IdiotaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Idiota
Idiota
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,85  55,88 
Idiota
Idiota
Audiobook
Czyta Elżbieta Kijowska
34,95  25,86 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


CZĘŚĆ PIERWSZA
I

W końcu listopada, w odwilż, o godzinie dziewiątej rano, po­ciąg drogi petersbursko-warszawskiej całą siłą pary zbliżał się do stolicy. Była taka wilgoć i mgła, że z tru­dnością świtało; o dziesięć kroków na prawo i na lewo od toru kolejowego nie sposób było cokolwiek dojrzeć z okien wagonu. Między pasażerami trafiło się paru powraca­jących z zagranicy; przedziały klasy III były jak zawsze najbardziej zapchane ludem prostym, trudniącym się interesami, z pobliskich okolic. Wszyscy, jak zwykle, pomęczeni, ze znużonymi przez noc oczyma, zziębnięci. Twa­rze przybrały we mgle kolor bladożółty.

W jednym z wagonów III klasy od świtu siedzieli naprzeciw siebie koło okna dwaj pasażerowie, obaj ludzie młodzi, obaj niezbyt elegancko, trochę może za lekko ubrani, obaj o dość niepospolitych twarzach i obaj skłonni do na­wiązania rozmowy. Gdyby wiedzieli jeden o drugim, przez co w danej chwili są godni uwagi, zdziwiliby się, rzecz prosta, że przypadek tak dziwnie umieścił ich naprze­ciw siebie w wagonie klasy III petersbursko-warszawskiej drogi żelaznej. Jeden z nich, niewielkiego wzrostu, wyglą­dał na lat 27, kędzierzawy, prawie brunet, o malutkich, sza­rych, ale ognistych oczach, nos szeroki i spłaszczony, twarz ściągła, cienkie wargi układały mu się bez ustanku do jakie­goś zuchwałego, drwiącego, a nawet złego uśmiechu; za to wysokie, pięknie zarysowane czoło zdobiło prostaczą dolną część twarzy. Szczególnie zwracała uwagę jej trupia bladość, nadającej całej fizjonomii młodego człowieka znamię wycieńczenia, nielicującego z dość silną budową ciała, było też jednak coś nad wyraz namiętnego, aż do bólu, coś, co na tej twarzy nie licowało z arogan­ckim i ordynarnym uśmiechem, z szorstkim, zadowolonym z siebie spojrzeniem. Ubrany był w szeroki, barankowy, czar­ny kożuch; dzięki temu nie marzł w nocy, jak jego sąsiad, który, dygocąc na całym ciele, odczuł najzupełniej słodycz rosyjskiej, wilgotnej, listopadowej nocy, do której widocznie nie był przygotowany, mając na sobie dość gruby płaszcz bez rękawów, z olbrzymim kapturem, jota w jotę taki sam, jakiego używają często podróżni zimową porą gdzieś zagranicą, na przykład w Szwajcarii, albo w północnych Włoszech, nie przewidując, rzecz prosta, takich celów po­dróży, jak Ejdkuny albo Petersburg. Co jednak dostatecz­ne i odpowiednie było w Szwajcarji, to okazało się całkiem nieodpowiednie w Rosji. Właściciel płaszcza z kapturem był człowiekiem młodym, liczył również nie więcej jak lat 27, był więcej niż średniego wzrostu, bardzo jasny blondyn, o bujnym zaroście, zapadłych policzkach, z delikatną, prawie zupełnie białą bródką. Oczy duże, niebieskie, zapatrzone w dal: w wyrazie ich było coś cichego, lecz i przygnębiają­cego, coś, po czym niektórzy na pierwszy rzut oka poznają epileptyka. Poza tym twarz młodego człowieka była dość przy­jemna, delikatna, sucha, bez kolorów, a w danej chwili na­wet sina ze zziębnięcia. W rękach huśtał mu się mizerny tobołek ze starego, wypłowiałego fularu, cały prawdopodobnie podróżny majątek. Obuwie ze sztylpami, o grubych pode­szwach… nic a nic rosyjskiego.

