DzieckoTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dziecko
Dziecko
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,98  55,98 
Dziecko
Dziecko
Dziecko
Audiobook
Czyta Marcin Hycnar
34,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68

Rozdział 69

Rozdział 70

Rozdział 71

Rozdział 72

Rozdział 73

Rozdział 74

Rozdział 75

Rozdział 76

Rozdział 77

Rozdział 78

Rozdział 79

Rozdział 80

Rozdział 81

Rozdział 82

Rozdział 83

Rozdział 84

Rozdział 85

Rozdział 86

Podziękowania

Przypisy końcowe

Tytuł oryginału:

THE CHILD

Redakcja: Ewa Kaniowska

Jacket design by R. Shailer/TW

Adaptacja okładki: Magdalena Zawadzka

Zdjęcie na okładce:

© Jenny Lewis, © Sylvia Cook / Arcangel

Korekta: Beata Wójcik

Redaktor prowadzący: Małgorzata Hlal

Copyright © Fiona Barton 2017

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Wydanie I

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

ISBN 978-83-8015-729-3


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

 

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla M. i D.

Kiedy prawdę zastępuje się milczeniem, milczenie jest kłamstwem.

Jewgienij Jewtuszenko

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1

Wtorek, 20 marca 2012 roku

Emma

Komputer mruga do mnie porozumiewawczo. Siadam przy biurku i dotykam klawiszy. Na ekranie pojawia się zdjęcie Paula. To z naszej podróży poślubnej do Rzymu, patrzy na mnie wzrokiem pełnym miłości z drugiej strony stolika na Campo de’ Fiori. Próbuję odwzajemnić uśmiech, ale kiedy nachylam się w jego stronę, miga mi moje odbicie w monitorze. Zamieram. Nie znoszę widzieć samej siebie bez ostrzeżenia. Czasami nawet się nie rozpoznaję. Wydaje nam się, że wiemy, jak wyglądamy, a tu nagle z lustra patrzy na nas ktoś obcy. To bywa przerażające.

Dziś jednak uważnie przyglądam się twarzy nieznajomej. Brązowe włosy ściągnięte byle jak na czubku głowy w chaotyczny kok do pracy, skóra nietknięta makijażem, cienie i zmarszczki pełznące w stronę oczu niczym szczeliny w ścianach osiadającego budynku.

– Chryste, wyglądasz okropnie – mówię do kobiety odbitej w ekranie.

Ruchy jej warg mnie hipnotyzują, każę jej powiedzieć coś jeszcze.

– No, Emmo, weź się wreszcie do roboty – mówi.

Uśmiecham się do niej blado, a ona odpowiada mi tym samym.

– Zachowujesz się jak wariatka – oznajmia moim własnym głosem, więc milknę.

„Bogu dzięki, że Paul mnie teraz nie widzi”, myślę.

Tego wieczoru Paul wraca do domu zmęczony i trochę marudny po całym dniu z „tępymi” (cytuję) studentami i kolejnej kłótni z dziekanem wydziału o rozkład zajęć.

Może to kwestia wieku, ale ostatnimi czasy Paul bardzo ciężko znosi jakiekolwiek trudności w pracy. Podejrzewam, że zaczyna w siebie wątpić, z każdej strony spodziewa się ataku na swoje stanowisko. Kadra wydziału uniwersyteckiego to w gruncie rzeczy stado lwów. Horda samców stroszy grzywy, kopuluje z kim popadnie i próbuje utrzymać w łapach resztki dominacji. Mówię dokładnie to, co potrzebuje teraz usłyszeć, i szykuję mu dżin z tonikiem.

Kiedy zdejmuję jego teczkę z kanapy, zauważam, że przyniósł do domu „Evening Standard”. Pewnie wziął z metra.

Siadam i czytam gazetę, podczas gdy on zmywa pod prysznicem trudy całego dnia. Nagle zauważam krótki tekst o dziecku.

