Powietrze, którym oddychaszTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pobiegłyśmy nad rzekę. Tam, na brzegu, Graça stłumiła szloch i oznajmiła, że nigdy więcej nie odwiedzimy cukrowni.

Poczułam się szczęśliwa; powiedziała: „my”.

Senhora Pimentel pozwoliła córce biegać ze mną po okolicy przez rok, a potem wynajęła prywatną nauczycielkę. Była to wdowa, która nosiła tylko czarne suknie i buty na wysokiej podeszwie. Graça i ja nazwałyśmy ją Bruxa, choć nie przypominała czarownic, które w zbiorach bajek Senhory Pimentel miały brodawki na nosie i gruzłowate palce. Ponieważ byłam dzieckiem, wydawała mi się bardzo wiekowa, ale teraz zdaję sobie sprawę, że musiała mieć trzydzieści kilka lat. Jej ciemne włosy były związane w ciasny węzeł, a oczy tak duże i brązowe jak oczy konia. Mogłaby być ładna, gdyby na jej twarzy nie malowała się złośliwość wiedźmy.

Kiedy Graça odkryła, że lekcje ma pobierać tylko ona, zaczęła wrzeszczeć i płakać na przemian, rzucając porcelanowe figurki aniołów na podłogę i rozdeptując je na drobne kawałki.

Rychło więc zostałam drugą uczennicą w klasie Bruxy.

Obstalowano mi siedem nowych sukienek (po jednej na każdy dzień tygodnia) i zwolniono z obowiązków w godzinach nauki, ale Bruxa nigdy nie pozwoliła mi zapomnieć, że przyszłam z kuchni. Podczas lekcji nie wolno mi było się odzywać. W czasie południowej przerwy patrzyłam, jak Graça i Bruxa piją kawę i jedzą herbatniki, ale nigdy nie zostałam nimi poczęstowana. Jeśli miałam jakieś pytanie, musiałam zadać je szeptem Graçy, a ona przekazywała je naszej nauczycielce.

Bruxa zajmowała w Dużym Domu niewielki, duszny pokój gościnny. Nie była zapraszana do stołu, przy którym zasiadała Graça i jej rodzina, ale mogła spożywać posiłki w swoim pokoju, gdzie przynoszone je na tacy. To różniło ją od reszty służby, a każde odstępstwo od obowiązującej w Riacho Doce hierarchii budziło podejrzliwość. Praczki, które musiały prać i prasować odzież nauczycielki, często przesadnie krochmaliły jej czarne suknie i wyśmiewały jej pożółkłe staniki oraz znoszoną bieliznę. Pomocnice kuchenne, które przynosiły jej tace z jedzeniem, usiłowały wciągnąć ją do rozmowy, ale wnet orzekły, że jest „wyniosła i napuszona”. Powtarzano plotki, przeważnie złośliwe, dotyczące przyczyn, dla których nosiła tylko czarne suknie i buty: była w żałobie po mężu, który skoczył z mostu, by od niej uciec; otruła całą rodzinę i nie poniosła kary, a czerń strojów była dla niej czymś w rodzaju pokuty. Nena ostrzegła mnie, żebym nigdy nie tykała jedzenia, którym częstowała mnie Bruxa, ale nauczycielka traktowała mnie przecież jak powietrze. Chętnie jednak znosiłam jej afronty, dopóki pozwalała mi uczestniczyć w lekcjach. W odróżnieniu od Graçy lubiłam się uczyć arytmetyki oraz angielskiego i portugalskiego. Byłam zachwycona tym, że wszystkie litery alfabetu wydają dźwięki, które – połączone z innymi – stają się słowami. Oraz tym, że angielskie wyrazy są krótkie i treściwe, a portugalskie bardziej melodyjne, męskie i żeńskie formy zaś nie mają w sobie żadnej logiki (księżyc jest kobietą, a słońce mężczyzną; ziemia jest kobietą, a niebo mężczyzną itd.).

Arytmetyka przychodziła mi łatwo, więc aby pomóc Nenie, wzięłam na siebie kontrolę stanu zapasów spiżarni – mogłam już liczyć słoiki dżemu, butelki oleju palmowego, setki cebul, marchewek i innych jarzyn. Przeliczałam je co rano i co wieczór, dzięki czemu wiedziałyśmy, czy mamy zamawiać dodatkowe dostawy, a co ważniejsze – czy zapasy zostały uszczuplone w ciągu dnia przez pokojówki. Gdy moja nauka zaczęła znajdować praktyczne zastosowanie – kiedy podliczałam nasze zapasy, odczytywałam etykiety wymyślnych olejów aromatycznych, przywożonych przez Senhorę Pimentel z Recife, sprawdzałam rachunki rzeźnika, by się przekonać, czy nas nie oszukuje – byłam tolerowana, a nawet chwalona. Za każdym razem, kiedy sprawdzałam jakąś fakturę albo zarzucałam takiemu czy innemu dostawcy, że policzył nam za dużo, Nena dumnie wypinała piersi i klepała mnie po plecach swoją olbrzymią ręką tak mocno, że niemal upadałam na twarz. „Ta dziewczyna nie da się oszukać!” – mówiła z uśmiechem, a podkuchenne gapiły się na mnie z tak szeroko otwartymi ustami, jakbym została właśnie mianowana prezydentem Republiki.