Ciemnowłosy sąsiad w kożuchu zdążył to wszystko już zaobserwować z braku lepszego zajęcia. Nareszcie, uśmie­chając się niezbyt delikatnie, w ten sposób, w jaki wyraża się czasem bez ceremonii, niedbale, ludzkie zadowolenie z niepowodzeń bliźniego… zdobył się na pytanie:

– Zimno?

I wzruszył ramionami.

– Bardzo – odrzekł sąsiad z nadzwyczajną uprzejmością – i niech pan zwróci uwagę, że takie zimno w od­wilż. Co by to było podczas mrozu? Nawet mi na myśl nie przyszło, że u nas tak chłodno. Odzwyczaiłem się.

– Widocznie z zagranicy?

– Tak, ze Szwajcarii.

– A niechże… pana!…

Ciemnowłosy aż zaświstał i zachichotał.

Wszczęła się rozmowa. Gotowość do dawania odpo­wiedzi na wszelkie, choćby najbardziej niedbałe, nie na miejscu i próżne pytania, stawiane przez sąsiada-bruneta, ochoczość wykazana przez jasnowłosego, młodego człowieka, była zadziwiająca i niezdradzająca ani cienia nieufności. Mówił, że istotnie dawno już nie był w Rosji, przeszło czte­ry lata, że wysłany był za granicę z powodu choroby ner­wowej, dziwnej jakiejś choroby, czegoś w rodzaju epilepsji, czy też choroby św. Wita, jakichś drgawek i konwulsji. Słuchając tych słów, brunet się uśmiechał, a najbardziej za­śmiał się, kiedy na pytanie „i cóż, wyleczyli pana?”… blon­dyn odrzekł: „nie, nie wyleczyli”.

– He! Pieniędzy pewno pan wyrzucił sporo i na próżno… A my im wciąż jeszcze wierzymy.

– Najświętsza prawda! – wtrącił się do rozmowy siedzący obok, czterdziestoletni jegomość, kiepsko ubrany, wyglądający na urzędnika zatęchłego w kancelariach, jego­mość z czerwonym nosem, silnej budowy i z wągrowatą twa­rzą – najświętsza prawda, oni tylko rosyjskie pieniądze za nic potrafią do siebie ściągać!

– O, jeżeli chodzi o mnie, to pan jesteś w błędzie – pośpieszył z odpowiedzią szwajcarski pacjent cichym i po­jednawczym głosem – wprawdzie spierać się nie mogę, bo nie wiem o wszystkim, ale mój doktor oddał mi na drogę ostatni grosz, a prócz tego dwa lata prawie utrzymywał mnie na swój koszt.

– Płacić nie miał kto? Czy jak? – spytał brunet.

– Tak, pan Pawliszczew, który na mnie łożył, umarł dwa lata temu; potem pisałem do mojej dalekiej kuzynki, generałowej Jepanczyn, ale nie otrzymałem żadnej odpowie­dzi. Przyjechałem tutaj bez jej pomocy.

– To jest dokąd… tutaj?

– Chce pan spytać, gdzie się zatrzymam? Jeszcze nie wiem, doprawdy… tak jakoś…

– Nie zdecydował się pan jeszcze?

I obaj słuchacze parsknęli głośnym śmiechem.

– Oho! A cały majątek to pewno w tym woreczku? – zapytał brunet.

– Założyłbym się, że nie inaczej – podchwycił z niezmiernie zadowoloną miną czerwononosy urzędnik – i że w wagonie bagażowym też nic nie ma; stwierdźmy jednak, że bieda nie hańbi.

Okazało się, że i tym razem było nie inaczej, młody blondyn natychmiast, w sposób niezwykle uprzedzający, nie omieszkał przyznać się do tego.

