Powietrze, którym oddychaszTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Wstęp

Słodka rzeka

Ucieczka

Powietrze, którym oddychasz

Jesteśmy z Samby

Czym mieliśmy być

Bez żalu, bez euforii

Sambo, przez chwilę byłaś moja

Zamieniona w gringę

Między nami

Mój koniec

Podziękowania

Tytuł oryginału: THE AIR YOU BREATHE

Opieka redakcyjna: ANDRZEJ STAŃCZYK

Redakcja: ANETA TKACZYK

Korekta: EWA KOCHANOWICZ, ANNA RUDNICKA, JOLANTA STAL, MARIA WOLAŃCZYK

Projekt okładki i stron tytułowych: URSZULA GIREŃ

Zdjęcia na okładce:

© H. Armstrong Roberts / ClassicStock / Getty Images

© H. Armstrong Roberts / Retrofile RF / Getty Images

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Copyright © 2018 by Frances de Pontes Peebles

All rights reserved

© Copyright for Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2020

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07157-1

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

DLA EMÍLII

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Czasu jest mało, a woda się podnosi.

Tak krzyczał jeden z reżyserów Sofii Salvador – nie pamiętam jego nazwiska – zanim zaczął kręcić film. Za każdym razem, kiedy to mówił, wyobrażałam sobie, że wszyscy siedzimy w akwarium: nasze ręce ześlizgują się po szklanych ścianach, woda zaś podchodzi nam pod szyje, nosy, oczy.

Zasypiam, słuchając naszych starych płyt, a gdy się budzę, moje usta są suche, a język szorstki jak język kota. Pociągam rączkę automatycznego fotela, ten drga gwałtownie i prostuje mnie do pozycji siedzącej. Na moich kolanach leży stos fotografii. Jestem właścicielką najsławniejszej fotografii Sofii Salvador – Brazylijskiej Bomby, Owocowej Ślicznotki. Gadającej jak karabin maszynowy zachwycającej nimfy, która w swych lśniących kostiumach, ze stylizowaną na chłopca fryzurą, jest – zależnie od twojego wieku i narodowości – żartem, ikoną pokolenia, ofiarą, zdrajczynią, wielką innowatorką albo nawet – jak nazwał ją jeden z badaczy – „przedmiotem poważnych studiów nad hollywoodzkimi Latynosami”. (Czyż nie tak nas teraz nazywają?). Kupiłam oryginał fotografii oraz jej negatyw na aukcji, płacąc za nie znacznie więcej, niż były warte. Pieniądze nie są teraz dla mnie żadnym problemem, jestem obrzydliwie bogata i nie wstydzę się tego. Kiedy byłam młoda, muzycy musieli udawać, że sukces i pieniądze nie mają znaczenia. Ambicja u wykonawcy samby, szczególnie u kobiety, była uważana za niewybaczalną wadę.

Na fotografii, zrobionej w 1942 roku, Sofia Salvador ma chłopięcą fryzurę, którą rozsławiła. Jej oczy są szeroko otwarte. Wargi lekko rozchylone. Język dotyka podniebienia; nie wiadomo dokładnie, czy kobieta śpiewa, czy krzyczy. Z jej uszu zwisają naturalnej wielkości kolibry o lśniących, wysadzanych klejnotami oczach i ostrych złotych dziobach. Była próżna i miała obsesję na punkcie swoich uszu – obawiała się, że stracą kształt pod ciężarem jej kolekcji kolczyków, z których każda para miała bardziej fantastyczny kształt niż poprzednia. W rzeczywistości miała obsesję na punkcie wszystkiego, ale chyba nie mogło być inaczej.

Na fotografii ma na sobie złotą wstążkę, owiniętą dwukrotnie wokół szyi. Poniżej zwisają sznury fałszywych pereł wielkości gałki ocznej. Prawie całe przedramiona zasłaniają bransolety – złote i koralowe opaski. Kiedy zawsze pod koniec dnia zdejmowałam z niej te naszyjniki i bransolety, a ona przestawała (przynajmniej na chwilę) być Sofią Salvador, unosiła ręce i mówiła: „Czuję się taka lekka, że mogłabym odfrunąć!”.

Graça malowała tak wysoko ciemne brwi Sofii, że ta niezmiennie wyglądała na zaskoczoną. Najwięcej czasu zajmowały jej usta – owe słynne czerwone usta. Ich obrys wykraczał poza wargi, więc, jak wszystko inne, tworzyły przesadny obraz prawdziwej osoby. Kto był prawdziwą osobą? Pod koniec swego krótkiego życia nawet Graça z trudem odpowiadała na to pytanie.

