WdowaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Podziękowania

Tytuł oryginału:

THE WIDOW

Redakcja: Krystyna Podhajska

Projekt okładki: R. Shailer

Adaptacja okładki: Magdalena Zawadzka

Zdjęcie na okładce: Getty Images

Korekta: Maciej Korbasiński, Piotr Królak

Redaktor prowadzący: Małgorzata Głodowska

Copyright © Fiona Barton 2016

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-201-4


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Drodzy Czytelnicy!

Spędziłam wiele czasu na przyglądaniu się ludziom – nie tylko mimochodem, w kawiarniach czy na dworcach, ale też podczas pracy zawodowej. Jako dziennikarka należę do grupy zawodowych obserwatorów, „wyszkolonych podglądaczy” – natychmiast zauważam elementy mowy ciała lub charakterystyczne powiedzonka przesądzające o naszej indywidualności i zwracające uwagę otoczenia.

Przez lata przeprowadziłam wiele wywiadów z ofiarami i sprawcami przestępstw, z celebrytami i zwykłymi ludźmi, którzy doświadczyli tragedii lub wielkiego szczęścia. O dziwo, najlepiej zapamiętałam nie tych znajdujących się w świetle reflektorów, ale postaci drugo- i trzecioplanowe; wspomnienie odtwórców tych pozornie epizodycznych ról pozostało ze mną do dziś.

Kiedy uczestniczyłam w głośnych procesach dotyczących krwawych, straszliwych zbrodni z pierwszych stron gazet, często łapałam się na tym, że przyglądam się żonie oskarżonego i zastanawiam, o czym tak naprawdę wiedziała albo raczej – o czym chciała wiedzieć.

Na pewno wy też widzieliście ją w wiadomościach. Czasem trzeba uważnie się przyjrzeć, ale w końcu zawsze można ją tam znaleźć – w milczeniu stoi za mężem na schodach przed budynkiem sądu. On zapewnia o swojej niewinności, ona kiwa potakująco głową i mocno ściska go za ramię, bo w niego wierzy.

Co się jednak dzieje po wyłączeniu kamer, kiedy nikt już nie patrzy?

Nie mogę pozbyć się wizji dwójki ludzi: jedzą razem kolację, niczym każda inna para mieszkająca przy tej samej ulicy, ale nie odzywają się do siebie ani słowem. Słychać jedynie zgrzyt sztućców o porcelanę, a oni w milczeniu walczą z wątpliwościami próbującymi wcisnąć się przez szparę pod drzwiami ich domu na przedmieściach.

Pod nieobecność świadków opadają maski.

Chciałam, wręcz musiałam zrozumieć, jak taka kobieta radzi sobie z myślą, że jej mąż – ten, z kim miała spędzić życie – może być potworem.

I wtedy pojawiła się Jean Taylor. Właśnie ona jest tą cichą kobietą tak często widywaną na schodach wiodących do sądu, wypatrzoną przeze mnie żoną, która z twarzą pozbawioną wyrazu słucha zeznań męża.

W mojej pierwszej powieści Jean przedstawia i oficjalną, i osobistą relację o tym, jak szczęśliwe małżeństwo z ukochanym mężczyzną może wywrócić się do góry nogami, kiedy ginie dziecko, a na progu stają policja i tłumy dziennikarzy.

 

Mam nadzieję, że książka Wam się spodoba – mnie pisało się ją świetnie. Jestem niezmiernie wdzięczna Jean Taylor i wszystkim kobietom, które posłużyły mi za inspirację.

Fiona Barton

Dla Gary’ego, Toma i Lucy – bez nich to wszystko nie miałoby sensu.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1
Środa, 9 czerwca 2010 roku
Wdowa

Słyszę, jak ciężkim krokiem zbliża się do domu. Wysokie obcasy z chrzęstem wbijają się w żwirową ścieżkę. Jest już prawie pod drzwiami. Zatrzymuje się na chwilę z wahaniem, odgarnia włosy z twarzy. Niezłe ciuchy – żakiet z dużymi guzikami, pod spodem porządna sukienka, a na głowie okulary. Na pewno nie świadek Jehowy ani laburzystka. Pewnie reporterka, ale nie ta co zwykle. To już druga dzisiaj, czwarta w tym tygodniu, a mamy dopiero środę. Mogę się założyć, że powie: „Przepraszam, że nachodzę panią w tak trudnych chwilach”. Wszyscy oni tak mówią i przybierają ten niby-współczujący wyraz twarzy. Jakby rzeczywiście coś ich to obchodziło.

