Idiota

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Idiota
Idiota
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 55,94  44,75 
Idiota
Idiota
Audiobook
Czyta Elżbieta Kijowska
34,95  24,81 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

X

W przedpokoju nagle zaroiło się od ludzi. Obecnym w bawialni wydawało się, że weszło kilkanaście osób i wciąż przybywają nowi. Ze schodów, na które nie zamknięto drzwi, dało się słyszeć rozmowy i krzyki licznych głosów. Wizyta wyglądała na nadzwyczaj dziwną i zebrani wymienili się znaczącymi spojrzeniami. Gania rzucił się do salonu, ale i  tam wdarli się już jacyś ludzie.

– A! mamy go, Judasza! – krzyknął znajomy księciu głos. – Witaj, Gańka, łajdaku!

– On, on we własnej osobie – potwierdził następny głos. Książę nie mógł mieć najmniejszych wątpliwości: jeden z głosów należał do Rogożyna, drugi do Lebiediewa.

Gania stał otępiały na progu i patrzył w milczeniu, jak kolejnych kilkanaście osób wkracza za Rogożynem do salonu. Było to nadzwyczaj urozmaicone towarzystwo, które odznaczało się nie tylko różnorodnością, ale i bezczelnością. Niektórzy wchodzili w paltach i futrach, wprost z ulicy. Całkiem pijanych wśród nich nie było, ale wszyscy wydawali się podchmieleni. Zachowywali się tak, jakby potrzebowali od siebie nawzajem potwierdzenia, że wolno im w ten sposób wedrzeć się do salonu; żadnemu z nich z osobna nie starczyłoby śmiałości. Nawet Rogożyn stąpał na czele całej grupy z pewną ostrożnością. On jednak miał jakiś szczególny zamiar, bo wyglądał na poważnie rozdrażnionego i zatroskanego. Pozostali stanowili tylko chór albo też lepiej powiedzieć – szajkę podtrzymującą. Oprócz Lebiediewa był tutaj i pięknie ufryzowany Zalożew, który zrzucił futro w przedpokoju, a teraz kroczył z pewnością siebie wyrafinowanego eleganta oraz kilku podobnych do niego osobników, najprawdopodobniej kupczyków. Oprócz nich znalazł się u Iwołginów jakiś jegomość w na poły wojskowym palcie, jakiś mały, nieprzyzwoicie gruby i chichoczący bezustannie człowieczek, jakiś ogromny, mierzący chyba dwanaście werszków27 mężczyzna, również nieprawdopodobnie gruby, a przy tym milkliwy i bardzo ufający sile własnych pięści. Przybył też jeden student medycyny i pewien ruchliwy Polaczek. Zaglądały z klatki schodowej do przedpokoju również jakieś damy, ale nie odważyły się wejść. Kola zatrzasnął im przed nosem drzwi i zamknął je na haczyk.

– Witaj Gańka, łajdaku jeden! Co, nie spodziewałeś się Parfiona Rogożyna? – powtórzył Rogożyn, podchodząc do drzwi bawialni i zatrzymując się w nich naprzeciwko Gani. Ale w tej samej chwili dostrzegł Nastazję Filipownę, siedzącą dokładnie naprzeciw niego. Jej widok wywarł na nim niezwykłe wrażenie. Oczywiście do głowy mu nawet nie przyszło, że może ją tutaj spotkać. Zbladł tak, że aż posiniały mu wargi. – A więc prawda – odezwał się cicho i jakby sam do siebie, całkowicie zbity z tropu. – Koniec!… No, odpowiesz mi za to! – zgrzytnął nagle zębami, patrząc na Ganię z niepohamowanym gniewem. – No!… Ach!…

Tracił dech i nawet mówił z trudem. Krok po kroku, machinalnie posuwał się do bawialni, ale przekroczywszy próg, zauważył nagle Ninę Aleksandrownę z Warią i przystanął nieco zawstydzony. Tuż za nim wszedł Lebiediew, towarzyszący mu jak cień, w tej chwili już mocno pijany, następnie student, jegomość z dużymi pięściami, i Zalożew, który kłaniał się wszystkim na prawo i lewo; jako ostatni przecisnął się do bawialni niziutki tłuścioch. Obecność pań powstrzymywała ich jeszcze i najwidoczniej krępowała, ale czuło się, że tylko do momentu, kiedy się zaczni e, do pierwszego pretekstu, do hasła, aby zaczą ć… Wtedy żadne panie w niczym by już im nie przeszkodziły.

– Jak to, i książę tutaj? – z roztargnieniem zapytał Rogożyn, po części zdziwiony tym spotkaniem – dalej w sztylpikach, eech! – westchnął, zapominając natychmiast o księciu i ponownie przeniósł wzrok na Nastazję Filipownę, nie przestając przesuwać się w jej kierunku, jakby przyciągany przez magnez.

Nastazja Filipowna również z niespokojną ciekawością patrzyła na gości.

