Idiota

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Idiota
Idiota
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 55,94  44,75 
Idiota
Idiota
Audiobook
Czyta Elżbieta Kijowska
34,95  24,81 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

II

Generał Jepanczyn mieszkał nieco w bok od ulicy Litiejnej, koło cerkwi Przemienienia, w swojej własnej wspaniałej kamienicy, której większą część wynajmował lokatorom. Oprócz tej kamienicy nadzwyczajne dochody przynosił mu duży dom na Sadowej. Do powyższych posiadłości należy jeszcze dodać niemały i intratny majątek pod samym Petersburgiem oraz jakąś fabrykę w petersburskim powiecie. Wiedziano o generale, że dawno temu parał się dzierżawą, teraz zaś był udziałowcem kilku solidnych spółek akcyjnych, w których dosyć liczono się z jego głosem. Słynął powszechnie jako człowiek wielkich pieniędzy, wielkich interesów i wielkich układów. Umiał wyrobić sobie w paru miejscach (między innymi u siebie na służbie) pozycję osoby niezbędnej. Z drugiej strony wszyscy wiedzieli, że Iwan Fiodorowicz nie ma wykształcenia i pochodzi z prostej żołnierskiej rodziny, i chociaż fakt ten mógł mu przysporzyć jedynie honoru, generał – człowiek ze wszech miar rozumny, niepozbawiony jednak i pewnych maleńkich, aczkolwiek zupełnie wybaczalnych słabostek – nie lubił aluzji na ten temat. Mimo to takie jego cechy, jak mądrość i spryt były niekwestionowane. W życiu kierował się zawsze zasadą „niewychylania się”, a nawet ukrywania w cieniu innych, jeśli zachodziła taka potrzeba. Wielu widziało w tym zachowaniu prostotę i właśnie za nią, za to, że znał swoje miejsce – ceniło generała. Gdyby jednak przy tym zdawano sobie sprawę, co dzieje się niekiedy na dnie duszy Iwana Fiodorowicza, tak dobrze „znającego swoje miejsce”! Chociaż istotnie odznaczał się on pewnymi niebagatelnymi zdolnościami, praktyczną wiedzą i doświadczeniem życiowym, lubił, aby upatrywano w nim nie pomysłodawcę, a jedynie wykonawcę cudzych idei, człowieka „szczerze oddanego, acz nie pochlebcę” a nawet, ach, czasy, czasy! – otwartą, szczerą rosyjską duszę. Przydarzyło mu się w związku z tym kilka zabawnych (nawet bardzo zabawnych) historii, ale generał nie tracił nigdy animuszu, nawet z powodu zabawnych historii. Szczęściło mu się ponadto we wszystkich dziedzinach życia, nie wyłączając kart; obstawiał zawsze bardzo wysoko i nie tylko nie zamierzał ukrywać tej swojej niewielkiej słabostki, w wielu wypadkach bardzo mu przydatnej, ale na odwrót – eksponował ją. Obracał się w towarzystwie różnorakim, ale naturalnie zawsze przynależnym do wysokich i wpływowych sfer. Prawdziwa przyszłość jednak była jeszcze przed generałem. Czas się nie spieszył, szedł cierpliwie, i wszystko z czasem powinno było przyjść, wszystko miało swoją kolej. Był przecież generał, jak to mówią, w pełni męskich sił, osiągnął wiek pięćdziesięciu sześciu lat, wiek zatem kwitnący, wiek, od którego tak naprawdę dopiero zaczyna się prawdziwe życie. Zdrowie, cera, mocne, chociaż poczerniałe zęby, krępa i krzepka budowa ciała, zatroskany wyraz twarzy rano na służbie, a wesoły wieczorem przy kartach lub u jego wysokości – wszystko to zapowiadało przyszłe sukcesy jego ekscelencji i  słało drogę jego życia różami.