Gdy kazano mi zagniatać chleb, zawsze pisałam na pokrywającej stolnicę warstwie mąki: „Maria das Dores”. Układałam z resztek ciasta litery M i D. Mieszając gęstniejący dżem, wielokrotnie wypisywałam łyżką swoje imię na jego powierzchni. Poszłam kiedyś do sadu i wyryłam kamieniem swoje imię na pniu limonki. Kiedy Nena to odkryła, zbiła mnie gałęzią owego drzewa, ale wcale się tym nie przejęłam. Przechodząc tamtędy w ciągu następnych kilku miesięcy, zawsze widziałam swój podpis. Nie byłam Jegą, córką ladacznicy, pomocą kuchenną, skazaną na bezbarwne życie i anonimową śmierć w Riacho Doce. Byłam Marią das Dores, dziewczyną, która miała odcisnąć na świecie swoje piętno. Dziewczyną, która zostanie zapamiętana.

Zaczęłam wpisywać do swojego notesu wielozgłoskowe wyrazy. Niektóre ich zakończenia brzmiały podobnie: „konsumować”, „zanegować”, „oczarować”, „konsekrować”, „modernizować”, „pofałdować”. Wiedziałam oczywiście już wcześniej o istnieniu rymów. Słuchałam śpiewanych przez pokojówki piosenek miłosnych, opartych na prostych, zrymowanych tekstach. Natura człowieka każe mu podejmować próby dopasowywania do siebie różnych zjawisk, szukać podobieństw tam, gdzie może ich wcale nie być. Ale te rymy brzmiały w moich uszach inaczej; zrozumiałam muzykę zawartą w słowach, zanim naprawdę zaczęłam pojmować samą muzykę.

Po roku tych lekcji umiałam odczytywać na głos całe fragmenty podręcznika Bruxy o wiele lepiej niż Graça. Ona zwracała się do mnie podczas lekcji z prośbą o pomoc, a ja podpowiadałam jej szeptem właściwe odpowiedzi. Potem patrzyłam, jak chwalono ją za moją bystrość.

Pewnego popołudnia Senhora Pimentel wstała z łóżka, zabrała Graçę i mnie z pokoju dziecinnego i poprowadziła nas przez trawniki Dużego Domu do cukrowni, w której mieścił się gabinet jej męża. Włożyła z tej okazji elegancką suknię oraz perły i upięła włosy, ale wysiłek związany z toaletą oraz marsz przez ogrody wyczerpały jej siły, więc opadła na krzesło, gdy tylko Senhor Pimentel otworzył drzwi biura.

Mąż powitał ją dość chłodno. Miał na sobie krawat, którego węzeł zdobiła złota kostka cukru, wysadzana brylantami. Posiadał ją od niedawna i podejrzewam, że sprawił sobie ten prezent, by poczuć się jak prawdziwy potentat cukrowy, choć plantacja stale przynosiła straty. Teraz mówił coś do żony, ale ja nie zapamiętałam jego słów. Nie mogłam oderwać oczu od szpilki do krawata, która lśniła przy każdym jego wdechu i wydechu.

Czym były wtedy dla mnie te klejnoty? Gdyby ktoś mnie zapytał, co to jest brylant, nie umiałabym odpowiedzieć. Ale widząc tę kostkę cukru ozdobioną setkami lśniących kamieni, białych jak cukier, ale bardziej błyszczących, o wiele piękniejszych, miałam ochotę sięgnąć nad wielkim biurkiem Senhora Pimentela, porwać tę kostkę i włożyć ją do ust, by się przekonać, czy jest słodka i czy rozpłynie się na moim języku. Na szczęście Senhora Pimentel odezwała się, zanim uległam tej pokusie.

– Zabieram dziewczynki na koncert – oznajmiła. – Do Recife.

– Dziewczynki? – powtórzył jej mąż, a ona ciężko westchnęła.

– Nie możesz ode mnie wymagać, żebym zabawiała Graçę podczas podróży do Recife i z powrotem. Dotrzyma jej towarzystwa Dores.

– Czy masz na myśli obecną tu Jegę?

– Przezwiska są objawem wulgarności, Miguel – upomniała go żona, a on przestał się uśmiechać.

– Co to za koncert? – spytał.