Zobaczymy, czy zadzwoni drugi raz. Ten z rana zadzwonił. Niektórym wyraźnie nie chce się już próbować. Kiedy tylko zdejmą palec z dzwonka, odwracają się na pięcie i czym prędzej odcho dzą, wsiadają do samochodów i znikają. Mogą zameldować szefowi, że pukali, ale im nie otworzyła. Żałosne.

Najpierw dzwoni dwa razy, potem puka do drzwi głośno i stanowczo. Puk-puk-stuku-puk-puk. Jak policja. Zauważa mnie w szparze między firankami i uśmiecha się szeroko. Moja mama nazwałaby to hollywoodzkim uśmiechem. Potem znowu puka.

Kiedy otwieram drzwi, podnosi butelkę mleka z progu i wręcza mi ją ze słowami:

– Nie powinna pani zostawiać mleka na dworze, zepsuje się. Mogę wejść? Robi pani może herbatę?

Nie mogę oddychać, a co dopiero odpowiedzieć. Ona znowu się uśmiecha i przekrzywia lekko głowę.

– Kate – przedstawia się. – Kate Waters, reporterka „Daily Post”.

– Jestem… – zaczynam, ale nagle dociera do mnie, że wcale o to nie spytała.

– Wiem, kim pani jest, pani Taylor – odpowiada. W powietrzu wiszą słowa: „To pani jest tematem tygodnia”. – Nie stójmy tak w progu – dodaje i nie wiedzieć kiedy wchodzi do środka.

Oszołomiona obrotem wydarzeń nie mogę wydusić słowa. Ona bierze moje milczenie bierze za zgodę, więc zanosi butelkę mleka do kuchni i zaczyna parzyć herbatę. Idę za nią. W niewielkiej kuchni trochę nam ciasno. Kobieta krząta się – nalewa wodę do czajnika, otwiera wszystkie szafki po kolei w poszukiwaniu kubków i cukru – ja zaś stoję i nie próbuję jej powstrzymać.

Zagaduje mnie o zabudowę kuchenną.

– Piękna kuchnia, wygląda bardzo świeżo. Chciałabym taką mieć. Sami ją państwo wybrali?

Czuję się jak podczas pogawędki z koleżanką. Nie tak wyobrażałam sobie rozmowę z reporterką. Spodziewałam się raczej przesłuchania – jak na policji. Długiej, męczącej serii pytań. Tak mówił o tym Glen, mój mąż. Wszystko przebiega jednak zupełnie inaczej.

– Tak. Zdecydowaliśmy się na białe fronty z czerwonymi uchwytami, bo wyglądają schludnie – odpowiadam.

Stoję we własnej kuchni i dyskutuję z reporterką o szafkach. Glen dostałby szału.

– Tędy, prawda? – pyta, a ja otwieram drzwi do salonu.

Trudno powiedzieć, czy przeszkadza mi jej obecność, sama nie wiem, co czuję. Wydaje mi się, że nie wypada teraz protestować – przecież po prostu gawędzimy sobie przy herbacie. Może to śmieszne, ale całkiem pochlebia mi jej zainteresowanie. Pod nieobecność Glena często czuję się samotna w pustym domu.

Co więcej, Kate Waters najwyraźniej ma wszystko pod kontrolą. Całkiem przyjemnie czuć, że ktoś znowu przejął stery. Zaczynałam już wpadać w panikę, że od tej pory będę musiała sama sobie radzić, ale ona obiecuje, że wszystkim się zajmie.

Muszę tylko opowiedzieć jej o swoim życiu.

O moim życiu? Tak naprawdę wcale nie interesuje się mną. Nie zapukała przecież do drzwi, żeby wysłuchiwać historii o Jean Taylor. Chce poznać prawdę o nim. O Glenie. Moim mężu.

Mój mąż zginął trzy tygodnie temu. Przejechał go autobus przed supermarketem Sainsbury’s. Właśnie stamtąd wychodziliśmy i on narzekał, że kupiłam nie takie płatki śniadaniowe, a chwilę później leżał martwy na drodze. Podobno odniósł obrażenia głowy. W każdym razie – umarł. Ja tylko stałam i patrzyłam na jego ciało. Ludzie biegali w tę i z powrotem, szukali koców. Na chodniku rozlała się plama krwi, ale niewielka. Byłby zadowolony. Nie lubił bałaganu.

Wszyscy obchodzili się ze mną jak z jajkiem, próbowali jak najszybciej zakryć ciało, żebym nie musiała go oglądać, ale ja cieszyłam się, że odszedł. Nareszcie koniec z tymi jego bzdurami.

Rozdział 2
Środa, 9 czerwca 2010 roku
Wdowa

W szpitalu oczywiście pojawiła się policja. Sam komisarz Bob Sparkes pofatygował się na oddział ratunkowy, żeby wypytać mnie o Glena.

Nie powiedziałam nic ani jemu, ani innym policjantom. Oznajmiłam, że nie mam nic do dodania, że nie czuję się na siłach rozmawiać. Trochę popłakałam.

Komisarz Bob Sparkes od dawna jest ważną częścią mojego życia (to już ponad trzy lata), ale myślę, że może zniknie z niego wraz z tobą, Glen.

Oczywiście nie mówię tego wszystkiego Kate Waters. Siedzi w fotelu w moim salonie, obejmuje dłońmi kubek z herbatą i buja stopą.

– Jean – już nie zwraca się do mnie per pani – ostatni tydzień musiał być dla ciebie straszny. Zwłaszcza po wszystkim, co przeszłaś.

Nie odpowiadam, wbijam wzrok w swoje kolana. Ona nie ma pojęcia, co przeżyłam. Nikt tak naprawdę tego nie wie. Nie potrafiłam nikomu o tym opowiedzieć. Glen uznał, że tak będzie najlepiej.

Przez chwilę siedzimy w milczeniu, potem dziennikarka próbuje innej metody. Wstaje i bierze z kominka zdjęcie, na którym oboje jesteśmy roześmiani.

– Wyglądacie tu tak młodo – mówi. – To jeszcze przed ślubem?

Kiwam głową.

– Znaliście się od dawna? Poznaliście się w szkole?

– Nie, nie w szkole. Na przystanku autobusowym – odpowiadam. – Był bardzo przystojny i dowcipny. Miałam siedemnaście lat, uczyłam się na fryzjerkę w Greenwich. On pracował w banku. Trochę starszy, nosił garnitury i eleganckie buty. Inny niż wszyscy.

Snuję romantyczną opowieść. Kate Waters bierze ją za dobrą monetę. Gorliwie zapisuje wszystko w notatniku, raz po raz zerkając na mnie sponad tych swoich małych okularów i kiwając głową ze zrozumieniem. Mnie nie oszuka.

Tak naprawdę z początku Glen nie wydawał się szczególnie romantyczny. Nasze zaloty odbywały się głównie po ciemku – w kinie, na tylnym siedzeniu jego escorta, w parku – i w milczeniu. Do dziś jednak pamiętam pierwsze wyznanie miłości. Całe ciało zaczęło mnie szczypać, stałam się świadoma każdego fragmentu skóry. Pierwszy raz w życiu poczułam, że naprawdę żyję. Odparłam, że też go kocham. Do szaleństwa. Że nie mogę spać ani jeść, bo ciągle o nim myślę.

Snułam się po domu, a matka mówiła, że to tylko „fascynacja”. Nie do końca rozumiałam, co oznacza to słowo, ale wiedziałam, że każdą chwilę chcę spędzać z Glenem. On twierdził, że czuje to samo. Myślę, że mama była nieco zazdrosna, zaborcza. Uzależniona ode mnie.

– Ona jest za mało samodzielna, Jeanie – powiedział Glen. – To niezdrowe, wszędzie chodzić z córką.

Próbowałam wytłumaczyć mu, że mama boi się sama wychodzić z domu. Glen uważał to za przejaw egoizmu.

Bardzo się o mnie troszczył: w pubie zawsze szukał miejsca oddalonego od baru („Nie chcę, żeby przeszkadzał ci hałas”), w restauracji zamawiał za mnie, żebym poznawała nowe smaki („Posmakuje ci, Jeanie. Spróbuj”). Próbowałam więc i czasem te nowe smaki rzeczywiście mnie zachwycały. A jeśli nie, nic nie mówiłam, żeby go nie urazić. Jeśli mu się sprzeciwiałam, przestawał się odzywać. Nie cierpiałam tych sytuacji. Czułam wtedy, że go zawiodłam.

Nigdy wcześniej nie spotykałam się z kimś takim jak Glen, z kimś, kto wiedział, co chce w życiu osiągnąć. Moi poprzedni chłopcy byli… cóż, właśnie chłopcami.

Kiedy dwa lata później Glen mi się oświadczył, nie uklęknął na jedno kolano. Przytulił mnie mocno i powiedział:

– Jesteś moja, Jeanie. Jesteśmy sobie pisani. Weźmy ślub.