Generał posiadał też wspaniałą rodzinę. Wprawdzie trzeba przyznać, że ta sfera jego życia nie układała się tak pomyślnie, jak pozostałe, ale i tutaj nie brakło punktów, wokół których już od dość dawna krążyły najintymniejsze nadzieje i najważniejsze dążenia jego ekscelencji. Bo czy są na świecie cele ważniejsze i świętsze, niż obowiązki rodzica wobec dzieci? Na czym, jeśli nie na rodzinie warto oprzeć budowlę swego życia? Rodzina generała składała się z czterech osób: z małżonki i trzech dorosłych córek. Ożenił się Iwan Fiodorowicz dość wcześnie, będąc jeszcze w randze porucznika. Jego wybór padł na pannę prawie równą z nim wiekiem, nieodznaczającą się ani szczególną urodą, ani wykształceniem. Dostał za nią również niewielki posag – najwyżej pięćdziesiąt dusz, ale to właśnie on stał się podstawą jego przyszłej fortuny. Generał nigdy się jednak nie skarżył na zbyt wczesny ożenek i nie myślał traktować go w kategoriach błędu nierozważnej młodości. Przeciwnie, małżonkę swoją do tego stopnia szanował, a czasami do tego stopnia się jej bał, że aż – kochał. Generałowa wywodziła się z książęcego rodu Myszkinów, który nie należał wprawdzie do najwspanialszych, ale za to do bardzo starych, dlatego też za swoje pochodzenie bardzo się szanowała. W czasach młodości pewna wpływowa osobistość (jeden z tego rodzaju protektorów, których protekcja nic nie kosztuje) była łaskawa osobiście zainteresować się sprawą jej małżeństwa i otworzyła do niej furtkę pewnemu młodemu oficerowi, jego zaś nie tylko nie trzeba było popychać – wystarczyło jedno spojrzenie, aby sobie poradził. Małżeństwo przeżyło ze sobą w zgodzie wiele lat (z niewielkimi wyjątkami). Jeszcze w bardzo młodym wieku, dzięki temu, że była rodowitą i ostatnią z rodu księżną, a może również dzięki osobistym zaletom charakteru, generałowa potrafiła sobie zapewnić opiekę kilku bardzo wysoko postawionych protektorek. A z czasem, w miarę rozwoju kariery i rozkwitu majątku męża zaczęła się nawet czuć swojsko w ich elitarnym kręgu.

W ciągu ostatnich lat dorosły i dojrzały wszystkie trzy córki generałostwa – Aleksandra, Adelajda i Agłaja. Wprawdzie nazywały się one tylko „Jepanczyn”, ale po matce odziedziczyły książęcą krew, miały nienajgorszy posag i ojca, który mógł w przyszłości zajść bardzo wysoko. Wszystkie trzy były przy tym naprawdę ładne, nie wyłączając najstarszej Aleksandry, która liczyła już dwadzieścia pięć lat. Druga siostra, Adelajda, miała dwadzieścia trzy lata, najmłodsza zaś, Agłaja, dopiero co skończyła dwadzieścia. Najmłodszą można było uznać za doskonałą piękność, która już zaczynała przyciągać do siebie uwagę świata. Ale nie były to jeszcze wszystkie atuty panien Jepanczyn, które odznaczały się także rozumem, wykształceniem i licznymi talentami. Wiadomo też o nich było, że bardzo się nawzajem kochały i zawsze się wspierały. Chodziły nawet słuchy o rzekomej ofierze, którą dwie starsze siostry miały złożyć na ołtarzu domowego bóstwa – najmłodszej Agłai. W towarzystwie panny Jepanczyn nie tylko nie starały się błyszczeć, ale zachowywały się nader skromnie. Nikt nie mógł im zarzucić wyniosłości ani zarozumiałości, a przy tym wszyscy wiedzieli, że są dumne i znają swoją wartość. Najstarsza z sióstr obdarzona była talentem muzycznym, średnia z dużym powodzeniem trudniła się malarstwem (co zresztą wyszło na jaw dosyć późno i przez czysty przypadek). Jednym słowem o pannach Jepanczyn słyszało się bardzo dużo dobrego, chociaż – jak to zwykle bywa – nie brakło i nieżyczliwych języków. Ze zgrozą mówiono na przykład o niezmiernej ilości książek, które miały przeczytać. Żadnej z nich nie spieszyło się też za mąż. O względy wysokiego i znanego towarzystwa również zabiegały umiarkowanie, co ceniono tym bardziej, że wiedziano, jaką pozycję i jakie ambicje ma ich ojciec.