– Zawiniątko pańskie, bądź co bądź, ma pewne zna­czenie – ciąg­nął urzędnik, uśmiawszy się do syta (rzecz ciekawa, że i właściciel zawiniątka zaczął się śmiać, patrząc na nich, co jeszcze bardziej zwiększało ich wesołość) – i chociaż można się założyć, że nie zawiera ono w sobie za­granicznych złotych rulonów z luidorami, na co wskazują choćby sztylpy opinające zagraniczne obuwie pańskie, to jednak, gdy się oprócz zawiniątka przyjmie pod uwagę na ten przykład taką generałową Jepanczyn, niby krewną sza­nownego pana, to i zawiniątko nabierze nieco innego zna­czenia, ma się rozumieć, wtedy tylko, jeśli generałowa Jepan­czyn jest rzeczywiście krewną pańską i jeżeli się pan przez roztargnienie nie pomylił, co zresztą bardzo a bardzo… jest wła­ściwe człowiekowi… z nadmiaru wyobraźni chociażby…

– Ach tak, znowu pan zgadł – pośpieszył młody blondyn – doprawdy, omal że się nie pomyliłem, w istocie, prawie że nie krewna; tak dalece, że nie dziwiło mnie to na­wet wtedy, iż nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Byłem na to przygotowany.

– Wydatek niepotrzebny na marki. Hm… no, ale przynajmniej prostota i szczerość… Chwali się to! Hm… Co do generała Jepanczyna, to mam przyjemność… ponieważ osobistość powszechnie znana. A pana Pawliszczewa, co to w Szwajcarii łożył na utrzymanie pańskie, miałem przy­jemność również… o ile był to Mikołaj Andrejewicz Pawliszczew, bo jest dwóch ciotecznych braci. Drugi dotychczas na Krymie; nieboszczyk Mikołaj Andrejewicz był osobą sza­nowną, ustosunkowaną i w swoim czasie posiadaczem czte­rech tysięcy dusz.

– Tak, tak. Nazwisko jego Mikołaj Andrejewicz Pawliszczew – odpowiedziawszy, przyjrzał się młody czło­wiek uważnie i badawczo wszystkowiedzącemu panu, takich wszechwiedzących panów można niekiedy spot­kać, nawet dosyć często, w pewnych sferach towarzyskich. Wiedzą oni o wszystkim, badawczość nieposkromiona ich umysłu i zdolności skierowane są bez ustanku w jednym kie­runku… w braku, rzecz prosta, o wiele ważniejszych poglą­dów i zagadnień życiowych, jakby powiedział myśliciel współczesny. Przez słowa: „wiedzą oni o wszystkim”… ro­zumieć należy dziedzinę zresztą dosyć zamkniętą: w jakiej instytucji pracuje, kogo zna, jaki ma majątek, gdzie był gu­bernatorem, z kim ożeniony, co wziął za żoną, kto jest jego ciotecznym bratem, kto kuzynem itd., itd. w tym ro­dzaju. Zazwyczaj ci wszystkowiedzący mają dziury na łok­ciach i pobierają 17 rubli pensji miesięcznej. Ludzie, o któ­rych wiedzą oni najdokładniejsze szczegóły, nie byliby w stanie, rzecz prosta, wskazać, co za wyrachowanie kieruje ni­mi, a tymczasem wielu z nich osiąga dzięki tej wiedzy, rów­nającej się całej nauce, radość najzupełniejszą, dochodzą do samoszacunku, a nawet wyższego zadowolenia duchowego. Pociągająca nauka! Widziałem uczonych, literatów, poetów, działaczy politycznych, którzy szukali i znaleźli w tej nauce swe najwyższe zadowolenia i cele… i nawet na tym jedynie zrobili karierę.

W ciągu całej tej rozmowy młody brunet ziewał, pa­trzył bezmyślnie w okno i z niecierpliwością wyglądał końca podróży. Roztargniony, może nawet zanadto roztargniony, omalże niestrwożony, stawał się czasem aż dziwaczny; to słu­chał i nie słuchał, to patrzył i nie patrzył, to znów śmiał się, nie wiedząc z czego.