„ZNALEZIONO CIAŁO NIEMOWLĘCIA” – głosi nagłówek. Tylko kilka linijek: na placu budowy w Woolwich wykopano szkielet małego dziecka, policja prowadzi śledztwo. Czytam raz, drugi, trzeci. Treść do mnie nie dociera, jakby artykuł napisano w obcym języku.

Dobrze jednak wiem, czego dotyczy, i czuję, jak strach owija mnie ciasnym zwojem. Wyciska powietrze z płuc. Utrudnia oddychanie.

Ciągle siedzę w tym samym miejscu, kiedy Paul schodzi z góry, mokry i zaróżowiony, i krzyczy, że coś się pali.

Kotlety są czarne jak węgiel. Spalone na amen. Wyrzucam mięso do kosza i otwieram okno, żeby wywietrzyć dym. Wyjmuję z zamrażalnika mrożoną pizzę i wkładam ją do mikrofalówki, Paul bez słowa siedzi przy stole.

– Powinniśmy kupić alarm przeciwpożarowy – mówi w końcu, zamiast mnie zwymyślać, że prawie spaliłam dom. – Jak się człowiek zaczyta, łatwo zapomnieć o bożym świecie. – Cudowny człowiek. Nie zasługuję na niego.

Stoję przed kuchenką, patrzę, jak pizza obraca się w kółko, a ser zaczyna tworzyć bąbelki, i po raz tysięczny zastanawiam się, czy on mnie zostawi. Powinien to zrobić już lata temu. Sama bym tak zrobiła na jego miejscu, gdybym to ja musiała codziennie użerać się z czyimiś lękami i problemami. On jednak wcale nie sprawia wrażenia, jakby zamierzał spakować manatki. Wręcz przeciwnie, trwa przy mnie, czy raczej nade mną, jak troskliwy rodzic próbujący uchronić dziecko przed krzywdą. Uspokaja mnie, kiedy mi odbija, wymyśla powody, żeby się cieszyć, mocno przytula, gdy płaczę, i powtarza, że jestem inteligentną, zabawną, wspaniałą kobietą.

„To wszystko wina choroby – mówi. – Tak naprawdę wcale taka nie jesteś”.

Tyle że jestem. On nie zna prawdziwej mnie. Dopilnowałam, żeby nie poznał. Szanuje moją prywatność, kiedy unikam najmniejszych choćby wzmianek o przeszłości. „Nie musisz nic mi mówić – twierdzi. – Kocham cię taką, jaka jesteś”.

Święty – tak go nazywam, kiedy udaje, że nie jestem dla niego ciężarem, ale zwykle tylko mnie ucisza. „Daleko mi do świętości” – odpowiada.

No dobrze, w takim razie nie jest święty. Ale kto jest? Zresztą jego grzechy są też moimi. Jak to mówią pary z długim stażem? Co twoje, to i moje. Ale moje grzechy… cóż, należą tylko do mnie.

– Czemu nie jesz, Em? – pyta, kiedy stawiam przed nim talerz.

– Późno jadłam obiad, miałam masę pracy. Na razie nie jestem głodna, przegryzę coś później – kłamię. Wiem, że bym się udławiła, gdybym próbowała teraz cokolwiek przełknąć.

Przywołuję na twarz najbardziej promienny uśmiech ze swojego repertuaru – ten, po który sięgam przy okazji zdjęć.

– Naprawdę, Paul. A teraz zajadaj.

Siedzę po swojej stronie stołu, sączę wino i udaję, że słucham, jak mu minął dzień. Ton jego głosu wznosi się i opada. Co jakiś czas urywa, żeby przeżuć paskudną kolację, którą go uraczyłam, a potem kontynuuje.

Od czasu do czasu kiwam głową, ale nie dociera do mnie ani jedno słowo. Zastanawiam się, czy Jude już widziała artykuł.