Było już około jedenastej, gdy książę zadzwonił do drzwi generała. Generał mieszkał na drugim piętrze, w lokalu w miarę skromnym, choć urządzonym stosownie do jego pozycji. Drzwi otworzył służący w liberii, który ociągał się z wpuszczeniem interesanta z tak podejrzanym węzełkiem w ręku i któremu książę w związku z tym musiał długo tłumaczyć, kim jest i po co przychodzi. Wreszcie, po kilkakrotnych zapewnieniach, że naprawdę jest księciem Myszkinem i że musi się zobaczyć z generałem w niezmiernie ważnej sprawie, został wprowadzony przez niedowierzającego wciąż lokaja do małego przedpokoju obok poczekalni przy gabinecie i przekazany drugiemu służącemu, który dyżurował tu każdego ranka i miał za zadanie anonsować generałowi przybyłych gości. Ów drugi służący, ubrany we frak, miał mniej więcej czterdzieści lat, zatroskaną twarz i służył u jego ekscelencji jako specjalny kamerdyner, wysoko siebie za tę funkcję ceniąc.

– Niech pan zaczeka w poczekalni, a węzełek tutaj zostawi – rzekł, pomału i z godnością sadowiąc się w swoim fotelu i z surowym zdziwieniem spoglądając na księcia, który usiadł na sąsiednim krześle z  węzełkiem w rękach.

– Jeśli pan pozwoli – odparł książę – wolałbym poczekać tutaj z  panem, a nie tam, samemu.

– W przedpokoju nie wypada panu przebywać, bo pan jest interesantem, inaczej gościem. Pan do samego generała?

Lokaj najwidoczniej nie mógł się pogodzić z myślą o wpuszczeniu takiego interesanta i jeszcze raz postanowił zasięgnąć języka.

– Tak, w sprawie… – zaczął książę.

– Ja nie pytam, jaką pan ma sprawę. Moją rzeczą jest pana zaanonsować, a jak powiedziałem, nie mogę tego zrobić bez zgody sekretarza.

Zdawało się, że nieufność tego człowieka wobec księcia zamiast maleć, coraz bardziej rosła, ponieważ za bardzo się on odróżniał od zwykłych, codziennych interesantów. I chociaż generałowi zdarzało się dość często, czasami nawet każdego dnia o określonej porze przyjmować bardzo dziwnych gości, szczególnie przychodzących w interesach, to kamerdyner, bez względu na ten zwyczaj jego ekscelencji i dość liberalną instrukcję, nie mógł się zdecydować na wpuszczenie księcia i czekał z  powzięciem decyzji na sekretarza.

– A pan na pewno… z zagranicy? – zapytał w końcu jakby wbrew woli i zmieszał się. Wyglądało na to, że chciał zadać inne pytanie: „A pan na pewno to książę Myszkin?”.

– Tak. Przyszedłem tutaj prosto z pociągu. Wydaje mi się, że chciał pan zadać inne pytanie – czy na pewno jestem książę Myszkin – ale powstrzymała pana uprzejmość.

– Hmm… – mruknął zdziwiony lokaj.

– Zapewniam pana, że nie skłamałem i nie będzie pan miał przeze mnie kłopotów. A że zjawiam się w takim stanie i z węzełkiem w ręku, to nic dziwnego. W tej chwili nie mam zbyt pokaźnego mienia.

– Hm. Widzi pan, nie o to chodzi. Ja pana zamelduję, taki mam obowiązek, i sekretarz po pana przyjdzie, tylko że… No właśnie, rzecz w tym „tylko”. Chodzi o to… Pan nie idzie do generała po prośbie, jeśli wolno wiedzieć?

– Ależ nie, proszę być całkowicie pewnym. Mam inną sprawę.

– Niech mi pan daruje, spytałem, sądząc po wyglądzie. Proszę poczekać na sekretarza. Zaraz wyjdzie do pana. W tej chwili generał przyjmuje pułkownika. To sekretarz Kompanii.

