że ten jęczący bębenek nazywa się cuíca. Graça twierdziła, że jego dźwięk skłania ją do płaczu.

– Przecież nie uroniłaś ani jednej łzy – przypomniałam jej, a ona uniosła wzrok ku niebu.

– No cóż, m i a ł a m o c h o t ę się rozpłakać, Dor. Ale nie chciałam głośno beczeć, bo to zwróciłoby na mnie uwagę i zakłóciło tę pieśń. Musimy wracać. Nie możemy siedzieć tu do rana. Te nocne spotkania nas uratują.

– Od czego? – spytałam zaciekawiona.

– Od wszystkiego – odparła Graça.

Co noc oczekiwałyśmy na huk bębnów. Kiedy do nas docierał, wymykałyśmy się nad rzekę, podchodząc coraz bliżej do grupy robotników. Byłam zaskoczona, rozpoznając tu twarze, które widywałam codziennie w Dużym Domu i wokół niego. Pomocnice kuchenne, których nienawidziłam, a zarazem je podziwiałam, stały przy ognisku, trzymając się za ręce z chłopcami stajennymi. Gruba praczka Clara śpiewała wraz z robotnikami. Stary Euklides siedział na odwróconym wiadrze i kiwał głową w takt muzyki. Wszyscy bratali się z robotnikami ścinającymi trzcinę, naruszając przepisy, które ja uważałam za święte.

– Dom bez Senhory to dom pełen kłopotów – pomrukiwała Nena, choć to ona została tymczasową zarządczynią Dużego Domu.

A Senhor Pimentel jeszcze przez rok po śmierci żony powtarzał każdemu:

– Nie zawracaj mi głowy! Spytaj Nenę.

Za każdym razem, kiedy podliczałam stan zapasów, spiżarnia była coraz bardziej opustoszała. Zniknęły wyszukane przyprawy z Recife, beczułki z mąką tortową, kandyzowane owoce, którymi dekorowano leguminy. Dzienne racje manioku i fasoli, które Nena wydzielała mnie i pomocnicom kuchennym, robiły się coraz bardziej skąpe. Kupując niewielkie kawałki mięsa, przeznaczone dla Senhora Pimentela i Graçy, jak dawniej targowała się z rzeźnikiem. Kiedy Bruxa poskarżyła się na szczupłość posiłków, Nena wyprosiła ją z kuchni. A gdy Graça zaczęła narzekać, że nie dostaje codziennie innego deseru, Nena ostentacyjnie przekopała całą kuchnię, szukając zapomnianej puszki skondensowanego mleka.

– Powiedz swojej przyjaciółeczce, że jej tatuś nie powinien wydawać na głupstwa resztek fortuny Senhory – mówiła do mnie opryskliwym tonem.

Nie oczekiwała bynajmniej, że zacznę rozmawiać z Graçą o takich sprawach, a ja nigdy tego nie robiłam. Pracodawcy nie wiedzą wiele o swojej służbie, ale ona wie o nich bardzo dużo. Kiedy pracujesz w jakimś domu, dostrzegasz każde poplamione prześcieradło, każdą poszewkę, na której zaschły łzy przelane ubiegłej nocy, każdy przedmiot wyrzucony do śmieci, każdy pozostawiony na talerzu kęs jedzenia, każdą pigułkę przechowywaną w szafce na lekarstwa, każdą nieprzeczytaną do końca i otwartą na ostatniej stronie książkę. Obserwując to wszystko, uczysz się dostrzegać zmianę starych reguł na nowe.

Senhor Pimentel zapuścił brodę i chodził w niewyczyszczonych butach. Wypijał do każdego posiłku pół butelki rumu, a potem chwiejnym krokiem docierał do swego biura. Odwiedzał małą kaplicę, a po powrocie miał zaczerwienione oczy i przemawiał ostro do tych członków personelu, którzy mieli nieszczęście znaleźć się na jego drodze. Niestrudzenie zalecał się do niektórych pokojówek, obsypując je czułymi słówkami i pieszczotami, dopóki mu nie uległy; miał teraz wolną rękę, bo zabrakło Senhory, która powściągała jego zachcianki. Wprowadzał niekiedy te dziewczyny do pomieszczenia na bieliznę lub do swego prywatnego saloniku. Większość z nich liczyła co najmniej osiemnaście lat, ale niektóre miały lat czternaście, tyle co Graça i ja. W myśl niepisanego prawa obowiązującego w Dużym Domu nie wolno nam było otwierać bez pukania żadnych drzwi, nawet jeśli prowadziły one do spiżarni lub komórki na miotły.