Rozdział 2

Wtorek, 20 marca 2012 roku

Kate

Kate Waters się nudziła. Uczucie to zwykle nie towarzyszyło jej w pracy, ale dziś musiała tkwić cały dzień za biurkiem, pod nosem szefa, i nie miała nic do roboty, jeśli nie liczyć redagowania cudzych tekstów.

– Przepuść to przez swoją złotą maszynę do pisania – zawołał wcześniej Terry, szef działu wiadomości, z drugiego końca redakcji, machając kiepsko napisanym artykułem. – Oprósz czarodziejskim pyłem.

To więc właśnie teraz robiła.

– W tej pracy jest jak w fabryce majtek – poskarżyła się szefowi kroniki kryminalnej, który siedział naprzeciwko. – Wypuszczamy ciągle to samo stare badziewie, dodajemy tylko parę kokardek i falbanek. Nad czym pracujesz?

Gordon Willis, którego naczelny określał zawsze nazwą stanowiska – na przykład: „Niech się tym zajmie szef kryminalnej” – podniósł głowę znad gazety i wzruszył ramionami.

– Wybieram się po południu do sądu, chcę pogadać z tym nadkomisarzem od zabójstwa kuszą. Na razie jeszcze nic nie wiem, ale mam nadzieję, że uda mi się porozmawiać z siostrą ofiary po zakończeniu rozprawy. Podobno miała romans z zabójcą. Zapowiada się świetny piętrowy nagłówek: „ŻONA, SIOSTRA I ZABÓJCA, KTÓREGO OBIE KOCHAŁY”. – Na samą myśl wyszczerzył zęby w uśmiechu. – A czemu pytasz? Co tam masz?

– Nic. Próbuję dojść do ładu z tekstem jednej z tych naszych internetowych niewolnic. – Kate wskazała na młodą ślicznotkę walącą wściekle w klawisze przy biurku na drugim końcu redakcji. – Prosto z liceum.

Nagle uświadomiła sobie, jak zgorzkniale – i staro – musiały zabrzmieć jej słowa, więc powstrzymała się przed dalszymi uwagami. Tsunami internetowych serwisów informacyjnych zmyło ją i jej podobnych na odległy brzeg. Reporterzy zasiadający niegdyś dumnie przy głównym stole – co w redakcji stanowiło odpowiednik podium dla zwycięzców – przycupnęli teraz na obrzeżach, wypychani coraz dalej i dalej w kierunku wyjścia przez wciąż powiększające się szeregi autorów tekstów do internetu, którzy pisali od rana do nocy, nawet w weekendy, usiłując zapełnić worek bez dna, jakim okazały się całodobowe serwisy informacyjne.

Nowe media już wcale nie są nowe – kazanie w tym tonie wygłosił redaktor naczelny podczas imprezy świątecznej. To teraz norma. To przyszłość. Kate wiedziała, że powinna przestać już na to psioczyć.

Nie będzie lekko, pomyślała, skoro najwięcej odsłon na ich wypasionej stronie internetowej miały teksty o żylastych dłoniach Madonny albo aktorce z EastEnders, która akurat przytyła. „Hejt z gwiazdami” w przebraniu rzetelnych wiadomości. Horror.

– No nic – powiedziała na głos. – To może poczekać. Skoczę po kawę.

Do przeszłości należała też już tradycja wyskakiwania do pobliskiego pubu na SD – Szybkiego Drinka – której niegdyś entuzjastycznie hołdowali szeregowi dziennikarze z Fleet Street, podczas gdy szefowie działów brali udział w porannym zebraniu z naczelnym. Po SD wybuchały zwykle pijackie awantury z szefem działu wiadomości: do dziś krążyły legendy o wyjątkowo spektakularnej kłótni, podczas której jeden z reporterów – zbyt pijany, żeby ustać na nogach – ugryzł swojego szefa w kostkę, a inny wyrzucił przez okno maszynę do pisania, która wylądowała na ulicy przed redakcją.

