Zbrodnia i kara

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Zbrodnia i kara
Zbrodnia i kara
Audiobook
Czyta Jacek Dragun
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału:

Priestuplenije i nakazanije

Projekt okładki:

Sylwia Malon

LEKTURA DLA SZKÓŁ ŚREDNICH

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-7791-984-2

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Wrocław 2018

Przygotowanie wydania elektronicznego: hachi.media

Spis treści

Część pierwsza

I

II

III

IV

V

VI

VII

Część druga

I

II

III

IV

V

VI

VII

Część trzecia

I

II

III

IV

V

VI

Część czwarta

I

II

III

IV

V

VI

Część piąta

I

II

III

IV

V

Część szósta

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

Epilog

I

II

Przypisy

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  Spis treści

5  Część pierwsza I II III IV V VI VII

6  Część druga I II III IV V VI VII

7  Część trzecia I II III IV V VI

8  Część czwarta I II III IV V VI

9  Część piąta I II III IV V

10  Część szósta I II III IV V VI VII VIII

11  Epilog I II

12  Przypisy

Część pierwsza

I

W początku lipca pod wieczór niezwykle upalnego dnia pewien młodzieniec wyszedł na ulicę ze swej izdebki, którą podnajmował od lokatorów przy uliczce S-ej, i powoli, jakby niezdecydowany, skierował się ku mostowi K-mu.

Na schodach szczęśliwie uniknął spotkania ze swoją gospodynią. Jego izdebka mieściła się tuż pod dachem wysokiej, pięciopiętrowej kamienicy i bardziej przypominała szafę niż mieszkanie. Gospodyni zaś, od której wynajmował tę izdebkę, wraz z obiadem i obsługą, zajmowała mieszkanie oddzielne, o piętro niżej; i za każdym razem, gdy wychodził na ulicę, koniecznie musiał przejść mimo jej kuchni, prawie zawsze na oścież otwartej na schody. I za każdym razem, przechodząc mimo, młodzieniec doznawał jakiegoś chorobliwego uczucia lęku, które go napełniało wstydem i wywoływało grymas. Już dużo był winien gospodyni i obawiał się ją spotkać.

Nie znaczy to, by był tak tchórzliwy i zahukany, wręcz przeciwnie, lecz od pewnego czasu był w stanie jakiegoś rozdrażnienia i napięcia podobnego do hipochondrii. Tak dalece pogrążył się w sobie, tak stronił od ludzi, że w ogóle lękał się wszelkiego spotkania, nie tylko z gospodynią. Gnębiło go ubóstwo; ale nawet te trudne warunki ostatnio przestały mu ciążyć. Swymi bieżącymi sprawami zupełnie przestał, zupełnie nie chciał się zajmować. Właściwie, wcale gospodyni się nie bał, choćby ta nie wiadomo co przeciw niemu knuła. Lecz zatrzymywać się na schodach, wysłuchiwać paplaniny o tych wszystkich powszednich błahostkach, które go nic a nic nie obchodziły, wysłuchiwać wszystkich tych nagabywań o komorne, pogróżek, skarg, a przy tym wykręcać się, wykłamywać, przepraszać – nie, już lepiej prześliznąć się schodami jak kot i zwiać tak, by nikt nie widział.

 

Zresztą tym razem obawa spotkania z wierzycielką zdumiała nawet i jego, gdy wyszedł na ulicę.

„Chcę się porwać na taką rzecz, a zarazem boję się takich głupstw! – pomyślał z dziwnym uśmiechem. – Hm… tak… Wszystko jest w ręku człowieka, a on pozwala zdmuchnąć sobie wszystko sprzed nosa, jedynie i wyłącznie z tchórzostwa… to pewna… Ciekawe, czego ludzie najbardziej się boją? Nowego kroku, nowego własnego słowa obawiają się nade wszystko… Zresztą za wiele ględzę. Dlatego też nic nie robię, że ględzę. A może i przeciwnie: dlatego ględzę, że nic nie robię. To przez ten ostatni miesiąc nauczyłem się ględzić, całymi dniami wylegując się w swoim kącie i rozmyślając… o niebieskich migdałach. Na przykład, po co teraz idę? Czyż jestem zdolny do tego? Czyż to jest poważne? Wcale nie poważne. Ot, dla dodania sobie fantazji bawię się myślami! Tak, bodaj że tylko się bawię!”