Gania w końcu oprzytomniał.

– Ale, za pozwoleniem, co to wszystko ma znaczyć? – zapytał głośno, zmierzywszy przybyłych surowym spojrzeniem i zwracając się głównie do Rogożyna. – Chyba nie jesteście w stajni, panowie, tu jest moja matka i siostra.

– Widzimy matkę i siostrę – wycedził przez zęby Rogożyn.

– Widać, że matka i siostra – przytaknął Lebiediew dla kontenansu.

Pięściasty jegomość, sądząc najwidoczniej, że nadeszła odpowiednia chwila, zaczął coś powarkiwać pod nosem.

– Po pierwsze proszę jednak wszystkich o przejście do salonu, a po drugie niech mi będzie wolno wiedzieć – odezwał się Gania nagle i  niewspółmiernie jakoś podniesionym głosem.

– Wi-sz go! Nie poznaje – gniewnie wyszczerzył zęby Rogożyn, nie ruszając się z miejsca. – Rogożyna nie poznałeś?

– Przypuśćmy, że gdzieś już pana spotkałem, ale…

– Wi-sz go! Gdzieś spotkał! Przegrałem do ciebie dwieście rubli ojcowych trzy miesiące temu. Umarł stary, i nie zdążył się dowiedzieć. Tyś mnie do gry zaciągnął, a Knif szachrował. Nie poznajesz? Pticyn świadkiem. A ja teraz wyciągnę z kieszeni trzy ruble, pod nos ci podstawię, i ty za nimi na czworakach popełzniesz na Wasilewski. Taki jesteś! Taką masz duszę! Ja i teraz tylko po to przyjechałem, żeby cię kupić. Ty na mnie nie patrz, że w takich butach; pieniądze mam, bracie, takie pieniądze, że cię mogę całego razem z twoim mieszkaniem kupić… jak zechcę, to was wszystkich kupię! Wszystko kupię! Rogożyn rozpalał się coraz bardziej, jakby alkohol coraz mocniej uderzał mu do głowy. – E-ech! – krzyknął w końcu – Nastazjo Filipowna! Niech mnie pani nie przepędza, niech pani tylko słowo powie: pani za niego wychodzi, czy nie?

Rogożyn zadał to pytanie jak straceniec, z rozpaczliwą śmiałością człowieka skazanego na śmierć, który modli się do jakiegoś bóstwa. Czekał na odpowiedź ze śmiertelnym smutkiem.

Nastazja Filipowna zmierzyła go drwiącym i wyniosłym spojrzeniem, ale gdy popatrzyła na Warię i Ninę Aleksandrownę, a potem na Ganię, zmieniła nagle ton.

– Oczywiście, że nie. Co z panem! I z jakiej racji pan o to pyta? – odpowiedziała cicho, poważnie i jakby z pewnym zdziwieniem.

– Nie? Nie! – krzyknął Rogożyn niemalże oszalały z radości. – No więc nie?! A mnie tamci powiedzieli… Ech, Nastazjo Filipowna! Oni mówią, że się pani zmówiła z Gańką! I z nim! Czy tak można? (Wszystkim to powtarzam!) Przecież ja go całego za sto rubli kupię, dam mu tysiąc, no trzy tysiące, żeby się odczepił i ucieknie na dzień przed ślubem, a narzeczoną mnie zostawi nietkniętą. Nie tak, Gańka, łajdaku?! Wziąłbyś trzy tysiące? Tu są, masz, bierz! Przyszedłem, żebyś mi taki podpis dał. Powiedziałem, że kupię, to kupię!

– Wynoś się stąd, jesteś pijany – krzyknął Gania, który na przemian bladł i czerwieniał.

W tej chwili dał się słyszeć wrzask z kilku gardeł. Załoga Rogożyna już od dawna czekała na sygnał; Lebiediew szeptał mu coś do ucha z niezwykłą gorliwością.

– Masz rację, urzędasie – odparł Rogożyn – racja, duszo pijacka! Ech, wszystko jedno. Nastazjo Filipowna! – krzyknął, patrząc na nią półobłąkanym wzrokiem, to oniemiałym, to znów śmiałym do bezczelności – tu jest osiemnaście tysięcy – i rzucił przed nią na stolik paczkę owiniętą w biały papier i przewiązaną na krzyż sznurkami. – Proszę! I… i będzie więcej!

Nie ośmielił się dokończyć, czego by właściwie chciał.

– Nie, nie, nie – wyszeptał znowu Lebiediew, na którego twarzy malowało się ogromne przerażenie; można było zgadnąć, że wystraszyła go wysokość sumy i proponował spróbować ze znacznie mniejszą.

– Nie, bracie, tuś już głupi, nie wiesz, gdzieś się posunął… tak, widocznie i ja jestem dureń razem z tobą – opamiętał się nagle Rogożyn i drgnął uderzony błyskiem spojrzenia Nastazji Filipowny. – E-ech! Źle, że cię posłuchałem – dodał głęboko skruszony.