Teraz siedziba gazety mieściła się w biurowcu nad galerią handlową, okna miały grube szyby i były hermetycznie zamknięte, a spożywania alkoholu w godzinach pracy zabroniono. Najchętniej wybieraną używką stała się więc kawa.

– Co ci przynieść? – zapytała Kate.

– Podwójne macchiato z syropem orzechowym, proszę – odparł Gordon. – Albo jakąś brązową ciecz. Zależy, co będzie szybciej.

Kate zjechała windą i złapała po drodze pierwsze wydanie „Evening Standard” ze stanowiska ochrony w wyłożonym marmurem holu. Czekając, aż barista skończy wyczyniać cuda z dyszą parową od ekspresu, leniwie przekartkowała gazetę w poszukiwaniu znajomych nazwisk pod nagłówkami. Numer niemal od deski do deski wypełniały informacje o przygotowaniach do londyńskich igrzysk olimpijskich, więc o mały włos nie przegapiła kilku linijek na samym dole kolumny „Wiadomości w skrócie”.

Pod nagłówkiem „ZNALEZIONO CIAŁO NIEMOWLĘCIA” w dwóch zdaniach opisano wykopanie dziecięcego szkieletu na placu budowy w Woolwich, rzut beretem od domu Kate we wschodnim Londynie. Policja prowadziła śledztwo. Żadnych szczegółów. Wyrwała wzmiankę, może się przyda. Całe dno jej torebki było wysłane pomiętymi skrawkami gazet. „Jak w klatce papużki” – Jake, jej starszy syn, zawsze śmiał się z tych strzępków, które tylko czekały, aż ktoś lub coś tchnie w nie życie. Czasem trafiały się dłuższe artykuły i chciała śledzić dalszy rozwój wydarzeń, ale znacznie częściej chodziło o jakieś zdanie albo wypowiedź, które ją zaciekawiły i kazały zadać sobie pytanie: „O co tu chodzi?”.

Kate ponownie przeczytała trzydzieści słów i zaczęła się zastanawiać, kogo brakuje w tej historii. Matki. Wracając do biura z kawą na wynos, w myślach odhaczała kolejne pytania: „Kim jest to dziecko?”, „Jak zginęło?”, „Kto mógłby zakopać niemowlę?”.

– Biedne maleństwo – powiedziała na głos. Głowę wypełniły jej obrazy własnych dzieci – Jake’a i Freddiego, urodzonych w odstępie dwóch lat, ale przez całą rodzinę nazywanych w skrócie i zbiorczo „chłopcami” – jako pulchnych bobasów, uczniów w strojach do gry w piłkę nożną, rozkapryszonych nastolatków, a teraz dorosłych mężczyzn. „No, prawie”. Uśmiechnęła się do siebie. Kate świetnie pamiętała chwilę, w której po raz pierwszy zobaczyła każdego z nich: śliskie, czerwone ciałka; pomarszczona, jakby za duża skóra; mrugające oczy wpatrujące się w nią z piersi; i to uczucie, że od zawsze zna ich twarze. „Jak można zabić takiego malucha?”

Po powrocie do redakcji odstawiła kubki na biurko i podeszła do Terry’ego.

– Rzucę na to okiem, masz coś przeciwko? – zapytała i machnęła malutkim wycinkiem przed nosem szefa, który próbował zrozumieć coś z artykułu o zagranicznych rodzinach królewskich. Nawet nie podniósł wzroku, więc założyła, że nie miał.

Zaczęła od telefonu do biura prasowego Scotland Yardu. Na początku swojej dziennikarskiej kariery, jeszcze jako stażystka w lokalnej gazecie w Anglii Wschodniej, codziennie zaglądała na lokalny komisariat, przechylała się przez ladę recepcji i zapuszczała żurawia do rejestru przestępstw, pozwalając się podrywać sierżantowi dyżurnemu. Teraz, kiedy chciała skontaktować się z policją, rzadko miała okazję porozmawiać z człowiekiem. A nawet jeśli, raczej nie trwało to długo. „Odsłuchała pani taśmę?” – pytał zwykle rzecznik prasowy, cywil, w pełni świadomy, że tego nie zrobiła, po czym odsyłał ją do kiepskiej jakości nagrania i musiała przebrnąć przez wszystkie zgłoszenia o skradzionych kosiarkach i bójkach w okolicznych knajpach.