– Przepraszam, a z kim mam zaszczyt… – ni stąd, ni zowąd zagadnął wągrowaty jegomość młodego blondyna z zawiniątkiem.

– Książę Leon Mikołajewicz Myszkin – odpowie­dział z całą uprzejmością młody człowiek.

– Książę Myszkin? Leon Mikołajewicz? Nie mam przyjemności. Nie zdarzało mi się nawet spotkać… – odpowie­dział w zamyśleniu urzędnik – chciałem powiedzieć… to jest nie miałem na myśli nazwiska. Nazwisko historyczne. W historii Karamzina można i powinno się z nim spotkać… a ja o osóbce… coś… jakoś tych książąt Myszkinów się nie spotyka. Ani słychu, ani dychu o czymś podobnym.

 

– Ma się rozumieć – natychmiast odrzekł książę. – Książąt Myszkinów zupełnie już obecnie nie ma, wyjąwszy mnie; zdaje mi się, iż jestem ostatni. Co się tyczy ojców i dziadów, to niektórzy z nich pracowali i na roli: szlachta zagonowa!… Ojciec wprawdzie był podporucznikiem w armii… z junkrów. Ot, generałowa Jepanczyn też z książąt Myszkinów. Nie wiem nawet jakim cudem. Też ostatnia w swoim rodzaju.

– Ostatni w swoim rodzaju, he, he, to się panu uda­ło – zachichotał urzędnik.

Uśmiechnął się również i brunet.

Blondyn zdziwił się nieco, że mu się udał zresztą dość marny kalambur.

– Niech pan sobie wyobrazi, mnie to tak od niechce­nia… – powiedziałem zupełnie bez myśli… – objaśniał zdziwiony.

– No, tak, tak, rozumie się – wesoło potakiwał urzędnik.

– Czy książę tam może się czegoś uczył u tego profesora? – zapytał nagle brunet.

– Tak… studiowałem…

– A ja nigdy się niczego nie uczyłem.

– No, ja też przecież cokolwiek, tak, aby… – do­dał książę, jakby na swoje usprawiedliwienie. – Uznali za niemożliwe z powodu choroby uczyć mnie czegokolwiek systematycznie.

– Rogożynych pan zna? – spytał szybko brunet.

– Nie, nie mam przyjemności. Ja w Rosji przecież mało kogo znam. A czy pan jest Rogożyn?

– Tak, Rogożyn, Parfen.

– Parfen? Czy to aby nie z tych samych Rogożynów… – rozpoczął z robioną powagą urzędnik.

– Z tych samych, z tych samych – przerwał mu szybko z niecierpliwością i niegrzecznie brunet, który ani razu zresztą nie zwracał się do wągrowatego urzędnika, a od sa­mego początku zwracał się tylko do księcia.

– A więc jakże to? – zdębiał urzędnik, oczy o ma­ło mu na wierzch nie wylazły i twarz poczęła się w mgnieniu oka układać w jakiś wyraz pokory i służalstwa, a nawet przestrachu – więc to tego samego Siemiona Parfenowicza Ro­gożyna, który zmarł z miesiąc temu, tego samego dziedzicz­nego szlachcica honorowego, co zostawił po sobie dwa i pół miliona kapitału?

– A ty skąd o tym wiesz, że zostawił dwa i pół mil­iona czystego kapitału? – przerwał mu brunet, nie darząc go i tym razem spojrzeniem – widzisz go… – mrugnął do księcia, wskazując urzędnika – i co mu z tego przyjdzie, że się czepia jak rzep psiego ogona… A to, że ojciec mój umarł… to prawda. A ja dopiero po miesiącu, omal że bez butów pę­dzę z Pskowa do domu. Ani brat szubrawiec, ani nawet matka pieniędzy ni zawiadomienia nie przysłali. Nic, nic. Jak z psem. Przez cały miesiąc trząsłem się w gorączce w Psko­wie.