Na ulicy skwar był okropny, a przy tym zaduch, ścisk, co krok wapno, rusztowania, cegły, kurz i ten szczególny letni smród, tak dobrze znany każdemu petersburżaninowi, którego nie stać na letnisko – to wszystko naraz niemile wstrząsnęło nerwami młodzieńca, już i tak rozstrojonymi. Nieznośny zaś fetor bijący z szynków, bardzo licznych w tej dzielnicy, oraz pijacy co chwila spotykani, mimo że to był dzień powszedni, jeszcze wzmacniali wstrętną i smutną barwę obrazu. Po delikatnej twarzy młodzieńca przemknął wyraz najgłębszej odrazy. Trzeba dodać, że był niepospolicie przystojny, o pięknych ciemnych oczach, ciemny blondyn, wzrostu więcej niż średniego, smukły i zgrabny. Lecz niebawem wpadł jakby w głęboką zadumę albo nawet raczej w jakąś nieprzytomność i dalej szedł już ani dostrzegając, ani chcąc dostrzec otoczenia. Z rzadka tylko mruczał coś do siebie, powodowany nałogiem monologowania, do którego przyznał się sobie przed chwilą. Obecnie zaś sam zdawał sobie sprawę, że od czasu do czasu myśli mu się mącą i że jest bardzo osłabiony: już drugi dzień prawie nic nie miał w ustach.

Odziany był tak licho, że niejeden, nawet otrzaskany z biedą, w dzień krępowałby się wyjść na ulicę w takich łachmanach. Skądinąd, dzielnica była tego rodzaju, że niełatwo byłoby zaskoczyć tu kogokolwiek swym strojem. Bliskość placu Siennego, obfitość lokali wiadomego autoramentu, ludność przeważnie rękodzielnicza i rzemieślnicza, stłoczona w tych śródmiejskich petersburskich ulicach i zaułkach – niekiedy urozmaicały ogólną panoramę takimi typami, że naprawdę trudno się było zdziwić na widok takiej czy owakiej figury. Ale w duszy młodzieńca nagromadziło się tyle zaciekłej pogardy, że mimo swą drażliwość, czasem bardzo jeszcze młodocianą, najmniej się wstydził swych łachmanów właśnie na ulicy. Inna sprawa, gdy trafiał na znajomych albo na dawnych kolegów, z którymi w ogóle nie lubił się spotykać… A jednak gdy jakiś pijak, którego nie wiadomo po co i dokąd wieziono ulicą w ogromnym wozie, zaprzężonym w ogromnego wałacha, nagle zawołał do niego w przejeździe: „Hej, ty, niemiecki kapeluszniku!”, i zaryczał na całe gardło, wskazując na niego ręką – młodzieniec zatrzymał się znienacka i kurczowo schwycił się za kapelusz. Był to kapelusz wysoki, okrągły, zimmermanowski, ale znoszony do szczętu, wyrudziały, w dziurach i plamach, bez ronda, szkaradnie zgnieciony z jednego boku. Lecz młodzieńca ogarnął nie wstyd, tylko zupełnie inne uczucie, przypominające raczej przestrach.

– A co, czy nie wiedziałem! – mamrotał spłoszony – właśnie tak myślałem! To już najgorsze! Przecie jakieś takie głupstwo, jakiś najzwyklejszy drobiazg może pokrzyżować cały zamiar! Tak, ten kapelusz zanadto rzuca się w oczy… Jest śmieszny, i dlatego rzuca się w oczy… Przy takich łachmanach jak moje muszę koniecznie mieć kaszkiet, choćby jakiś stary naleśnik, a nie to czupiradło. Nikt takich nie nosi, gotowi o milę zauważyć, zapamiętać… Grunt, że potem sobie przypomną, no i masz poszlakę. Tu trzeba możliwie najmniej rzucać się w oczy… Drobiazgi, drobiazgi są najważniejsze!… Bo to te drobiazgi gubią zawsze i wszędzie…

Drogę miał niedaleką; wiedział nawet, ile kroków od bramy swego domu: dokładnie siedemset trzydzieści. Porachował je kiedyś, gdy się zanadto rozmarzył. Podówczas sam jeszcze nie wierzył tym swoim marzeniom i tylko podjudzał się ich potwornym, ale i kuszącym zuchwalstwem. Teraz zaś, po upływie miesiąca, już zaczynał patrzeć na to inaczej i wbrew wszystkim przekornym monologom o własnej bezsile i niezdecydowaniu jakoś mimo woli przywykł już poczytywać „potworne” marzenie za realny plan, chociaż w dalszym ciągu nie wierzył sobie. Ot i teraz szedł dokonać p r ó b y swego planu i z każdym krokiem wzruszenie jego rosło coraz gwałtowniej.