 

Tym razem jednak wyjątkowo jej się poszczęściło. Nie dość, że udało jej się przebić do żywego człowieka, to jeszcze trafiła na znajomego. Głos w słuchawce należał do byłego kolegi z jej pierwszej pracy w krajowym dzienniku. Jednego z tych, którzy zmienili barwy klubowe i wybrali bezpieczniejszy – a może i zdrowszy – świat public relations.

– Cześć, Kate. Co słychać? Kopę…

Colin Stubbs chciał sobie pogadać. Dobrze mu szła kariera reportera, ale jego żona Sue miała już dość nieustabilizowanego życia na walizkach, więc w końcu wywiesił białą flagę w domowej wojnie na wyczerpanie. Wciąż jednak łaknął wieści ze światka, który musiał opuścić, wypytywał o plotki na temat innych reporterów i w kółko powtarzał jej – a przy okazji sobie – że rzucenie dziennikarstwa prasowego było najlepszą decyzją jego życia.

– To świetnie. Poszczęściło ci się – stwierdziła Kate, z determinacją zachowując dobry humor. – Ja ciągle haruję w „Poście”. Słuchaj, Colin, w „Standardzie” mignęło mi coś o zwłokach dziecka znalezionych w Woolwich. Wiadomo, jak długo tam leżały?

– A, o to chodzi. Czekaj, poszukam raportu w bazie… Okej, mam. Niewiele szczegółów, dość ponura sprawa, szczerze mówiąc. Robotnik sprzątał po rozbiórce, przesunął jakąś starą donicę i pod spodem znalazł malutki szkielecik. Podobno noworodka. Badają go teraz w kryminalistyce, ale z tego, co czytam, pierwsze oględziny wskazywały, że leżał tam całkiem długo, może być nawet historyczny. To gdzieś w pobliżu kampusu uniwersyteckiego, chyba w stronę Greenwich. Zdaje się, że mieszkasz w tamtej okolicy?

– Nie do końca, ja jestem na północ od rzeki i kawałek dalej na wschód. W Hackney. I ciągle mam nadzieję, że w końcu dadzą sobie spokój z gentryfikacją. Masz coś jeszcze? Próby identyfikacji?

– Nie, w przypadku noworodków trudno zbadać DNA, tak przynajmniej tu piszą. Zwłaszcza kiedy spędziły nie wiadomo ile lat pod ziemią. A w okolicy same pokoje i mieszkania na wynajem. Mieszkańcy zmieniają się co pięć minut, więc policja nie spodziewa się zbyt wiele. Zresztą mamy teraz wszyscy pełne ręce roboty przed olimpiadą…

– No tak, pewnie – stwierdziła Kate. – To musi być jakiś koszmar, żeby zapewnić ochronę. Słyszałam, że ściągacie gliniarzy z innych miast, żeby jakoś sobie poradzić. A w tej historii z dzieckiem zanosi się na szukanie igły w stogu siana. No nic, dzięki, Colin. Miło było pogadać. Ucałuj ode mnie Sue. Możesz do mnie przedzwonić, jeśli pojawi się coś nowego w tej sprawie?

Z uśmiechem na ustach odłożyła słuchawkę. Kate Waters uwielbiała szukać igły w stogu siana. Drobnego błysku w ciemności. Czegoś, co zupełnie ją pochłonie. W co będzie mogła porządnie się wgryźć. Co wyciągnie ją z redakcji.

Włożyła płaszcz i ruszyła w długą drogę do windy. Nie zaszła jednak daleko.