– A teraz za jednym zamachem cały milionik się sprzątnie… i to co najmniej, o Boże – klasnął w ręce urzędnik.

– Czego on, no niech pan powie? – ze złością i nie­chęcią kiwnął na niego znów Rogożyn – przecież ani gro­sza nie dostaniesz, choćbyś tu przede mną na łbie stawał.

– I będę, będę stawał.

– To ci dopiero nie dam, nie dam, choćbyś ty tu cały tydzień tańcował.

– Nie dawaj. Nic mi się nie należy, nie dawaj! Ale tańczyć będę. Żonę i małe dzieci rzucę, a przed tobą tańczyć będę. Pochwal tylko!…

– Tfu!… – splunął brunet. – Pięć tygodni temu ja tak, jak i pan – zwrócił się do księcia – z jednym za­winiątkiem tylko, uciekłem od ojca do Pskowa, do ciotki, tam gorączka zwaliła mnie z nóg, a on tymczasem beze mnie umarł. Ospa go zdusiła. Niech mu ziemia lekką będzie, ale o mały włos byłby mnie na śmierć zatłukł. Czy książę uwierzy? Dalibóg! Żebym nie uciekł, byłby mnie zatłukł.

– Czy go pan czym obraził? – odezwał się książę z pewną jemu właściwą ciekawością, przypatrując się milionerowi w kożuchu. I jakkolwiek i w milionie i w dziedzi­czeniu spadku mogło być coś godnego uwagi, to jednak księcia interesowało jeszcze coś innego; zresztą i Rogożyn upa­trzył sobie z jakiegoś powodu w księciu swego powiernika, jakkolwiek powiernik był mu potrzebny raczej mechanicznie niż moralnie, bardziej przez roztargnienie niż przez prostoduszność; z trwogi, ze wzruszenia, aby móc patrzeć na ko­gokolwiek i mleć o czym bądź językiem. Zdawało się, że dotychczas ma on jeszcze gorączkę, a co najmniej febrę.

Tymczasem urzędnik zawisł niemal nad Rogożynem, nie śmiał złapać tchu, chwytał i ważył każde słowo, jakby poszukiwał brylantu.

– Że się rozgniewał, to rozgniewał, było może i o co – odpowiadał Rogożyn – ale brat dopiekł mi najbardziej. O matce nie ma co mówić, kobieta stara, Czeti Minei czyta, z babami siedzi, a co braciszek Sienka powie, tak być musi. Czemuż to on nie dał mi znać na czas? Wiemy, o co chodzi! I to prawda, że byłem wtedy bez przytomności. Mó­wią, że depeszowali. Ale depesza do ciotki przyszła. Trzy­dzieści lat, jak jest wdową, od rana do nocy siedzi z bigot­kami, o zbawieniu duszy myślącymi. Mniszka nie mniszka, albo jeszcze co gorszego. Depeszy się zlękła i nierozpieczętowaną oddała na policję, leżała tam aż dotąd. Tylko Koniew Wasyl Wasylewicz wydobył mnie z kłopotu… opisał wszyst­ko. Z całunu złotogłowego na grobie ojca braciszek frędzle złotolite poobrzynał, niby że, patrzcie, jakie pieniądze kosztują. Za to jedno może pójść na Sybir, niech tylko ze­chcę, ot przecież świętokradztwo. Hej, ty czupiradło – zwrócił się do urzędnika. – Co, według prawa, święto­kradztwo?…

– Tak, tak, świętokradztwo! – powtarzał urzędnik.

– Za to na Sybir?

– Na Sybir, na Sybir! Od razu na Sybir!

– Oni myślą wszyscy, że ja jeszcze chory – ciągnął dalej Rogożyn, zwracając się do księcia – a ja, nic nie mó­wiąc, cichutko, jeszcze niezdrów, do wagonu… i jazda; otwieraj wrota, bracie, bracie Siemionie Siemionyczu! On mnie przed ojcem obgadywał, wiem. A że istotnie przez Nastazję Filipownę wtedy ojca rozgniewałem, to prawda. Tu rzeczywiście moja tylko wina. Straciłem rozum.