– Muzyka. Prawdziwa muzyka, a nie te tandetne piosneczki, które wyśpiewują pokojówki.

– Wytrzymasz trudy podróży?

– Oczywiście. Graça musi mieć kontakt ze sztuką.

– Więc powiedz tej nauczycielce, żeby pokazała jej jakieś książki albo każ jej zrobić kilka szkiców wazonu z kwiatami. Czemu ma służyć ten koncert?

– Nie wszystko musi czemuś służyć – odparła Senhora.

– Owszem, wszystko za co ja płacę.

Jego żona zadrżała. Ludzie z ich sfery, choćby najbardziej zadłużeni, nigdy nie mówili o pieniądzach. Te pieniądze należały jednak do niej, a nie do niego, i chyba dlatego złagodził nagle ton.

– Dorasta na świeżym powietrzu, karmiona zdrowym jedzeniem, i nie jest narażona na pokusy wielkiego miasta – powiedział. – Jest biała jak pączek małego kwiatka. To będzie miało znaczenie dla jej męża, a nie te wszystkie przymioty, jakie posiadają tak zwane wyrafinowane dziewczyny. Jest naszym małym kwiatkiem.

Przyłożył dłoń do policzka Graçy, a ona przymknęła oczy, jakby miała za chwilę zemdleć.

– Jeśli nie będziemy uważali, wyrośnie na dzikuskę – powiedziała Senhora Pimentel. – Każdy mąż, który będzie jej godny, zabierze ją do miasta. A ona stanie się tam pośmiewiskiem, bo nie będzie umiała odróżnić symfonii od kantaty. Będą ją za plecami nazywali matuta.

Mnie sztuka kojarzyła się z ciemnym olejnym obrazem, który wisiał w salonie Dużego Domu. To, że zdaniem Senhory Pimentel młode dziewczynki potrzebowały czegoś takiego, wydało mi się dziwne. Jeszcze bardziej zdumiało mnie to, że mąż przyznał jej w końcu słuszność.

I tak w wieku dwunastu lat opuściłam po raz pierwszy Riacho Doce i znalazłam się w Recife, dawnej stolicy państwa. Zatrzymałyśmy się w poprzednim domu państwa Pimentelów. Wyjeżdżając, kazali go zamknąć i przykryć meble pokrowcami, zostawiając całe gospodarstwo na głowie jednej pokojówki. W dniu koncertu to właśnie ona rozpakowywała nieudolnie nasze wyjściowe stroje. Senhora Pimentel zamówiła dla mnie elegancką suknię, uszytą z jednego kawałka niebieskiego jedwabiu i prezentującą się bardzo skromnie w porównaniu z wymyślną, ozdobioną falbankami kreacją, jaką kupiła dla Graçy. Choć mój strój był skromny, nigdy nie miałam na sobie czegoś równie wykwintnego, więc drżałam ze strachu, że pogniotę lub poplamię tę suknię jeszcze przed przybyciem do teatru.

 

Słynna śpiewaczka fado, odbywająca tournée po Brazylii, zatrzymała się w Recife, by wystąpić w Teatrze Świętej Izabeli. Do tego wieczora byłam przekonana, że cukrownia Riacho Doce jest największym budynkiem na ziemi. Ale w porównaniu z gmachem teatru był on tak mały i tandetny jak barak, w którym mieszkali robotnicy ścinający trzcinę. Idąc przez zatłoczony hol, ozdobiony szerokimi jak drogi klatkami schodowymi, poczułam lęk i zawroty głowy. Nie miałam pojęcia, jakim cudem równie wielka konstrukcja może się utrzymywać w pozycji pionowej i jak jej sklepienia mogą unieść te olbrzymie żyrandole. Byłam pewna, że ściany budynku ugną się i runą pod ciężarem tak niebywałej ilości szkła i kamienia. Chwyciłam kurczowo rękę Graçy i nie wypuściłam jej, dopóki nie znalazłyśmy naszych miejsc.

Nie byłam zupełną dzikuską – słyszałam już śpiew i grę na instrumentach w Riacho Doce. Raz na rok, w dniu świętego Jana, państwo Pimentelowie pozwalali rozpalić ognisko i kazali robotnikom grać różne melodie na dychawicznym akordeonie. Co wieczór dochodziły też z odległych baraków dla żniwiarzy odgłosy bębnów i ludzkie głosy. Wiedziałam, że odbywają się tam towarzyskie spotkania, ale żadnemu z mieszkańców Dużego Domu nie wolno było bratać się z robotnikami, a tym bardziej wymykać się w środku nocy, by posłuchać ich śpiewu. Ich bębny budziły mnie niekiedy ze snu, a ja wyobrażałam sobie wtedy, że jest to bicie mojego serca.