Z zamierającym sercem, z nerwowym drżeniem podszedł do olbrzymiej kamienicy, z jednej strony wychodzącej na kanał, z drugiej zaś na ulicę W-ą. Dom ten składał się z samych małych mieszkanek, a najmowali je różni rękodzielnicy, krawcy, ślusarze, kucharki, jacyś tam Niemcy, własnym przemysłem żyjące panny, drobni urzędnicy i tak dalej. Wchodzący i wychodzący przesmykiwali się raz po raz pod obydwiema bramami i na obydwu podwórkach. Pracowali tutaj trzej czy czterej stróże. Młodzieniec bardzo był rad, że nie spotkał żadnego z nich, i niepostrzeżenie przemknął się zaraz z bramy na prawo, na schody. Schody były ciemne i ciasne, „kuchenne”, ale on to wszystko już przedtem wiedział i zbadał, i całe to otoczenie dogadzało mu: w takich mrokach nawet ciekawskie spojrzenie nie było niebezpieczne. „Jeżeli tak się boję teraz, to cóż by to było, gdyby rzeczywiście doszło do t e g o?…” – pomyślał mimo woli, idąc na czwarte piętro. Tutaj zatarasowali mu drogę wysłużeni żołnierze-tragarze, wynoszący meble z jednego z mieszkań. Już wiedział, że mieszkanie to zajmuje pewien familijny Niemiec, urzędnik z rodziną. „Więc Niemiec się teraz wyprowadza; więc na czwartym piętrze, na tych schodach i na tym podeście pozostanie przez jakiś czas tylko jedno zajęte mieszkanie – staruchy… To dobrze… na wszelki wypadek…” – pomyślał znowu i zadzwonił do drzwi staruszki. Dzwonek dźwięknął wątle, jakby był z blachy, a nie z miedzi. Wszystkie mieszkania w takich domach miewają takie dzwonki. Już nie pamiętał tego osobliwego dźwięczenia, więc teraz mu jakby coś przypominało, coś jasno ukazało… Drgnął cały: widać zanadto osłabły mu nerwy tym razem. Po chwili drzwi się uchyliły nieznacznie; przez malutką szparkę lokatorka oglądała przybysza z widoczną nieufnością, tak że można było dostrzec tylko jej błyszczące w ciemności oczka. Lecz zobaczywszy na podeście dużo ludzi, nabrała otuchy i otworzyła zupełnie. Młodzieniec przestąpił próg ciemnej sionki, przedzielonej przepierzeniem, za którym mieściła się maleńka kuchnia. Stara stała przed nim w milczeniu i patrzała na niego pytająco. Była to drobniutka, sucha starowinka, w wieku jakich sześćdziesięciu lat, z ostrymi, złymi oczkami, z malutkim, spiczastym nosem, bez chustki na głowie. Płowe, ledwie siwizną przyprószone włosy były tłusto nasmarowane olejem. Cienka i długa szyja, podobna do kurzej nogi, była omotana jakimiś flanelowymi gałgankami, a z ramion, mimo upału, zwisała zniszczona i pożółkła salopka na futrze.Staruszka raz po raz kaszlała i postękiwała. Widocznie młodzieniec spojrzał na nią jakoś osobliwie, bo i w jej oczach mignęła naraz uprzednia nieufność.

– Raskolnikow, student. Byłem już u pani przed miesiącem – pośpieszył mruknąć młody człowiek z półukłonem, przypomniawszy sobie, że należy być grzeczniejszym.

– Pamiętam, mój dobrodzieju, bardzo dobrze pamiętam, żeś już był – dobitnie rzekła staruszka, wciąż nie spuszczając pytających oczu z jego twarzy.

– Więc właśnie… I znowu w takiej sprawie… – ciągnął Raskolnikow, trochę zmieszany i zdziwiony nieufnością starej.

„A może ona zawsze jest taka, tylko zeszłym razem nie zauważyłem” – pomyślał z nieprzyjemnym uczuciem.

Stara milczała jakby w zamyśleniu, potem usunęła się i wskazawszy drzwi do pokoju, rzekła puszczając gościa naprzód:

– Proszę wejść, dobrodzieju.