Wszyscy czuli się najbezpieczniej w towarzystwie Senhora w godzinach rannych; choć był otępiały, nie pił ani kropli alkoholu. O tej porze dnia okazywał cierpliwość, a nawet sympatię swojej córce. Podczas śniadania prosił Graçę, by opowiedziała mu jakąś historię i słuchał jej z wielką uwagą. Mówił, że jest piękna, i nazywał ją swoim skarbem. Wieczorami stawał się nieprzewidywalny. Gdy zapadał zmrok, wzywał Graçę do swego saloniku i kazał jej śpiewać.

Nie było mi wolno przebywać w ich towarzystwie, ale obserwowałam ich, gdy tylko mogłam, wciskając się do którejś z moich dawnych kryjówek. Siedziałam skulona w szparze między patefonem a ścianą, choć drętwiały mi zgięte nogi. Kiedy Graça śpiewała, Senhor odstawiał zwykle drinka i zamykał oczy. Czasem zasypiał, a ona wychodziła na palcach z pokoju. Kiedy indziej budził się z owego transu i można było odnieść wrażenie, że przyśniły mu się wszystkie szorstkie zdania, które od zawsze miał na końcu języka.

– Tak mnie znudziłaś, że zapadłem w sen – mówił. Albo: – Nie mam pojęcia, dlaczego twoja matka zachęcała cię do śpiewu.

Graça wybuchała wtedy płaczem i kryła się w swoim pokoju, a ja czekałam za jej zamkniętymi na klucz drzwiami. Po jakimś czasie otwierała je, ocierała oczy, chwytała mnie za rękę w taki sposób, żeby nasze palce się splatały, i razem wymykałyśmy się z domu, żeby posłuchać śpiewu robotników. Bywały jednak wieczory, podczas których Senhor obsypywał ją komplementami, a ona wychodziła z jego saloniku z rumieńcami zachwytu na twarzy. Kiedy później ulatniałyśmy się z domu, by stanąć na obrzeżu muzycznego kręgu, zbiegała po ścieżce, niemal zapominając o moim istnieniu.

 

– Twoja matka miała słuszność – powiedział kiedyś jej ojciec. – Masz piękny głos. Będzie mi go brakowało.

– Dokąd tym razem wyjeżdżasz, papai? – spytała, zastygając w bezruchu.

– Nigdzie się nie wybieram, querida. To ty wychodzisz za mąż.

Małżeństwo było czymś nieuchronnym, unoszącym się jak śmierć nad przyszłością Graçy, ale jego termin nigdy dotąd nie został sprecyzowany. Uważałyśmy je za nieunikniony element czekającego ją losu, ale przekonywałyśmy same siebie, że nie dojdzie do niego w najbliższym czasie.

W rok po pogrzebie żony Senhor Pimentel wybrał się do Recife i został tam przez cały tydzień. Po powrocie zgolił brodę i zmienił uczesanie. Podczas kolejnej wyprawy do stolicy zamówił tuzin nowych ubrań, uszytych zgodnie z wymogami najnowszej mody. Pewnego dnia wrócił do Riacho Doce za kierownicą nowego kabrioletu.

– Kogut wymyka się z kurnika – mówiła Nena za każdym razem, kiedy jego samochód znikał za bramą Dużego Domu.

Dziewczyny zatrudnione w kuchni powtarzały sobie szeptem plotki o stanie finansów Senhora Pimentela. Ceny cukru nie wzrosły, choć Wielki Kryzys już minął, więc nawet najlepsi plantatorzy byli mocno zadłużeni i walczyli o przetrwanie. Czasem palili swoje zbiory, usiłując podnieść w ten sposób wartość cukru. Niektóre pokojówki zastanawiały się, czy nie opuścić Riacho Doce i poszukać pracy w Recife, zanim Senhor zbankrutuje lub sprowadzi nową, mniej tolerancyjną Senhorę. Według krążących pogłosek rozglądał się za bogatą młodą żoną.

