Powietrze, którym oddychaszTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dlaczego płaczesz?

W drzwiach salonu stała Graça. Jej suknia była pomięta, a koronkową mantylę ściskała w dłoni.

Otarłam oczy grzbietami dłoni i odpowiedziałam jej pytaniem na pytanie:

– Co ty tu robisz?

– Ta kaplica śmierdzi zgniłymi jajkami. Nikt nie zauważy mojej obecności albo nieobecności. – Weszła do pokoju i spojrzała na leżące u moich stóp kawałki płyty. – Uciekamy.

– Dokąd?

– Do Rio. Przecież to jedyne miejsce, do którego można uciec.

– Powinnaś najpierw pojechać do Recife – oznajmiłam. – Jest położone znacznie bliżej.

Graça potrząsnęła głową.

– Rio to jedyne miejsce, w którym warto się znaleźć. Tam właśnie nagrywają programy radiowe, a moja ciotka mówiła, że kręcą również filmy. Filmy to ruchome obrazy, Dor. Wyświetlają je na ekranie, większym niż pole kukurydzy, a ty widzisz na nim aktorów odgrywających swoje role.

– Jak w teatrze?

– Nie. W filmie nie występują żywi aktorzy, tylko ich ruchome obrazy. Więc mogą być jednocześnie w wielu miejscach.

– Jak duchy? – spytałam, przypominając sobie mauzoleum naszej kaplicy i pochowaną w kamiennej szufladzie Senhorę Pimentel. – To brzmi jak jakieś hokus-pokus.

– Ale to prawda. Sama się przekonasz.

– Jak?

– Wsiądziemy na statek. Albo pojedziemy pociągiem. Do Rio można się dostać wieloma drogami.

– Będziemy potrzebowały biletów, które trzeba za coś kupić.

– Mamae zostawiła mi mnóstwo biżuterii, która leży w jej szafie. Zabierzemy ją ze sobą i będziemy sprzedawać po drodze.

– Komu?

– Och, nie bądź taką nudziarą! Dotrzemy tam w taki czy inny sposób!

– Ale ja chciałabym wiedzieć w jaki.

– Jesteś głupia jak but! – wrzasnęła piskliwym głosem Graça, a potem wymaszerowała z pokoju.

W końcu – jak zawsze w tamtym czasie – jakoś się pogodziłyśmy. Po tej wymianie zdań Graça przestała mówić o ucieczce z Riacho Doce, ale ja wiedziałam, że ten pomysł tkwi w niej jak ziarno w ziemi i cierpliwie wypuszcza korzenie.

Co rok wywoływano na plantacji wielki pożar. Żniwa zawsze odbywały się latem, w porze suszy. Rzeka zwężała swoje koryto, drogi były popękane i pokryte kurzem, a woda miała smak ziemi. Ale trzcina nadal była zielona i gruba, a jej długie ostre liście przypominały maczety. Gdyby któryś z zatrudnionych przy jej zbiorze robotników chciał się przedrzeć z nożem w ręku przez niewypalone pole, musiałby podjąć walkę z tysiącem ludzi. Zostałby pocięty na kawałki, jeśli nie zabiłoby go wcześniej ugryzienie jadowitego węża. Dlatego na początku żniw cała armia robotników ustawiała na granicy pól kanistry z benzyną. Robiono to zawsze o zmroku, kiedy temperatura spadała, a wiatr przycichał. Robotnicy szli tyralierą, oblewając benzyną brązowe łodygi trzciny, a potem je podpalali.

Dopóki żyła Senhora Pimentel, obie z Graçą zawsze spędzały sezon pożarów w Recife. Pobyt na miejscu był uciążliwy. Ogień nigdy nie płonął blisko Dużego Domu, ale jego żar przenikał przez ściany budynku, którego mieszkańcy czuli się tak, jakby byli uwięzieni w piecu. Wszyscy, nawet Senhor Pimentel, który udawał, że nadzoruje cykl podpaleń, musieli zakrywać mokrymi chustkami nosy i usta, by uchronić je przed dymem. Bolały nas oczy. Część naszych ubrań śmierdziała sadzą jeszcze przez wiele tygodni po zakończeniu podpaleń. W powietrzu unosiły się płatki popiołu, przypominające tysiące szarych ptaków, które utraciły pióra. A w pobliżu płonących pól unosiły się tysiące prawdziwych ptaków, które polowały na uciekające przed ogniem węże, szczury, skunksy i oposy.