Nastazja Filipowna, spojrzawszy na wykrzywioną twarz Rogożyna, roześmiała się nieoczekiwanie.

– Osiemnaście tysięcy dla mnie? Ot, znać chłopa – dodała nagle z bezczelną familiarnością i podniosła się z kanapy, jakby zamierzała wyjść. Gania obserwował tę scenę z zamierającym sercem.

– Ależ nie, czterdzieści tysięcy, czterdzieści, nie osiemnaście! – krzyknął Rogożyn. – Wańka Pticyn i Biskup obiecali donieść przed siódmą. Czterdzieści tysięcy! Wszystko na stół.

Scena stawała się coraz bardziej ohydna, ale Nastazja Filipowna nie przestawała się śmiać i nie wychodziła, jakby ją celowo przedłużała. Nina Aleksandrowna i Waria również wstały ze swoich miejsc i ze strachem, w milczeniu czekały, co będzie dalej. Oczy Warii błyszczały, ale na Ninę Aleksandrownę cała ta sytuacja podziałała znacznie gorzej – drżała i wydawało się, że za chwilę zemdleje.

– Jak tak, to sto! Jeszcze dzisiaj sto tysięcy przyniosę! Pticyn, pożycz, obłowisz się!

– Zwariowałeś! – wyszeptał prędko Pticyn, podchodząc do niego szybkim krokiem i chwytając za rękę. – Jesteś pijany, poślę po posterunkowych! Zapomniałeś, gdzie jesteś?

– Bredzi po pijanemu! – powiedziała Nastazja Filipowna, jakby chcąc go jeszcze bardziej rozdrażnić.

– Nie bredzę, przecież będę miał pieniądze! Pod wieczór. Pticyn, podpisuj duszo procentowa, bierz co chcesz i dawaj sto tysięcy do wieczora. Udowodnię, że dotrzymam! – krzyknął Rogożyn ożywiony nagłym zapałem.

– Ale co to wszystko ma właściwie znaczyć – krzyknął nagle groźnie rozzłoszczony Ardalion Aleksandrowicz, podchodząc do Rogożyna. To niespodziewane wystąpienie milczącego do tej pory staruszka wypadło dość komicznie i wokół rozległ się śmiech.

– A to skąd się wzięło? – roześmiał się Rogożyn. – Chodź z nami stary, napijesz się!

– To już podłość! – krzyknął Kola, szlochając ze wstydu i gniewu.

 

– Czy nie znajdzie się nikt, kto wyprowadzi stąd tę bezwstydnicę? – krzyknęła nagle Waria, trzęsąc się z gniewu.

– To mnie nazwano bezwstydnicą? – lekceważącym i wesołym tonem zareplikowała Nastazja Filipowna. – A ja jak głupia przyjechałam, żeby ich na wieczór do siebie zaprosić! Oto jak mnie traktuje pańska siostrzyczka, Gawriło Ardalionowiczu!

Przez krótką chwilę po wystąpieniu siostry Gania stał jak rażony piorunem. Zobaczywszy jednak, że Nastazja Filipowna tym razem rzeczywiście zabiera się do wyjścia, rzucił się na Warię jak oszalały i  z wściekłością chwycił ją za rękę.

– Coś ty narobiła! – krzyknął, patrząc na nią takim wzrokiem, jakby chciał ją spalić na popiół. Do końca stracił panowanie nad sobą i  nie wiedział, co robi.

– Co zrobiłam? Gdzie mnie ciągniesz? Do niej, błagać o przebaczenie? Za to, że obraziła twoją matkę i przyjechała zhańbić twój dom, podły człowieku? – krzyknęła znów Waria tryumfalnie, patrząc na brata z wyższością i wyzwaniem.

Przez kilka chwil stali tak naprzeciw siebie, twarzą w twarz. Gania ciągle trzymał ją za rękę; raz i drugi, z całej siły spróbowała się wyrwać; nie wytrzymała w końcu i nagle, tracąc panowanie nad sobą, plunęła bratu w twarz.

– To mi dziewczyna! – krzyknęła Nastazja Filipowna. – Brawo Pticyn, gratuluję panu!

Gani pociemniało w oczach. Stracił ostatecznie władzę nad sobą i z całej siły zamachnął się na siostrę; cios dosięgnąłby niechybnie jej twarzy, ale nagle inna ręka zatrzymała w powietrzu rękę Gani.

Między nim a Warią stał książę.

– Dość tego! – rzekł zdecydowanym tonem, ale drżąc cały, jak po bardzo silnych przeżyciach.

– Czy ty mi będziesz wiecznie właził w drogę! – zawył Gania, puszczając rękę Warii i tą oswobodzoną dłonią z całej siły wymierzył księciu policzek.

– Ach! – klasnął w ręce Kola. – Ach, mój Boże!