Udało mu się już przekonać do siebie mamę. Przynosił jej kwiaty („Mały drobiazg dla drugiej kobiety mojego życia” – mówił, a ona śmiała się kokieteryjnie), zagadywał o ostatni odcinek Coronation Street albo o rodzinę królewską i mama bardzo go polubiła. Mówiła, że szczęściara ze mnie, że dzięki niemu nabrałam wiary w siebie. Wiedziała, że będzie się o mnie troszczył. I rzeczywiście tak było.

– Jaki wtedy był? – pyta Kate Waters. Pochyla się, żeby zachęcić mnie do mówienia. Wtedy. Ma na myśli czasy, zanim stało się wszystko co złe.

– Był cudownym człowiekiem. Czułym, zakochanym we mnie po uszy. Zrobiłby dla mnie wszystko – odpowiadam. – Ciągle przynosił mi kwiaty i prezenty. Nazywał mnie tą jedyną. Zawrócił mi w głowie. Miałam przecież tylko siedemnaście lat.

Jest zachwycona. Zapisuje wszystko dziwnymi bazgrołami i znów patrzy na mnie. Próbuję powstrzymać się od śmiechu. Wyrywa mi się parsknięcie, na szczęście brzmi raczej jak szloch. Kate wyciąga rękę i delikatnie dotyka mojego ramienia.

– Nie denerwuj się – mówi. – Już po wszystkim.

I ma rację. Koniec z policją, koniec z Glenem. Koniec z jego bzdurami.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy zaczęłam używać tego określenia. Samo zjawisko pojawiło się na długo przed tym, zanim znalazłam dla niego nazwę. Wcześniej zbyt pochłonęło mnie pilnowanie, by nasze małżeństwo było idealne. Huczne wesele w Charlton House stanowiło jego początek.

Rodzice uważali, że dziewiętnaście lat to zbyt młody wiek na małżeństwo, ale udało nam się ich przekonać. Właściwie to Glenowi się udało. Wykazał się taką determinacją i takim oddaniem, że ojciec w końcu wyraził zgodę i mogliśmy uczcić zaręczyny butelką lambrusco.

Na wesele jedynaczki rodzice wydali fortunę. Całymi dniami przeglądałam z mamą zdjęcia w magazynach ślubnych i marzyłam o wielkim dniu. Moim wielkim dniu. Kurczowo trzymałam się tej myśli, wypełniałam nią całe życie. Glen nie mieszał się do przygotowań.

– To twoja działka – mawiał ze śmiechem.

Brzmiało to tak, jakby i on miał swoją działkę. Zakładałam, że ma na myśli pracę – czasem nazywał siebie głównym żywicielem rodziny.

– Wiem, że to trochę staroświeckie, Jeanie, ale chcę się tobą zaopiekować. Jesteś jeszcze taka młoda, przed nami całe życie.

Zawsze snuł ambitne plany, opowieści o nich brzmiały wspaniale. Zamierzał najpierw zostać kierownikiem oddziału, potem założyć firmę, zostać swoim własnym szefem i zarabiać masę pieniędzy. Oczyma wyobraźni widziałam go w eleganckim garniturze, z sekretarką i wielkim samochodem. Ja zaś miałam trwać u jego boku.

– Nie zmieniaj się, Jeanie. Kocham cię taką, jaka jesteś – powtarzał.

Kupiliśmy więc dom pod numerem 12 i wprowadziliśmy się tam po ślubie. Po tylu latach nadal w nim mieszkamy.

Ogródek przed domem wysypaliśmy żwirem, „żeby zaoszczędzić na koszeniu”, jak powiedział Glen. Ja wolałabym trawę, ale dla Glena liczyły się ład i porządek. Z początku nie układało nam się najlepiej. Byłam bałaganiarą, mama wiecznie musiała wyławiać spod mojego łóżka brudne talerze i pojedyncze skarpetki pokryte kłębami kurzu. Gdyby Glen to zobaczył, umarłby na miejscu.

Do dziś pamiętam jego mocno zaciśnięte zęby i oczy zwężone w szparki, kiedy – niedługo po ślubie – zobaczył, że po kolacji dłonią zgarnęłam okruchy ze stołu na podłogę. Nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy – wcześniej bezwiednie robiłam to setki razy. Nie powtórzyłam tego już nigdy więcej. Tak naprawdę dobrze mi to zrobiło: Glen nauczył mnie dbania o dom. Jak wspomniałam, lubił ład i porządek.