 

– Widzę, że trzeba będzie poczekać. W takim razie mam prośbę do pana. Czy mógłbym tu gdzieś zapalić? Mam przy sobie fajkę.

– Za-pa-lić? – rzucił na niego wzgardliwe spojrzenie kamerdyner, jakby nie wierzył własnym uszom – zapalić? Tutaj nie wolno palić. Zresztą, jak panu nie wstyd nawet myśleć o czymś podobnym! He, dobre sobie!

– O, ja przecież nie chcę palić tutaj, przecież wiem, że tu nie wolno. Wyszedłbym do pomieszczenia, które by mi pan wskazał. Wie pan, bardzo się przyzwyczaiłem do fajki, a już od trzech godzin nie paliłem. Zresztą, jak pan chce. Jest takie przysłowie: „Kiedy wszedłeś między wrony…”.

– I jak ja mam pana zameldować takiego? – prawie wyrwało się kamerdynerowi. – Po pierwsze pan w ogóle nie powinien przebywać tutaj, tylko w poczekalni, bo pan jest interesantem, inaczej gościem. I ja się za to będę tłumaczył. A właściwie to pan chce u nas mieszkać, czy jak? – dodał, popatrując z ukosa na węzełek, który najwidoczniej nie dawał mu spokoju.

– Nie sądzę. Nie. Nawet jeśli by mnie zaproszono, i tak bym nie został. Chciałem tylko zawrzeć znajomość, nic więcej.

– Co? Zawrzeć znajomość? – podejrzliwie i ze zdziwieniem zapytał kamerdyner. – Przecież pan najpierw mówił, że ma pan interes.

– O, nie mam prawie żadnego interesu. To znaczy jeśli pan chce, to mam interes, ale chodziłoby tylko o radę. Przede wszystkim chciałem się przedstawić. Moje nazwisko brzmi „Myszkin”. Generałowa Jepanczyn jest, podobnie jak ja, ostatnią z książąt Myszkinów i tak się składa, że oprócz nas nie ma ich już więcej.

– To pan w dodatku jest krewnym? – drgnął lokaj. Wyglądał już na całkiem wystraszonego.

– Też prawie nie. Oczywiście, jeśli się uprzeć, to jesteśmy krewnymi, ale bardzo dalekimi, tak że właściwie jakbyśmy nimi nie byli. Napisałem z zagranicy jeden list do generałowej, ale nie dostałem odpowiedzi. Mimo wszystko postanowiłem po powrocie nawiązać z nią stosunki. Chcę to wszystko teraz panu wytłumaczyć, żeby nie miał pan żadnych wątpliwości, bo widzę, że pan jest wciąż zaniepokojony. Proszę po prostu zaanonsować księcia Myszkina. Przyczyna moich odwiedzin będzie wtedy sama przez się zrozumiała. Przyjmą mnie – dobrze; nie przyjmą – może jeszcze lepiej. Chociaż wydaje mi się, że raczej przyjmą, bo, jak słyszałem, generałowa przywiązuje bardzo dużą wagę do swego rodowodu, więc na pewno zechce poznać najstarszego, a zarazem jedynego przedstawiciela swojego rodu.

Książę mówił w zasadzie bardzo prosto, im jednak prościej się wyrażał, tym bardziej nieskładnie to brzmiało. Kamerdyner, który był człowiekiem doświadczonym, nie mógł nie poczuć, że cała ta rozmowa, stosowna, gdyby uczestniczyli w niej ludzie na tym samym poziomie, była całkowicie nie na miejscu pomiędzy gościem i służącym. A ponieważ służący są zazwyczaj znacznie mądrzejsi, niż sądzą ich chlebodawcy, również kamerdyner wytłumaczył to sobie na dwa sposoby: albo książę jest zwykłym wydrwigroszem, który przyszedł po prośbie, albo po prostu niewinnym durniem bez ambicji, bo mądry książę nie sterczałby w przedpokoju, tłumacząc się przed służącym i w związku z tym nie trzeba by było za niego świecić oczami.