Ze wszystkich stron rozległy się krzyki. Książę zbladł. Dziwnym i pełnym wyrzutu wzrokiem popatrzył Gani prosto w oczy. Wargi mu drżały, usiłując coś wypowiedzieć; wykrzywiał je jakiś dziwny, zupełnie niestosowny w tej sytuacji uśmiech.

– To niech już mnie… a jej nie pozwolę… – powiedział w końcu cicho. Nagle jednak nie wytrzymał napięcia, odwrócił się od Gani, zakrył twarz rękami, odszedł w kąt i rwącym się głosem zaczął mówić:

– Jak pan się bardzo będzie wstydzić tego, co pan zrobił.

Gania rzeczywiście był zmiażdżony. Kola podbiegł do księcia, zaczął go obejmować i całować. Ruszyli za nim Rogożyn, Waria, Pticyn, Nina Aleksandrowna i nawet stary Ardalion Aleksandrowicz.

– To nic, nic – mamrotał książę, ciągle z tym niestosownym uśmiechem na twarzy.

– Będziesz tego żałował – krzyknął Rogożyn – będziesz się wstydzić, Gańka, żeś taką… owcę (nie mógł znaleźć innego słowa) znieważył. Książę, duszo ty moja, rzuć ich i pluń na nich, jedź ze mną! Dowiesz się, jak kocha Rogożyn!

Nastazja Filipowna również była wstrząśnięta, zarówno postępkiem Gani, jak i reakcją księcia. Jej blada i zazwyczaj zamyślona twarz, do której nie pasował niedawny, jak gdyby udawany śmiech, wyrażała teraz zupełnie inne uczucie, którego jednak Nastazja Filipowna za nic nie chciała po sobie pokazać i które ukrywała pod coraz bardziej drwiącym uśmieszkiem.

– Ja naprawdę gdzieś już widziałam tę twarz – odezwała się nagle z powagą, znów sobie przypomniawszy to, o co pytała już wcześniej.

– A pani nie wstyd? Czy pani jest taka, jaką teraz udaje. Czy to możliwe! – krzyknął nagle książę z głębokim, szczerym wyrzutem.

Nastazja Filipowna zdziwiła się; uśmiechnęła się, jakby chciała coś w ten sposób ukryć, zmieszawszy się nieco, spojrzała na Ganię i wyszła z bawialni. Nie zdążyła jednak jeszcze dojść do przedpokoju, gdy niespodzianie zawróciła, podeszła szybkim krokiem do Niny Aleksandrowny, ujęła jej rękę i podniosła do ust.

– Ja przecież rzeczywiście nie jestem taka. On zgadł – wyszeptała z pośpiechem i żarem, oblana rumieńcem. Potem odwróciła się i wyszła, tym razem tak szybko, że nikt nie zdążył nawet zauważyć, po co właściwie wróciła. Spostrzeżono tylko, że coś szepnęła Ninie Aleksandrownie i zdaje się pocałowała ją w rękę. Waria jednak widziała i słyszała wszystko, i ze zdziwieniem odprowadziła ją wzrokiem.

Gania, który się w tej chwili ocknął, rzucił się do Nastazji Filipowny, aby ją odprowadzić do drzwi, ta już jednak zdążyła wyjść. Dogonił ją na schodach.

– Niech mnie pan nie odprowadza! – krzyknęła. – Do zobaczenia wieczorem! Koniecznie, słyszy pan?

Wrócił zmieszany i zamyślony. Ciężar nowej zagadki, ciężar jeszcze większy niż dotychczas legł mu na duszy. W głowie majaczył mu też niewyraźnie książę… Zapomniał się do tego stopnia, że nawet nie zauważył, jak cała banda Rogożyna przewalała się obok niego, potrącając go nawet w drzwiach i pospiesznie opuszczając mieszkanie w ślad za Rogożynem. Wszyscy głośno o czymś rozmawiali i wymieniali się uwagami. Sam Rogożyn szedł z Pticynem, uparcie kładąc mu do głowy coś ważnego i  najwyraźniej niecierpiącego zwłoki.

– Przegrał Gańka – krzyknął Rogożyn, przechodząc obok.

Gania z  lękiem popatrzył w ślad za nim.

XI

Książę wyszedł z bawialni i zamknął się w swoim pokoju. Od razu przyszedł do niego Kola, który chciał go pocieszyć. Wydawało się, że biedny chłopiec nie mógł się już z nim rozstać.

– Dobrze pan zrobił, że pan wyszedł – powiedział Kola – tam się teraz zacznie jeszcze gorszy rwetes. Dzień w dzień to samo, i wszystko przez tę Nastazję Filipownę.

– Wiele różnych spraw narosło u was i nabrzmiało, Kola – zaznaczył książę.

– Tak, nabrzmiało. Ale my to jeszcze nic. Sami jesteśmy sobie winni. Ale ja mam jednego wielkiego przyjaciela, który jest jeszcze nieszczęśliwszy. Zapoznam was, chce pan?

– Bardzo chcę. To pana towarzysz?