W sali teatru przygasły światła. Rozległy się oklaski. Na scenę weszła niepewnym krokiem jakaś kobieta, unosząc tren wieczorowej sukni, żeby się nie potknąć. Jej kostki były tak grube jak moje uda. Delikatne buty na wysokich obcasach zdawały się uginać pod jej ciężarem. Akompaniował jej jeden gitarzysta. Gdy tylko ucichły brawa, wydobył z instrumentu pierwsze dźwięki. Nad salą teatru uniósł się dźwięczny, potężny, niepokojący głos śpiewaczki, przypominający bicie dzwonu.

– „Na końcu mojej ulicy

Szumi ocean,

Szumi ocean.

Nad nim widzę wycinek księżyca,

Kształt mego przeznaczenia”.

Zamknęłam oczy. Zobaczyłam ocean, tak ciemny jak pola trzciny widziane w nocy. Zobaczyłam gwiazdy, świecące jaśniej niż brylanty na kostce cukru Senhora Pimentela. Artystka ciągnęła swą pieśń.

– „Gdzie jest moje przeznaczenie?

Gdzie jest mój dom?

Czy nigdy nie znajdę na tym świecie swojego miejsca?

Czy zawsze będę samotna?”

Poczułam, że chwyta mnie za serce jakaś niewidzialna dłoń. Jej uścisk stawał się silniejszy z każdą nutą pieśni.

– O mój Boże! – szepnęła Senhora Pimentel. – Musimy cię wytrzeć.

Wyjęła z ozdobionej koralikami torebki chustkę do nosa i wcisnęła mi ją do rąk. Ponieważ nie zaczęłam wycierać mokrych policzków ani cieknącego nosa, wyrwała ją z moich dłoni i zrobiła to za mnie. Choć jej ruchy były łagodne, znienawidziłam ją za to, że odrywa moją uwagę od śpiewaczki. Znienawidziłam Graçę, bo wierciła się w fotelu. Znienawidziłam kaszlącego mężczyznę, który siedział za naszymi plecami. Znienawidziłam całe moje dotychczasowe życie za to, że straciłam tyle wieczorów, obierając kartofle lub słuchając plotkujących pokojówek, podczas gdy ktoś, gdzieś, tak pięknie śpiewał! Dlaczego nie słyszałam nigdy dotąd takiej muzyki? I kiedy usłyszę ją ponownie? Czułam w sobie taki ciężar, jakbym wypiła dzbanek betonu, który twardniał w moim wnętrzu.

Z czasem nauczyłam się rozpoznawać to uczucie jako żal. Ale wtedy miałam dwanaście lat i byłam pewna, że jestem śmiertelnie chora. Muzyka wywołała tę chorobę, ale była również moim jedynym lekarstwem. Siedząc na brzeżku obitego aksamitem krzesła, miałam wrażenie, że mój stan jest poważny, więc umrę, gdy tylko koncert dobiegnie końca, gdy muzyka ucichnie.

Ku swojemu zaskoczeniu przeżyłam. Po zakończeniu występu Senhora Pimentel poprowadziła nas przez tłum w kierunku naszego wynajętego samochodu. Gdy tylko do niego wsiadłyśmy, zdjęła rękawiczki i dotknęła chłodną ręką mojego czoła.

– Ona wcale nie jest chora – powiedziała Graça.

– Biedne dziecko – powiedziała Senhora Pimentel, potrząsając głową. – Powinnam była się domyślić, że miasto wpłynie na nią przytłaczająco.

– To te pieśni, mamo – warknęła ostrym tonem Graça. – One nadal w niej tkwią.

Senhora Pimentel spojrzała na córkę w taki sposób, jakby przemówiła ona do niej w jakimś obcym języku. Ale słowa Graçy – która trafnie odczytała moje uczucia – wycisnęły mi z oczu nowe potoki łez. Zażenowana, ukryłam twarz w dłoniach.

– Ona ma atak nerwowy – stwierdziła Senhora Pimentel. – Jeśli zamierzasz wymiotować, nie rób tego w samochodzie.

W drodze powrotnej do domu rodziny Pimentelów Senhora zamknęła oczy, dając do zrozumienia, że wyprawa do teatru ją wyczerpała i nie może poświęcić mi więcej uwagi. Graça przysunęła się do mnie i wygładziła moje włosy. Położyłam głowę na jej kolanach. Jej dłonie były miękkie, a suknia głaskała delikatnie mój policzek. Moje ucho pasowało idealnie do przerwy między jej udami. Usnęłam, ukołysana szelestem koronek jej sukni.

Graça uparła się, żebym tej nocy spała w jej pokoju, a nie w usytuowanej za kuchnią służbówce. Gdy tylko Senhora Pimentel powiedziała nam „dobranoc”, jej córka ześlizgnęła się ze swego łóżka na mój leżący na podłodze materac. Jej włosy były przewiązane chustką, mającą chronić loki. Poczułam na ramieniu dotyk jej ciepłej ręki.