– Przez Nastazję Filipownę? – niewolniczo wtrą­cił urzędnik, coś kombinując.

– Toć nie wiesz przecież, o kim mowa! – krzyknął na niego zniecierpliwiony Rogożyn.

– A właśnie, że wiem! – zwycięsko odrzekł urzędnik.

– Patrzcie go! Toć mało Nastazyj Filipowien! I ja­kie z ciebie natrętne bydlę. Czuła moja dusza, że uczepi się mnie, ot taki bydlak! – zwrócił się do księcia.

– Wiedzieć może i wiem – naprzykrzał się urzęd­nik. – Lebiediew wie! Jaśnie oświecony raczy mi robić wyrzuty, a co, jeśli dowiodę? Ta właśnie Nastazja Filipowna, za którą ojciec o mało pana nie wyłoił kalinowym kijem, nazywa się Baraszkowa i jest, że tak powiem, wielką damą i też księżną w swoim rodzaju, a zna się z jednym tylko, z pewnym Atanazym Iwanowiczem Tockim, z obywatelem i kapitalistą wielkim, członkiem, akcjonariuszem wielu towa­rzystw i z tego powodu przyjacielem generała Jepanczyna.

– He, he, patrz no, jak on to wszystko… – zdziwił się ostatecznie Rogożyn – tfu, niech go diabli, toć napraw­dę wie.

– O wszystkim wie. Lebiediew wie o wszystkim! Ja, jaśnie oświecony, i z Olesiem Lichaczowym jeździłem dwa miesiące i też po śmierci ojca, i wszystkie kąty i zakątki znam i doszło nawet do tego, że bez Lebiediewa ani kroku. Pracuję w kancelarii dłużników, gdzie miało się sposobność poznać i Armansównę i Koralię i księżnę Packą i Nastazję Filipownę, i kogo w ogóle nie miało się sposobności poznać!

– Nastazję Filipownę? Jak to, czyż ona z Lichaczowem… – Rogożyn spojrzał na niego wrogo, wargi mu zsi­niały i drgnęły.

– Nic a nic! Ani troszkę! – spostrzegł się i dodał pośpiesznie urzędnik. – Za żadne skarby nie udało się Lichaczowowi! O nie, to nie Armansówna. Tu jeden tylko Tocki. Wieczorem w Wielkim albo Francuskim siedzi we własnej loży. Oficerowie, co to między sobą Bóg wie o czym gadają, a tu niczego nie mogą dowieść, nic powiedzieć: „oto właśnie ta Nastazja Filipowna”… i tyle; poza tym nic, bo i nie ma nic poza tym.