Na początku naszego wspólnego życia Glen nieustannie opowiadał mi o pracy w banku – o swoich obowiązkach, o podwładnych, którzy nie poradziliby sobie bez niego, o żartach, jakie robili sobie nawzajem z kolegami, o nieznośnym szefie („Ma strasznie wysokie mniemanie o sobie, Jeanie”), o współpracownikach: Joy i Liz z administracji, pryszczatym kasjerze Scotcie, który przy każdej okazji oblewa się rumieńcem, stażystce May, która ciągle robi coś nie tak. Uwielbiałam go słuchać, poznawać historie z jego świata.

 

Też pewnie czasem opowiadałam mu o pracy, tylko że jakoś zawsze szybko wracaliśmy do spraw w banku.

– Bycie fryzjerką to może i nie jest najciekawsze zajęcie świata – powtarzał – ale tobie idzie świetnie. Jestem z ciebie dumny, Jeanie.

Mówił, że chce mi pomóc polubić samą siebie. I udało mu się to. Dzięki jego miłości czułam się bezpiecznie.

Kate Waters patrzy na mnie i znowu kiwa głową. Muszę przyznać, że jest niezła. Nigdy wcześniej nie rozmawiałam z dziennikarzami – chyba że kazałam im zostawić mnie w spokoju – co dopiero mówić o wpuszczeniu reportera do domu. Od lat przychodzili pod moje drzwi, lecz do dziś żaden nie dostał się do środka. Glen tego dopilnował.

Teraz jednak go nie ma, a Kate Waters wydaje mi się inna niż pozostali. Powiedziała, że czuje między nami „prawdziwą więź”, jakbyśmy znały się od lat. Wiem, co ma na myśli.

– Jego śmierć musiała być dla ciebie strasznym szokiem – mówi i znów lekko ściska moje ramię.

W milczeniu kiwam głową.

Nie mogę opowiedzieć jej o tych wszystkich bezsennych nocach, kiedy marzyłam o śmierci Glena. Może nawet nie tyle o śmierci – nie życzyłam mu bólu ani cierpienia – ile o tym, żeby po prostu zniknął. Wyobrażałam sobie telefon z policji.

– Pani Taylor? – zapytałby niski głos w słuchawce. – Bardzo mi przykro. Mam złe wieści.

Oczekiwanie na następne zdanie niemal mnie śmieszyło.

– Obawiam się, że pani mąż zginął w wypadku.

Potem oczyma wyobraźni widziałam, bardzo realistycznie, jak wybucham płaczem i wybieram numer jego matki, by przekazać jej tragiczną wiadomość.

– Mary – powiedziałabym – bardzo mi przykro. Mam złe wieści. Glen nie żyje.

Słyszę, jak zaskoczona zachłystuje się powietrzem. Czuję jej ból, współczucie przyjaciół i rodziny z powodu mojej straty. A potem ukryty dreszczyk podniecenia.

Ja jako pogrążona w żałobie wdowa. Nawet mnie nie rozśmieszajcie.

Rzecz jasna, kiedy rzeczywiście do tego doszło, nie wydawało się to tak prawdziwe jak moje wyobrażenia. Przez chwilę zdawało mi się, że słyszę w głosie teściowej porównywalną z moją ulgę, że to wszystko się skończyło, potem jednak odłożyła słuchawkę, łkając za swoim synem. Nie miałam już przyjaciół, rodziny została mi garstka.

Kate Waters szczebiocze, że musi skorzystać z łazienki, a przy okazji dorobi nam herbaty. Nie protestuję, podaję jej swój kubek i pokazuję drogę do toalety dla gości. Po jej wyjściu szybko obrzucam wzrokiem cały pokój, żeby upewnić się, że na wierzchu nie leżą żadne rzeczy Glena. Żadnych pamiątek, które mogłaby ukraść. Glen mnie ostrzegał, opowiadał najróżniejsze historie o dziennikarzach. Słyszę dźwięk spłuczki. Wkrótce reporterka wraca z tacą; znów zaczyna opowiadać, jak wyjątkowa ze mnie kobieta, tak wierna i lojalna.

Nie mogę oderwać wzroku od naszego zdjęcia ślubnego – wisi nad kominkiem gazowym. Wyglądamy na nim bardzo młodo, jak dzieci przebrane w stroje rodziców. Kate Waters zauważa moje spojrzenie i zdejmuje zdjęcie ze ściany.

Przysiada na poręczy mojego fotela i razem przyglądamy się fotografii. 6 września 1989 roku. Dzień, w którym stanęliśmy przed ołtarzem. Sama nie wiem, czemu zaczynam płakać – to pierwsze szczere łzy od czasu śmierci Glena. Kate Waters obejmuje mnie ramieniem.

Inne książki tego autora