– Mimo wszystko powinien pan przejść do poczekalni – zaznaczył lokaj z możliwie największym naciskiem.

– Być może. Ale wtedy niczego bym nie wytłumaczył i pana na pewno by wciąż męczył mój płaszcz i węzełek. A teraz może pan nawet uzna, że może mnie zaanonsować sam, bez sekretarza.

– Kogoś takiego nie mogę zaanonsować sam. Poza tym miałem przed chwilą wyraźne polecenie, aby nie niepokoić generała przed wyjściem pułkownika. A Gawriła Ardalionowicz może wchodzić bez zapowiedzi.

– To państwowy urzędnik?

– Gawriła Ardalionowicz? Nie. Pracuje w Spółce sam z siebie. A  węzełek niech pan tam postawi.

– Jeśli pan pozwoli. Właśnie o tym myślałem. I płaszcz zdejmę, jeśli można.

– Oczywiście, przecież nie wejdzie pan do generała w płaszczu.

Książę wstał i szybko się rozebrał. Okazało się, że pod płaszczem miał całkiem przyzwoitą i zgrabnie skrojoną, choć nieco już znoszoną marynarkę. Na kamizelce widniał metalowy łańcuszek ze srebrnym damskim zegarkiem.

Chociaż książę wydał się lokajowi niegroźnym głuptasem i, nie wiadomo dlaczego, spodobał mu się (naturalnie w pewnym sensie), to z drugiej strony wzbudzał w nim prymitywne oburzenie. W związku z tym kontynuowanie rozmowy uznał on za rzecz niewłaściwą.

– A kiedy przyjmuje generałowa? – zapytał książę, sadowiąc się ponownie na swoim miejscu.

– To już nie należy do moich obowiązków. Przyjmuje różnie, zależy kogo – na przykład modystkę może przyjąć nawet o jedenastej. Gawriła Ardalionowicz też może przychodzić wcześniej niż inni, nawet na pierwsze śniadanie.

– Tutaj u was w domach zimą jest cieplej niż za granicą – zauważył książę – ale za to tam na dworze cieplej. Rosyjski człowiek zimą nie mógłby mieszkać w tamtejszych domach, ponieważ nie jest do takich warunków przyzwyczajony.

– Nie palą?

– W ogóle. I domy mają inaczej zbudowane; to znaczy piece i okna są inne.

– Hm. A jak długo raczył pan mieszkać za granicą?

– Cztery lata. Zresztą prawie cały czas mieszkałem w tym samym miejscu, w pewnej wsi.

– Odwykło się od Rosji?

– O, tak. Wie pan, sam sobie się dziwię, że nie zapomniałem rosyjskiego. Rozmawiam teraz z panem i myślę sobie: „przecież mówię dobrze”. I to prawda. Może właśnie dlatego tyle mówię. Słowo daję, od wczoraj czuję przemożną chęć mówienia po rosyjsku.

– Hm! Che! A wcześniej mieszkał pan w Petersburgu? (Jakby się lokaj nie starał, nie mógł nie podtrzymać tak uprzejmej i ciekawej rozmowy).

– W Petersburgu? Nie, prawie tu nie mieszkałem, bywałem tylko czasami, przejazdem. Praktycznie nie znałem tego miasta, ale i tak, mówią, teraz się tutaj tyle zmieniło, że nawet jeśli ktoś znał Petersburg wcześniej, to musi go teraz na nowo poznawać. Dużo ostatnio się tu mówi na temat sądów.

– Hm. Sądy. Mamy sądy, to prawda. A tam sądy sprawiedliwsze od naszych?

– Nie wiem. Za to o naszych sądach słyszałem wiele dobrego, na przykład to, że nie skazują na śmierć.

– A tam skazują?

– Tak. Widziałem we Francji, w Lyonie. Schneider mnie tam zabrał.

– Wieszają?

– Nie. We Francji do tej pory ścinają głowy.

– No i jak, krzyczą?