– To wszystko tak – ponuro i spode łba przytakiwał Rogożyn – to samo mówił mi Zależew. Biegłem raz w trzyletnim ojcowskim kaszkiecie po Newskim, a ona wychodzi ze sklepu i siada do karety. Jakby mnie kto obu­chem. Spotykam Zależewa; ani mi się umywać do niego, chodzi jak fryzjer, szkło w oko… a my tymczasem u ojca w butach wyszuwaksowanych i na nieokraszonym barszczu paradowaliśmy. Powiada: nie dla ciebie para, to księżna, zwie się Nastazja Filipowna Baraszkowa, żyje z Tockim. Tocki nie wie, jak odczepić się od niej, bo już całkiem… to jest pięćdziesiątka stuknęła i żenić się chce z najpierwszą pięk­nością w całym Petersburgu. Jednocześnie powiada, że mogę ją spotkać dziś w Teatrze Wielkim na balecie, w loży. Niech oby który z nas u ojca spróbował pójść na balet: awantura, zabiłby. Ja jednak po kryjomu wyrwałem się na godzinkę i znów zobaczyłem Nastazję Filipowną: całą noc nie spałem. Rano daje mi ojciec dwa papiery procentowe, po pięć tysięcy każdy, idź, powiada, i sprzedaj: siedem tysięcy pięćset zaniesiesz do Andrejewych do kantoru, a resztę przyniesiesz tu, nigdzie nie zachodząc, i oddasz mnie. Będę na ciebie cze­kał. Papiery sprzedałem, ale do Andrejewych już nie cho­dziłem, poszedłem, nie zwracając na nic uwagi, do angielskie­go jubilera i za wszystko, co miałem, sprawiłem dwa kolczyki, po brylanciku jak orzech w każdym. Czterysta rubli zostałem jeszcze dłużny. Wymieniłem nazwisko. Uwierzyli. Z kol­czykami do Zależewa. Mówię: tak i tak, chodź do Nastazji Filipowny. Co pod nogami, co przede mną, co z boku, nic nie wiem, nie pamiętam. Weszliśmy wprost do salonu, wy­szła sama do nas. Nie powiedziałem nawet jakoś wtedy, że to ja sam, a że „od Parfena Rogożyna na pamiątkę wczo­rajszego spotkania – powiada Zależew – zechce pani ła­skawie przyjąć”. Otworzyła, spojrzała, uśmiechnęła się. „Niech pan podziękuje przyjacielowi swemu, panu Rogoży­nowi, za jego uprzejmość”. Kiwnęła głową i wyszła. Ach, czemuż ja tam wtedy nie umarł na miejscu. Poszedłem wte­dy, bo myślałem: „Wszystko jedno, już nie wrócę żywy!”. A najbardziej dotknęło mnie to, że ta bestia Zależew przywłaszczył wszystko sobie. Mały, ubrany jak andrus, stoję, milczę, oczy na nią wybałuszam, bo mi wstyd, a on modnie ubrany, wypomadowany, ufryzowany, rumiany, krawat w kratkę… cholewki smali, szasta się, przegina się… na pewno wzięła go za mnie! Jakeśmy wyszli, powiadam: „A ty nie waż mi się nawet myśli do głowy dopuszczać, rozumiesz!”. Roześmiał się. „Ciekawe, jak to ty teraz będziesz ojcu zda­wał sprawę?”. Wolałbym wtedy, co prawda, od razu do wo­dy, ale myślę sobie, co tam, wszystko jedno… i wróciłem do domu jak opętany.

– Ech! Uch! – stękał urzędnik, czując lekki dresz­czyk po skórze – a trzeba wiedzieć, że nieboszczyk nie za dziesięć tysięcy, ale za dziesięć rubeliansów doprowadzać umiał ludzi do światłości wiekuistej – rzucił księciu.

Książę z ciekawością przyglądał się Rogożynowi; zdawało się, że był on jeszcze bledszy w tej chwili.

– Ale, do światłości wiekuistej! – wymówił Rogo­żyn – a ty skąd wiesz? I natychmiast – mówił dalej do księcia – o wszystkim się dowiedział, zresztą i Zależew każdemu, kto się nawinął, o wszystkim plótł. Zamknął mnie ojciec na górze i całą godzinę prawił: „Teraz cię tylko tak przygotuję, a na dobranoc przyjdę jeszcze pożegnać się z to­bą”. Wyobraźcie sobie! Pojechał stary do Nastazji Filipownej; kłaniał się do ziemi, błagał i płakał; wyniosła mu pu­dełko, skoczyła i powiada: „Masz, stary pryku, swoje kol­czyki, teraz stały mi się one dziesięć razy droższe, kiedy z ta­kim strachem dobywał je Parfen. Kłaniaj się – powiada – i podziękuj ode mnie Parfenowi Siemionyczowi”. Ja tymcza­sem z błogosławieństwem matki dostałem dwadzieścia rubli od Sieriożki Protuszyna i jazda pociągiem do Pskowa. Przy­jechałem z febrą; baby zaczęły tam zamawiać chorobę ró­żańcem, ja siedzę pijany, potem za resztę, co mi została, włóczyłem się po szynkach i bez zmysłów tarzałem się gdzieś w rynsztoku. Nad ranem już gorączka, a tymczasem w nocy psy mnie w dodatku obgryzły. Ledwo do siebie przyszedłem.

– No, no, ale teraz to zaśpiewa Nastazja Filipowna – zacierając ręce, chichotał urzędnik – co tam kolczyki! Teraz się sprawi takie kolczyki!

– Słuchaj, jeżeli ty mi raz jeszcze słowo o Nastazji Filipownie powiesz, to Bóg mi świadkiem, że cię spiorę, po­mimo to, żeś z Lichaczowem jeździł! – krzyknął Rogożyn, chwytając go mocno za rękę.

– A jak spierzesz, to tym samym nie odrzucisz! Bij! Spierzesz i tym samym zatwierdzisz!… Otóż przyjechaliśmy!

Rzeczywiście wjeżdżano na dworzec. Chociaż Rogo­żyn mówił, że wyjechał po cichutku, czekało już na niego pa­rę osób. Krzyczeli i machali czapkami.

 

– Patrzcie, jest i Zależew! – mruczał Rogożyn, pa­trząc na nich z triumfującym i nawet jakby złym uśmiechem; nagle odwrócił się do księcia. – Książę, nie wiem, za com cię polubił. Może dlatego, że cię w takiej chwili spotkałem, ale przecież i jego spotkałem (wskazał na Lebiediewa), a nie pokochałem. Zajdź do mnie, książę. Zdejmiemy z ciebie te kamaszki, ubiorę cię w futro z kuny, w najlepsze jakie mam; frak ci sprawię najprzedniejszy, kamizelkę białą, albo i jaką chcesz, pieniędzy napcham ci pełne kieszenie i… pojedziemy do Nastazji Filipowny. Przyjdziesz czy nie?

– Uważaj, książę Leonie Mikołajewiczu! – poważ­nie i z namaszczeniem podchwycił Lebiediew. – Nie wypuszczaj sposobności!…

Książę Myszkin wstał, podał uprzejmie rękę Rogożyno­wi i powiedział jak najuprzejmiej:

– Z największą przyjemnością przyjdę i bardzo jestem panu wdzięczny za to, że mnie pan pokochał. Może nawet dziś zajdę, jeśli zdążę. Powiem panu szczerze, że i pan bar­dzo mi się spodobał, a szczególnie, jak pan opowiadał o tych brylantowych kolczykach. Nawet i przed kolczykami mi się pan podobał, chociaż ma pan twarz ponurą. Dziękuję pa­nu za obiecane futro i ubranie, niezadługo mi się przy­dadzą. A i pieniędzy w chwili obecnej nie mam ani gro­sza prawie.

– Pieniądze będą, do wieczora będą, przyjdź tylko!

– Będą, będą – wtrącił urzędnik – jeszcze przed wieczorem, przed zachodem słońca!

– A płci pięknej jesteś książę amatorem? Mów od razu!

– Ja n…n…nie! Ja przecież… Pan pewno nie wie, że ja z powodu choroby zupełnie kobiet nie znam.

– Kiedy tak – krzyknął Rogożyn – wychodzi na to, że jesteś, książę, pomylony, a takich Bóg kocha.

– Tak, takich Bóg miłuje – wtrącił urzędnik.

– A ty, pieniaczu, chodź ze mną – zwrócił się Ro­gożyn do Lebiediewa i wszyscy wyszli z wagonu.

Skończyło się na tym, że Lebiediew dopiął swego. Wkrótce hałaś­liwa banda skierowała się w stronę Wozniesieńskiego. Książę musiał zawrócić na Litiejną. Wilgotno było i mokro; książę wybadywał przechodniów; okazało się, że ma ze trzy wiorsty drogi. Postanowił jechać dorożką.