Nieduży pokój, do którego wszedł młodzieniec, pokój z żółtą tapetą, z geranium i muślinowymi firaneczkami na oknach, był w tej chwili jaskrawo oświetlony zachodzącym słońcem. „Więc i wtedy także będzie świeciło słońce!…” – mimochodem błysnęło w umyśle Raskolnikowa. Szybkim spojrzeniem obrzucił wszystko w pokoju, ażeby w miarę możności zbadać i zapamiętać rozkład. Lecz w pokoju nie było nic szczególnego. Na umeblowanie, bardzo stare, brzozowe, składała się kanapa z olbrzymim, giętym drewnianym oparciem, owalny stół przed kanapą, między oknami gotowalnia ze zwierciadełkiem, krzesła pod ścianami i dwa czy trzy groszowe obrazki w żółtych ramkach, przedstawiające niemieckie panienki z ptaszkami w ręku – oto i wszystko. W kącie przed niewielkim świętym obrazem paliła się lampka oliwna. Wszystko było nader schludne: meble i podłogi wyszorowane do połysku, wszystko lśniło. „To robota Lizawiety – pomyślał młodzieniec. – Ani pyłku nie znalazłbyś w całym mieszkaniu. Tylko u złych i starych wdów bywa tak czysto” – ciągnął w duchu Raskolnikow i ciekawie zerknął na perkalikową zasłonę przed drzwiami do drugiej malutkiej izdebki, gdzie stało łóżko starej i komoda, a dokąd jeszcze nigdy nie zaglądał. Całe mieszkanie składało się z tych dwu pokoi.

– O co chodzi? – surowo rzekła stara wchodząc i znowu stając przed nim tak, żeby mu patrzeć prosto w twarz.

– Przyniosłem zastaw, proszę! – I wydobył z kieszeni stary, płaski srebrny zegarek. Na kopercie wyryty był globus. Łańcuszek był stalowy.

– Ale przecież już minął termin poprzedniego zastawu. Przedwczoraj upłynął miesiąc.

– Zapłacę pani procenty za jeszcze jeden miesiąc; proszę mieć trochę cierpliwości.

– A, mój dobrodzieju, to zależy od mojej dobrej woli, czy mieć cierpliwość, czy też zaraz sprzedać tę twoją rzecz.

– Za zegarek dużo dostanę, Alono Iwanowno?

– Et, przynosisz byle co, nic to pewnie niewarte. Za pierścionek dałam ci zeszłym razem dwa papierki, a u jubilera można i nowy taki dostać za półtora rubla.

– Niech pani da ze cztery ruble; wykupię na pewno, to zegarek ojcowski. Wkrótce dostanę pieniądze.

– Półtora rubelka i procent z góry, jeżeli pan chce.

– Półtora rubla! – zawołał młodzieniec.

– Jak się panu podoba. – I starucha podała mu zegarek z powrotem. Młody człowiek wziął go i tak się rozzłościł, że już miał odejść; lecz natychmiast się pomiarkował na myśl, że już więcej nie ma dokąd pójść i że zresztą przybył tutaj jeszcze w jednej sprawie.

– Niech pani daje! – rzekł grubiańsko.

Stara sięgnęła do kieszeni po klucze i poszła do drugiego pokoju za zasłonę. Młodzieniec, zostawszy sam pośrodku pokoju, ciekawie nasłuchiwał i kombinował. Usłyszał, jak stara otwiera komodę. „To zapewne górna szuflada – medytował. – A więc klucze nosi w prawej kieszeni… Wszystkie w jednym pęku, na stalowym kółeczku… Jeden z kluczy jest ze trzy razy większy od reszty, ma karbowane piórko; jest oczywiście nie od komody… To znaczy, że jest jeszcze jakaś szkatułka czy skrzynka… To ciekawe. Skrzynki zawsze miewają takie klucze… Swoją drogą, jakie to wszystko podłe…”

Stara wróciła.

– Oto masz, mój dobrodzieju. Licząc po dziesiątce miesięcznie od rubla, za półtora rubla należy mi się piętnaście kopiejek, za miesiąc z góry. A za poprzednie dwa ruble jeszcze mi się należy, wedle tegoż rachunku, z góry dwadzieścia kopiejek. Czyli razem trzydzieści pięć. Więc teraz dostaniesz za zegarek ogółem rubla i piętnaście kopiejek. Oto są.

– Jak to! Więc teraz tylko rubel piętnaście?

– Ano tak.

Młodzieniec nie wdawał się w spory i wziął pieniądze. Patrzał na starą i nie śpieszył się z odejściem, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć czy zrobić, tylko sam nie wiedział, co mianowicie…

– Możliwe, Alono Iwanowno, że w najbliższych dniach przyniosę jeszcze jedną rzecz… srebrną… ładną… papierośnicę… jak tylko zwróci mi ją przyjaciel…

Zmieszał się i umilkł.