Jeśli wiatr zmieniał gwałtownie kierunek, robotnicy zostawali niekiedy uwięzieni na obszarze otoczonym przez płonące pola i tracili życie. Nie dochodziło do tego w każdym roku, ale na tyle często, by okres żniw był trudnym czasem dla mieszkańców Riacho Doce. Rezydentów Dużego Domu obowiązywał zakaz zbliżania się do plantacji.

W kilka miesięcy po śmierci Senhory Graça, która podobnie jak ja ukończyła trzynaście lat, została na czas wypalania pól wysłana do mieszkającej w Recife ciotki. Senhor Pimentel posłał tej tymczasowej opiekunce dość pieniędzy, by mogła sprawić siostrzenicy nową garderobę. Guziki starych bluzek Graçy ledwie wytrzymywały nacisk jej rosnącego biustu. Jej spódnice opinały ciasno uda. Krawcowa z Recife uszyła dla niej tuzin luźnych sukien, ale nawet jutowy worek nie zdołałby zamaskować jej figury. Wszyscy mieszkańcy Riacho Doce – pokojówki, chłopcy stajenni, a nawet Stary Euklides – z trudem powściągali pokusę gapienia się na nią, kiedy przechodziła w pobliżu.

Graça nie była piękna, a przynajmniej nie w sposób, w jaki nauczono nas postrzegać piękno, i nie budziła ani pożądania, ani opiekuńczości. Nie emanowała ani seksem, ani delikatnością. W jej ustach, oczach i figurze nie było nic niezwykłego. Ale każdy, kto skojarzył jej rysy z głosem, śmiechem, nieopanowaną, dynamiczną energią i efektownym sposobem poruszania się, mógł uznać ją za piękność. Przebywając w jej towarzystwie, miałam wrażenie, że uczestniczę w wielkiej przygodzie, w ważnym procesie będącym darem hojnego losu. Jej uroda nie była zjawiskiem fizycznym. Była – jak mocny drink lub narkotyk – źródłem nastroju, wyzwalającego we mnie odwagę, poczucie humoru i błyskotliwość, których istnienia się nie domyślałam, dopóki ona ich nie ujawniła.

Oczywiście nie miałam o tym wszystkim pojęcia, dopóki byłyśmy dziećmi. Zdałam sobie z tego sprawę wiele lat później, kiedy ujrzałam ją w otoczonej kwiatami trumnie z zamkniętymi oczami i skrzyżowanymi na piersiach rękami. Miała czerwoną wieczorową suknię i będące jej znakiem firmowym mocno wymalowane usta, ale wyglądała zaskakująco niepozornie, jak przebrana za aktorkę nauczycielka. Pochyliłam się i uszczypnęłam ją z całej siły. „Graça, przestań się wygłupiać! Wstawaj! Proszę cię!” – szeptałam, dopóki nie odciągnął mnie Vinicius.

W odróżnieniu od niej nie nabrałam ciała, ale urosłam. Moje bluzki zrobiły się zbyt krótkie w stosunku do torsu, a suknie nie zakrywały tyczkowatych od niedawna i przypominających nieporęczne szczudła nóg. Musiałam się schylać w niskich drzwiach kuchni. Chłopcy stajenni, pracownicy cukrowni, a nawet Senhor Pimentel musieli zadzierać głowy, by spojrzeć mi w oczy. Później, kiedy już przenieśliśmy się do Los Angeles, a ja miałam metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, nie wyróżniałam się na tle świetnie zbudowanych gwiazdek filmowych i postawnych odtwórców głównych ról, ale w Brazylii uchodziłam za bardzo wysoką. Gdy byłam nastolatką, ten wzrost nie niepokoił mnie wszakże tak bardzo jak inne zmiany zachodzące w moim ciele. Dotykając swej klatki piersiowej, odczuwałam niemiły dreszcz, a pod moimi pachami i między nogami pojawiły się przerażająco czarne włosy. Pokojówki i pomocnice kuchenne też je miały w tych miejscach, ale na ich ciałach wydawały mi się one czymś naturalnym, a nawet pięknym.

Nena zawsze przedłużała dzień pracy tym dziewczynom, które niestarannie wykonały jakieś zadanie, a podczas akcji wypalania pól wysyłała mnie do damskiej przebieralni po te, które zgrzeszyły niedbalstwem. Siedziały tam gromadnie, plotkując i zdejmując swe mundurki oraz fartuchy, żeby oddać je do pralni. Ukryta za framugą drzwi, odurzona zapachem tanich perfum zmieszanym z dymem wypalanej trzciny, obserwowałam te cudowne wiejskie dziewczęta uwalniające swe ciała od nakrochmalonych strojów. Było dla mnie zagadką, jakim cudem te kobiety, które niegdyś mi dokuczały i były dla mnie źródłem wiecznych przykrości, stały się nagle najbardziej fascynującymi stworzeniami, jakie kiedykolwiek oglądałam. Usiłowałam pozostać jak najdłużej niewidoczna, patrząc, jak rozpinają guziki bluzek i unoszą długie ramiona nad głową, odsłaniając puszyste od włosów pachy, płaskie brzuchy i zwisające jak dojrzałe owoce piersi.

– Ty mała donosicielko – syknęła jedna z nich, gdy przyłapała mnie kiedyś na podglądaniu. – Tylko nie powtarzaj Nenie tego, co mówiłam o moich randkach z Rodrigo za kurnikami.

– Coś ty? – mruknęła inna, potrząsając oburącz swym nagim biustem i patrząc na mnie wyzywająco. – Jega nie usłyszała ani słowa z tego, co mówiłaś.

Wbiłam wzrok w podłogę, a pokojówki wybuchnęły śmiechem. Były gburowatymi prostaczkami i miały nadzieję, że ucieknę, nie przekazując im poleceń Neny. Ja jednak wzięłam głęboki oddech i ponownie zwróciłam się do tej, która była już na wpół rozebrana:

– Nena każe ci wrócić do kuchni. Nie wyszorowałaś dokładnie desek do krojenia mięsa.

– Kiedy znajdziesz sobie jakiegoś chłopca, Jega? – spytała ze złośliwym uśmiechem.

– Nigdy – odwarknęłam niechętnie, a one ponownie zaczęły się śmiać.

– Zmienisz zdanie. Albo zrobi to za ciebie jeden z chłopców.

– Komu możemy zapłacić za to, że wsiądzie na Jegę? – spytała inna dziewczyna. – Będzie kopać i gryźć, ale zostanie ujeżdżona!

Zostawiłam je w dusznej przebieralni i pobiegłam do sadu. Słońce już się skryło, a zachodni horyzont oświetlały tylko płonące trzciny. Zaczęłam się przechadzać między drzewami, które były przysypane spadającymi płatkami popiołu.

Za nic w świecie nie chciałam, by dosiadał mnie jakiś chłopiec stajenny ani inny młody człowiek zatrudniony w Dużym Domu. Nena, szefowa kuchni, nie miała męża ani dzieci, a jej jedyną ambicją była chęć służenia państwu Pimentelom. Przed pojawieniem się Graçy zawsze uważałam, że jest mi pisany taki sam los. Żałowałam, że nie chodzi teraz ze mną po tym sadzie, tylko siedzi w Recife i kupuje jakieś głupie suknie. Usiłowałam przywołać ją w myślach, usłyszeć jej głos, jak mnie przekonuje, że pokojówki to nudne przygłupy i że można mieć śmiałe marzenia, wykraczające poza posadę kucharki na plantacji trzciny. Chora z tęsknoty za przyjaciółką wpatrywałam się w horyzont, oświetlony przez płonące trzciny.

 

Potem złamałam obowiązujący na plantacji zakaz i poszłam obejrzeć ogień.

Po forsownym, trwającym, jak mi się zdawało, prawdziwą wieczność marszu ukryłam się za wozem, którym robotnicy wozili kanistry z benzyną, i patrzyłam, jak podpalają obrzeże pola trzciny. Początkowo nieśmiałe płomienie muskały tylko łodygi i opadłe liście. Potem nabrały odwagi i zaczęły piąć się w górę, a w końcu buchnęły w kierunku nieba, tworząc rozżarzoną fontannę światła.

Wróciłam do Dużego Domu obsypana sadzą i tak oszołomiona, jakbym była pijana, choć nie znałam jeszcze znaczenia tego słowa. Nena mocno mnie zbiła. Była tego wieczora szczególnie surowa i okładała trzciną moje pośladki oraz uda, dopóki nie spuchły i nie nabrały czerwonej barwy.

– Czy ty masz źle w głowie? – pytała, z trudem chwytając oddech, między kolejnymi uderzeniami. – Ogień nie wie, czy jesteś dziewczyną, czy kupką trzciny i nie zatrzyma się dla ciebie. On pochłania wszystko, na co natrafi!

Przez całe moje krótkie życie odczuwałam nieustanny ból, przypominający tępe pulsowanie niewyleczonego zęba. Albo źle zrośniętej kości. Jega była skazana na to, by ograniczać swe pragnienia do najbardziej elementarnych atrybutów doli człowieczej: posiłku, posłania, szansy przeżycia. A Dores? Została obdarowana notesem, ołówkiem, lekcjami, książkami i słowami. Dostała w prezencie muzykę i słuchaczy. Przyznano jej prawo do posiadania przyjaciółki.

Za tą kuchnią, za tymi polami trzciny leżał świat możliwości, których nie mogłam sobie wyobrazić, choć bardzo tego pragnęłam. Byłam zafascynowana zachłannością płomieni pożerających pole trzciny. Zachwycała mnie ich bezprzykładna zaborczość, ich nieopanowana żarłoczność. Patrzyłam na nie, czując na skórze ich żar, i wiedziałam, że mamy z sobą wiele wspólnego. Że pragniemy i zawsze będziemy pragnąć czegoś więcej niż nam dano.

.

UCIECZKA

Czy pamiętasz, kochana,

Kiedy namówiłaś mnie do ucieczki?

Byłyśmy nierozłączne,

A nasza przyszłość dopiero się kształtowała.

Ułożyłyśmy nasz plan

I uciekłyśmy.

Zostawiłyśmy wszystkich za sobą,

A potem powiedziałaś, że cię nie kocham.

Ale ja nie mogę tracić głowy, kochanie,

Bo trzeba płacić rachunki.

Moja miłość pierze twoje stroje.

Moja miłość codziennie gotuje obiady.

Moja miłość zamiata nasze schody.

Moja miłość układa do snu nasze dzieci.

Moja miłość nigdy nie ma chwili wytchnienia.

Moja miłość jest niezgłębiona.

Ułożyłyśmy nasz plan

I uciekłyśmy.

Zostawiłyśmy wszystkich za sobą,

A potem powiedziałaś, że cię nie kocham.

Czy jeszcze nie wiesz, querida,

Że ten inny, gwałtowny rodzaj miłości

Nie pozwala lampom płonąć

I nie ogrzewa domu?

Moja miłość myje nasze okna.

Moja miłość naprawia nasze drzwi.

Moja miłość zmywa nasze naczynia.

Moja miłość szoruje nasze podłogi.

Ale ty ułożyłaś swój plan

I uciekłaś.

Zostawiłaś mnie w naszym schludnym domu.

Powiedziałaś, że nigdy cię nie kochałam.

.

Zanim Graça została Sofią Salvador, a ja Dores de Oliveira, miałyśmy w Riacho Doce swoje płyty. Wierzyłyśmy mocno, że muzyka wypływa w tajemniczy sposób z tych krążków. Później, kiedy nagrywałyśmy swoje własne piosenki, poznałyśmy prawdę: wgłębienia na płytach były kodem, odczytywanym przez igłę odtwarzacza. Niskie dźwięki były grubymi rowkami, a wysokie cienkimi. Igła, wibrująca tysiąc razy na sekundę, wpadała między te szczyty oraz doliny i w magiczny sposób odszyfrowywała muzykę.

Czyż dźwięk nie jest tylko przenoszoną w powietrzu wibracją? Niekończącą się i niewidzialną falą przypływu, która przez całe życie uderza w nasze bębenki? Myśl o kakofonii, która nas otacza, jest porażająca. Nawet w łonie matki nie panuje cisza – słyszymy szum jej krwi, bicie serca i pomruki dochodzące z jej żołądka, a jej głos, zwielokrotniony przez płyn, wibruje we wnętrzu wszystkich naszych drobnych kości.

W trosce o zdrowie naszych zmysłów uczymy się odróżniać ważne dźwięki od tych, które należy ignorować. Zapamiętujemy różnicę między szeptem a krzykiem, między pomrukiem a rykiem. Gromadzimy w sobie obfity katalog dźwięków, a w końcu, słysząc skrzypnięcie schodów, orientujemy się na podstawie jego brzmienia, jak wielki jest nacisk na drewno i kto wchodzi po schodach, by nas powitać. Czyjś wdech i cichy syk tlącego się papieru sprawiają, że i my mamy ochotę na papierosa. Potrafimy odróżnić długie i głębokie westchnięcia kochanka od krótkich i płytkich, więc wiemy, kiedy jest usatysfakcjonowany, a kiedy zawiedziony. Sami zatem widzicie, że dźwięk nigdy nie jest po prostu dźwiękiem. Dźwięk jest pamięcią.

Moja pamięć przypomina długogrającą płytę, ale podobnie jak krążki pierwszej generacji nie jest wolna od usterek: długie dźwięki czasem są chwiejne, a czasem ulegają zniekształceniom, muzyka zaś, choć nieznacznie, wyprzedza niekiedy rytm utworu. Tak nie powinno się dziać. Ona nie powinna ujawniać tego, co następuje później, znacznie później, albo nie następuje nigdy. Nigdy nie wiemy, czy ten wczesny pogłos jest prawdziwy czy wyimaginowany.

Oto przykład:

Siedzę z Viniciusem w barze Desert Inn, sącząc whisky i czekając na ogłuszający wybuch. Olbrzymie widokowe okno lokalu wychodzi na rząd kasyn i na pustynię. O sto kilometrów od Las Vegas, na pustyni Mojave, rząd zamierza zdetonować bombę atomową. Niektóre hotele wynajęły limuzyny, które mają zawieźć specjalnych gości w pobliże eksplozji, by zapewnić im lepszy widok. A tu, w Desert Inn, odbywa się atomowe party.

Graça stoi na scenie. Ma na sobie jaskrawozieloną suknię i białą etolę. Jej włosy zostały niedawno ufarbowane na czarno i są tak krótkie, że przypominają futro jakiegoś zwierzęcia. Wykonuje Ucieczkę, moją od dawna ulubioną pieśń, o wiele wolniej, niż powinna. Te słowa trzeba wyśpiewać szybko, żeby słuchacze wyczuli gorączkową naturę wyrażonej w nich skargi. Ale ona zwalnia tempo, robiąc pauzę po każdym wyrazie. Uśmiecha się i macha rękami, ale jej stopy są uwięzione na środku sceny. Ma szklisty wzrok. Słuchacze, podobnie jak Vinicius i ja, dzielą swą uwagę między Sofię Salvador i widokowe okno, czekając na wybuch.

Główna ulica Las Vegas jest karnawałem neonów. Mam wątpliwości, czy zdołamy dostrzec stąd eksplozję, skoro przyćmi ją otaczająca nas iluminacja, ale zanim mam szansę wyrazić swoje obawy, Vinicius wskazuje mi okno ruchem głowy.

– Oto ona – mówi.

Horyzont rozjaśnia na chwilę jakiś delikatny błysk. Potem słychać huk, przypominający odległy grzmot. Ale ten dźwięk, zamiast przemieszczać się nad nami, rozlega się pod nami. Widokowe okno Desert Inn zaczyna drżeć, podobnie jak nasze stojące na barze drinki. Noc zamienia się w dzień. Główna ulica znika w rozbłysku białego, jaśniejszego niż jakikolwiek reflektor światła, które przemieszcza się w naszym kierunku. Vinicius chwyta mnie za rękę. Odwracam się od okna i patrzę na Graçę. Przestała śpiewać, ale nadal ma otwarte usta. Jej oczy odzyskały blask. Patrzy w kierunku oślepiająco jasnego horyzontu i uśmiecha się w taki sposób, jakby stała przed liczną, oklaskującą ją widownią. Światło dociera w końcu i do nas, a wtedy wszystko – Graça, Vinicius, bar i jego klienci, nie wyłączając mnie samej – tonie w jasnej poświacie, a potem zostaje przez nią pochłonięte.

Dobrze to pamiętam. Pamiętam grzechot kostek lodu w mojej stojącej na drżącym barze szklance. Pamiętam wyraz zabarwionego dezorientacją przerażenia na twarzy Viniciusa, kolor sukni Graçy, jasne światło... choć wszystko to nie może być prawdą. Kasyno Desert Inn nigdy nie organizowało występów podczas bankietów połączonych z oglądaniem eksplozji – wystarczającą atrakcją była sama bomba. Większość detonacji odbywała się o czwartej rano, a my z pewnością spalibyśmy o tej porze, zmęczeni długimi występami. Vinicius grał wtedy u boku innych muzyków – emigrantów, więc przebywałby na scenie, a nie w barze obok mnie. Ja byłabym już wtedy zbyt pijana, żeby wpuszczono mnie na widownię. A Graça? Jej stopa nigdy nie stanęła w Vegas. Od dawna już wtedy nie żyła, a mimo to nadal tkwi w mojej pamięci, wciskając się w miejsce, w którym nie powinno jej być.

Czy można nazwać pamięcią coś, co nie jest prawdą?

Graça znalazła się tu z mojej winy; przywoływałam ją w wyobraźni przez tyle lat, że teraz z własnej inicjatywy zjawia się w miejscach, w których jej fizyczna obecność jest zwyczajnie niemożliwa.

Przez wiele lat po jej śmierci oboje z Viniciusem po zjedzeniu niewiarygodnego posiłku, obejrzeniu fatalnego występu lub wysłuchawszy płyty robiącego karierę muzyka, zadawaliśmy jedno drugiemu pytanie: „Wyobrażasz sobie, co by na to powiedziała Graça?”. A potem prześcigaliśmy się w odtwarzaniu na własny użytek jej domniemanych reakcji.

– Graça nie mogłaby znieść tej śpiewającej kurewki – mówiłam.

A Vinicius potrząsał głową i oznajmiał:

– Byłaby nią zachwycona.

Czasem, gdy byliśmy w wystarczająco ponurym nastroju, te drobne różnice zdań przybierały postać prawdziwych sporów. A najbardziej okrutny i obraźliwy argument, po jaki któreś z nas mogło sięgnąć, brzmiał: „Nie znałeś jej (albo nie znałaś) tak dobrze jak ja”.

Czy my ją znaliśmy? Kim była Graça, którą stworzyliśmy na własny użytek? Zawsze młoda i piękna, zawsze roześmiana z głową odchyloną do tyłu. Nasza Graça nigdy nie musiała znosić związanych z wiekiem niedogodności: bólu w kościach, kurczenia się ciała, zaników pamięci.

Po wielu latach, kiedy alzheimer Viniciusa zrobił postępy, coraz trudniej mu było odtworzyć w pamięci jej dokładny obraz. Ale ona była uparta. Podczas tych dni, w których jego twarz przypominała maskę – albo Lwią Paszczę, jak nazywały ją pielęgniarki – kiedy była tak nieprzenikniona i pozbawiona jakichkolwiek emocji, jakby jej właściciel zniknął we własnym wnętrzu, wracał czasem na chwilę do rzeczywistości. W jego oczach pojawiał się błysk, a on otwierał usta i wciągał powietrze jak człowiek, który wypłynął właśnie na powierzchnię.

– Jaki jest twój rytm? – pytał wtedy.

– Rytm?

– Chodzi mi o to, czy jesteś bim bim bim, czy barrum pum pum, a może dum dum dum.

– Jestem dum dum dum – odparłam jednego dnia ze śmiechem.

– A ja? – spytał, kiwnąwszy poważnie głową.

– Ty? Daj mi pomyśleć... Ty jesteś skomplikowany: ba para para ba ba ba ba a parum ba!

– Chłopcy odeszli, ale ona wie, gdzie ich znaleźć – oznajmił zadowolony.

– Naprawdę? – rzuciłam, dobrze wiedząc, co ma na myśli, a on ponownie kiwnął głową. – Jaki jest jej rytm?

Vinicius skrzywił się, jakby poczuł nagle silny atak bólu. Potem jego twarz straciła jakikolwiek wyraz, a on ponownie zniknął we własnym wnętrzu.

Co przeżywa człowiek, który czuje, że się zapada w niebyt?

Zamykam oczy i widzę znowu tę scenę w Las Vegas oraz Graçę, która szeroko otwartymi oczami patrzy na atomowy wybuch. A może po prostu popełniam ten sam błąd co zawsze i za bardzo się z nią utożsamiam?