– Tak, prawie towarzysz. Później to panu wyjaśnię… A czy Nastazja Filipowna jest dobra? Jak pan myśli? Ja jej przecież nigdy dotąd nie widziałem, chociaż się starałem. Po prostu oślepia. Ja bym Gańce wybaczył, żeby to wszystko z miłości było; ale dlaczego bierze pieniądze? W tym całe nieszczęście!

– Tak, mnie się pana brat nie bardzo podoba.

– No pewnie, jeszcze czego! Po tym… A wie pan, ja już nie mogę znieść tych przesądów. No bo niech pan popatrzy: jakiś głupiec albo szaleniec, albo nikczemnik zupełnie po wariacku kogoś spoliczkuje, i człowiek jest na całe życie pozbawiony czci, i może to zmyć tylko krwią albo w ten sposób, że tamten na kolanach poprosi go o przebaczenie. To według mnie niedorzeczny despotyzm. Na tym się opiera cały dramat Lermontowa, Maskarada, i to głupie, moim zdaniem. To znaczy nienaturalnie; przecież Lermontow to pisał prawie jako dziecko.

– Bardzo mi się spodobała pańska siostra.

– Jak Gańce plunęła w gębę! Odważna Warka! A pan nie napluł i jestem pewien, że nie z braku odwagi. Ale oto i ona we własnej osobie. O wilku mowa! Wiedziałem, że przyjdzie. Jest szlachetna, chociaż ma swoje wady.

– A ty tu nie masz nic do roboty! – krzyknęła Waria na Kolę, wchodząc do pokoju. – Idź do ojca. Nie ma go pan dosyć, książę?

– Przeciwnie.

– No, starsza, odczep się! No właśnie to jest w niej okropne. À propos ojca – by³em pewien, ¿e pojedzie z Rogo¿ynem. Pewnie teraz ¿a³uje i kaja się. Rzeczywiście pójdę sprawdzić, co u niego – dodał, wychodząc.

– Chwała Bogu, odprowadziłam mamę do łóżka i uspokoiła się. Gania zupełnie zbity z pantałyku i bardzo zamyślony. Bo i ma o czym myśleć. Niezła lekcja!… Przyszłam raz jeszcze panu podziękować, książę, i  zapytać: pan znał wcześniej Nastazję Filipownę?

– Nie, nie znałem.

– No to z jakiej racji pan jej powiedział prosto w oczy, że „nie jest taka”? I chyba pan zgadł. Ona rzeczywiście może wcale taka nie jest. Zresztą, ja jej nie zrozumiem. Naturalnie przyszła nas obrazić, to jasne. Już wcześniej słyszałam o niej wiele dziwnych rzeczy. Ale jeśli chciała nas do siebie zaprosić, to dlaczego tak się obchodziła z mamą? Pticyn ją zna doskonale, a mówi, że sam nie mógł jej rozgryźć. A z Rogożynem! Tak nie można się zachowywać w domu swojego… jeśli się siebie szanuje… Mamusia też się o pana bardzo niepokoi.

– Nic się nie stało – powiedział książę i machnął ręką.

– I jak ona pana szybko posłuchała…

– W czym?

– Zapytał pan, jak jej nie wstyd i zmieniła się w mgnieniu oka. Pan ma na nią wpływ, książę – dodała Waria z leciutkim uśmiechem.

Otworzyły się drzwi i do pokoju najzupełniej nieoczekiwanie wszedł Gania.

Nawet się nie zawahał na widok Warii. Stał krótko na progu, następnie zdecydowanym krokiem podszedł do księcia.

– Książę, postąpiłem podle, niech mi pan wybaczy, gołąbku – powiedział nagle z silnym wzruszeniem. Na jego twarzy malował się silny ból. Książę patrzył na niego ze zdumieniem i nie od razu odpowiedział. – No, proszę wybaczyć, niech mi pan wybaczy – nalegał niecierpliwie Gania – jeśli pan chce, to w tej chwili, natychmiast pocałuję pana w rękę!

Książę był wstrząśnięty; w milczeniu objął Ganię i obaj serdecznie się ucałowali.

– Ja w ogóle, w ogóle nie myślałem, że pan jest taki – odezwał się wreszcie książę, z trudem łapiąc oddech – myślałem, że pan… nie jest do tego zdolny.

– Żeby przeprosić? I skąd mi przyszło do głowy, że pan jest idiotą! Pan widzi to, czego inni nigdy nie zauważą. Można by z panem porozmawiać, ale… lepiej nie rozmawiać.

– Oto, kogo pan jeszcze powinien przeprosić – rzekł książę, wskazując Warię.

– Nie, to już są moi wrogowie. Niech mi pan wierzy, książę, wiele razy próbowałem, ale w tym domu szczerze nie przebaczają! – zawołał Gania z żarem i odwrócił się od Warii.

– Nie, przebaczę! – powiedziała nagle Waria.

– A do Nastazji Filipowny pojedziesz wieczorem?