Graça i ja nie odczuwałyśmy jego braku, kiedy wyjeżdżał, a on po powrocie z Recife mniej pił i był bardziej pogodny. Ale nowa Senhora była zwiastunem kłopotów – było jasne, że żadna młoda żona nie zechce rywalizować z arogancką nastoletnią córką, ponurą guwernantką i przesadnie wyedukowaną pomocą kuchenną. Za to będzie chciała zaludnić Duży Dom swoimi nowo narodzonymi dziećmi oraz zaufaną służbą, więc usunie z niego wszystkie pozostałości dawnego życia swego męża. Ale mimo licznych wyjazdów Senhora do Recife ta potencjalna przyszła żona nigdy się nie zmaterializowała. Natomiast Senhor Pimentel zaczął otaczać atencją Graçę i zasypywać ją resztkami swoich pieniędzy. Przywoził jej z podróży jedwabne rękawiczki, złote wisiorki i kosztowne suknie. Pewnego dnia bramę Dużego Domu minęła wielka ciężarówka, która zatrzymała się przed frontowym wejściem. Dwaj pracownicy cukrowni wyładowali z niej owiniętą kocami i przymocowaną do podestu maszynę, która przypominała jakąś dziką bestię. Po rozpakowaniu okazała się drewnianą konstrukcją, zwieńczoną łukiem i przypominającą ozdobne drzwi. Senhor Pimentel poklepał jej bok takim gestem, jakim sprawdza się stan zdrowia zwierzęcia. Potem spojrzał na Graçę.

– W Recife takie urządzenie posiada już każdy szanowany dom. Musimy pokazać naszym gościom, że nadążamy za postępem.

Obie z Graçą byłyśmy tak zachwycone nowym nabytkiem, że zapomniałyśmy spytać Senhora Pimentela, na jakich to gościach chce zrobić tak dobre wrażenie. Słyszałam słowo „radio” już wiele razy – zamieszkały w Recife kuzyn państwa Pimentelów, który przyjeżdżał czasem z wizytą, chwalił się, że jest członkiem Klubu Radiowego, opłaca miesięczny abonament i może odbierać słuchowiska oraz audycje muzyczne. Opowieści o wędrujących w powietrzu głosach, które znajdują drogę do drewnianej skrzynki, nasuwały mi skojarzenia z biblijnymi cudami, o jakich często mówił Stary Euklides. Tyle że ten cud wydarzał się każdego dnia, w naszym najbliższym sąsiedztwie.

Kiedy ustawiono radio w salonie, zebrała się tam cała służba, żeby zobaczyć, jak Senhor Pimentel włączy je po raz pierwszy. Szum wydobywający się z głośników przypominał brzęczenie roju rozgniewanych pszczół. Dowiedziałam się później, że to zakłócenia. Senhor Pimentel powoli przekręcił gałkę i w osłoniętym siatką głośniku rozległ się płynący z oddali kobiecy głos:

– „Och! Piekarzu z rogu ulicy

Wyrabiający co godzinę nowe ciasto,

Nie piecz dla mnie chleba,

Jeśli nie używasz mąki Braganza!”.

Zebrani w salonie ludzie nagle się rozproszyli. Ja zamknęłam oczy, czując obecność kobiety z radia, słysząc jej głos i moje własne pytania: Co to za egzotyczna kraina, w której mąki nie nazywa się po prostu mąką, lecz „mąką Braganza”? Gdzie takie rzeczy mają znaczenie? Gdzie ludzie dostrzegają to znaczenie na tyle wyraźnie, by o nim śpiewać? Graça chwyciła mnie za rękę. Gdy otworzyłam oczy, zauważyłam, że ciężko oddycha i ma otwarte usta oraz zaczerwienione policzki. Wyglądała tak, jakby wbiegła przed chwilą kilkanaście razy po schodach Dużego Domu, choć od chwili odpakowania radia nie ruszyła się z miejsca.

Od tej pory o piątej po południu miałyśmy zamiast płyt „godzinę radia”. Każdego popołudnia pędziłyśmy na wyścigi do saloniku, by włączyć aparat, choć biegnąca za nami Bruxa kazała nam zwolnić.

Popołudniowy program składał się z części informacyjnej, kilku komediowych skeczów, melodyjnych wstawek reklamowych i przerywnika muzycznego. Muzyka była jedynym elementem programu budzącym moje uznanie, ale Graça uwielbiała wszystkie jego punkty. Kiedy zasiadałyśmy przed odbiornikiem, zawsze chwytała mnie za rękę i zamykała oczy tak mocno, jakby chciała znaleźć się daleko od Riacho Doce, w stacji radiowej Mayring, mającej siedzibę w Rio de Janeiro. Moja ręka wydawała się jedyną cumą, która nie pozwalała jej odlecieć, więc odwzajemniałam jej uścisk najsilniej jak mogłam.

Zasypiałam, mając w głowie płynącą z radia muzykę, a budziłam się co rano tylko po to, by gorączkowo oczekiwać na nadejście godziny piątej po południu. Wszystko inne wydawało się nieważne. Nawet lekcje Bruxy, które niegdyś uwielbiałam, stały się boleśnie nudne. Starałam się w ich trakcie maskować swoje znużenie i niecierpliwość, ale Graça nie szła za moim przykładem. Snuła się jak we śnie, szybko i niedbale odrabiała zadania domowe, nie starała się czegoś nauczyć. Bruxa nazywała ją rozpieszczoną arogantką. Uderzała ją mocno w czoło za każdym razem, kiedy nie doczekała się od niej prawidłowej odpowiedzi. Któregoś dnia wytargała ją za uszy.

Graça pobiegła do cukrowni, wybuchnęła płaczem i pokazała Senhorowi Pimentelowi swoje zaczerwienione organy słuchu, ale on tylko potrząsnął głową.

– Najwyższy czas, żebyś nauczyła się szanować swoją nauczycielkę, Mario das Graças. Niebawem będziesz musiała szanować swojego męża, a on potraktuje cię o wiele gorzej, jeśli nie będziesz go słuchać.

Graça wyszła z jego biura chwiejnym krokiem. Była blada i miała szkliste oczy. Poszłyśmy nad rzekę i usiadłyśmy na brzegu.

– Nienawidzę tego miejsca – szlochała moja przyjaciółka.

– Ja też – przyznałam, choć nie mogłam go porównać z żadnym innym i nie miałam nadziei, że kiedykolwiek będę w stanie to zrobić. Moją jedyną ucieczką była muzyka, której słuchałyśmy codziennie w salonie Dużego Domu, a nocami na koncertach, jakie organizowali robotnicy.

Pewnej nocy, podczas jednego z tych nocnych spotkań muzycznych, przykucnęłyśmy tak blisko ogniska, że niemal czułyśmy bijące od niego ciepło. Podczas jednej z pieśni zjawił się nagle obok nas Stary Euklides. Brutalnie chwycił mnie za ramię i wyciągnął z mojej kryjówki.

– Jega! Odprowadź ją do domu! – zażądał, wskazując ruchem głowy Graçę. – Ona nie może tu być.

– Tobie też nie wolno tu przychodzić – odburknęłam.

Euklides uniósł wychudzoną rękę, a ja zacisnęłam oczy, przygotowując się na cios, ale zanim zdążył mnie uderzyć, przemówiła do niego Graça.

– Odejdź – rozkazała. – Zagłuszasz muzykę.

Robotnicy przestali śpiewać. Cała grupa patrzyła w naszym kierunku. Niektóre pokojówki odeszły od ogniska i pobiegły do swoich czworaków, położonych po drugiej stronie Dużego Domu, bojąc się, że Graça na nie poskarży.

Euklides wypuścił z uścisku moje ramię i uśmiechnął się do Graçy.

– Przepraszam. Czy ten hałas panience nie przeszkadza? Uciszymy się, żeby panienka mogła zasnąć.

– Wcale nie chcę spać – oznajmiła Graça. – Chcę ich słuchać. – Owinęła się mocniej szalem i podeszła do ogniska. – Śpiewajcie dalej – powiedziała do robotników, ich żon i dzieci. – Udawajcie, że mnie tu nie ma.

Robotnicy spełnili jej życzenie. Wybierali pieśni o banalnych słowach, sławiące ich pracę oraz Boga. Śpiewali tak sztywno, jakby byli w kościele. Muzyczny krąg rozwiązał się wcześniej niż zwykle. Kiedy wracałyśmy do Dużego Domu, Graça mocno otuliła się szalem.

– Nienawidzę tego głupiego Euklidesa – oznajmiła. – Teraz będziemy musiały tam siedzieć i słuchać kościelnej muzyki. Oni już nigdy nie zaśpiewają tak jak dawniej.

– Przecież nie musimy tam chodzić.

– Ja nie mogę teraz z tego zrezygnować. Wyglądałoby na to, że ten stary osioł mnie wystraszył.

– Nadal będziemy tam chodzić – tłumaczyłam jej, potrząsając głową. – Ale może nie musimy siedzieć w ukryciu jak małe donosicielki. Może zaczniemy śpiewać razem z nimi.

Graça zatrzymała się nagle.

– Oni co wieczór śpiewają inne pieśni. Nie pamiętam ich na tyle dobrze, żeby przyłączyć się do chóru.

– Nie będziemy śpiewać ich pieśni – oznajmiłam. – Oni będą śpiewać dla nas, dawać nam to, czego chcemy. A potem my damy im coś, czego oni będą chcieli.

– Na przykład co?

– Godzinę radiową – odparłam.

Personelowi Dużego Domu nie wolno było zasiadać w salonie państwa Pimentelów i słuchać wieczornego programu radiowego. Niektóre pokojówki czaiły się w pobliżu drzwi w nadziei, że dotrą do ich uszu jakieś fragmenty audycji. Inne podchodziły do mnie w kuchni, by wypytać o szczegóły z ostatniego dziennika radiowego. „Czy to prawda, że kobiety uzyskają niedługo prawo głosu?” „Ilu ludzi zginęło na południu w wyniku obsunięcia się ziemi?” „Czy te wiadomości o podziemnej kolejce w São Paulo są prawdziwe?” Robotnicy zatrudnieni przy zbiorach trzciny byli jeszcze bardziej oddaleni od stojącego w salonie radioodbiornika, ale wiedzieli o jego istnieniu i też zadawali liczne pytania dotyczące świata poza granicami Riacho Doce.

Następnego dnia obie słuchałyśmy radia uważniej niż kiedykolwiek dotąd. Potem poszłyśmy na spotkanie robotników i starałyśmy się odtworzyć wszystko, co udało nam się zatrzymać w pamięci: dramatyczne monologi, dżingle towarzyszące reklamie tabletek witaminowych doktora Rossa, nowe wiadomości, które powtarzałyśmy jak prawdziwe spikerki, a także przerywniki muzyczne. Podczas tych pieśni nasze głosy były osobliwą mieszaniną twardości i łagodności, relaksu i wyczerpania. Zamykałam oczy i wyobrażałam sobie, że jest z nami Senhora Pimentel, że siedzi przy ognisku, gromadząc siły po to, by wstać pod koniec naszej pieśni i zawołać: Brawo!

Po kilku tygodniach przy ognisku zaczęli się zjawiać też inni członkowie personelu Dużego Domu – pokojówki, pomocnice kuchenne i lokaje. Nie byłam pewna, czy ściągała ich tam chęć ujrzenia show Panienki i Jegi, czy też po prostu potrzeba wysłuchania radiowej godziny. I nic mnie to nie obchodziło. Oni bili nam brawo. Zadawali pytania. Nie szydzili z tego, że gram swoją rolę obok Panienki. Miałam takie same jak Graça prawo do występowania przed tą widownią. Żar bijący od ogniska robotników oświetlał moją twarz jak tysiąc scenicznych reflektorów. Chciałam przedłużać każdy występ w nieskończoność.

Tego lata Graça i ja znajdowałyśmy nocami schronienie w muzycznym kręgu pracowników i pracownic cukrowni, a za dnia w opuszczonym pokoju Senhory. Pan domu nie zadał sobie trudu, by posortować lub spakować rzeczy żony, więc obie z Graçą mogłyśmy przymierzać jej kapelusze z woalkami, jedwabne rękawiczki i wyszywane koralikami torebki. Graça wyciągnęła kiedyś z kieszeni swojej sukienki słoik różu do policzków.

– Stań przodem – poleciła.

– Skąd to wzięłaś? – spytałam.

– Zapłaciłam za to jednej z pokojówek. Nadstaw twarz, Dor.

– Mowy nie ma – odparłam, kręcąc głową. – Tylko niemoralne kobiety malują usta.

– Nie bądź nudziarą – westchnęła Graça. – W prawdziwych miastach robią to wszystkie eleganckie damy. Szczególnie te, które tak jak my zamierzają zostać radiowymi gwiazdami.

Zdjęła rękawiczki swojej matki, a potem zanurzyła palec w słoiku i posmarowała różem moje wargi. Czułam jej ciepły i pachnący kawą oddech. Zaczęła wcierać czerwoną farbę w moje, a potem w swoje policzki. Stałyśmy tyłem do drzwi pokoju, a kiedy usłyszałyśmy ich skrzypnięcie, byłyśmy pewne, że weszła pokojówka, żeby powycierać kurze.

– Nie teraz! – zawołała Graça, wznosząc oczy ku niebu. – Jesteśmy zajęte!

Drzwi się bynajmniej nie zamknęły, a my usłyszałyśmy stukot czyichś obcasów na kamiennej posadzce.

 

– Twój ojciec poprosił mnie, żebym cię przygotowała do obiadu – oznajmiła Bruxa, a my odwróciłyśmy się do niej, szeroko otwierając usta. – Umyjcie twarze! Wyglądacie jak pospolite dziwki.

– Czy istnieją niepospolite dziwki? – spytała ze śmiechem Graça, a Bruxa chwyciła ją za ramię i zmusiła do wstania z fotela.

– Będziesz dziś miała ważnego gościa!

Graça spojrzała na nią ze zdumieniem, a ja zerwałam się z podłogi. Żadna z nas nie spodziewała się wizyty wybranego przez Senhora kandydata akurat dzisiaj.

– Dores, ty zostaniesz w kuchni – oznajmiła Bruxa. – I nawet nie myśl o chowaniu się w którejś ze swoich kryjówek.

Ciekawość zmusiła nas do posłuszeństwa. Zmyłyśmy róż z policzków, a Bruxa przejrzała garderobę Graçy i kazała jej przymierzyć kilka wyszukanych sukien, kupionych przez Senhora w Recife. Pomagałam przyjaciółce zapinać przyszyte z tyłu guziki, ale Bruxa za każdym razem potrząsała przecząco głową.

– Za ciasne – oznajmiła po piątej próbie. – Z twoją figurą wyglądałabyś wulgarnie nawet w habicie zakonnicy. Gdzie jest twoja najmniej obcisła suknia?

Znalazłam w głębi szafy szafirową kreację. Graça niechętnie ją włożyła, a Bruxa wyraziła aprobatę. Potem kazała mi związać wstążką włosy przyjaciółki i skropić ją wodą lawendową, w końcu zaś odesłała mnie do kuchni i sprowadziła swą podopieczną na dół.

Kilka minut później wymknęłam się przez tylne drzwi i stanęłam pod najmniej oddaloną od bramy ścianą Dużego Domu. Senhor Pimentel machał z balkonu w kierunku nadjeżdżającego samochodu. Gdy tylko zgasł silnik, zza kierownicy wyskoczył jakiś młody człowiek i zaczął zdejmować skórzane szoferskie rękawice. Na jego brzuchu lśniła dewizka od zegarka. Miał na włosach tyle brylantyny, że mógłby naoliwić wszystkie maszyny cukrowni. Myślę, że był przystojny; w każdym razie nie wydawał się chory, opuchnięty lub uzależniony od alkoholu. Graça zjawiła się na balkonie i stanęła obok ojca, skromnie splatając dłonie na brzuchu. Jej policzki były bardzo zaczerwienione, więc jakiś głupiec mógłby pomyśleć, że rumieni się na widok młodego człowieka. Ala ja wiedziałam, że to róż, którego nie starłam dokładnie szorstkim ręcznikiem.

Poczułam na ramieniu ucisk czyjejś ręki. Nie był bolesny, więc wiedziałam, że to nie Nena.

– Zabroniłam ci podglądania – powiedziała Bruxa. Południowe słońce zmusiło ją do zmrużenia oczu, a jej górna warga lśniła od potu.

– Odesłała mnie pani do kuchni, ale nikt mi nie kazał tam zostać.

Zamiast wytargać mnie za uszy, kazała mi wrócić na górę i pomóc jej w sprzątaniu naszej klasy.

– Dziś nie będzie lekcji – powiedziała, układając książki leżące na jej biurku. – Jesteś zawiedziona?

Nigdy dotąd nie zadała mi takiego pytania. Teraz dopiero zauważyłam, że ma zaróżowione policzki, a w jej oczach lśni błysk zainteresowania.

– Nie lubię tracić okazji do nauki – odparłam, a ona kiwnęła głową.

– Kierowanie cię do pracy w kuchni byłoby marnotrawstwem. Powiedziałam to samo Senhorowi Pimentelowi. Jesteś bystrą dziewczyną. To rzadki dar. Nauczanie cię przez te ostatnie lata było dla mnie wdzięcznym zadaniem. Dawniej myślałam, że pozwalając ci na udział w lekcjach, postąpiliśmy niesłusznie, bo obudziło to w tobie nieuzasadnione nadzieje. Uważałam postępowanie Senhory za okrucieństwo. Ale ona musiała wyczuć, że jesteś nieprzeciętnie inteligentna. A już z pewnością bystrzejsza od Panienki, która ma kompletnie przewrócone w głowie. Współczuję mężczyźnie, który ją poślubi. Ale podejrzewam, że większość mężczyzn chce mieć ładną żonę, a przymioty jej umysłu nie mają znaczenia. Tak było za moich czasów. Ładnym dziewczynom wszystko uchodziło bezkarnie, a reszta musiała posiadać jakiś talent.

– Ona jest utalentowana – wtrąciłam. – Potrafi śpiewać. Obie się tego uczymy.

– Umiejętność śpiewania przydaje się podczas przyjęć i wtedy, kiedy trzeba zabawiać gości – mruknęła Bruxa. – Jeśli mąż zapewni jej odrobinę muzycznego wykształcenia, będzie z pewnością błyszczała na salonach Recife.

– Ona nie chce mieć męża – oznajmiłam tak donośnym tonem, że Bruxa szeroko otworzyła oczy.

– A któż chciałby go mieć? – spytała drwiącym tonem. – Panienka dostaje wszystko, czego zapragnie, ale w tym wypadku decyzja nie należy do niej. Ty masz wybór. Wychowałaś się w kuchni, a to daje ci pewne atuty, których nie posiada nawet Panienka. Nikt nie oczekuje od ciebie wyjścia za mąż i założenia rodziny. Mam nadzieję, że sama też na to nie liczysz.

Pokręciłam przecząco głową, a Bruxa pozwoliła sobie na lekki uśmiech.

– Liczne zdolne młode kobiety zostają teraz urzędniczkami i stenotypistkami. W Recife istnieją szkoły pisania na maszynie. Senhor mógłby zapłacić za twoją naukę, gdybyś się zobowiązała, że po powrocie będziesz pracowała w cukrowni, dopóki nie spłacisz długu. Wtedy miałabyś zawód w ręku. Mogłabyś, jeśli zechcesz, przenieść się do Recife. Nie musisz towarzyszyć Panience, kiedy ona opuści plantację.

– Dokąd ona się wybiera?

– Ma czternaście lat. Mogłaby być trochę bardziej dojrzała, ale Senhor... No cóż, chyba wiesz, że cena cukru nie jest tak wysoka jak kiedyś. On musi dbać o interesy setek pracowników. A ja... Tak czy owak, muszę wyjechać i podjąć w Recife pracę u pewnej rodziny, która będzie w stanie godziwie mi płacić. Panienka nie powinna tu dalej mieszkać, nie mając nic do roboty. Młode dziewczyny jej pokroju łatwo ściągają na siebie kłopoty, gdy zostawi się je własnemu losowi. Jeżeli jej ojciec będzie zbyt długo zwlekał, ona może nie znaleźć adoratora równie odpowiedniego jak ten młody człowiek, który jest na dole.

Poczułam w żołądku taką pustkę, jakby moje wnętrzności zostały wygarnięte kolczastą łyżką, którą Nena wyskrobywała ze skorupy miąższ kokosów. Drzwi naszej zaimprowizowanej klasy były otwarte, a ja miałam ochotę odepchnąć Bruxę, zbiec na dół, wpaść do salonu i ostrzec Graçę, nakłonić ją do ucieczki.

Kiedy obie z Graçą byłyśmy młodymi dziewczynami, uwięzionymi na polach trzciny cukrowej w północno-wschodniej części Brazylii, małżeństwo było dla bogaczy sposobem utrzymania swych fortun w obrębie nielicznej grupy ludzi zasługujących na szacunek. A miłość? Miłość była czymś, o czym słyszało się tylko w piosenkach.

Dorastanie z dala od jakiegokolwiek miasta miało w wypadku Graçy swoje dobre strony – można było wmawiać zalotnikom, że nie była narażona na pokusy lub skażona nowoczesnym sposobem myślenia. A w dodatku odznaczała się urodą. Myślę, że tak właśnie prezentował ją Senhor Pimentel potencjalnym adoratorom: niewinna dziewczyna, pączek, który za chwilę zamieni się w kwiat. Nigdy się nie dowiemy, czy robił to dla jej dobra, czy też we własnym interesie. Jej udane małżeństwo z pewnością zapewniłoby mu liczne korzyści, choćby szanse na zaciąganie pożyczek u bogatego zięcia i możliwość rozpoczęcia poszukiwań żony dla siebie, bo w ręku miałby takie atuty jak pusty dom i nowe, cenne koneksje rodzinne. Po latach, kiedy już wybaczyła swemu ojcu, Graça doszła do przekonania, że chciał zadbać o jej interesy w jedyny znany sobie sposób – lokując ją w jakiejś bogatej rodzinie. Ale nawet najlepsze intencje mogą być zrodzone z egoizmu. Tak przynajmniej było ze mną.

Jakaś cząstka mnie zawsze wierzyła w cierpienie, uważała je za nieodłączny element doli człowieczej, hartujący nas w taki sposób, w jaki ogień utwardza wypalaną w piecu glinę. Ale utrata Graçy była ciosem, którego za wszelką cenę pragnęłam uniknąć. Ona nie mogła opuścić Riacho Doce, wsparta na ramieniu jakiegoś obcego mężczyzny. Nie mogła stać się czyjąś żoną, bo to oznaczałoby dla mnie jej bezpowrotną utratę. Choć perspektywa wspólnej ucieczki i osiągnięcia statusu radiowych gwiazd była dla mnie równie nierealna jak szansa, że uda nam się zbudować drabinę sięgającą księżyca, nie miałam zamiaru wyrzekać się naszych wspólnych marzeń, naszego wspólnego życia.

Więc tego popołudnia, kiedy Graça jadła obiad z pierwszym kandydatem do jej ręki, błąkałam się na piętrze po naszej zaimprowizowanej klasie. Układałam książki i ostrzyłam niezliczone ołówki. Przez cały czas miałam nadzieję, że usłyszę dochodzące z parteru odgłosy awantury – brzęk szkła, stukot przewracanych krzeseł, krzyki Senhora Pimentela. I repliki Graçy, protestującej przeciwko swemu losowi, odgrywającej w dramatyczny sposób role naszych radiowych bohaterek. Ale w całym domu panowała obezwładniająca cisza.