To zdjęcie zostało wykonane dla magazynu „Life”. Fotograf ustawił Graçę na białym tle i polecił:

– Proszę udawać, że pani śpiewa.

– Dlaczego mam udawać? – spytała Graça.

– Myślałem, że to jedyne, co pani potrafi robić – odwarknął fotograf. Był sławny i uważał, że to daje mu prawo do uszczypliwości.

Graça spojrzała na niego uważnie. Była bardzo zmęczona. Wszyscy byliśmy zawsze bardzo zmęczeni, nawet ja, która składałam autografy Sofii Salvador na setkach lśniących fotografii, podczas gdy jej i chłopcom z zespołu Blue Moon osiemnastogodzinne dni pracy upływały na kręceniu filmów, przymiarkach kostiumów, próbnych zdjęciach, ćwiczeniach układów tanecznych i sesjach fotograficznych, służących reklamie jej ostatniego musicalu. Ale mogło być gorzej. Mogliśmy głodować jak za dawnych czasów. Tylko że wtedy przynajmniej graliśmy razem prawdziwą muzykę.

– W takim razie będę udawała, że pana szanuję – powiedziała Graça do głupiego fotografa. Potem otworzyła usta i zaczęła śpiewać. Ludzie pamiętają jej fryzurę, olbrzymie kolczyki, ozdobione cekinami suknie, akcent, ale zapominają o jej głosie. Gdy zaśpiewała dla tego fotografa, kamera niemal wypadła mu z rąk.

Kiedy słucham jej płyt – tylko naszych wczesnych nagrań, na których śpiewała piosenki Viniciusa i moje – czuję się tak, jakby ona nadal miała siedemnaście lat i siedziała obok mnie. Przypominam sobie jej buntowniczy charakter, poczucie humoru, upór w drobnych sprawach, odwagę, całkowity brak egoizmu. Tak chcę ją pamiętać, choćby tylko przez trzy minuty nagrania.

Kiedy piosenka się kończy, jestem wyczerpana i bliska płaczu. Wyobrażam sobie, że ona jest tutaj i przywołuje mnie do rozsądku.

„Dlaczego, do diabła, jesteś przygnębiona, Dor? – pyta drwiącym tonem. – Ty przynajmniej nadal chodzisz po świecie”.

Jej głos jest tak wyraźny, że muszę się uszczypnąć, aby dotarło do mnie, że nie jest prawdziwy. Znałam Graçę dłużej w mojej wyobraźni niż w prawdziwym życiu.

„Po co komu prawdziwe życie?” – pyta Graça, śmiejąc się ze mnie. (Ona zawsze się z kogoś śmieje).

Potrząsam głową. Choć minęło tyle czasu – dokładnie dziewięćdziesiąt pięć lat – nadal nie znam odpowiedzi na to pytanie.

Moje obecne życie jest nudną sekwencją spacerów po plaży pod opieką pielęgniarki, wypraw do sklepu spożywczego, popołudni spędzanych w moim gabinecie, wieczorów mijających mi na słuchaniu płyt, przygnębiających godzin, podczas których muszę znosić nieprzerwaną procesję oddanych mi, ale pozbawionych poczucia humoru fizjoterapeutów i lekarzy. Mieszkam w ogromnym domu, otoczona służbą. Kiedyś, dawno temu, marzyłam o takim łatwym życiu.

„Bądź ostrożna, snując swoje marzenia, Dor”.

Teraz już za późno na ostrożność, amor.