– Ja też będę kiedyś śpiewać na takiej scenie – powiedziała. – Zmuszę ludzi do przełknięcia moich pieśni i zachowania ich w sobie. Będę znana. Będę oglądana przez tłumy widzów.

– Ja również – oznajmiłam, przygotowana na jej szyderstwa i zapewnienia, że dla mnie ten cel jest nieosiągalny. Ale ona mruknęła tylko: – Musimy zdobyć patefon.

– Co takiego?

– Maszynę, na której można słuchać płyt. Poproszę o nią mamę. Ona mi kupuje wszystko, czego zapragnę.

– W porządku – mruknęłam, udając, że rozumiem, na czym polega jej plan.

Nigdy nie widziałam ani tym bardziej nie słuchałam żadnej płyty, ale mimo to byłam radośnie podniecona.

Tej nocy prawie nie spałam. Już wtedy byłam świadoma tego, że w życiu właściwie nie ma nic pewnego. Że każde działanie można interpretować na wiele sposobów, a każde słowo może mieć tuzin znaczeń, zależnie od tego, jak zostało wypowiedziane. Że wszystko, nawet własne uczucia, można podważać, kwestionować i weryfikować. Byłam zachwycona tym, że usłyszałam coś, co jest niewątpliwie piękne.

Miałam więcej szczęścia niż większość osieroconych nieślubnych dzieci: nie zostałam wrzucona w trzcinę i skazana na śmierć; miałam nauczycielkę i protektorkę w osobie Neny; stałam się ulubienicą Panienki, co zapewniło mi możliwość nauki. Ale gdyby wiatr zmienił kierunek, gdyby Graça się mną znudziła, gdyby państwo Pimentelowie mieli dość karmienia i ubierania cudzego dziecka, gdybym popełniła jakiś błąd i wypadła z ich łask, straciłabym wszystkie zdobycze, jakie przyniósł mi los. Nic w moim życiu nie było pewne i nic nie należało tylko do mnie. Wydawało mi się niewiarygodne, że mimo kruchości mojej egzystencji, mimo zagrożeń ze strony brutalnego i pełnego przemocy świata nadal mogłam oddychać i zachwycać się tym pięknem, które odnalazło mnie dzięki muzyce i którego nikt nie mógł mi odebrać. Dar, który ofiarowała nam tego wieczora muzyka, miał pozostać z nami przez wszystkie następne noce. Miałyśmy teraz coś własnego, coś, co mogłyśmy naprawdę kochać. A każda z nas miała kogoś, z kim mogła dzielić to uczucie.

Po naszej wyprawie do Recife stan zdrowia Senhory Pimentel się pogorszył. Podobnie jak przedtem leżała w łóżku, ale nie miała już dość energii, by zaplatać nam włosy lub opowiadać długie historie. Złoty dzwoneczek, który trzymała przy łóżku, by ciągle wzywać pokojówki i żądać przyniesienia wody, nowej książki lub posiłku na tacy, teraz milczał. Ona zaś skarżyła się, że jest zbyt ciężki, by mogła go unieść. Wezwany do niej lekarz zamknął za sobą drzwi sypialni. Gdy tylko jednak wyszedł, Graça przystąpiła do działania i wślizgnęła się do pokoju matki, zanim zdążyli ją zatrzymać ojciec czy któraś z pokojówek.

Jak tylko znalazła się przy łóżku, ścisnęła palce Senhory Pimentel tak mocno, że dostrzegłam na twarzy chorej grymas bólu.

– Muszę mieć ten patefon – powiedziała takim tonem, jakby prosiła o niego już wiele razy. A Senhora Pimentel zdobyła się na uśmiech.

W tydzień później aparatura dotarła do Riacho Doce i została ustawiona na wysokiej komodzie w salonie Dużego Domu. Razem z nią przybyło pudło płyt. Obie z Graçą wyjmowałyśmy je kolejno z papierowych kopert i układałyśmy na tarczy patefonu. Pierwszego dnia słuchałyśmy sonaty Księżycowej, Enrica Carusa, Heitora Villi-Lobosa i innych. Puszczałyśmy ten pierwszy zestaw płyt tak często, że Senhor Pimentel zaczął się skarżyć na hałas. Ale nie mógł odpędzić nas od tego nasyconego żałością fado ani od bezgranicznie zachwycającego głosu Carusa, ani od koncertów gitarowych, których dźwięczne struny kojarzyły nam się z nadgryzaniem dojrzałego owocu karamboli.

Wszyscy mamy tak podstawowe części ciała jak wargi, zęby, języki, podniebienia, prowadzące do drobnych mięśni w naszych gardłach, pokrytych śluzem przypominającym używane w szpitalu żele. Kiedy wdychamy powietrze, uderza ono w drobne fałdy tych mięśni, te zaś drgają i generują dźwięk. Jeśli nam się poszczęści, wygenerują pieśń. Oczywiście jest to bardziej skomplikowane – może i wszyscy mamy te same części ciała i tę samą zdolność do tworzenia dźwięków, ale nie wszystkie głosy są sobie równe.

Śpiew był dla Graçy czymś równie naturalnym jak oddychanie. W moim przypadku przypominał próby unoszenia nad głową trzydziestokilogramowego worka cukru – coś, co byłam w stanie z czasem osiągnąć, ale wymagało to wielkiego wysiłku i wielu prób. Wcale mnie to nie zniechęcało. Mój dwunastoletni umysł nie przyjmował do wiadomości, że istnieje coś takiego jak wrodzony talent czy naturalny dar, ani że struny głosowe Graçy są w jakiś sposób lepsze niż moje. Wydawało mi się jednak naturalne, że ja muszę wkładać w śpiew wiele pracy, a jej przychodzi on ot tak – bądź co bądź była Panienką, a Panienki nie muszą się nad niczym trudzić. Ja natomiast zostałam wychowana w przekonaniu, że wszystko, co posiada jakąkolwiek wartość, wymaga ciężkiej walki.

Codziennie po wlokących się w nieskończoność lekcjach z Bruxą biegłyśmy do salonu i zaczynałyśmy się spierać o to, jaką płytę ułożyć na tarczy. Pewnego popołudnia obie zamarłyśmy w drzwiach salonu: na stojącym obok patefonu fotelu siedziała Senhora Pimentel. Miała na ramionach ciepły pled, a jej rude włosy były niedawno umyte i zaplecione w gruby warkocz.

– Proszę Titę, żeby nie zamykała moich drzwi, bo mogę was wtedy słyszeć – oznajmiła na powitanie. – Ale dziś chcę was też widzieć.

Obie z Graçą podeszłyśmy niepewnie do patefonu. Uznałam, że spory w obecności Senhory byłyby niestosowne, więc pozwoliłam Graçy wybrać pierwszą płytę. Oczywiście wybrała Carusa – najtrudniejsze partie wokalne. Kiedy byłyśmy same, często zamykałam oczy podczas śpiewu, natomiast Graça lubiła wykonywać efektowne skoki i wyciągać ramiona do nieba. Czasem ją naśladowałam, a pod koniec utworu obie dostawałyśmy ataku niepowstrzymanego śmiechu. Tego dnia, wiedząc, że obserwuje nas Senhora, stałyśmy ramię przy ramieniu jak na początku lekcji, kiedy Bruxa sprawdzała czystość naszych uszu i paznokci. Za naszymi plecami rozległa się muzyka z płyty. Caruso zaczął od szybkiego sprintu, przeskakując płotki, którymi najeżona była aria Nessun dorma. Graça i ja śpiewałyśmy początkowo szeptem, ale po chwili usłyszałyśmy naszą ulubioną część utworu, w której ton Carusa staje się błagalny, ale nie żałosny, i odnosi się wrażenie, że śpiewak wznosi głos ku gwiazdom, prosząc wszechświat o należne mu wsparcie. Żadna z nas nie znała włoskiego, więc słowa arii były niezrozumiałe. Dopiero kilka dziesiątków lat później uświadomiłam sobie, co obie usiłowałyśmy zaśpiewać każdego dnia w salonie Dużego Domu:

– „Ale moja tajemnica jest zamknięta we mnie.

Nikt nie pozna mego imienia!

Nie, nie... powiem to twoim ustom.

Kiedy zapłonie światło!

A mój pocałunek roztopi ciszę.

Która czyni cię moją własnością”.

Zamknęłam oczy i ścisnęłam mocno rękę Graçy, podczas gdy mój głos rozpaczliwie usiłował wznieść się na poziom jej zdolności. Potem aria dobiegła końca, a szum kręcącej się bezgłośnie płyty zagłuszyły oklaski Senhory. Otworzyłam oczy.

– Brawo! – zawołała pani Pimentel.

Palący, pulsujący żar przeniósł się z mojej klatki piersiowej na szyję i uszy.

 

– Teraz musicie dygać i składać ukłony – oznajmiła Senhora. – W ten sposób dziękujecie widowni, która zechciała was wysłuchać. Ostatecznie to ona jest waszym zleceniodawcą.

Spojrzałam na Graçę, licząc na jakiś znak, ale ona tylko wzruszyła ramionami. Senhora Pimentel wstała, a pled zsunął się z jej pleców. Uniosła tren swojej jedwabnej sukni, wysunęła jedną stopę do przodu i pochyliła głowę w niskim ukłonie. Warkocz, przypominający gruby czerwony sznur, ozdobiony na końcu wstążką, opadł na jej ramię. Po chwili wyprostowała się i osunęła z powrotem na fotel.

Od tego dnia zawsze zastawałyśmy w salonie Senhorę Pimentel, która czekała na nasz występ. Była naszą pierwszą – i najlepszą – widownią.

Kiedy jesteśmy młodzi, oddajemy się całkowicie innym. Wpuszczamy pierwszych przyjaciół, pierwszych kochanków, pierwsze pieśni do naszego wnętrza, pozwalamy im stać się częścią naszej nieukształtowanej tożsamości, nie myśląc ani o konsekwencjach, ani o tym, że mogą tam zagościć na zawsze. Na tym polega jeden z uroków młodości – i jeden z narzucanych nam przez nią obowiązków.

Kilka dni po naszym pierwszym występie dla Senhory przyjechał do niej z Recife lekarz. Jego samochód przemknął przez bramę Dużego Domu i zatrzymał się przed frontowymi drzwiami, w których czekał Senhor Pimentel. Z kuchni dochodziły krzyki, odgłosy kłótni, modlitwy. Nena, której twarz była tak spocona, jakby zrobiono ją z wypalanej gliny, nalewała wrzącą wodę do metalowych garnków, a pokojówki zanosiły je na górę.

– Jega! – zawołała na mój widok. – Przetrzyj zapuchnięte od snu oczy i zadbaj o swoją Senhorę!

– Co jej jest? – spytałam.

– Dziecko usiłuje przyjść na świat zbyt wcześnie.

– Dziecko?

Nena potrząsnęła głową, a pot obficie skropił jej fartuch.

– Nie powinna była zabierać was do miasta. Te drogi są wyboiste. A potem schodziła codziennie na dół, by słuchać muzyki z tej diabelskiej maszyny! Bierz się do roboty...

Otarła twarz i posłała mnie do pralni, każąc zabrać z niej czyste prześcieradła i zanieść je na górę. Wykonałam polecenie, ale w mojej głowie kołatała się tylko jedna myśl: Ona ma w sobie dziecko. Wiedziałam, skąd się biorą dzieci. Dla kogoś, kto dorasta na wsi, seks jest czymś tak zwykłym jak wschody i zachody słońca. Widziałam, jak Stary Euklides doprowadza do kopulacji swoje osły. Chłopcy stajenni zakładali się o to, ile razy oślica odtrąci adoratora, zanim uda mu się postawić na swoim. Widziałam, jak kozły sikają pod siebie, zanim wespną się na samicę, i jak koguty walczą do krwi o prawo dostępu do kury. Ale myśl o tym, że Senhor Pimentel – opalony, dobrze zbudowany mężczyzna o subtelnych rysach – mógłby robić coś takiego z Senhorą, budziła we mnie wstręt. Zrozumiałam, dlaczego groziła jej śmierć.

Senhora Pimentel zmagała się z tym dzieckiem przez wiele godzin. Podobnie jak Graça była bardzo uparta. Lekarz z Recife opuszczał niekiedy jej pokój i stawał w holu, by zapalić lub wychylić kubek kawy. Za każdym razem wyglądał trochę inaczej: najpierw zniknął jego żakiet, potem kamizelka. Jeszcze później rozpiął koszulę, a w końcu zawinął jej rękawy, odsłaniając łokcie. Senhor Pimentel chodził nerwowo po holu, paląc papierosy. Gdy tylko pojawiał się lekarz, podbiegał do niego, by zapytać:

– Czy to chłopiec?

Graça i ja ukrywałyśmy się pod dużym kredensem stojącym w drugim końcu pokoju.

– Doktor jeszcze nie wyszedł – wyszeptałam. – Co on jej robi?

– To dziecko ją zabija – odparła. – Żałuję, że nie mogę go zamordować.

– Wiedziałaś, że się go spodziewa?

– A ty nie?

Wymknęłyśmy się bez słowa z Dużego Domu i przebiegłyśmy przez sad, a potem zaprowadziłam Graçę do kurnika. Zaczęłam wyciągać jaja spod ciepłych tyłków kur, co robiłam setki razy na polecenie Neny. Tym razem wręczyłam Graçy pełny koszyk, gdy tylko wyszłyśmy z kurnika.

Rozbiłyśmy większość o drzewo. Inne rozdeptałyśmy na ziemi. Graça rzuciła kilka o ziemię tak mocno, że kawałki skorupek i krople żółtek rozprysły się na moim podbródku. Kiedy zabrakło jajek, Graça cisnęła koszykiem o ścianę kurnika. Usiadłyśmy w sadzie, pod drzewem, bojąc się wrócić do domu.

Dziecko było płci męskiej. Senhor Pimentel skarżył się, że miałby chłopca, pokojówkom i kucharkom, a potem garstce krewnych, którzy przyjechali z Recife na pogrzeby. Senhora Pimentel i nienarodzony brat Graçy zostali pochowani w krypcie kaplicy należącej do posiadłości Riacho Doce, a oddalonej tylko o pięćdziesiąt metrów od Dużego Domu. Ale nie pozwolono mi pokonać tego dystansu. Służba nie uczestniczyła w pogrzebach.

Po wielu latach, już jako Sofia Salvador, zapytana przez przeprowadzającego z nią wywiad dziennikarza, jaki był najsmutniejszy moment jej życia, Graça odpowiedziała ku memu zdumieniu bez wahania: „Śmierć mojej matki, kiedy byłam jeszcze małym dzieckiem. Utrata matki to brzemię, jakiego nie życzę nawet największemu wrogowi”.

Czasem czuję się jak osierocone dziecko. Kiedyś w Los Angeles widziałam, jak T-Bone Walker śpiewał ten utwór w stylu spiritual w małym, nędznym klubie, w którym podłogi były krzywe, a ściany obwieszone pożółkłymi banknotami dolarowymi. Siedziałam w ciemnym barze i słuchałam tego powtarzającego się refrenu. W pierwszej chwili jego lament wydał mi się niezrozumiały, a nawet trochę irytujący. Czyż wszyscy nie zostajemy prędzej czy później sierotami? Czyż dzieci nie przeżywają z reguły swoich rodziców? Ale siłą tej pieśni jest jedno słowo: „czasem”. Odnosi się wrażenie, że to uczucie jest zbyt bolesne, by ktoś był w stanie znosić je stale. Że zdarzają się w jego życiu bardziej pogodne, choćby najkrótsze chwile, w których wspomina rozkosz, jaką dawała mu pewność, że jest obiektem bezwarunkowej miłości.

Słuchając T-Bone Walkera, zdałam sobie sprawę, że tematem tej pieśni nie jest utrata macierzyńskiej miłości, lecz poczucie, że nigdy się jej nie zaznało. Namiętności zawsze towarzyszy uczucie niepewności, natomiast miłość macierzyńska jest jej przeciwieństwem – ona zawsze jest niewzruszona, nigdy nie zależy od czyjegoś postępowania, nie wymaga wzajemności. Człowiek kochany w ten sposób może sobie pozwolić na luksus odepchnięcia macierzyńskiej miłości w przekonaniu, że jego złość lub obojętność nigdy jej nie zabiją. Ona jest jak powietrze – możesz zapomnieć o jego istnieniu, ale od niego zależy twoje życie. Są jednak wśród nas tacy, którzy nie mogą zapomnieć, którzy nigdy nie zaznali chwili szczęścia zawartego w słowie „czasem”. Moja matka była pogłoską, cieniem, tematem brudnych plotek, pretekstem dla ludzi, którzy chcieli mnie obrazić. Więc choć rozumiałam ból Graçy po utracie Senhory Pimentel, w jej smutku było coś, co budziło mój gorzki gniew. Graça doświadczyła dwunastu lat radosnej miłości – wiedziała, czym jest szczęście, jakie daje wdychanie tego słodkiego powietrza – mogła zatem nieść ją w sobie do końca swoich dni. Senhora nie była moją matką, a ja nigdy, nawet przez sekundę, nie udawałam, że nią jest. Ale była dla mnie dobra i tym różniła się od innych ludzi. Jej życzliwość była podyktowana kaprysem i przybierała postać drobnych gestów skierowanych do cieszącej się jej łaskami służącej, ale była jednak życzliwością. Dlatego ja również, na swój sposób, opłakiwałam jej śmierć.

Gdy naszedł dzień pogrzebu, Nena wypędziła mnie z kuchni, w której wraz z podkuchennymi przygotowywała dania na stypę, i posłała do sadu, żebym zebrała owoce limonki. Było to łatwe zadanie, więc uporałam się z nim w ciągu kilku minut. Zostawiłam w kuchni pełny koszyk i weszłam po kryjomu do salonu, w którym stało puste krzesło Senhory. Wyjęłam z koszulki płytę. Przesunęłam palcami po jej krawędzi, a potem wetknęłam jeden z nich do otworu znajdującego się w samym środku krążka. Jakże pragnęłam usłyszeć tę muzykę! Jak bardzo chciałam położyć igłę na płycie i maksymalnie podwyższyć siłę głosu, tak żeby dom zatrząsł się od drgań! Żeby zebrani w kaplicy żałobnicy, wystrojeni w czarne garnitury i koronkowe mantyle, usłyszeli ten dźwięk i unieśli głowy! Żeby ścinacze trzciny, którzy dostali wolny dzień i mogli oddać cześć zmarłej, wypełzli ze swoich baraków i zastanawiali się, skąd dochodzi ten cudowny głos! Zamiast tego wygięłam obiema rękami ebonitową płytę tak mocno, że pękła i rozsypała się jak szkło.