– Kate, wybierasz się dokądś? – zawołał Terry. – Mogłabyś przed wyjściem uporządkować jeszcze ten bajzel o norweskiej monarchii? Nie da się tego czytać.

Rozdział 3

Wtorek, 20 marca 2012 roku

Angela

Wiedziała, że się popłacze. Czuła, jak wzbiera w niej szloch, ściska gardło, tak że nie mogła mówić, więc usiadła na chwilę na łóżku, żeby nieco odsunąć tę chwilę. Musiała być sama, kiedy to się stanie. Przez lata próbowała z tym walczyć – zwykle przecież nie płakała. Angela nie należała do sentymentalnych. Praca pielęgniarki i życie z wojskowym już dawno ją tego oduczyły.

Dwudziesty marca stanowił jednak coroczny wyjątek. To urodziny Alice, tego dnia zawsze płakała. Przez chwilę, w samotności. Nie przyszłoby jej do głowy, żeby płakać na oczach innych, tak jak ci ludzie, którzy szlochali publicznie, przed kamerami. Nie potrafiła sobie wyobrazić, jak to jest wystawić się tak na pokaz. A ekipy telewizyjne wszystko kręciły, jakby miało to komuś dostarczyć rozrywki.

– Powinni wyłączyć kamery – powiedziała wtedy do Nicka, ale on tylko coś mruknął i oglądał dalej.

Czuła się skrępowana, ale najwyraźniej wiele osób lubiło takie widowiska. Zwłaszcza jeśli marzyły o tym, żeby trafić do serwisów informacyjnych.

Zresztą i tak pewnie nikt by nie zrozumiał, dlaczego wciąż płakała, po tylu latach. Po tylu dekadach. Powiedzieliby pewnie, że przecież właściwie nie znała tej małej. Dane jej było z nią spędzić zaledwie dwadzieścia cztery godziny.

– Ale była częścią mnie. Krwią z mojej krwi – odpowiadała wyimaginowanym sceptykom. – Próbowałam się odciąć, ale…

Wszystko zaczynało się zawsze na kilka dni przed rocznicą urodzin. Ogarniał ją lęk i miała przebłyski tamtej ciszy – przenikającej do szpiku kości ciszy w pustej sali.

Potem, w dniu rocznicy, budziła się zwykle z bólem głowy, przygotowywała śniadanie i starała się zachowywać normalnie, dopóki nie została sama. W tym roku rozmawiała z Nickiem w kuchni o nadchodzącym dniu. Narzekał na stosy papierkowej roboty, którą będzie musiał się zająć, i na jednego z nowych pracowników, ciągle chodzącego na zwolnienia lekarskie.

„Powinien przejść na emeryturę – myślała – niedługo stuknie mu sześćdziesiąt pięć lat. Ale nie może tak po prostu zostawić firmy. Chyba żadne z nas nie potrafi sobie odpuścić. Powtarza, że potrzebuje celu, rutyny. Nic nie wskazuje na to, żeby pamiętał, jaki dziś jest dzień.

Dawniej pamiętał – przynajmniej na początku. Oczywiście. Wtedy wszyscy o tym myśleli”.

Ludzie na ulicy zagadywali ją o dziecko. Ludzie, których w życiu nie widzieli na oczy, podchodzili i ściskali im ręce ze łzami w oczach. Ale to było wtedy. Nick zupełnie nie miał głowy do dat – Angela uważała, że nieprzypadkowo. Nie pamiętał nawet o urodzinach swoich pozostałych dzieci, tym bardziej o Alice. A ona przestała mu przypominać. Nie mogła znieść błysku paniki w jego oczach, kiedy zmuszała go do wrócenia myślami do tamtego dnia. Wspaniałomyślnie wzięła więc pamiętanie na siebie.

Nick pocałował ją w czubek głowy i wyszedł do pracy. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, Angela usiadła na sofie i pozwoliła sobie na płacz.