– Pojadę, jeśli każesz, tylko sam się zastanów, czy naprawdę mogę tam teraz jechać!

– Przecież ona nie jest taka. Widzisz, jakie zagadki zadaje! Prawdziwe sztuczki! – i Gania roześmiał się złowrogo.

– Sama widzę, że nie jest taka i że sztuczki robi. Ale co to za sztuczki? I zważ jeszcze Gania, za kogo ona cię ma? Niech całuje mamie ręce, niech zadaje swoje zagadki, ale, na litość boską, ona z ciebie drwi! To nie jest warte siedemdziesięciu tysięcy, bracie, jak Boga kocham! Mówię ci to, bo jesteś jeszcze zdolny do szlachetnych uczuć. Ej, i ty też tam nie jedź, radzę ci. Ej, i ty się strzeż. To się nie może dobrze skończyć.

Powiedziawszy to, wzruszona Waria wyszła z pokoju.

– I tak jest cały czas – uśmiechając się, powiedział Gania. – I czy oni naprawdę myślą, że sam tego nie widzę? Przecież ja wiem o wiele więcej niż oni. Po tych słowach Gania usiadł na kanapie, chcąc najwidoczniej przedłużyć wizytę.

– Jeśli pan sam wie – spytał książę dość nieśmiało – to dlaczego wybrał pan taką mękę, mając świadomość, że nie jest warta siedemdziesięciu pięciu tysięcy?

– Ja nie o tym mówię – wymamrotał Gania. – A tak a propos, niech mi pan powie – chcę znać właśnie pańskie zdanie – warta taka „męka” siedemdziesięciu pięciu tysięcy, czy nie warta?

– Według mnie nie warta.

– Tak, no więc wiem. I wstyd żenić się w ten sposób?

– Wielki wstyd.

– No to niech pan wie, że ja się tak właśnie żenię i teraz zrobię to już na pewno. Jeszcze przed chwilą się wahałem, ale po pańskich słowach przestałem! Niech pan nic nie mówi, wiem, co chce pan powiedzieć.

– Nie to, o czym pan myśli. Mnie bardzo dziwi pańska pewność.

– Jaka pewność?

– Że Nastazja Filipowna zgodzi się za pana wyjść i że to już pewne, a po drugie, że, jeśli nawet wyjdzie za pana, to pan tak od razu dostanie do kieszeni te siedemdziesiąt pięć tysięcy. Zresztą, nie wiem przecież wszystkiego.

Gania przysunął się do księcia.

– Oczywiście, pan nie wie wszystkiego – powiedział – bo dlaczego miałbym na siebie brać ten cały ciężar?

– To się chyba zdarza nagminnie: ktoś się żeni z pieniędzmi, a  pieniądze ma jego żona.

– N-nie, z nami tak nie będzie… Tutaj… tutaj istnieją pewne okoliczności – mruknął Gania w pełnej trwogi zadumie. – A co do jej odpowiedzi, to nie ma najmniejszych wątpliwości – dodał szybko – z czego pan wnosi, że mi odmówi?

– Wiem tylko to, co widzę. I Warwara Ardalionowna teraz mówiła…

– E, ona tylko tak. Same już z matką nie wiedzą, co mają mówić. A z Rogożyna drwiła, niech mi pan wierzy, przyjrzałem się. To było widać. Na początku się zląkłem, ale potem dokładnie się przyjrzałem. A może panu chodzi o to, jak się obeszła z matką, ojcem i z Warią?

– I z panem.

– O, przepraszam, to już wyłącznie babska mściwość, stara jak świat. I nic więcej. Ona jest okropnie drażliwą, podejrzliwą i samolubną kobietą. Jak urzędnik, którego pominięto w awansie. Chciała pokazać, kim to ona nie jest i jak gardzi innymi… no i mną; to prawda, nie przeczę… Ale i tak za mnie wyjdzie. Pan nawet nie podejrzewa, do jakich sztuczek jest zdolna miłość własna. Ona na przykład uważa mnie za nikczemnika, bo ją, cudzą kochankę, kupuję tak otwarcie za jej własne pieniądze, a nie wie, że inny postąpiłby z nią jeszcze gorzej: zacząłby się zalecać, pleść liberalno-postępowe bzdury, dorzuciłby coś z kwestii kobiecej i poleciałaby na niego jak na lep. Przekonałby samolubną idiotkę (i to z łatwością), że ją bierze wyłącznie dla jej „szlachetnego serca”, współczując jej nieszczęściu, a w rzeczywistości ożeniłby się z jej pieniędzmi. Ja się jej nie podobam, bo nie chcę przed nią merdać ogonem, a trzeba by tak zrobić. A trzeba by. A ona sama co robi? Nie to samo? Więc dlaczego mną gardzi i zaczyna te swoje gry? Bo się jej nie poddaję i też pokazuję, że jestem człowiekiem dumnym. No, ale jeszcze zobaczymy!

 

– Czy pan naprawdę ją wcześniej kochał?