– Ha, to wtedy pomówimy o tym, dobrodzieju.

– Żegnam panią… A pani wciąż sama siedzi w domu? Siostry nie ma? – zapytał możliwie najswobodniej, wychodząc do sionki.

 

– A co ci do niej, mój dobrodzieju?

– Ależ nic, oczywiście. Tak sobie zapytałem. A pani zaraz… Do widzenia, Alono Iwanowno!

Raskolnikow wyszedł, na dobre stropiony. Uczucie to wciąż się potęgowało. Na schodach kilkakrotnie nawet przystawał, jakby czymś znienacka zaskoczony. A w końcu, już na ulicy, wykrzyknął:

– O Boże! Jakie to wszystko obmierzłe! I czyż naprawdę, czy naprawdę ja… Nie, to nonsens, to niedorzeczność! – dorzucił stanowczo. – I czy rzeczywiście coś tak okropnego mogło mi przyjść do głowy? Tak czy owak, do jakiej podłości zdolne jest moje serce! Bo to przede wszystkim podłe, paskudne, wstrętne, wstrętne!… A ja, przez cały miesiąc…

Ale nie mógł wyrazić ani słowami, ani okrzykami swego wzburzenia. Bezgraniczna odraza, która zaczynała gnębić i trapić jego serce już wtedy, gdy dopiero szedł do staruchy, wzmogła się teraz do takich rozmiarów i nabrała takiej wyrazistości, że nie wiedział, gdzie się podziać od tej udręki. Szedł chodnikiem jak pijany, nie widząc przechodniów i potrącając ich, a opamiętał się dopiero na następnej ulicy. Rozejrzawszy się, spostrzegł, że stoi koło szynkowni, do której zstępowało się z chodnika po schodkach w dół, do sutereny. Z drzwi wychodziło właśnie dwóch pijaków; podtrzymując się wzajemnie i wymyślając sobie, gramolili się na ulicę. Niewiele myśląc Raskolnikow od razu zszedł na dół. Dotychczas nigdy jeszcze nie wstępował do szynkowni, ale teraz kręciło mu się w głowie, a na dobitkę nękało go palące pragnienie. Zachciało mu się wypić zimnego piwa, tym bardziej że swoje nagłe osłabienie przypisywał głodowi. Usiadł w ciemnym i brudnym kącie, za lepkim stolikiem, kazał sobie podać piwa i łapczywie wychylił pierwszą szklankę. Od razu poczuł ulgę, a myśli się przejaśniły. „Wszystko to są głupstwa – rzekł sobie z otuchą – i wcale nie było powodu tak się przejmować! Po prostu osłabienie fizyczne! Wystarczy szklanka piwa, kawałek sucharka – i oto w jednej chwili umysł się wzmacnia, myśl staje się jasna, zamiary nabierają tężyzny! Tfu, jakież to wszystko marne!…”

Ale mimo to pogardliwe splunięcie patrzał już wesoło, jak gdyby nagle wyzwolony od jakiegoś okropnego brzemienia, i przyjaźnie mierzył okiem obecnych. Jednak i w tej chwili mgliście przeczuwał, że całe to optymistyczne nastawienie również jest chorobliwe.

W szynkowni o tej porze pozostawało niewiele gości. Oprócz tych dwóch pijaków, z którymi się zetknął na schodkach, tuż za nimi wytoczyła się jeszcze cała gromada, jakieś pięć osób, z dziewczyną i z harmonią. Po ich wyjściu zrobiło się cicho i przestronno. Pozostali: jeden podchmielony, ale nie zanadto, siedzący nad piwem, z wyglądu mieszczanin, oraz jego towarzysz, otyły, siwobrody drągal w kożuszku, mocno zawiany; ten drzemał na ławce i z rzadka, nagle, jak gdyby zbudzony ze snu, zaczynał strzelać z palców rozstawiwszy ręce i podrzucać górną częścią tułowia nie wstając z ławki, przy czym nucił jakieś banialuki, usiłując przypomnieć sobie wiersze w rodzaju:

Cały rok pieściłem żonę,

Ca-ły rok pieś-ci-łem żo-nę

Albo raptem, znowu się przecknąwszy:

Raz na miasto się wybrałem,

Dawną miłą swą spotkałem

Ale nikt nie podzielał jego rozanielenia; milkliwy jego towarzysz patrzył na wszystkie te wybuchy nawet wrogo i nieufnie. Był tu jeszcze jeden człowiek, wyglądający na emeryta. Siedział na uboczu, przed swoją flaszką, z rzadka łykał jeden haust i rozglądał się dookoła. On także wydawał się czymś wzburzony.

II

Raskolnikow nie był przyzwyczajony do tłumu i jakeśmy już powiedzieli, unikał wszelkiego towarzystwa, zwłaszcza w ostatnich czasach. Ale teraz pociągnęło go nagle do ludzi. Dokonywało się w nim coś nowego, a zarazem budziła się potrzeba obcowania z ludźmi. Tak go wymęczył ten cały miesiąc ostrej udręki i ponurego podniecenia, że chciał bodaj przez chwilę zaczerpnąć powietrza w innym świecie, jakimkolwiek bądź; i bez względu na całe niechlujstwo otoczenia z przyjemnością siedział teraz w szynkowni.

Gospodarz lokalu był w innej izbie, ale często wchodził tutaj, do izby głównej, skądś do niej zstępując po schodkach, przy czym ukazywały się najsampierw jego eleganckie lakierowane buty z dużymi czerwonymi wyłogami. Miał na sobie spencerek i okropnie zatłuszczoną czarną, atłasową kamizelkę, był bez krawata, a cała jego twarz zdawała się naoliwiona niby żelazna kłódka. Za szynkwasem stał czternastoletni może wyrostek, drugi zaś, młodszy chłopiec, usługiwał, gdy goście czego zażądali. Stały talerzyki z mizerią, czarnymi sucharkami i na dzwonka pokrajaną rybą; wszystko to pachniało nader niezachęcająco. Nieznośnie duszne powietrze sprawiało, że trudno tu było wysiedzieć, a wszystko było tak przepojone odorem okowity, że miało się wrażenie, iż od samego tego zaduchu można w ciągu pięciu minut stać się pijanym.

Niekiedy spotykamy ludzi zupełnie nam obcych, którymi zaczynamy się interesować od pierwszego wejrzenia, jakoś raptownie, znienacka, zanim choć słowem się do nich odezwiemy. Właśnie takie wrażenie wywarł na Raskolnikowie ów gość, który siedział opodal i przypominał emerytowanego urzędnika. Później młodzieniec kilkakrotnie uprzytomnił sobie to pierwsze wrażenie, ba, przypisywał je przeczuciu. Ustawicznie popatrywał na urzędnika naturalnie i z tego powodu, że tamten również uparcie na niego patrzał i najwidoczniej miał chętkę wdać się z nim w rozmowę. Na resztę zaś obecnych, nie wyłączając i gospodarza, urzędnik patrzał z obojętnością i nawet ze znudzeniem, a jednocześnie z odcieniem jakiejś lekceważącej wyższości, niby na ludzi niższego stanu i poziomu, z którymi nie warto się zadawać. Był to człowiek już po pięćdziesiątce, średniego wzrostu i krępej budowy, szpakowaty, z dużą łysiną, z twarzą nalaną wskutek ciągłego pijaństwa, żółtą, aż zielonkawą, z nabrzmiałymi powiekami, spoza których błyszczały malutkie jak szparki, ale żywe, przekrwione oczki. Lecz było w nim coś bardzo dziwnego; w jego wzroku świeciła jakaś egzaltacja – kto wie, może by się znalazła i roztropność, i rozum – ale zarazem migało chwilami jak gdyby szaleństwo. Ubrany był w stary, do cna obszarpany frak, z poobrywanymi guzikami; tylko jeden trzymał się jeszcze z biedą, i na ten jeden guzik urzędnik się zapinał, widać przez resztkę dbałości o pozory. Spod nankinowej kamizelki sterczał półkoszulek, zmiętoszony, wybrudzony i zalany. Twarz była po urzędniczemu ogolona, lecz tak już dawno, że gęsto zaczynała występować sinawa szczeć. A i w jego sposobie bycia zaznaczała się rzeczywiście jakaś urzędnicza stateczność. Ale teraz był w rozterce, burzył sobie włosy, a od czasu do czasu ruchem przygnębienia ujmując głowę obiema rękoma, kładł dziurawe łokcie na zalanym i lepkim stole. W końcu spojrzał na Raskolnikowa wprost, po czym przemówił głośno i dobitnie:

– A czy mi wolno, łaskawy panie, zwrócić się do niego z rozmową pełną przyzwoitości? Albowiem jakkolwiek nie wygląda pan teraz imponująco, wszelakoż moje doświadczenie wyróżnia w panu człowieka wykształconego i do trunków nienawykłego. Sam zawsze czciłem wykształcenie, połączone z zaletami serca, ponadto zaś mam honor być radcą tytularnym. Marmieładow – takie nazwisko; radca tytularny. Ośmielę się zapytać: pan był w służbie państwowej?

– Nie, studiuję… – odparł młody człowiek, trochę zdziwiony i tym osobliwym górnolotnym stylem, i okolicznością, że się do niego zwrócono tak wręcz, prosto z mostu. Choć niedawno pragnął przelotnie jakiegokolwiek bądź zetknięcia się z ludźmi, jednak teraz przy pierwszym istotnie zwróconym do siebie słowie nagle poczuł znowu zwykłą, gniewną i przykrą odrazę do każdego obcego, który się otarł albo dopiero chciał się otrzeć o jego osobowość.

– Więc student lub były student! – wykrzyknął urzędnik. – Właśnie tak sobie pomyślałem! Doświadczenie, szanowny panie, niejednokrotne doświadczenie! – i na znak uznania przytknął sobie palec do czoła. – Był pan studentem, czyli zgłębiał dziedzinę wiedzy! Pan pozwoli…

Tu wstał, zachwiał się, zagarnął swą butelkę, szklaneczkę i przysiadł się do młodzieńca, nieco na ukos od niego. Był pijany, ale mówił potoczyście i wartko, z rzadka tylko tracąc tu i ówdzie wątek i kołując. Na Raskolnikowa rzucił się wprost zachłannie, jak gdyby i on także przez cały miesiąc z nikim nie rozmawiał.

– Łaskawy panie – zagaił niemal uroczyście – ubóstwo nie jest występkiem, to fakt. Wiem dobrze, że i pijaństwo nie jest cnotą; tym ci gorzej. Ale nędza, szanowny panie, nędza – to występek. W biedzie człowiek jeszcze zachowuje szlachetność wrodzonych uczuć, natomiast w nędzy – nikt i nigdy. Za nędzę – nie powiem nawet, by kijem wypędzano, ale wprost miotłą wymiatają z ludzkiego towarzystwa, ku tym większej zniewadze. I słusznie, albowiem w nędzy ja pierwszy gotów jestem sam siebie znieważać. I stąd trunkowość! Szanowny panie, przed miesiącem małżonkę moją obił pan Lebieziatnikow, a moja małżonka – to nie to, co ja! Rozumie pan? Pozwolę sobie zapytać jeszcze, ot, po prostu z ciekawości: czy szanownemu panu zdarzało się nocować na Newie, na berlinkach z sianem?

– Nie, nie zdarzało się – odparł Raskolnikow. – Cóż to takiego?

– No, a ja właśnie stamtąd, i to już piątą noc…

Nalał sobie do szklaneczki, wypił i zamyślił się. W rzeczy samej, na jego ubraniu i nawet we włosach widniały gdzieniegdzie ździebełka siana. Było bardzo prawdopodobne, że od pięciu dni nie rozbierał się i nie mył. Zwłaszcza ręce miał brudne, zasmolone, czerwone, z czarnymi paznokciami.

Jego gadanina ściągnęła na siebie ogólną uwagę, zresztą ospałą. Smarkacze za szynkwasem zachichotali. Gospodarz specjalnie bodaj zeszedł z górnego pokoju, żeby posłuchać „żartownisia”, i siadł opodal, ziewając leniwie, lecz z dostojeństwem. Widocznie Marmieładow był tu znany od dawna. A i zamiłowania do hałaśliwych rozpraw nabył przypuszczalnie wskutek częstych szynkownianych rozmów z różnymi nieznajomymi. Czasem ten nawyk przeistacza się u alkoholików w prawdziwą potrzebę, szczególnie zaś u tych, których w domu traktuje się szorstko i którymi się pomiata. Dlatego też w kompanii pijaków usiłują oni zawsze jakby zdobyć sobie usprawiedliwienie, gdy się zaś uda, to i szacunek.

– Ty, żartowniś! – gromko rzekł gospodarz. – A czemu nie pracujesz, czemu nie służysz, skoroś urzędnik?

– Czemu nie służę, szanowny panie? – podchwycił Marmieładow zwracając się wyłącznie do Raskolnikowa, jakby to on zadał mu pytanie – czemu nie jestem w służbie? A czyż serce moje nie boleje nad tym, że się czołgam bezowocnie? Gdy przed miesiącem pan Lebieziatnikow własnoręcznie pobił moją małżonkę, a ja leżałem pijaniuteńki, czyżem nie cierpiał? Daruj, młodzieńcze: czy ci się trafiało… hm… na przykład zabiegać o pożyczkę beznadziejnie?