– Gdzie tam! To jeden mig. Kładą człowieka na płask i spada na niego taki szeroki nóż (gilotyna się nazywa) – ciężko i z wielką siłą. Głowa odskakuje, zanim zdążysz okiem mrugnąć. Przygotowania są ciężkie do zniesienia. Ogłaszają wyrok, przygotowują człowieka, wiążą, wprowadzają na szafot. To właśnie jest okropne. Gromadzą się ludzie, nawet kobiety, chociaż tam nie lubią, żeby kobiety patrzyły.

– Nie ich sprawa.

– Oczywiście! Oczywiście! Taka męka!… Ten przestępca był mądrym człowiekiem, nieustraszonym i silnym. Miał już swoje lata, nazywał się Legros. I co? Niech pan wierzy albo nie, ale jak wchodził na szafot, to płakał i był blady jak papier. Czy tak można postępować z człowiekiem? Czy to nie okropne? Bo kto i kiedy płacze ze strachu? Nigdy nie myślałem, że może płakać ze strachu nie dziecko, ale dorosły, ktoś, kto nigdy w życiu nie płakał, czterdziestopięcioletni mężczyzna. Co się wtedy dzieje z jego duszą, do jakich spazmów się ją doprowadza? To jest poniewieranie duszy, nic więcej. Jest powiedziane: nie zabijaj, a więc, czy można kogoś zabić za to, że on sam zabił? Nie, nie wolno. Już miesiąc minął, jak to widziałem, a do tej pory stoi mi wszystko przed oczami. Z pięć razy mi się śniło.

Książę nawet się nieco ożywił podczas mówienia i na jego bladej twarzy pojawił się delikatny rumieniec, chociaż głos pozostawał przez cały czas cichy. Kamerdyner obserwował go ze współczującym zainteresowaniem, jakby nie mógł się oderwać. Możliwe, że również był człowiekiem rozumnym i niepozbawionym wyobraźni.

– Dobrze jeszcze, że się taki długo nie męczy – zauważył – jak mu głowa odpada.

– Wie pan? – podchwycił natychmiast książę. – Rozumuje pan tak samo jak wszyscy; nawet maszynę po to wynaleziono, gilotynę. A mnie wtedy przyszła do głowy taka myśl: a jeśli to nie tylko nie lepiej, ale nawet gorzej? Panu się to wydaje śmieszne, dzikie, ale przy pewnej wyobraźni, to nawet taka rzecz przyjdzie człowiekowi do głowy. No bo proszę pomyśleć: na przykład tortury. Owszem: męka cielesna, cierpienia i rany, ale jak by nie było, one odwracają uwagę od cierpień duszy, tak że cierpisz tylko od ran, aż umrzesz. A przecież najgorszy, najokropniejszy ból tkwi może nie w ranach, tylko pewności, że dokładnie za godzinę, za dziesięć minut, za pół minuty, teraz, właśnie w tym momencie dusza wyleci z ciała i przestaniesz być człowiekiem. I że to się stanie na pewno, nieodwołalnie. Najważniejsze jest to, że n a pewn o. Najstraszniejszy jest ten ułamek sekundy, kiedy układasz głowę dokładnie pod ostrzem i słyszysz jego świst, kiedy spada na twoją głowę. I wie pan, ja teraz nic nie zmyślam, tak wielu ludzi mówiło. Wierzę im do tego stopnia, że powiem panu, co myślę: śmierć za zabójstwo to kara niewspółmiernie przewyższająca przestępstwo. Zabójstwo z wyroku jest niewspółmiernie straszniejsze od zwykłego morderstwa. Człowiek, którego zabija bandyta – zarzyna nocą w lesie albo morduje w jakiś inny sposób – zawsze ma jeszcze nadzieję, że się uratuje. Do ostatniej chwili. Były przecież takie wypadki: komuś poderżnięto gardło, a on jeszcze próbował uciekać albo błagał o litość, bo miał nadzieję. A przy zabójstwie z wyroku tę ostatnią nadzieję, z którą lżej umierać, odbiera się na pewno. Na tym polega wyrok. I w tej pewności, że na pewno już nie uciekniesz, tkwi cała straszliwa męka, i nie ma od niej nic straszniejszego na świecie. Niech pan postawi żołnierza naprzeciwko armaty w czasie bitwy i zacznie do niego strzelać. Będzie miał nadzieję. Ale niech pan temu samemu żołnierzowi przeczyta wyrok na pewno zwariuje albo zacznie płakać. Kto powiedział, że ludzka natura może to znieść i nie popaść w szaleństwo? Po co takie znęcanie się – ohydne, niepotrzebne, bezsensowne? Może jest gdzieś na świecie człowiek, który to przeżył: przeczytali mu wyrok, dali się pomęczyć, a potem powiedzieli „Idź, darowano ci”. O, możliwe, że od takiego człowieka można by się czegoś dowiedzieć. O takiej męce mówił Chrystus. Nie, z człowiekiem nie wolno tak postępować.

Chociaż kamerdyner nie mógłby wszystkiego tak właśnie sformułować, zrozumiał główną myśl księcia. Świadczyło o tym nawet malujące się na jego twarzy wzruszenie.

– Jeśli już pan tak bardzo chce zapalić – rzekł – to można, byle szybko, bo jakby generał nagle pana wezwał, a pana by nie było? Wejdzie pan w te drzwi, na prawo będzie taka komórka; tam można zapalić, tylko lufcik niech pan otworzy, żeby się dym nie rozchodził po domu.

Księciu nie było jednak dane zapalić, ponieważ do przedpokoju wszedł nagle młody mężczyzna z papierami w ręku. Spojrzał na księcia kątem oka, gdy kamerdyner zdejmował z niego futro.

– To jest, Gawriło Ardalionowiczu – zaczął kamerdyner konfidencjonalnie, niemal familiarnym tonem – książę Myszkin, jak sam mówi, krewny naszej pani. Przyjechał z zagranicy pociągiem, z jednym węzełkiem…

Dalszych słów książę już nie dosłyszał, ponieważ kamerdyner zniżył głos do szeptu. Gawriła Ardalionowicz słuchał uważnie i spoglądał na księcia z dziwnym zainteresowaniem. Wreszcie przestał słuchać i  niecierpliwym krokiem zbliżył się do gościa.

– Pan jest książę Myszkin? – zapytał nadzwyczaj miłym i uprzejmym głosem. Był to dość wysoki, bardzo przystojny, może dwudziestoośmioletni blondyn, o rozumnej i bardzo pięknej twarzy ozdobionej napoleońską bródką. Tylko jego uśmiech, niezwykle uprzejmy, był jakiś zbyt wyrafinowany, zęby zbyt równe i zbyt perłowe, a oczy, pomimo pogody i  prostoduszności, jakoś zbyt natarczywe i badawcze.

„Zdaje się, że kiedy jest sam, to patrzy zupełnie inaczej i bardzo możliwe, że nigdy się nie uśmiecha” – błysnęło księciu jakieś przeczucie.

Książę szybko powtórzył prawie wszystko, co wcześniej mówił Rogożynowi i kamerdynerowi. Gawriła Ardalionowicz słuchał i jakby coś sobie zaczął przypominać.

– Czy to przypadkiem nie pan – zapytał w końcu – rok temu czy nawet wcześniej był łaskaw przysłać do Lizawiety Prokofiewny list, zdaje się ze Szwajcarii?

– Właśnie tak było.

– A zatem znają tu pana i na pewno pamiętają. Pan do jego ekscelencji? W tej chwili pana zapowiem. Jego ekscelencja zaraz będzie wolny. Tylko może by pan tymczasem… udał się do poczekalni…? Dlaczego on tutaj czeka? – surowo zapytał kamerdynera.

– Mówiłem mu przecież. Nie chciał.

Nagle otworzyły się drzwi gabinetu i wyszedł z nich jakiś wojskowy z teczką, mówiący donośnym głosem i rozdający na pożegnanie ukłony.

– Gania, jesteś? – rozległo się z gabinetu – chodź-no tutaj!

Gawriła Ardalionowicz skinął głową księciu i pospiesznie wszedł do gabinetu.

 

Po dwóch może minutach drzwi się otworzyły i dobiegł z nich dźwięczny, przyjazny głos Gawriły Ardalionowicza.

– Proszę wejść, książę.