Próbowała się wytrenować w zapominaniu. Z początku nie mogła liczyć na pomoc otoczenia. Miała tylko lekarza rodzinnego – biednego starego doktora Earnleya – który poklepywał ją po ramieniu albo kolanie i mówił: – Jakoś sobie poradzisz, dziecko.

Później przyszedł czas na grupy wsparcia, ale miała dość wysłuchiwania o własnym i cudzym nieszczęściu. Odnosiła wrażenie, że tylko krążą dookoła bólu, drażnią go, rozpalają, a potem razem płaczą. Grupie zrobiło się przykro, kiedy oznajmiła, że wcale nie pomaga jej świadomość cierpienia innych. Nie łagodziło to jej żalu, wręcz przeciwnie – w jakimś sensie dokładało kolejne warstwy. Miała wyrzuty sumienia, bo przecież kiedy pracowała jako pielęgniarka i któryś z pacjentów umierał, wręczała pogrążonej w żałobie rodzinie ulotki o radzeniu sobie ze stratą.

„Mam nadzieję, że pomagało im to bardziej niż mnie – pomyślała i wstała z kanapy. – Nie ma sensu tego teraz roztrząsać. Wszyscy robili, co było w ich mocy”.

Nalała wody do zlewu w kuchni i zajęła się przygotowaniem warzyw na zapiekankę. Dłonie zdrętwiały jej od zimnej wody, z trudem utrzymywała nóż, ale machinalnie skrobała marchewki.

Próbowała sobie wyobrazić, jak Alice wyglądałaby teraz, ale okazało się to zbyt trudne. Miała tylko jedną fotografię. Alice i ona. Nick zrobił im zdjęcie kieszonkowym aparatem, ale obraz był rozmazany. Zrobił je za szybko. Angela mocno złapała się kuchennego blatu, jakby wysiłek fizyczny miał jej pomóc dojrzeć buzię utraconej córeczki. Ale nic z tego.

Dzięki fotografii wiedziała, że Alice miała na głowie ciemny meszek, jak jej brat Patrick, ale Angela straciła dużo krwi podczas porodu, a kiedy włożono dziecko w jej ramiona, była ciągle oszołomiona petydyną. Pytała potem Nicka – kiedy Alice już nie było – ale niewiele mógł jej powiedzieć. Nie przyjrzał jej się tak uważnie, jak zrobiłaby to Angela, nie próbował zapamiętać każdego rysu jej twarzy. Powiedział, że wyglądała ślicznie, ale bez szczegółów.

Angela nie sądziła, żeby Alice wyglądała jak Patrick. On był sporym noworodkiem, a Alice – taka malutka. Niewiele ponad dwa kilogramy. I tak jednak uważnie przyglądała się zdjęciom Paddy’ego z dzieciństwa, a także fotografiom, które zrobili dziesięć lat później drugiej córce, Louise – „Nazywam ją naszym dodatkowym dzieckiem niespodzianką”, mawiała Angela – i zmuszała się, żeby dojrzeć w nich Alice. Ale jej tam nie było. Louise miała blond włosy, po Nicku.

Angela poczuła znajomy tępy ucisk żałoby w klatce piersiowej. Próbowała myśleć o czymś wesołym, tak jak radziły poradniki. Skupiła się na Louise i Patricku.

– Przynajmniej mam ich – oświadczyła natkom marchewek unoszącym się w brudnej wodzie. Zastanawiała się, czy Lou zadzwoni wieczorem po powrocie z pracy. Najmłodsza córka znała całą historię – naturalnie – ale nie poruszała tego tematu.

„Poza tym nie cierpi moich łez – pomyślała Angela, ocierając oczy kawałkiem ręcznika papierowego. – Jak oni wszyscy. Wolą udawać, że wszystko jest w porządku. Świetnie to rozumiem. Powinnam już dać sobie spokój. Pozwolić Alice odejść”.

– Wszystkiego najlepszego, kochana córeczko – wyszeptała niemal niedosłyszalnie.

Inne książki tego autora