– Owszem… ale niby jak to: beznadziejnie?

– To znaczy z beznadziejnością całkowitą, z góry wiedząc, że z tego nic nie będzie. Oto na przykład pan wie z góry i niezachwianie, że ten a ten człowiek, ten a ten wysoce prawomyślny i wysoce użyteczny obywatel za żadne skarby pieniędzy panu nie da, bo i po cóż – pytam – miałby dać? Przecie wie, że mu nie zwrócę. Ze współczucia? Ależ pan Lebieziatnikow, który śledzi rozwój mych myśli, tłumaczył świeżo, że w naszych czasach współczucie zostało zakazane nawet przez naukę, i tak się już dzieje w Anglii, gdzie panuje ekonomia polityczna. Więc po cóż, pytam, miałby dać? Otóż, z góry wiedząc, że nie da, pan mimo to wybiera się w drogę i…

– W jakimże celu? – wtrącił Raskolnikow.

– Dobrze, a jeżeli nie ma już do kogo, nie ma już dokąd pójść! Przecie koniecznie trzeba, żeby każdy człowiek mógł choć dokądkolwiek pójść. Albowiem bywają takie dnie, kiedy nieodzownie trzeba pójść, choć gdziekolwiek bądź! Gdy córka moja po raz pierwszy wyszła z żółtym biletem, i ja także poszedłem wtedy… gdyż moja córka legitymuje się żółtym biletem… – dodał nawiasowo, z pewnym niepokojem patrząc na młodzieńca. – To nic, łaskawy panie, to nic! – dorzucił skwapliwie i z pozornym spokojem, gdy obaj chłopcy parsknęli śmiechem, a i sam gospodarz się uśmiechnął. – To nic! Tego kiwania głowami nie biorę sobie do serca, albowiem już wszystkim wiadomo i cokolwiek było tajne, na jaw wychodzi; a mam się do tego nie ze wzgardą, lecz z pokorą. Niech tam! niech tam! Ecce homo! Daruj, młodzieńcze: czy możesz… Ale nie, trzeba to powiedzieć mocniej i wyraziściej: nie czy możesz, lecz czy się ośmielisz, spoglądając w tej chwili na mnie, orzec twierdząco, żem nie świnia?

Młodzieniec nie odpowiedział ani słowa.

– Owóż – ciągnął dalej mówca statecznie i nawet ze spotęgowaną tym razem godnością, przeczekawszy, aż umilkną ponowne chichoty. – Owóż, niech będę świnią, ale ona jest damą! Ja stworzony jestem na podobieństwo zwierzęcia, lecz Katarzyna Iwanowna, moja małżonka, jest osobą wykształconą, córką oficera sztabowego. Niechaj, niechaj będę szubrawcem, natomiast ona jest i wzniosłego serca, i pełna uczuć wyszlachetnionych przez edukację. A tymczasem… o, gdybyż ona mnie pożałowała! Szanowny panie, szanowny panie, przecież trzeba, żeby każdy człowiek miał bodaj jedno takie miejsce, gdzie by go pożałowano! A Katarzyna Iwanowna jest wprawdzie damą wielkoduszną, ale niesprawiedliwą… I chociaż sam rozumiem, że kiedy mię targa za kudły, to targa je nie inaczej, tylko z żałości serdecznej (albowiem, powtarzam to bez fałszywego wstydu, ona mnie targa za kudły, młodzieńcze – potwierdził z tym większą godnością, znowu słysząc prześmiechy), ale, mój Boże, gdybyż ona choć jeden raz… Lecz nie! nie! wszystko to nadaremnie i nie ma o czym gadać! nie ma o czym gadać!… Albowiem już nieraz zdarzało się to upragnione, już nieraz żałowano mnie, lecz… lecz taki już jest rys mego charakteru: jestem urodzone bydlę!

– Ja myślę – zauważył gospodarz ziewając.

Marmieładow z determinacją stuknął pięścią w stół.

– Taki już rys mego charakteru! Czy ci wiadomo, czy ci wiadomo, szanowny panie, żem przepił nawet jej pończochy? Nie trzewiki, bo to by jeszcze choć trochę przypominało zwykłą kolej rzeczy, ale przepiłem jej pończochy, pończochy!