– Na początku tak. Ale dość… Są kobiety, które nadają się tylko na kochanki. Nie twierdzę, że ona była moją kochanką. Jeśli będzie chciała żyć ze mną zgodnie, to i ja będę zgodny. A jeśli się zbuntuje, odejdę razem z pieniędzmi. Nie pozwolę się ośmieszyć. Najważniejsze to nie dać się ośmieszyć.

– A mnie się wydaje – zaczął ostrożnie książę – że Nastazja Filipowna jest mądra. Po co by miała iść prosto w matnię, przeczuwając takie tortury? Przecież mogłaby wyjść i za kogoś innego. Dziwi mnie to bardzo.

– Bo właśnie w tym całe wyrachowanie! Pan nie wie wszystkiego, książę. Tutaj… poza tym ona jest przekonana, że ją kocham do szaleństwa, przysięgam panu! I wie pan, rodzi się we mnie uzasadnione podejrzenie, że i ona mnie kocha, oczywiście na swój sposób. Zna pan takie przysłowie: kto się czubi, ten się lubi. Ona mnie będzie przez całe życie uważać za frajera (może właśnie to jej jest potrzebne), a mimo wszystko kochać po swojemu, wszystko do tego zmierza. Taki ma charakter. Powiem panu, że to idealny typ rosyjskiej kobiety. A ja jej przygotowuję swoją niespodziankę. Ta scena z Warią zdarzyła się niechcący, ale wypadła na moją korzyść: upewniła ją o moim oddaniu i poświęceniu, że dla niej jestem w stanie zerwać ze wszystkimi. Jak więc pan widzi i ja nie jestem durniem, może mi pan wierzyć. A nawiasem mówiąc, pan mnie przypadkiem nie uważa za gadułę? Może faktycznie źle robię, że się panu zwierzam, kochany książę. Ale ja właśnie dlatego się na pana rzuciłem, że pan jest pierwszym szlachetnym człowiekiem, którego spotkałem (słowa „rzuciłem się” niech pan nie traktuje jako kalamburu). Pan się już przecież nie gniewa, prawda? Ja może po raz pierwszy od dwóch lat mówię z serca. Tutaj jest strasznie mało uczciwych ludzi; nie ma uczciwszych od Pticyna. Pan się chyba śmieje, tak czy nie? Podli lubią uczciwych, nie wiedział pan o tym? A przecież ja… A zresztą, dlaczego to ja mam być podły, niech pan uczciwie powie? Dlatego, że oni powtarzają za nią, że jestem podły? I wie pan, najgorsze jest to, że sam to w ślad za nimi powtarzam! To dopiero podłość nad podłościami!

– Już nigdy nie będę pana uważać za podłego człowieka – powiedział książę. Przed chwilą miałem pana za najgorszego nikczemnika i pan mi nagle sprawił taką radość. Mamy stąd naukę: nie sądźcie, jeśli nie poznaliście. Teraz widzę, że pana nie można uważać nie tylko za nikczemnika – pan nawet nie jest zbyt popsuty. Według mnie jest pan po prostu najzwyklejszym człowiekiem, jakiego można spotkać, tyle że bardzo słabym. I za grosz nieoryginalnym.

Gania uśmiechnął się jadowicie, ale przemilczał uwagi księcia. Ten zaś zorientował się, że jego odpowiedź się nie spodobała i również zamilkł speszony.

– Ojciec już pana prosił o pieniądze? – spytał nagle Gania.

– Nie.

– To poprosi. Niech pan nie daje. A przecież pamiętam, że kiedyś był nawet porządnym człowiekiem. W dobrych domach go przyjmowano. Jak ci starzy przyzwoici ludzie szybko się kończą. Tylko się trochę okoliczności zmienią i nic z nich nie zostaje, jak proch się spalają! On dawniej tak nie kłamał, zapewniam pana, był może tylko nieco egzaltowany. I co się z nim stało! Oczywiście to wszystko przez wino. A wie pan, że on ma kochankę na utrzymaniu? Nie jest już tylko nieszkodliwym kłamczuchem. Nie mogę pojąć, jak mama to wytrzymuje. Opowiadał już panu o oblężeniu Karsu? Albo jak do niego przemówiła lejcowa kobyła? Stoczył się już do tego.

I nagle Gania wybuchnął śmiechem.

– Co pan tak na mnie patrzy? – zapytał księcia.

– Pan się tak szczerze roześmiał. Pan się naprawdę śmieje jak dziecko. A przed chwilą przyszedł mnie pan przeprosić i powiedział, że jeśli chcę, to pan mnie pocałuje w rękę. Właśnie tak się godzą ze sobą dzieci. To oznacza, że pan jest jeszcze zdolny do takich słów i odruchów. A z drugiej strony robi mi pan cały wykład o tych wszystkich ciemnych sprawach i siedemdziesięciu pięciu tysiącach. To się jakoś wszystko nie składa. To niemożliwe.