Teraz życzyłabym sobie, żeby ta wczesna, chaotyczna część mego życia – która zajęła około trzydziestu lat – wróciła do mnie wraz z całym swoim okrucieństwem, z wszystkimi poświęceniami, błędami i występkami. Moimi występkami. Gdybym mogła odtworzyć dźwiękowo moje życie – gdybym mogła umieścić je na tarczy adapteru jak zdartą, długogrającą płytę – usłyszałabym sambę. Nie hałaśliwą sambę z gatunku tych, które grają podczas Karnawału. Nie którąś z tych głupich marchinhas, szybko przemijających i bezbarwnych jak pęcherzyki powietrza. I nie jedną z gatunku sentymentalnych, romantycznych samb. Nie. Moja samba należałaby do tych, które słyszy się w roda; do tych, które graliśmy we własnym gronie po kilku mocnych drinkach. Te zaś zaczynają się dość niepokojąco, być może od samotnego jęku cuíca. Potem bardzo wolno przyłączają się inne dźwięki – głosy, gitary, tamburyn, grzechot reco-reco, a melodia zaczyna się rozwijać od skromnych początków w coś pełniejszego, ciemniejszego, mocniej nasyconego. Posiada wszystkie elementy prawdziwej samby (choć niekoniecznie mistrzowskiej). Są w niej lament, humor, bunt, pożądanie, ambicja, żal. I miłość. Tak, miłość. Wszystko opiera się na improwizacji, więc jeśli zdarzają się pomyłki, muszę je ignorować i grać dalej. Pod tym wszystkim kryje się ostinato – podstawowy rytm, który nigdy nie ulega zmianom ani wahaniom. Uparcie trzyma się swojego tempa i jest zawsze wyraźnie wyczuwalny. A ja, jedyna pozostała przy życiu uczestniczka tych wydarzeń, wyczarowuję głosy, których nie słyszałam od dziesięcioleci, słyszę spory, w jakich nigdy nie powinnam była uczestniczyć. Próbowałam nie słuchać tej pieśni do końca. Usiłowałam zagłuszyć ją alkoholem, upływem czasu i obojętnością. Ale ona tkwi w mojej głowie i nie milknie, dopóki nie przypomnę sobie wszystkich jej słów, dopóki nie odśpiewam jej na głos od początku do końca.

 

.

SŁODKA RZEKA

Wypij ze mną tę butelkę,

Odśpiewaj tę pieśń.

Lata utwardziły moje serce,

Drink rozluźni mój język.

Chodź, odwiedź ze mną

Miejsca, które kiedyś kochałam.

Człowiek wymyślił ogień,

By wypalać pola trzciny.

Bóg stworzył muzykę,

By ukoić mój ból.

Pochodzę z krainy,

W której cukier jest królem, a rzeka jest słodka.

Mówią, że utonęła w niej kobieta,

A jej duch straszy w głębinie.

Usiądź koło mnie na brzegu rzeki,

Posłuchaj mego donośnego i silnego głosu.

Wejdź ze mną do tej słodkiej wody,

Niech moja pieśń otworzy twoje serce.

Teraz oboje zostaliśmy wciągnięci w nurt, przyjacielu,

I śpiewamy ten sam refren:

Zanurkuj do miejsc, które kiedyś kochałeś,

A odkryjesz, że nigdy nie są takie same.

Człowiek wymyślił ogień,

By wypalać pola trzciny.

Bóg stworzył muzykę,

By ukoić mój ból.

SŁODKA RZEKA

Właściwie powinnam zacząć od Graçy – od jej przyjazdu, od naszego pierwszego spotkania. Ale życie nie jest tak uporządkowane jak opowiadanie albo pieśń; nie zawsze zaczyna się i kończy w najbardziej frapujących momentach. Jeszcze przed przyjazdem Graçy, jako małe dziecko, miałam wrażenie, że urodziłam się do roli, która nie odpowiadała moim ambicjom – jak łodyga trzciny cukrowej wciśnięta do naparstka.

Przeżyłam moje narodziny, co już było sporym wyczynem w 1920 roku dla osoby, której matka wegetowała w skrajnej nędzy na plantacji trzciny cukrowej. Akuszerka, która odebrała poród, była zaskoczona, że zmęczone łono pacjentki wydało na świat tak zdrową dziewczynkę. Byłam jej piątym i ostatnim dzieckiem. Większość pracujących na plantacji kobiet miała ich dziesięcioro lub dwanaścioro, a nawet osiemnaścioro, więc łono mojej matki było stosunkowo młode i mniej wyeksploatowane. Ale ona nigdy nie wyszła za mąż. Każde z nas – moi czterej od dawna nieżyjący bracia i ja – miało innego ojca. Z tego powodu wielu ludzi uważało moją matkę za coś gorszego niż puta, bo puta miała przynajmniej dość rozumu, by żądać wynagrodzenia za swoje usługi.

Nie śmiałam wypytywać o moją matkę, bojąc się tego, co mogę usłyszeć. No i nie chciałam ryzykować pobicia; musicie zrozumieć, że nie wolno mi było zadawać żadnych pytań. Jeśli ktoś ją wspominał, to tylko po to, żeby mnie obrazić. Mówili, że mam grube kości tak samo jak ona. Mówili, że mam trudny charakter tak samo jak ona. Mówili, że jestem brzydka jak noc – też tak samo jak ona, choć nie miałam na ramionach i twarzy blizn od trzciny. Znalazła zajęcie, przynajmniej przez jakiś czas, przy ścinaniu trzciny – jako jedna z nielicznych kobiet, które wytrzymywały trudy tej pracy. Ale najczęstszym źródłem obraźliwych uwag była jej rozwiązłość. Kiedy szorowałam kuchenne deski do krojenia, używając do tego zbyt małej ilości soli, kiedy przestałam choćby na sekundę mieszać stojący na piecu piekielnie gorący dżem, kiedy zbyt opieszale przynosiłam kucharce imieniem Nena lub jej podkuchennym to, po co mnie posłano do spiżarni lub ogrodu, byłam bita drewnianą łyżką i nazywana „córką dziwki”. Głównym źródłem wiadomości o mojej matce były dla mnie zatem wszystkie jej cechy, które budziły największą – przelewaną na mnie – pogardę otoczenia. I zdałam sobie sprawę, choć jako dziecko nie umiałam jeszcze ubrać owej myśli w odpowiednie słowa, że ludzie nienawidzą najbardziej tego, czego się boją, więc byłam z niej dumna.

Akuszerka poczuła litość, widząc tak zdrowe dziecko, więc zamiast je udusić lub rzucić w gąszcz trzciny sępom na pożarcie, albo wreszcie sprezentować jakiemuś właścicielowi plantacji, który wychowałby je jak zwierzę domowe lub niewolnicę (co było wtedy powszechną praktyką w wypadku sierot płci żeńskiej), przekazała mnie Nenie, naczelnej kucharce plantacji Riacho Doce. W stanie Pernambuco były setki nadbrzeżnych plantacji trzciny, a Riacho Doce należała do największych. Za dobrych czasów, kiedy ceny cukru były wysokie, Nena kierowała zespołem złożonym z dziesięciu podkuchennych i dwóch młodych pomocników. Miała tak potężną klatkę piersiową jak nagradzany na wystawach kogut, a dłonie tak wielkie i tak niebezpieczne jak jej żeliwne patelnie. Członkowie rodziny Pimentelów byli właścicielami Riacho Doce i Dużego Domu, ale w kuchni rządziła Nena. Dlatego nikt nie protestował, kiedy akuszerka przyniosła Nenie nagie i wrzeszczące dziecko, a ona postanowiła wychować mnie na swoją pomocnicę.

Wszyscy ludzie zatrudnieni w Dużym Domu – pokojówki, praczki, chłopcy stajenni, posługacze – przychodzili do kuchni Neny, żeby na mnie popatrzeć. Głośno podziwiali moją różaną cerę, długie nogi, idealnie kształtne stopy. Następnego dnia przestałam pić kozie mleko, które Nena podawała mi w butelce. Nena zwróciła się wtedy do miejscowej mamki, ale ja wypluwałam jej sutki. Byłam zbyt mała, by jeść kleik z manioku, jednak Nena mimo to próbowała mnie nim karmić. Wypluwałam również tę papkę, a wkrótce moja skóra pożółkła i wyglądałam jak zasuszona stara wiedźma. Ludzie mówili, że zostałam przeklęta przez złe oko. Nazywali je olho mau, olho gordo. Te dwie nazwy są synonimami tego samego nieszczęścia.

Nena poprosiła o pomoc Starego Euklidesa, pomarszczonego, niezmordowanego plotkarza, którego skóra miała kolor osadu zdrapywanego z kadzi, jakich używano w cukrowni. Pracował w Riacho Doce dłużej niż Nena, najpierw jako chłopiec stajenny, a potem jako ogrodnik. Miał oślicę, której źrebię zdechło, ale ona nie straciła mleka. Nena zaniosła mnie do stajni i przystawiła do jej cycka, a ja zaczęłam ssać. Piłam jej mleko, dopóki nie zrobiłam się ponownie gruba i silna. Zmieniłam barwę skóry – nie była już różana, lecz przypominała brązową sierść oślicy. Moje włosy stały się gęste. Od tej pory nazywano mnie Jega.

W umysłach tych zacofanych i przesądnych ludzi dziewczyna, jaką się stałam, była nierozerwalnie połączona z mlekiem, które piłam.

– Jega jest głupia jak oślica – dokuczali mi posługacze, zatrudnieni w Dużym Domu.

– Jega jest uparta jak oślica – skarżyły się podkuchenne.

– Jega jest brzydka jak oślica! – wołali stajenni chłopcy, kiedy chcieli mi dokuczyć.

Wszyscy pragnęli, żebym w to uwierzyła. Pragnęli, żebym stała się ową Jegą. Nigdy nie dałam im tej satysfakcji.

Duży Dom stał na wzgórzu. Z jego ozdobionego kolumnami ganku widać było niemal całą posiadłość Riacho Doce: główną bramę wjazdową, cukrownię z poczerniałym kominem fabrycznym, stajnie dla koni i osłów, domek administratora, barak stolarza, starą przetwórnię manioku, niewielkie kwadraty pastwiska i pola kukurydzy, destylatornię oraz potężne, żelazne wrota magazynów. Można też było dojrzeć brunatną kreskę rzeki, od której pochodziła nazwa Riacho Doce, choć była ona znacznie szersza niż strumień i nie płynęła w niej słodka woda.

Każda plantacja miała własną historię związaną z duchami, a nasza niczym się od innych nie różniła: w rzece żyła pewna kobieta, która kiedyś w niej utonęła. Jedni mówili, że została zabita przez kochanka, inni, że przez właściciela, jeszcze inni, że popełniła samobójstwo. Podobno słyszeli w nocy jej dochodzący spod wody śpiew – opłakiwała utraconą miłość lub próbowała zwabić nad wodę ludzi i ich utopić, by dotrzymywali jej towarzystwa; wersja zależała od tego, czy ktoś wierzył w życzliwe, czy też mściwe duchy. Matki zatrudnione na plantacji opowiadały tę historię swym dzieciom, układając je do snu, żeby omijały rzekę z daleka. Ja usłyszałam ją od Neny.

Za Dużym Domem był sad, a za nim stały niskie baraki dla niewolników, przekształcone w mieszkania dla służby. Tylko Nena i ja miałyśmy prawo sypiać w Dużym Domu, co odróżniało nas od reszty personelu. Ten specjalny status miał dla mnie o wiele większe znaczenie niż dla niej. Byłam Jegą, stworzeniem zajmującym najniższy szczebel w sztywnej hierarchii Dużego Domu, a pokojówki i lokaje stale mi o tym przypominali. Bili mnie po twarzy, szczypali w szyję, obrzucali wyzwiskami i opluwali. Tłukli mnie drewnianymi łyżkami i smarowali wejście dla służby słoniną, żebym się poślizgnęła i upadła. Zamykali mnie w śmierdzącej przybudówce, w której musiałam siedzieć, dopóki nie wyważyłam drzwi. Nena wiedziała o tych dokuczliwych wybrykach, ale nie zrobiła nic, żeby położyć im kres.

– Tak już bywa w kuchni – mówiła. – Masz szczęście, że chłopcy nie próbują się dostać pod twoją spódnicę. Wkrótce zaczną to robić, więc lepiej naucz się już teraz stawiać im opór.

Nena zawsze mnie ostrzegała:

„Lepiej nie rzucaj się w oczy”.

„Lepiej bądź niewidoczna”.

„Lepiej staraj się być użyteczna”.

Jeśli nie stosowałam się do jej rad, biła mnie drewnianą łyżką, starym bykowcem albo gołymi rękami. A ja, choć bałam się tych kar, nie uważałam ich za przesadne ani niewłaściwe. Obie nie znałyśmy innych sposobów na to, żeby pokazać, że nam na kimś zależy. Używała pięści, by nauczyć mnie zasad postępowania, których nie potrafiła wyartykułować, a których znajomość miała mnie utrzymać przy życiu. Mogła zapewnić mi bezpieczeństwo w kuchni, ale nigdzie indziej. Byłam stworzeniem bez rodziny i bez pieniędzy. Byłam jeszcze jedną gębą do wyżywienia. A co gorsza, byłam dziewczyną. Gdyby właścicielowi przyszedł do głowy taki kaprys, zostałabym wyrzucona z Dużego Domu i skazana na walkę o przetrwanie w morzu trzciny cukrowej. A cóż mogła ofiarować światu brzydka dziewczynka oprócz swego ciała? Musiałam więc opanować umiejętność stanowczej obrony tego ciała przed chłopcami stajennymi, pracownikami cukrowni i innymi mężczyznami, którzy mogli podejmować próby brutalnego naruszania jego nietykalności. Musiałam też opanować sztukę bycia przydatną w gospodarstwie domowym, bezwzględnego posłuszeństwa wobec przełożonych, albo jeszcze lepiej – schodzenia im z oczu. Dopóki pozostawałam niewidoczna, byłam bezpieczna.

Dlatego podczas gdy inne dziewczynki, takie jak Graça, bawiły się lalkami i stroiły, ja zgłębiałam reguły innych gier i zabaw. Takich, w których liczyła się siła, a przeżycie wymagało sprytu.

Kiedy miałam dziewięć lat, w Brazylię uderzył wielki światowy kryzys, a cukier stał się tani jak piasek. Właściciele mniejszych plantacji, położonych w naszym sąsiedztwie, zabili deskami okna swoich Dużych Domów i wyrzucili robotników za bramy. Cukrownia Riacho Doce wstrzymała produkcję. Członkowie rodziny Pimentelów wpadli w spiralę długów i wyjechali. Krążyły plotki o sprzedaży posiadłości. Wkrótce potem ścinacze trzciny odeszli do pracy na innych plantacjach, które poradziły sobie z kryzysem. Pola opustoszały. Destylatornia została zamknięta. Pokojówki, podkuchenne i chłopcy stajenni stopniowo znikali. Ostatecznie zostały na miejscu tylko trzy osoby: Nena, Stary Euklides i ja.

– Oni wrócą – mówiła Nena, mając na myśli Pimentelów. – Nikt nie porzuca swojej ziemi. A kiedy wrócą, będą pamiętali, kto okazał się lojalny, a kto nie.

Postawę Neny kształtowały lojalność i lęk. Ona i Stary Euklides urodzili się na plantacji przed rokiem 1888, gdy w Brazylii zniesiono niewolnictwo, ale po uwolnieniu pozostali na miejscu. Kiedy właściciele opuścili plantację, Stary Euklides strzegł ich majątku, dbając o to, by nikt nie kradł zwierząt ze stajni ani owoców z sadu. Nena nie chciała pozwolić na to, żeby jej miedziane garnki i żeliwne patelnie dostały się w ręce rabusiów lub inkasentów, więc ukryła wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Porcelanowe serwisy, srebrne półmiski i wazy, sztućce z czystego złota i misy z masy perłowej zostały schowane pod podłogą Dużego Domu. Zjedliśmy wszystkie zapasy, które zostawiono w spiżarni, a potem, ponieważ nikt z nas nie dostawał żadnej zapłaty od chwili wyjazdu Pimentelów, zaczęliśmy handlować na miejscowym rynku. Jajka za mąkę, owoce z sadu za kawałek solonego mięsa, butelki syropu za fasolę. To były ciężkie czasy, ale nie czuliśmy się nieszczęśliwi. A przynajmniej ja się tak nie czułam.

 

Duży Dom stał pusty przez kilka miesięcy, a ja spędziłam w jego wnętrzu wiele dni. Wsuwałam dłonie pod pokrowce, chroniące meble przed kurzem, i przesuwałam nimi po chłodnych marmurach, wygięciach ozdobnych stołowych nóg, pozłacanych ramach luster. Wyciągałam książki z półek i otwierałam je jak najszerzej, by usłyszeć trzask okładek. Chodziłam dumnie w górę i w dół po szerokiej klatce schodowej, wyobrażając sobie, że jestem panią tego domu. Po raz pierwszy w moim dziewięcioletnim życiu pozwalałam sobie na luksus korzystania z czasu i wolności – mogłam zwiedzać, grać różne role, bawić się bez obawy, że ktoś mnie zbije lub zwymyśla. Wolna od stale towarzyszącego mi dotąd lęku, że zostanę wydalona z Riacho Doce za jakieś drobne wykroczenie. Pozwolono mi być dzieckiem, a ja zaczęłam wierzyć, że ta wolność dana mi jest na zawsze. Nie powinnam była być aż tak naiwna.

Pewnego dnia, kiedy siedziałam w bibliotece, usiłując rozszyfrować tajemnicze znaki z książek państwa Pimentelów, usłyszałam dochodzący z zewnątrz groźny terkot. Miałam wrażenie, że przed bramą Dużego Domu warczy olbrzymi pies. Pobiegłam do Neny, która uchyliła frontowe drzwi.

Od strony drogi dobiegał szum silnika samochodu. Stary Euklides, który nagle odzyskał młodzieńczą werwę, wybiegł na podjazd i otworzył bramę. Gdy automobil się zatrzymał, zza kierownicy wysiadł mężczyzna. Miał na sobie kapelusz i długi, płócienny płaszcz, chroniący jego ubranie. Otworzył przednie i tylne drzwi pojazdu. Ujrzeliśmy dwie kobiety: jedna była blada i też miała na sobie podróżny płaszcz, druga zaś – pasiasty uniform pokojówki i koronkowy czepek. Służąca usiłowała wyciągnąć coś z tylnego siedzenia. Usłyszałam syczenie i drapanie. Przez chwilę myślałam, że w samochodzie jest jakieś zwierzę – kot lub opos – a potem zobaczyłam, że pokojówka zaciska dłonie na dwóch małych stopach, osłoniętych skórzanymi butami. Buty wyrwały się z uścisku dziewczyny, która zniknęła we wnętrzu samochodu. Usłyszałam stękanie, jęki, szelest białych halek, a w końcu okrzyk bólu. Pokojówka wycofała się pospiesznie. Miała łzy w oczach i przyciskała dłoń do twarzy, na której widać było świeży ślad zadrapania.

– Zostaw ją w środku! – warknął mężczyzna. – Jest wystarczająco duża, by wysiąść o własnych siłach.

Pokojówka kiwnęła głową, nie odejmując dłoni od twarzy. Druga kobieta westchnęła i rozpięła podróżny płaszcz, ukazując naszym oczom jedwabną suknię oraz zwisające z szyi sznury pereł.

Jej twarz otaczała aureola rudych loków, a biel skóry skojarzyła mi się z najcenniejszym gatunkiem cukru. W kuchni Dużego Domu używaliśmy cukru drugiego gatunku, który był mniej dokładnie rafinowany i żółtawy; nie biały, ale nie do końca brązowy, tak samo jak ja.

– Lepiej, żeby nie wysiadała, bo się pobrudzi – powiedział mężczyzna, patrząc na piaszczystą drogę. Miał ciemne włosy, wydatną szczękę i wąski, rzymski nos, kontrastujący z pełnymi ustami.

– Będziemy się odtąd musieli przyzwyczaić do odrobiny brudu – oznajmiła kobieta o jasnej jak cukier karnacji takim tonem, jakby wygłosiła nieprzyzwoity dowcip, a po tym, jak układały się jej wargi, można było poznać, że z trudem powstrzymywała wybuch śmiechu.

Na wzmiankę o brudzie z tylnego siedzenia wysunęła się jakaś dziewczynka w moim wieku. Miała suknię koloru masła i białe rękawiczki. Jej głowę zdobiła przekrzywiona kokarda, którą teraz zerwała i rzuciła na ziemię. Tupnęła kilka razy, brudząc sobie buty na piaszczystej drodze, a później spojrzała wyzywająco na dorosłych, jakby prowokując ich do tego, żeby kazali jej przestać. Potem dostrzegła mnie i zastygła w bezruchu. Dla niej nie byłam niewidzialna.

Jej oczy miały kolor korka, a usta sprawiały wrażenie, że są namalowane na twarzy jak usta lalki. Nie wiem, jak długo patrzyłyśmy na siebie, ale pamiętam, że nie chciałam pierwsza oderwać wzroku, żeby to nie ona wygrała ten pojedynek. Nadal patrząc mi w oczy, przycisnęła dłoń do karoserii samochodu i przesunęła nią wzdłuż całego boku. Potem uniosła rękę. Jej rękawiczka była tak czerwona jak ziemia pod moimi nagimi stopami. Dziewczynka skrzywiła się, jakby dzieląc ze mną jakiś sekretny dowcip, ale ja wiedziałam, że nie zamierzała mnie rozbawić. Rękawiczki, kosztowne i delikatne, były zastrzeżone dla bogatych. Wiedziałam, że jakaś nieszczęsna praczka, obarczona niewdzięcznym zadaniem oczyszczenia tej zaplamionej rękawiczki, będzie musiała trzeć nią o tarkę, dopóki jej knykcie nie zaczną krwawić. Ale dziewczynka miała w nosie rękawiczkę, praczkę i wszystko inne. Bez żadnego powodu zniszczyła elegancką część garderoby, budząc jednocześnie mój szacunek i niechęć.

– Graça! – krzyknął mężczyzna.

Oboje z kobietą zaczęli besztać dziewczynkę. Nena, Stary Euklides i ja czekaliśmy w bezruchu na moment, w którym dostrzegą naszą obecność. Ale staliśmy się dla nich ludźmi z krwi i kości dopiero wtedy, kiedy potrzebowali naszej pomocy. Mężczyzna kazał Euklidesowi wyładować walizki z bagażnika, a blada kobieta rzuciła swój podróżny płaszcz na ręce Neny. Wtedy zdałam sobie sprawę, że ci ludzie nie są gośćmi, lecz właścicielami, że przyjechali po to, by objąć w posiadanie Riacho Doce i Duży Dom.

Byli kuzynami poprzednich właścicieli i nosili to samo nazwisko. Kiedy mijaliśmy razem kolejne pomieszczenia Dużego Domu, Senhora Pimentel szła obok męża tak powoli, jakby była bardzo zmęczona, wskazując zacieki i szpary w ścianach, łuszczącą się farbę i próchniejące drewno. A Senhor Pimentel zrywał ochronne pokrowce z mebli ruchem sztukmistrza, demonstrującego kolejny numer.

– Pamiętam mojego dziadka siedzącego przy tym biurku! – wołał. – To ja rozlałem atrament na to krzesło!

Zachwycające poczucie wolności, jakim cieszyłam się od kilku miesięcy, wyparowało w ciągu niespełna godziny od przybycia nowych państwa Pimentelów. Wiedziałam, że wszystkie książki wysuwane z półek, wszystkie czule polerowane przeze mnie do połysku szklane i wykonane z kości słoniowej bibeloty, wszystkie stoły, pod jakimi się chowałam, udając, że siedzę w namiocie w jakimś egzotycznym kraju, wszystkie lustra, w których oglądałam samą siebie, nigdy już nie będą moje. Że będę musiała znowu stać się niewidoczna i przydatna, że albo będę posłuszna, albo zostanę odrzucona. Kiedy jej rodzice odwrócili wzrok, dziewczynka o oczach koloru korka pokazała mi język. Był różowy i lśniący jak owoc jambo. Miałam ochotę odgryźć jego koniec.

Po jakimś czasie nowi państwo zdjęli pokrowce z dwóch foteli i usiedli, wyczerpani, w salonie. Kazali Nenie zrobić kawę. Popędziłyśmy do kuchni, gdzie Nena chwyciła mnie za rękę i poleciła przynieść ostatnie, cenne ziarna, które ukrywała pod swoim łóżkiem. Po powrocie na górę zajrzałam przez uchylone drzwi do salonu, w którym podawała kawę nowym właścicielom. Nie wypili ani kropli, dopóki nie wyszła z pokoju, ale ja nie pobiegłam za nią do kuchni.

– Czy ona przefiltrowała tę kawę przez starą skarpetę? – spytał z niesmakiem Senhor Pimentel, wypiwszy łyk ze swojej filiżanki, a jego żona potrząsnęła głową.

– Będziemy musieli wyszkolić nową służbę – mruknęła. – To będzie okropnie męczące.

– Nena jest dobrą kucharką – oznajmił jej mąż. – Niedługo się o tym przekonasz. Pracowała tu, kiedy byłem jeszcze dzieckiem.

– Czy myślisz, że ona i ten staruch są rodzicami tej biednej, brzydkiej dziewczynki?

– Nena ma tyle lat co okoliczne wzgórza. A dziewczynka ma zbyt jasną skórę, żeby być ich dzieckiem. Mogę się założyć, że gdyby ją dobrze wyszorować i zmyć ten cały brud, nie byłaby tak brzydka, jak się wydaje.

– Zostanie w kuchni – oznajmiła stanowczym tonem Senhora Pimentel. – Kiedy dorośnie i zacznie wyglądać jak człowiek, pozwolimy jej podawać do stołu.

Senhor Pimentel wziął żonę za rękę, a ona obrzuciła go takim samym znużonym spojrzeniem, z jakim dokonywała inspekcji Dużego Domu. Zaczęli rozmawiać o planach dotyczących rezydencji. Meble ustawione na piętrze miały znaleźć się na dole. Postanowili wyrzucić dywany, zmienić zasłony, zamówić instalację wodociągową i toaletę, co oznaczało kucie grubych, białych ścian budynku.

Usłyszałam za sobą czyjeś kroki. Zanim zdążyłam się ukryć, poczułam okropny ból w ramieniu. Nowa Panienka ścisnęła mnie za skórę powyżej łokcia. Spojrzałam na nią z wściekłością i odtrąciłam jej rękę.

– Marta zawsze płakała, kiedy ją szczypałam – oznajmiła dziewczynka.

– Kto to jest Marta?

– Pomoc kuchenna w moim drugim domu, w Recife. To jest dopiero rezydencja! Lepsza niż ten chlew.

– Żadna plantacja nie ma lepszego domu – mruknęłam.

– Musisz tu umierać z nudów – powiedziała dziewczynka, wzruszając ramionami.

– Czy ja wyglądam na umarłą?

– To takie powiedzenie. Czy ty jesteś głupia?

– Ani w połowie tak głupia jak ty.

– Nie wolno ci się tak do mnie odzywać! – zawołała, otwierając szeroko oczy.

Miała rację; narażałam się na to, że wyrzucą mnie z Dużego Domu. Źródłem mojej odwagi i tego, co wydarzyło się potem, było kilkumiesięczne poczucie wolności.

– To jest teraz mój dom – stwierdziła dziewczynka.

Moja ręka wymierzyła jej siarczysty policzek. Wydała okrzyk zdumienia, a ja uciekłam.