Powietrze, którym oddychaszTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W opustoszałej kuchennej spiżarni panował chłód. Siedziałam w niej, czekając na dalszy bieg wypadków. W moich palcach pulsowało jeszcze echo uderzenia po policzku wymierzonym dziewczynce. Bałam się, że Nena mnie znajdzie i sprawi mi najgorsze lanie, jakie dostałam w życiu. Albo co gorsza, że do kuchni wejdzie Senhor Pimentel i wyrzuci mnie z jedynego domu, jaki znałam. Po pewnym czasie, który wydał mi się wiecznością, usłyszałam kroki i szmer rozmów. Potem samochód ponownie zawarczał i nowi państwo Pimentelowie wyjechali, obiecując, że wrócą, aby rozpocząć remont.

Byłam przyjemnie zaskoczona tym, że dziewczynka na mnie nie naskarżyła; budziło to moją sympatię, ale również pewne obawy. Czego zażąda w zamian za milczenie? Co będę jej winna? Zadawałam sobie te pytania przez kilka tygodni, dopóki nowi państwo nie wrócili, przywożąc stolarzy, murarzy i hydraulików, którzy zaczęli piłować, hałasować i instalować miedziane rury w grubych ścianach Dużego Domu.

Wiele lat później przypomniałam Graçy dzień, w którym się poznałyśmy, a ona wybuchnęła śmiechem. Powiedziała, że wszystko mi się pomyliło. Że to ona uderzyła mnie.

Znałam każdy zakurzony zakątek Dużego Domu, każdą pustą szafę, każdą komodę na tyle dużą, żeby się w niej ukryć. Kiedy nowi państwo Pimentelowie wprowadzili się w końcu do Riacho Doce, czekałam na moment, w którym coś odwróci uwagę Neny, i uciekałam z kuchni. Znajdowałam jakąś kryjówkę i patrzyłam, jak Graça ubiera i rozbiera swoje lalki, zagryzając kształtne różowe wargi, kiedy nie mogła dopasować fartuszka do sukienki. Patrzyłam, jak służąca szczotkuje włosy dziewczynki, dopóki nie staną się tak lśniące jak roztopiona czekolada, którą Nena polewała ciasta przeznaczone dla państwa Pimentelów. Obserwowałam Graçę podczas lunchu, który jadła przy eleganckim stole, uderzając stopami o nogi krzesła, dopóki matka nie zwróciła jej uwagi. Graça nosiła ozdobione koronkami skarpetki oraz halki i sukienki z koronkowymi falbankami. Pod koniec dnia jej wykrochmalone części garderoby były już pomięte od upału. Weszłam kiedyś do pralni i znalazłam jej brudną odzież. Przycisnęłam jedną z jej sukienek do swego ciała, a potem do twarzy. Kiedy to zobaczyła praczka, chwyciła moje ramię twardą jak skórzany pas dłonią i zawlekła mnie do Neny. Powiedziała, że próbowałam włożyć jedną z sukienek Panienki, co było kłamstwem.

– Nie potrzebuję jej głupich sukienek – oznajmiłam. – Chciałam się przekonać, jak pachnie jej pot.

– I czym pachniał? – spytała ze śmiechem Nena. – Różami?

– Po prostu potem – odparłam.

Nena potrząsnęła głową, a potem zbiła mnie starym paskiem.

Pewnego popołudnia, wkrótce po tym wydarzeniu, Graça wkradła się do kuchni. Siedziałam sama obok spiżarni, obierając kartofle. Pociągnęła mnie za warkocz. Ucieszyłam się na jej widok, ale nie zmieniłam wyrazu twarzy.

– Chodź do mojego pokoju – poleciła. – Natychmiast.

– Teraz pracuję.

– Masz robić to, co ci każę.

Przycisnęłam mokry kartofel do jej idealnie zadartego nosa i powiedziałam:

– Robię to, co każe mi Nena.

Graça cofnęła się o krok, wytarła z twarzy kartoflany sok i uciekła.

Poczułam w głębi duszy satysfakcję, jaką daje wygrana konfrontacja, ale natychmiast tego pożałowałam. Nasze siły nie były równe: Graça jako Panienka łatwo mogła się na mnie odegrać w sposób, o jakim ja nie mogłam nawet marzyć. Dysponowałam tylko jedną bronią – mogłam odmówić jej swojego towarzystwa.

Następnego dnia w kuchni zjawiła się Senhora Pimentel. Chodziła między stołami, zatrzymując się przy każdym z nich i udając, że kontroluje poczynania dziewcząt. Nie była osobą surową z natury. My, wszystkie pracownice Dużego Domu, byłyśmy od urodzenia skazane na odgrywanie ról służących i umiałyśmy od dzieciństwa dostrajać się do zwyczajów i nastrojów naszych państwa, więc wyczułyśmy słabość Senhory Pimentel, zanim jeszcze wydała jakiekolwiek polecenie, a niektóre spośród nas wykorzystywały tę jej cechę z pożytkiem dla siebie. Nena nie pozwalała żadnej z pomocnic kuchennych na opieszałość, ale nie podlegały jej pokojówki zatrudnione w mieszkalnej części domu. Te zaś nie wycierały kurzu za szafami, zostawiały ślady palców na srebrze, a kiedy nikt ich nie widział, siadały na meblach państwa Pimentelów. Doświadczona Senhora dostrzegłaby takie zachowanie i bezzwłocznie je ukarała. Ale Senhora Pimentel nie była doświadczona. Jak większość kobiet z jej pokolenia została nauczona, że ma być łagodna i uprzejma wobec wszystkich z wyjątkiem służby, którą należy traktować wyniośle i surowo. Oczekiwano więc od niej, że będzie jednocześnie dwiema różnymi osobami, co moim zdaniem wpływało niekorzystnie na stan jej zdrowia.

Kiedy myślę o niej teraz, nie potrafię przypomnieć sobie dokładnie jej twarzy. Czy jej oczy były piwne, czy niebieskie? Czy jej przednie zęby zachodziły na siebie, czy były równe i proste jak zęby grzebienia? Gdy ją wspominam, przychodzi mi na myśl fado – ma w sobie smutek, ale tak głęboki i kuszący, że mimo woli pragniesz, aby melodia odizolowała cię od reszty świata. Fado nie ma w sobie przewrotnego humoru bluesa; jego rozpacz jest boleśnie szczera. Dlatego właśnie niektórzy ludzie nie lubią fado, bo razi ich jego delikatna bezbronność, a inni mają do niego stosunek opiekuńczy.

W dzisiejszych czasach jakiś lekarz z pewnością stwierdziłby, że Senhora Pimentel cierpi na depresję albo stany lękowe, albo niskie poczucie własnej wartości, albo jedną z tych dolegliwości psychicznych, które stały się obecnie tak modne. Kazano by jej łykać pigułki, czytać książki traktujące o tym, jak korzystać z uroków życia, i płacić komuś za wysłuchiwanie jej zwierzeń. Może tego rodzaju metody okazałyby się w jej przypadku skuteczne, ale wówczas nie istniały. Lekarze odwiedzający Riacho Doce diagnozowali u niej nerwowe usposobienie. Wśród kobiet pochodzących z wyższych sfer panowała wtedy moda na tego rodzaju dolegliwości.

Jeśli uznamy nową panią Dużego Domu za żywe wcielenie fado, to Senhor stanowił jej przeciwieństwo – był skocznym dżinglem. Tego rodzaju muzyka nie ma zaspokajać naszych najbardziej skrytych pragnień, lecz czarować i nakłaniać do kupowania gumy do żucia. Początkowo wydaje się urocza i nieszkodliwa, ale przenika do naszych umysłów i wmawia nam, że powinniśmy pragnąć tego, co ona nam podsuwa, otworzyć przed nią nasze dusze i ulec jej czarowi. Kiedy odkrywamy jej zamiary, jest już za późno. Choćbyśmy bardzo się starali, nie potrafimy przed nią uciec, nawet dziesiątki lat później.

Jak na żonatego mężczyznę ze swojej sfery Senhor Pimentel był wciąż przystojny. Nie dopuszczał do tego, by rozdęły go sute posiłki i duże ilości alkoholu. Każdego ranka kazał Staremu Euklidesowi czyścić buty, dopóki nie błyszczały jak zwierciadła, a potem pozwalał mu wsunąć je na swoje nogi, wsiadał na konia i objeżdżał w towarzystwie rządcy pola trzciny cukrowej, dlatego sprawiał wrażenie człowieka przedsiębiorczego. Często całował żonę w rękę i prowadził ją do stołu na posiłki. Jeśli była zbyt zmęczona, by zejść na dół, odwiedzał jej pokoje. Traktował Senhorę niczym bogatą starszą krewną – był w jej towarzystwie uprzejmy i przymilny, ale po jej wyjściu wydawał ledwo dostrzegalne westchnienie ulgi. Pokojówki plotkowały, że tylko dzięki majątkowi Senhory utrzymał się na powierzchni i ocalił od ruiny Riacho Doce. Tak czy owak, to on był głową rodziny i rządził plantacją. Uśmiechał się do każdego, nawet do mnie, a szczególnie do młodych pokojówek. Nieraz widziałam, jak gawędzi z trzynasto- lub czternastoletnimi wiejskimi dziewczętami. Były tak zachwycone jego eleganckim strojem, a przede wszystkim okazywanym im zainteresowaniem, że rumieniły się i chichotały nerwowo.

– Ty lepiej schodź Senhorowi z drogi – mówiła do mnie Nena.

Uważałam wtedy, że to ostrzeżenie jest inną wersją tego, co stale wbijała mi do głowy: nie zwracaj na siebie uwagi, nie rzucaj się w oczy. A później, kiedy Senhora Pimentel poleciła, by pokojówki zawsze pracowały parami – jedna młodsza, druga starsza – myślałam, że po prostu chce nam pokazać, kto tu rządzi.

W dniu, w którym Senhora Pimentel odwiedziła kuchnię, wszystkie opuściłyśmy głowy, nie odrywając się od obierania, tarcia, mieszania lub zmywania. Ale nie spuszczałyśmy jej z oczu, a ona przeszła obok pieców i stołów, by zatrzymać się w końcu koło mnie. Miałam wrażenie, że przez wiele godzin patrzy, jak przebieram suszony groszek, odrzucając kamyki i pomarszczone, wyschnięte ziarnka. Potem zrobiła coś, co mnie zaskoczyło – wyciągnęła bladą rękę i przez chwilę trzymała w niej mój warkocz w taki sposób, jakby oceniała kłąb sznura.

Zastygłam w bezruchu. Do tej pory najłagodniejszymi gestami, jakie pamiętałam, były szorstkie pieszczoty Neny, szturchającej mnie drewnianą łyżką. Byłam zdumiona i zaniepokojona tym, że Senhora nie pociągnęła mnie za warkocz.

– Masz tak proste włosy jak mała Indianka – powiedziała, wygładzając palcami koniec warkocza. – Dziewczęta z Recife dałyby majątek za takie włosy.

Odeszła ode mnie, by porozmawiać przez chwilę po cichu z Neną.

– Jega! – zawołała Nena natychmiast po jej wyjściu. – Umyj ręce, ogarnij się i włóż odświętną sukienkę. Senhora chce cię przenieść na pokoje.

– Dlaczego? – spytałam, odruchowo dotykając swojego warkocza.

– Nie ma żadnego „dlaczego”, dziewczyno. Senhora cię potrzebuje. To wszystko.

– Czy ona chce ukraść moje włosy?

Stojąca najbliżej nas dziewczyna wybuchnęła śmiechem. Inna zachichotała. Nena potrząsnęła głową. Nigdy nie byłam szczególnie przywiązana do swoich włosów, ale one należały do mnie i chciałam, żeby pozostały moje.

– Wynoś się, bo za chwilę spiorę cię na kwaśne jabłko i sama je obetnę – warknęła Nena.

We wnętrzu domu panowała cisza. Pokojówki rozmawiały szeptem. Stojąc w holu, słyszałam Starą Titę, która poprawiała poduszki w salonie. Kiedy dostrzegła moją obecność, przerwała pracę i zaprowadziła mnie na górę, do bawialni. Była tam Graça, która z posępnym uporem ubierała i rozbierała kilka lalek z porcelanowymi głowami.

 

– Masz! – zawołała, rzucając mi jedną z nich. – Przebierz ją w inny strój.

Nigdy dotąd nie trzymałam w ręku lalki. Jej namalowane oczy były szeroko otwarte, a czerwone, rozchylone usta nadawały twarzy zalękniony wyraz.

– Dlaczego nazywają cię Jega? – spytała Graça.

– Bo wierzgam i gryzę – odparłam, nie opuszczając wzroku.

– To jakieś głupie imię – mruknęła lekceważącym tonem. – Chyba najgłupsze, jakie w życiu słyszałam.

Pochyliłam się nad trzymaną w ręku zabawką, żeby Graça nie widziała mojego drwiącego uśmiechu.

– Lubisz te lalki? – spytałam.

– Nie – odparła Graça. – Dawniej bawiłam się w garderobie mamy. Mogłam przymierzać jej wieczorowe suknie i diademy. Ale ona nie przywiozła tutaj żadnych eleganckich strojów.

– Chodź ze mną – zaproponowałam, odkładając lalkę i robiąc krok w kierunku drzwi.

– Dokąd?

– Na zewnątrz.

– Nie możemy tam iść – oznajmiła, nie ruszając się z miejsca.

– Dlaczego?

– Bo ja jeszcze nie wyraziłam na to zgody.

– Więc to zrób. Zaproponuj mi, żebyśmy wyszły.

Graça spojrzała na trzymaną w ręku lalkę, a potem przeniosła wzrok na mnie.

– Powiedz mi najpierw, jak się naprawdę nazywasz.

Nena ujawniła przede mną moje prawdziwe imię, gdy dorosłam na tyle, by je zapamiętać. A moja matka powiedziała przed śmiercią położnej, jak chce mnie nazwać. To imię było jedynym darem, jaki kiedykolwiek od niej otrzymałam. Jedynym – oprócz życia – darem.

– Maria das Dores – oznajmiłam.

Graça rzuciła swą lalkę na stos zabawek.

– Dores, nudzę się – powiedziała. – Chodźmy na zewnątrz.

Zaskoczyłam ją i siebie, chwytając jej dłoń. Była miękka i ciepła jak kulka ciasta – niczym te, które bez trudu wyrabiałam między palcami.

Ona nazywała się Maria das Graças, a ja Maria das Dores. Bez względu na to, od jakiej litery zaczynały się nasze imiona, trzy czwarte dziewcząt z tego pokolenia, tak biednych, jak bogatych, stawiało przed nim imię Maria; była Maria Emília, Maria Augusta, Maria Benedita, Maria Docarmo, Maria das Neves itd. Było tak dużo Marii, że nikt nie używał ich pierwszego imienia, a posługiwano się jedynie drugim. Więc Graça była zawsze Graçą, dopóki nie stała się Sofią Salvador, a ja byłam zawsze Jegą, dopóki nie nazwano mnie Dores.

Amerykanie wymawiają moje imię w taki sposób, że rymuje się ze słowami kiss albo bliss. Nie ma na to rady. Próbuję ich uczyć prawidłowej, portugalskiej wymowy: „Do-res”. Kiedy pytają, co ono oznacza, odpowiadam bez wahania. „Ból – mówię – cierpienie”, a oni zawsze marszczą brwi ze zdziwienia. Wiem, dlaczego tak się dzieje. Każdy chce, żeby imię kojarzyło się z czymś miłym. Tak jakby nasze imiona były naszym przeznaczeniem.

Graça i Dores – gracja i ból – co za idealna para. Plantacja stała się naszym królestwem. Nauczyłam ją wspinać się na drzewa w sadzie, obrzucać chłopców stajennych zgniłymi owocami aceroli, zanosić podkradziony owies osłom i głaskać ich miękkie pyski. Ona nauczyła mnie grać w kulki, wiązać kokardę, siedzieć prosto ze skrzyżowanymi nogami. Stawałyśmy na beczkach, żeby zajrzeć do hali produkcyjnej, w której błyszczący od potu, półnadzy mężczyźni przerabiali trzcinę na cukier. Trzymałyśmy się z daleka od pól, bo liście trzciny były ostre jak noże Neny, a wszyscy robotnicy zatrudnieni przy jej ścinaniu mieli na rękach blizny. Ale po żniwach ziemia była brązowa i naga jak ciasto bez lukru, więc mogłyśmy chodzić, gdzie nam się podobało. Czasem uciekałyśmy nad rzekę, żeby się potajemnie wykąpać, i wracałyśmy opalone i spocone do Dużego Domu. Senhora Pimentel czekała na nas na tylnym ganku, bo mnie nie wolno było wchodzić przez drzwi frontowe.

– Gdzie byłyście? – pytała córkę. – Nie możesz zbyt długo bawić się na słońcu! Opalisz sobie twarz i nigdy nie wyjdziesz za mąż.

Senhora Pimentel często używała tej groźby w stosunku do córki, nieudolnie próbując nauczyć ją dyscypliny: „Nie obgryzaj paznokci, bo nigdy nie wyjdziesz za mąż!”, „Nie podrap sobie nóg, chodząc po drzewach, bo nigdy nie wyjdziesz za mąż!”, „Zachowuj się jak dama, bo inaczej nigdy nie wyjdziesz za mąż!”.

Graça urodziła się jako Panienka, a jej przeznaczeniem było małżeństwo i posiadanie własnego Dużego Domu. Duży Dom plantacji Riacho Doce i wszystkie ziemie miał odziedziczyć jej brat, który jeszcze się nie narodził, co budziło wielką frustrację Senhora Pimentela. Podczas częstych sporów z żoną pytał ją, dlaczego nie czuje się lepiej, choć przebywa od wielu miesięcy na świeżym powietrzu w spokojnym, wiejskim zaciszu. Senhora Pimentel odpowiadała, że nie przenieśli się do Riacho Doce dla jej dobra i prosiła, by przestał udawać, że było inaczej. Powtarzała z uporem, że opuścili stolicę ze względu na niego, z powodu jego naiwnych marzeń o pozycji potentata cukrowego. Gdyby zostali w Recife, wołała, Graça chodziłaby do odpowiedniej szkoły, miałaby odpowiednich przyjaciół, uczyłaby się dobrych manier, nosiłaby kapelusze oraz rękawiczki i stałaby się z czasem obiektem zainteresowania wielu młodych dżentelmenów, pragnących ją poślubić.

– Ona nosi nazwisko Pimentel – odpowiadał niezmiennie Senhor. – Chłopcy będą ustawiać się w kolejce, choćby była głupia jak but. To, co ona ma w głowie, w ogóle się nie liczy, querida.

– Moja córka nigdy nie będzie głupia – replikowała Senhora.

Senhor Pimentel był przekonany, że Graça jako dziewczynka nie ma znaczenia i traktował ją jak powietrze, natomiast Senhora usiłowała nadać jej wyraźną osobowość, gdyż uważała to za swój obowiązek. W tamtych czasach kobieta posiadająca osobowość musiała być czarująca, ale nigdy zalotna, zabawna, ale nigdy frywolna, sympatyczna, ale nie zabiegająca o sympatię, pobożna, ale nie przekonana o własnej nieomylności. Najważniejsze było to, że dziewczyna, której brakowało urody, musiała posiadać wdzięk. Duże znaczenie miało też dobre pochodzenie, połączone z wielką fortuną, ale uchodziło ono za niezbędny warunek wstępny, za coś, czego nie można się nauczyć. Ja oczywiście nie pochodziłam z dobrej rodziny i nie miałam pieniędzy, ale Senhora Pimentel pozwalała mi uczestniczyć w lekcjach, jakie pobierała jej córka. Oczekiwała od nas postępów w nauce, choć z różnych powodów: Graça miała pewnego dnia zostać Senhorą, a ja (jeśli dopisze mi szczęście i okażę się bystra) miałam prowadzić jej dom.

Senhora Pimentel wydawała dla nas trzech wyszukane, wyimaginowane przyjęcia. Ustawiała wokół naszych nakryć oszałamiającą liczbę utensyliów i kazała nam zapamiętać, który widelec jest przeznaczony do ryb, a który do ostryg, z jakiego kieliszka pije się sherry, a z jakiej konkretnie szklanki wodę. Kiedy indziej odbywałyśmy długie spacery, oddalając się na znaczną odległość od Dużego Domu. Aby chronić swą skórę przed słońcem, Graça i jej matka wkładały wielkie słomiane kapelusze, które upodobniały je do robotników ścinających trzcinę. Podczas tych spacerów Senhora uczyła nas liczyć po angielsku: one, two, three... Wbijała nam też do głowy angielskie nazwy wszystkiego, co widziałyśmy po drodze: bird, sugar, man, tree, knife, donkey, cart, mill, smoke.

W owych czasach od dobrze wychowanych młodych dam wymagano znajomości angielskiego lub francuskiego. Brazylijczycy ze sfery Senhory Pimentel uważali wszystko, co europejskie, za szczyt dobrego smaku. W Recife, naszej stolicy, Brytyjczycy zarządzali liniami kolejowymi oraz potężnym przemysłem tekstylnym; mieli nawet własny country club i prywatny cmentarz. Senhora Pimentel chodziła w młodości do brytyjskiej szkoły i posługiwała się znośną, choć trochę wymuszoną angielszczyzną. Angielskie wyrazy, których nas nauczyła, wdarły się do mojego umysłu i osiadły w nim tak mocno, jakbym za nimi tęskniła i zastawiła na nie pułapkę. Ale wymykały się bez trudu z pamięci Graçy, więc pod koniec naszych spacerów obie z matką wzdychały z niechęcią i robiły kwaśne miny.

Kiedy Senhora nie czuła się dobrze (co zdarzało się coraz częściej w miarę upływu czasu), Graça i ja odwiedzałyśmy ją w pokoju, a ona leżała w łóżku i czytała nam bajki z książki, którą trzymała na nocnym stoliku. Obie zaczęłyśmy wkrótce odgrywać opisane w nich sceny. Ja byłam drwalem, księciem, starą wiedźmą, żabą, trollem, a Graça zawsze księżniczką. Czasem Senhora Pimentel zaplatała nam włosy, a ja lubiłam dotyk jej chłodnych, bladych palców. Pewnego dnia, kiedy przyniosłam jej na tacy jedzenie, kazała mi wyszczotkować swoje rude włosy. Ręce zaczęły mi się tak pocić, że szczotka upadła z hukiem na podłogę, a my aż podskoczyłyśmy ze strachu.

Opowieści, które nam czytała, i historie pochodzące z okresu jej dzieciństwa zawierały słowa, jakich nigdy dotąd nie słyszałam. Długie słowa. Słowa, które miały tak wiele sylab, że brzmiały jak zaklęcia. „Drażliwy”. „Przezwyciężony”. „Urodzajny”. „Spacerować”. Prosiłam ją, żeby powtarzała te nowe słowa i wyjaśniała ich znaczenie. Wydawała się zadowolona z tego, że może mi pomóc. W nocy, w naszej małej sypialni przylegającej do kuchni, powtarzałam wielokrotnie wyrazy, których nauczyłam się tego dnia, a robiłam to tak uporczywie, jakbym rzucała własne zaklęcia. Wiedziałam, że nigdy nie posłużę się nimi poza granicami pokoju Senhory Pimentel, bo Nena zaraz dałaby mi w twarz, oznajmiając, że strasznie jestem przemądrzała, ale byłam nimi zachwycona. Kochałam ich dźwięk, a przede wszystkim świat, jaki się za ich sprawą przede mną otwierał: istniało słowo określające każdą choćby najtrudniejszą i najdziwniejszą myśl i emocję, jaką byłam w stanie sobie wyobrazić. Pewnego dnia Senhora wręczyła mi w obecności Graçy niewielki notes, pasujący do kieszeni mojego fartuszka, oraz ołówek.

– Żeby ci ułatwić zapamiętywanie naszych słów, Dores – powiedziała.

„Naszych słów”. A więc należały do nas obu.

Zwykły notesik oprawiony w płótno. I kiepsko zatemperowany, krótki ołówek. Ale ściskałam je w ręku tak mocno – by nikt mi ich nie ukradł – że aż rozbolały mnie palce. Mówi się, że pierwsza miłość jest nieporównywalna z żadną inną, a ja uważam, że nieporównywalny z niczym jest również pierwszy podarunek, niezależnie od tego, jak drobny i błahy mógłby się wydawać ofiarodawcy.

Pochyliłam głowę i zamknęłam oczy, ale z jednego z nich wydarła się gorąca, wielka łza i spłynęła po moim policzku. Senhora cmoknęła głośno. Przycisnęła do mojej twarzy miękką dłoń. W tym momencie odczułam naiwną, dziecięcą nadzieję, że uda mi się uzyskać władzę nad czasem i całkowicie go zatrzymać.

– Nudzi mi się – warknęła Graça. – W tym pokoju jest duszno.

– Poproś Nenę o szklankę wody i kawałek ciasta – poleciła Senhora, odsuwając dłoń od mojego policzka.

Niechętnie wyszłam w ślad za Graçą z pokoju i zbiegłam po schodach, ale ona nie poszła do kuchni. Wymknęła się z Dużego Domu i ruszyła w kierunku rzeki.

Obie zdjęłyśmy sukienki i zaczęłyśmy brodzić w chłodnej wodzie, nie odchodząc zbyt daleko od brzegu, by nie porwał nas prąd.

– Opowiedz mi jeszcze raz o tym duchu – poleciła Graça.

Powtórzyłam jej legendę o topielicy, wabiącej żywych do rzeki swymi pieśniami. Wysłuchała mnie uważnie, a potem potrząsnęła głową.

– Ona nie pragnie towarzystwa – oznajmiła Graça, wpatrując się w mętną wodę. – Ona chce być ocalona. Uwięził ją tutaj jakiś okropny zbrodniarz, więc pragnie, żeby ktoś ją wyzwolił, ale nikt nie zwraca na nią uwagi.

– Ta opowieść brzmi inaczej – mruknęłam.

– A ja chcę, żeby brzmiała właśnie tak – odparła Graça.

– Nie możesz zmienić legendy dlatego, że tak ci się podoba. To niemożliwe.

– Owszem, to jest możliwe! – wrzasnęła Graça, uderzając ręką w wodę. – Bo ja tak mówię. To ja jestem Panienką, a nie ty, choćbyś znała nie wiem ile głupich słów! Nie potrzebujesz tego notesu. Przecież nie umiesz nawet pisać.

Zanim przyjechała do Riacho Doce, chodziła do szkoły. A ja nigdy się nie uczyłam. Ale jej wybuch zaniepokoił mnie z innego powodu. Po raz pierwszy nazwała się Panienką w mojej obecności. Przedtem obie wyśmiewałyśmy ten tytuł. Udawałyśmy, że Panienka jest inną dziewczynką, przed którą uciekamy, by wykluczyć ją z naszych zabaw.

Wtedy, w tej rzece, doszło do naszej pierwszej bójki. Graça mnie popchnęła, a ja nie pozostałam jej dłużna. Toczyłyśmy zapaśniczą walkę, a nasze dłonie ześlizgiwały się z mokrych ramion. Ciągnęłyśmy się za włosy i szarpałyśmy nasze nasiąknięte wodą kaftaniki. Kiedy w końcu dowlekłyśmy się na brzeg, obie byłyśmy zapłakane. Miałyśmy czerwone ramiona, a skóra na głowach boleśnie nas piekła. Usiadłyśmy obok siebie na rdzawej ziemi pokrywającej brzeg, nerwowo chwytając oddech. Wsunęłam głowę między kolana i osłoniłam szyję ramionami – robiłam tak czasem, kiedy biła mnie Nena. Zdobywałam się wtedy na zimną determinację, która kazała mi dotrwać do końca kary. Teraz, siedząc obok Graçy na brzegu, usiłowałam zdobyć się na podobny spokój, ale zamiast niego poczułam straszliwą samotność. Gdy nazwała się Panienką, dostrzegłam beznadziejność naszej przyjaźni.

 

Czułam na ramionach ciepło jasnych promieni słońca. Potem poczułam z lewej strony inny rodzaj ciepła. Graça przysunęła się do mnie i przywarła nogą do mojej nogi, a biodrem do mojego biodra.

– Ja też nie umiem pisać – wyznała. – Miałam w Recife nauczyciela, ale nic mi z tego nie przyszło. Jestem głupia jak but.

Uniosłam głowę i stwierdziłam, że Graça uważnie mi się przygląda. Jej policzki i nos były mocno zaróżowione.

– Opaliłaś sobie twarz – powiedziałam. – Teraz nigdy nie wyjdziesz za mąż.

Graça uśmiechnęła się, a potem splotła palce z moimi. Wymieniłyśmy silny uścisk spoconych dłoni. Następnie odchyliłyśmy się do tyłu, zamknęłyśmy oczy i po prostu siedziałyśmy obok siebie w promieniach słońca.

Notes, który dała mi Senhora Pimentel, tkwił nadal w mojej kieszeni, a jego strony pozostały puste. Nie biłam się więcej z Graçą, ale nasze wizyty w pokoju jej matki nie wyglądały już tak samo jak dawniej. Graça wierciła się niespokojnie, wzdychała, wyglądała przez okno, szarpała swoją sukienkę i klamerki butów. Po kilku tygodniach oznajmiła, że opowieści Senhory Pimentel są nudne, zwyczaj zaplatania naszych włosów jest irytujący i w jej pokoju śmierdzi naftaliną. Pewnego dnia po naszym porannym spacerze wokół Riacho Doce powiedziała, że nie pójdziemy jak zwykle do Dużego Domu, by odwiedzić jej matkę, bo ma ochotę obejrzeć cukrownię.

Komin cukrowni, wznoszący się trzydzieści metrów nad polami trzciny, czynił z niej najwyższy budynek w Riacho Doce, a ja uważałam go za najwyższy na świecie. Ta ceglana budowla dymiła tylko przez kilka tygodni w roku, wkrótce po żniwach. Kiedy nadchodziła pora produkcji cukru, żadnemu z mieszkańców Dużego Domu nie wolno było zbliżać się do cukrowni, ale nikt z nas nie skarżył się na ten zakaz. Przez kilka tygodni, jakie następowały bezpośrednio po żniwach, cukrownia działała w dzień i w nocy. Do Dużego Domu dobiegał warkot przekładni maszyn, trzask płonących kłód drewna i śpiew mężczyzn, pracujących na czterogodzinne zmiany, gdyż nikt nie był w stanie znosić dłużej panującego w środku gorąca. Robotnicy mieszali w miedzianych kotłach płynny cukier, który wypluwał gorętszą niż ogień pianę. Czasem dochodziły do nas okrzyki bólu. Potem w kuchni pojawiała się grupa spoconych, przerażonych mężczyzn, niosących swego poszkodowanego kolegę i wołających na pomoc Nenę. Leczyła ona niektóre oparzenia swymi ziołami i okładami, inne wymagały interwencji lekarza lub grabarza. Pewien nieszczęśnik umarł w kuchni na naszych oczach. Jego skóra była tak pomarszczona i wysuszona jak wrzucony do ognia liść kukurydzy.

W dniu, w którym Graça i ja wybrałyśmy się do cukrowni, wzgórza plantacji Riacho Doce nadal porastała wysoka trzcina. Olbrzymie koło młyńskie było nieruchome, a zielonkawe, miedziane kotły puste. Graça poruszała się wśród wysłużonych narzędzi i maszyn jak pies, który złapał trop, nie okazując zainteresowania otaczającymi ją ludźmi. Nie zadała sobie nawet tyle trudu, by zapukać do drzwi biura. Zastanawiałam się, czy nie uciec; nachodzenie Senhora Pimentela w jego kantorze wydało mi się cięższym przestępstwem niż wtargnięcie do nieczynnej cukrowni. Ale zanim zdążyłam zniknąć, Graça weszła do gabinetu. Zamknęłam oczy, oczekując na wrzaski jej ojca, ale usłyszałam głośny śmiech. Senhor Pimentel rozpostarł ramiona i posadził sobie Graçę na kolanach.

– Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? – spytał. Rękawy jego koszuli były podwinięte, odsłaniając muskularne ramiona.

Graça poczęstowała go opowieścią o tym, jak spędziłyśmy poranek, biegając po sadzie, wspinając się na drzewa i ssąc słodkie owoce karamboli, dopóki nie spuchły nam wargi. Choć stałam nadal przy drzwiach, żadne z nich nie zwracało na mnie uwagi. Ale po kilku minutach Senhor Pimentel przestał się uśmiechać i przesunął kolana w taki sposób, że Graça musiała z nich zejść.

– Pora się zbierać – powiedział. – Małe dziewczynki mogą się przez cały dzień bawić. Mężczyźni muszą pracować.

– Jeszcze ci nie opowiedziałam najważniejszej rzeczy! – zawołała Graça, marszcząc czoło. – Widziałyśmy czerwoną rybę, która wyskoczyła z wody wysoko w powietrze!

Senhor Pimentel uniósł brwi.

– Widziałyśmy ją, prawda? – spytała Graça, zwracając się do mnie.

Senhor Pimentel spojrzał w moją stronę. Nie uśmiechnął się, nie pochylił głowy, nie powiedział „dzień dobry” ani nie poprosił, żebym weszła. Ale nie odrywał ode mnie oczu, jakby po raz pierwszy dostrzegając moje istnienie.

– Powiedz nam, Jega, czy Panienka mówi prawdę?

Czym jest prawda? Ktoś może prawdziwie wierzyć, że widział to a to wtedy a wtedy. Ale inna osoba może postrzegać tę samą rzecz zupełnie inaczej. Czerwona ryba staje się fioletowa o wschodzie słońca, czarna w nocy. Mrówka nazwałaby rzekę Riacho Doce oceanem. Olbrzym powiedziałby, że jest to mały strumyczek. To, co widzimy na tym świecie, bardzo zależy od tego, kim jesteśmy w danym momencie. Takie opowieści mogą okazać się darami nieba, wyprowadzającymi nas niczym okruszyny chleba z ciemnego lasu, lub groźnymi, fałszywymi znakami, wciągającymi nas głębiej do labiryntu, z którego nigdy nie zdołamy uciec.

Graça i ja nie zbliżałyśmy się tego ranka do rzeki, ale to nie miało znaczenia. Graça spojrzała na mnie błagalnie. Senhor Pimentel też przyglądał mi się badawczo z poważnym wyrazem twarzy.

– Tak – odparłam. – Widziałyśmy ją.

Senhor Pimentel kiwnął głową. Graça z uśmiechem odwróciła się do ojca. A ja zostałam ponownie zapomniana.

– Mogę się założyć, że wyskoczyła z wody, żeby zobaczyć twoją ładną buzię – powiedział Senhor Pimentel, całując córkę w czoło. – Adoratorzy będą ustawiać się w kolejce, by ucałować tę twarz! A ty wyjdziesz za najbogatszego z nich. Takiego, który będzie miał dość pieniędzy, by kupić wszystkie plantacje stąd do Paraiba!

Od tej pory odwiedzałyśmy cukrownię codziennie. Graça była zawsze przez kilka minut obejmowana i całowana, ale potem Senhor Pimentel miał jej dosyć i usiłował zepchnąć ją z kolan, a ona chwytała go za szyję, by się na nich utrzymać. Opowiadała coraz bardziej niezwykłe historie. Mogła pozostawać w jego objęciach, dopóki była zabawna.

– Widziałyśmy jastrzębia z dwoma głowami! – mówiła.

Albo:

– W rzece pływał duch!

Słysząc takie rewelacje, Senhor Pimentel potrząsał głową i nieodmiennie spoglądał na mnie. Oboje oczekiwali na moje posłuszne potwierdzenie. Zawsze kiwałam głową, choćby historia była najbardziej absurdalna. Odbywałyśmy te okropne wizyty przez wiele miesięcy; mogłam w nich uczestniczyć, dopóki nie kwestionowałam opowieści Panienki. Ale Senhor Pimentel zawsze strącał w końcu Graçę z kolan i kazał jej odejść, oświadczając, że jest zajęty.

– Mogłabym ci pomóc, Papai – mówiła Graça, wskazując leżące na biurku papiery. – Porządkować dokumenty, przybijać pieczątki albo napełniać kałamarz.

– Narobiłabyś tylko zamieszania, querida – odpowiadał Senhor Pimentel, potrząsając głową. – Idź i poproś swoją matkę, żeby dała ci małego braciszka. On będzie mógł mi pomagać, a ty zostaniesz jego opiekunką.

Znienawidziłam wtedy Senhora Pimentela nie za to, że zmuszał mnie do kłamstwa, lecz dlatego, że przyjmował dowody miłości córki, a potem je odrzucał. Ale Graça nadal upierała się przy tych wizytach. Na kilka tygodni przed zbiorem trzciny na biurku jej ojca zaczęły się piętrzyć rachunki, a cukrownię zaludnił tłum robotników. Pewnego dnia Senhor Pimentel wrzasnął na córkę, gdy tylko otworzyła drzwi jego biura, nazywając ją dokuczliwą kulą u nogi.