– I jaki stąd wniosek?

– Taki, że się zastanawiam, czy pan przypadkiem nie postępuje zbyt lekkomyślnie, czy nie lepiej jeszcze wszystko przemyśleć. Może Warwara Ardalionowna ma rację?

– A! Moralność? O tym, że jeszcze jestem dzieckiem, to sam wiem – przerwał mu podekscytowany Gania – widać po tym chociażby, że zacząłem z panem taką rozmowę. Ja, książę, wchodzę w te ciemne sprawy nie z wyrachowania – mówił dalej Gania, zbyt wylewnie, jak człowiek urażony i zraniony w swym egocentryzmie – gdybym działał z rozmysłu, to na pewno bym popełnił błąd, bo nie mam jeszcze ani na tyle rozumu, ani siły charakteru. Ale ja idę za namiętnością, za popędem, dlatego, że mam swój nadrzędny cel. Panu się może wydaje, że dostanę te swoje siedemdziesiąt pięć tysięcy i od razu polecę kupić sobie karetę. Nie! będę donaszać mój trzyletni surdut i rzucę wszystkie klubowe znajomości. U nas jest mało ludzi wytrwałych, chociaż niby tak wielu lichwiarzy. A ja chcę przetrwać i wytrwać. Najważniejsze, to doprowadzić cel do końca. Pticyn w wieku siedemnastu lat spał na ulicy, scyzorykami handlował i zaczynał od kopiejek, a teraz ma sześćdziesiąt tysięcy. Tylko ile się musiał nagimnastykować, żeby do nich dojść! A ja przeskoczę całą tę gimnastykę i zacznę od razu od kapitału. A za piętnaście lat będą o mnie mówić: „Pan Iwołgin, król judejski”. Pan mówi, że jestem nieoryginalny. Ale niech pan sobie zakarbuje, drogi książę, że dla człowieka naszych czasów i z naszego pokolenia nie ma nic gorszego, niż usłyszeć, że jest nieoryginalny, zwyczajny, pozbawiony szczególnych talentów i że ma słaby charakter. Pan mnie nawet nie raczył zaliczyć w poczet prawdziwych łajdaków i niech pan wie, że przez chwilę chciałem za to pana pożreć! Pan mnie obraził bardziej niż Jepanczyn, który sądzi (i to bez gadania, bez namawiania, w prostocie ducha), że mu sprzedam żonę. To mnie, ojczulku, już od dawna doprowadza do wściekłości i dlatego potrzebuję pieniędzy. Widzi pan, jak będę miał pieniądze, to stanę się człowiekiem w najwyższym stopniu oryginalnym. Najpodlejszą i najbardziej nienawistną cechą pieniędzy jest to, że one dają nawet talent. I będą dawać do końca świata. Pan mi powie, że to wszystko dziecinada, poezja może. No cóż, tym lepiej będę się śmiać na końcu, a swoje i tak zrobię. Doprowadzę to do końca i wytrzymam. Rira bien, qui rira le dernier!28 A Jepanczyn dlaczego mnie tak obraża? Bo się gniewa? Nic podobnego! Po prostu dlatego, że zbyt jestem nędzny. No, a w takim razie… Jednakże dość tego, już czas. Kola dwa razy wtykał nos, co znaczy, że nas wołają na obiad. A mnie fora ze dwora. Jeszcze kiedyś do pana przyjdę. Nie będzie panu u nas źle; teraz już pan zostanie przyjęty do rodziny. Ale niech pan uważa, niech mnie pan nie wyda. Zdaje mi się, że będziemy albo przyjaciółmi, albo wrogami. I jeszcze jedno: jak pan myśli, książę, gdybym pana pocałował w rękę (co szczerze wyraziłem), to w przyszłości byłbym pańskim wrogiem?

– Na pewno tak. Tylko nie na zawsze. Potem by pan nie wytrzymał i  wybaczył – zdecydował książę po chwili zastanowienia i roześmiał się.

– Oho! Z panem trzeba ostrożniej! Diabli pana wiedzą, i tu pan dolał trucizny. A kto wie, może pan jest moim wrogiem? A propos, cha, cha, cha! Zapomniałem spytać: czy dobrze mi się zdaje, że się panu Nastazja Filipowna coś za bardzo podoba?

– Tak… podoba mi się.

– Zakochany?

– N-nie.

– A cały poczerwieniał i cierpi. No nic, nic. Nie będę się śmiał. Do widzenia. A wie pan, że ona jest cnotliwa? Uwierzy pan? Pan myśli, że ona żyje z tym, z Tockim? Nie! I to już od dawna. A zauważył pan, że jest strasznie niezręczna i w pewnych chwilach bardzo się peszyła? Naprawdę. A właśnie takie lubią sobie porządzić. No, żegnam.

27Werszek – miara długości, równa ok. 5 cm, używana w Rosji do 1920 r.
28Rira bien, qui rira le dernier! (fr.) – Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni!