IdiotaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Idiota
Idiota
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 55,94  44,75 
Idiota
Idiota
Audiobook
Czyta Elżbieta Kijowska
34,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Justyna Gładyś

Idiot

Przełożyła

Justyna Gładyś

Wydawnictwo Zielona Sowa

Kraków

Tytuł oryginału:

Idiot

Projekt okładki:

Piotr Iwaszko

Opracowanie graficzne okładki:

Jolanta Szczurek

Redakcja:

Elżbieta Zarych

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z  o.o., Kraków 2009

All rights reserved

ISBN 978-83-7895-301-2

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94, tel. (012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

CZĘŚĆ PIERWSZA

I

Pod koniec listopada, w odwilż, około dziesiątej rano pociąg Kolei Petersbursko-Warszawskiej pełną parą zbliżał się do Petersburga. Było tak mgliście i wilgotno, że świt z trudem przecisnął się przez chmury; z okien pociągu trudno było coś dojrzeć na odległość dziesięciu kroków. Wśród pasażerów pociągu można było znaleźć i takich, którzy wracali z zagranicy, stanowili oni jednak znaczną mniejszość. Najbardziej zapełnione były wagony trzeciej klasy, w których jechał drobny ludek pracujący z niedalekich okolic. Wszyscy jak jeden mąż byli zmęczeni, wszystkim przez noc ociężały powieki, wszyscy zmarzli, a ich twarze przybrały bladożółty kolor mgły za oknem.

W jednym z wagonów trzeciej klasy, przy oknie, znalazło się nagle naprzeciw siebie dwóch młodych mężczyzn. Obaj ubrani byli raczej skromnie i prawie nie mieli bagażu, ich twarze sprawiały jednak dość interesujące wrażenie. Widać też było, że obaj mają ochotę na nawiązanie rozmowy. Gdyby wiedzieli o sobie nawzajem, co właściwie w tej chwili jest w nich interesującego, zdziwiliby się, że przypadek posadził właśnie ich naprzeciwko siebie w wagonie trzeciej klasy Kolei Petersbursko-Warszawskiej. Jeden z mężczyzn, niewysokiego wzrostu, mniej więcej dwudziestoośmioletni, miał kręcone, niemal czarne włosy i małe, szare, ale pełne ognia oczy, nos szeroki, spłaszczony, osadzony na mięsistej twarzy, a jego wąskich warg nie opuszczał grymas bezczelnego, drwiącego, a nawet złego uśmiechu. Tylko wysokie i ładnie sklepione czoło łagodziło tę nieszlachetną ostrość rysów. Tym jednak, co przyciągało szczególną uwagę, była trupia bladość jego twarzy, sprawiająca wrażenie skrajnego wyczerpania (pomimo mocnej budowy ciała), a zarazem ukryta w niej namiętność, dochodząca aż do cierpienia, nieharmonizującego z bezczelnym i aroganckim uśmiechem ani zadufanym spojrzeniem. Ubrany był ciepło w obszerny czarny kożuch z jagnięcej skórki, który chronił go przed nocnym chłodem. Natomiast jego sąsiad z naprzeciwka musiał wycierpieć na własnej skórze wszystkie rozkosze wilgotnej listopadowej nocy rosyjskiej, do której najwidoczniej nie był przygotowany. Miał na sobie dość szeroki i gruby płaszcz bez rękawów z ogromnym kapturem, dokładnie taki, jakiego używają często podróżni w zimie daleko za granicą, w Szwajcarii czy północnych Włoszech, nie biorąc oczywiście pod uwagę takich odległości jak z Ejtkunów1 do Petersburga. Ale to, co w pełni wystarczało we włoskim klimacie, okazało się niezupełnie użyteczne w Rosji.

Właściciel płaszcza z kapturem również wyglądał na dwadzieścia sześć, siedem lat. Wzrostu więcej niż średniego, miał bardzo jasne, gęste włosy, zapadnięte policzki i leciutką, ostro zakończoną, niemal zupełnie białą bródkę. W jego dużych, błękitnych, uważnych oczach czaiło się coś cichego, ale ciężkiego zarazem – ten dziwny wyraz, z którego można rozpoznać padaczkę. Była to zresztą miła twarz, szczupła i subtelna, pozbawiona jednak rumieńców, w tej chwili nawet posiniała z zimna. W rękach pasażera kołysał się niedbale nędzny węzełek ze starego wypłowiałego fularu2, zawierający najprawdopodobniej cały jego podróżny majątek. Jeśli dodać do tego obrazu jeszcze trzewiki z grubymi podeszwami i sztylpy3, to stwierdzić należy, że wszystko w nim było nierosyjskie. Czarnowłosy pasażer, po części z braku zajęcia, obejrzał sąsiada i wreszcie, przybierając ów charakterystyczny niedbały uśmieszek, który otwarcie wyraża zadowolenie z tego, że bliźniemu dzieje się gorzej niż nam, zapytał:

– Zimno, co?

I  potrząsnął ramionami.

– Bardzo – z wielką skwapliwością odpowiedział sąsiad – a niech pan weźmie pod uwagę, że to dopiero listopad. Co to będzie, jak przyjdzie mróz? Nawet nie myślałem, że u nas może być tak zimno. Odzwyczaiłem się.

– Pan z zagranicy?

– Tak, ze Szwajcarii.

– Fiu! A niech pana!…

Czarny gwizdnął i roześmiał się.

Nawiązała się rozmowa. Mężczyzna w szwajcarskim płaszczu odpowiadał na wszystkie pytania sąsiada z zadziwiającą wprost gorliwością, zupełnie przy tym nie wyczuwając ich niedbałego tonu, płonności, niestosowności i czczości. W trakcie rozmowy oznajmił między innymi, że istotnie długo nie było go w Rosji – ponad cztery lata, że wysłano go za granicę na leczenie jakiejś dziwnej choroby nerwowej, czegoś w rodzaju padaczki czy pląsawicy, jakichś drgawek i konwulsji. Słuchając tej opowieści, współrozmówca od czasu do czasu uśmiechał się ironicznie. Najbardziej zaś był rozbawiony, gdy na pytanie: „I co, wyleczyli?” usłyszał odpowiedź: „Nie, nie wyleczyli”.

– He! A pewnie jeszcze grube pieniądze im pan zapłacił. A my ich tu mamy za Bóg wie kogo – podsumował jadowicie.

– Święta prawda! – wtrącił się do rozmowy siedzący obok, źle ubrany jegomość. Był to typ steranego urzędniczyny, około czterdziestu lat, krzepkiej budowy ciała, z czerwonym nosem i wągrowatą twarzą. – Święta prawda! Tylko najlepsze siły z naszej Rosji wysysają.

– Jak bardzo się pan myli w moim wypadku – odrzekł szwajcarski pacjent cichym, uspokajającym głosem. – Ja oczywiście nie mam prawa się spierać, bo nie wiem wszystkiego, ale mój doktor, nie dość, że dał mi na drogę swoje ostatnie pieniądze, to jeszcze prawie dwa lata utrzymywał mnie i leczył na własny koszt.

– A co, płacić nie miał kto? – zapytał czarnowłosy.

– Zgadza się. Pan Pawliszczew, na którego byłem utrzymaniu, dwa lata temu umarł. Pisałem potem tutaj do generałowej Jepanczyn, mojej dalekiej krewnej, ale nie dostałem odpowiedzi. No więc przyjechałem.

– To właściwie do kogo pan przyjechał?

– To znaczy gdzie się zatrzymam?… Jeszcze nie wiem, doprawdy…

– Jeszcze się pan nie zdecydował?

I obaj słuchacze roześmiali się.

– A ten oto węzełek zawiera zapewne cały pański majątek? – zapytał czarnowłosy pasażer.

– Założę się, że tak – wtrącił ze szczególnie zadowolonym wyrazem twarzy czerwononosy urzędnik – i co, nic więcej w bagażowych wagonach pan nie ma? Chociaż trzeba zaznaczyć, że bieda nie hańbi.

Okazało się, że właśnie tak się sprawy mają, do czego jasnowłosy mężczyzna przyznał się bez zwłoki i z wielką skwapliwością.

– Węzełek pański ma mimo wszystko pewne znaczenie – kontynuował urzędnik, kiedy już naśmiał się wraz z sąsiadem do woli (charakterystyczne, że i sam właściciel węzełka, patrząc na wesołość współtowarzyszy podróży, zaczął się w końcu śmiać, co zresztą tylko spotęgowało ich radość) – i chociaż dałbym sobie rękę uciąć, że nie zawiera on złotych rulonów z napoleondorami i friedrichsdorami ani też holenderskimi dukatami, co można wywnioskować choćby ze sztylpów oblekających zagraniczne pańskie obuwie, to jednak… jeśli do pańskiego węzełka dodać taką choćby krewną, jak generałowa Jepanczyn, to i węzełek nabierze pewnego znaczenia. Rozumie się pod tym tylko warunkiem, że generałowa Jepanczyn rzeczywiście jest pańską krewną i coś się tu panu nie pomyliło z powodu roztargnienia… które jest tak bardzo ludzką cechą, albo z powodu choćby… nadmiaru wyobraźni.

– I znów pan zgadł – podchwycił jego myśl współrozmówca – faktycznie prawie się mylę, to znaczy ona prawie nie jest moją krewną. Dlatego nawet w ogóle się nie zdziwiłem, kiedy nie dostałem odpowiedzi. Tego się właśnie spodziewałem.

– Darmo pan wydawał pieniądze na znaczek. Hmm… Jest pan przynajmniej prostolinijny i szczery, a to godne pochwały. Hmm… Generała Jepanczyna znamy, bo to osoba powszechnie znana. A i świętej pamięci pana Pawliszczewa, który utrzymywał pana w Szwajcarii, też się znało. Jeśli tylko chodzi o Nikołaja Andrejewicza Pawliszczewa, bo on miał jeszcze stryjecznego brata. Ten brat do dzisiaj mieszka na Krymie. A świętej pamięci Nikołaj Andrejewicz był człowiekiem szanowanym i  ustosunkowanym. Miał swego czasu cztery tysiące dusz…

– Dokładnie tak, mój opiekun nazywał się Nikołaj Andrejewicz Pawliszczew – odparł zagadnięty i zaczął się bacznie przyglądać wszechwiedzącemu jegomościowi.

Tego rodzaju omnibusów czasami, a nawet dość często można spotkać w pewnych sferach społecznych. Wiedzą wszystko, a cała ich dociekliwość, rozum i zdolności dryfują niepowstrzymanie w jednym kierunku. Powodem tego jest naturalnie brak poważniejszych zainteresowań życiowych i poglądów (jak powiedziałby współczesny myśliciel). Poprzez sformułowanie „wiedzą wszystko” należy przy tym rozumieć dość ograniczony zakres: jakie kto zajmuje stanowisko, z kim się zna, jaki ma majątek, gdzie był gubernatorem, z kim się ożenił, jaki wziął posag, kto jest jego stryjecznym, a kto wujeczno-ciotecznym bratem itd., itd. Dodajmy, że przeważnie chodzą oni z wytartymi łokciami i zarabiają po siedemnaście rubli miesięcznie. Naturalnie tym, których życie omnibus zna od podszewki, nigdy by do głowy nie przyszło, jaki ma on w tym interes. A tymczasem wielu „znawców” dzięki swojej wiedzy, równej niekiedy całej nauce, która jest ich jedynym pocieszeniem, osiągnęło własne poczucie wartości, a nawet duchowe spełnienie. Bo doprawdy, kusząca to nauka. Znałem uczonych, pisarzy, poetów, działaczy politycznych, którzy dzięki jej umiejętnemu wykorzystaniu osiągali życiowy cel, a nawet robili karierę.

 

W trakcie całej rozmowy czarny pasażer ziewał, nieobecnym wzrokiem patrzył w okno i niecierpliwie wyczekiwał końca drogi. Był jakoś wyjątkowo rozkojarzony, niemal zatrwożony, a chwilami zachowywał się po prostu dziwacznie. To słuchał, to znów nie słuchał, patrzył i nie patrzył, śmiał się i sam nie wiedział z czego.

– Pan pozwoli, z kim mam właściwie honor? – zwrócił się nagle do mężczyzny z węzełkiem wągrowaty jegomość.

– Książę Lew Nikołajewicz Myszkin – odparł zagadnięty z  natychmiastową i pełną gotowością.

– Książę Myszkin? Lew Nikołajewicz? Nie znam. Nawet mi się o uszy nie obiło – kontynuował w zamyśleniu urzędnik – to znaczy nie o nazwisku mówię, nazwisko historyczne, w Historii Karamzina można znaleźć na pewno, mówię o osobie, i w ogóle książąt Myszkinów już się nie spotyka, nawet słuch o nich zaginął.

– Naturalnie! – padła natychmiastowa odpowiedź. Książąt Myszkinów już w ogóle nie ma, oprócz mnie. Zdaje się, że jestem ostatni. A co do przodków, to zdarzali się w naszej rodzinie i włościanie. Mój ojciec był zresztą podporucznikiem armii, z junkrów. Pojęcia nie mam, jakim cudem generałowa Jepanczyn też okazuje się być z książąt Myszkinów i też ostatnia…

– Che, che, che! Generałowa ostatnia! A to się panu udało – chichotał urzędnik.

Czarny pasażer też się uśmiechnął półgębkiem. Książę zdziwił się nieco, że udało mu się ułożyć kalambur, dosyć zresztą kiepski.

– Niech pan sobie wyobrazi, że powiedziałem to całkiem bez zastanowienia – wyjaśnił w końcu ze zdziwieniem.

– No już dobrze, dobrze, przecież widzimy – łagodził urzędnik.

– A tam, u tego profesora, to pan się pewnie i jakichś nauk uczył? – zapytał nagle czarny.

– Tak… uczyłem się.

– A ja się nigdy niczego nie uczyłem.

– Ale i ja tylko tak, co nieco – odparł książę niemal przepraszającym tonem – nie pozwolono mi się uczyć systematycznie z  powodu choroby.

– Zna pan Rogożynów? – spytał nagle czarnowłosy.

– Nie, znam. Przecież w Rosji prawie nikogo nie znam. To pan jest Rogożyn?

– Tak, Rogożyn Parfion.

– Parfion? To nie z tych Rogożynów przypadkiem… – zaczął z  namaszczeniem urzędnik.

– Tak, z tych, z tych – szybko, z nieuprzejmym zniecierpliwieniem przerwał mu czarny pasażer, który zresztą ani razu nie zwrócił się bezpośrednio do wągrowatego jegomościa, od samego początku rozmawiając wyłącznie z księciem.

– No, ale… Jak to? – zapytał osłupiały urzędnik, wybałuszywszy oczy, a na jego twarzy rozlał się wyraz jakiejś nabożnej czci, uniżoności, a nawet bojaźni. – Syn właśnie tego Siemiona Parfionowicza Rogożyna, dziedzicznego honorowego obywatela, co to miesiąc temu umarł i  zostawił dwa i pół miliona kapitału?

– A ty skąd wiesz, że zostawił dwa i pół miliona czystego kapitału? – przerwał czarny, nie racząc i tym razem spojrzeć na urzędnika – Wi-isz go! – mrugnął do księcia – i co z tego przyjdzie fagasom jednym, że od razu włażą człowiekowi… A to prawda, że rodzic mój umarł, a ja z Pskowa, po miesiącu prawie, bez butów do domu wracam. Ani mój brat, podlec, ani matka, ani pieniędzy, ani powiadomienia nie przysłali! Jak psu! W Pskowie cały miesiąc przeleżałem w gorączce.

– A teraz ponad milionik wpadnie do kieszeni. I to co najmniej. O  Boże! – klasnął w ręce urzędnik.

– No i niech pan powie, czego taki chce! – złowrogo wskazał znów na niego rozdrażniony Rogożyn – przecież złamanego grosza ci nie dam, żebyś tu przede mną na rękach chodził!

– I będę, będę chodził.

– Wi-isz go! Przecież mówię, że nie dam. Nie dam, żebyś tydzień przede mną tańczył!

– I nie dawaj! Tego mi trzeba: nie dawaj. A ja będę tańczyć. Żonę i małe dzieci zostawię, a przed tobą będę tańczyć! Palcem tylko kiwnij, pochleb mi.

– Tfu! A niech cię – splunął czarny i zwrócił się do księcia – pięć tygodni temu z jednym węzełkiem, tak jak pan, uciekłem od ojca do Pskowa, do ciotki. Gorączka mnie tam dopadła; a on beze mnie umarł. Nagła śmierć, wieczne mu odpoczywanie… a przecież mnie wtedy prawie na śmierć zabił! Pan mi wierzy?! Jakbym nie uciekł, to by mnie zabił.

– Pan go czymś rozgniewał? – zapytał książę, z osobliwą ciekawością przyglądając się milionerowi w kożuchu; i chociaż już sam milionowy spadek zasługiwał na uwagę, księcia zdziwiło i zainteresowało w tym człowieku coś więcej. Sam Rogożyn też jakoś chętnie uczynił z księcia towarzysza rozmowy, chociaż potrzebował go raczej z roztargnienia niż z odruchu serca, z niepokoju i podenerwowania, domagającego się jakiegokolwiek obiektu, na którym można zawiesić oko i z którym można o czymkolwiek obracać językiem. Sprawiał wrażenie, jakby do tej pory trawiła go gorączka albo przynajmniej był jej bliski. Urzędnik zaś dosłownie zawisł na ustach Rogożyna i wpatrywał się weń, nie śmiejąc oddychać. Łowił i ważył każde słowo, jakby szukał brylantu.

– Rozgniewać, to on się rozgniewał; może nawet miał za co – odparł Rogożyn – ale najbardziej brat mi dopiekł. Do matki nie mam pretensji. Stara kobieta już, Czeti-Minei4 czyta, całymi dniami ze staruchami przesiaduje i słucha, co braciszek Sieńka powie. A jak on powie – tak ma być. A dlaczego nie dał mi znać na czas? Jasne. Prawda, że ja faktycznie bez pamięci wtedy leżałem. Mówią, że telegram wysłali. Do ciotki doszedł, ale, wdowa, od trzydziestu lat sama żyje, z jurodiwymi5 przesiaduje od rana do nocy jak mniszka jaka, albo nawet gorzej. Telegramu się zlękła, nie rozpieczętowała nawet i odniosła do cyrkułu; tak tam leży do tej pory. Dopiero Koniew Wasilij Wasylicz mnie uratował, napisał o wszystkim. Brat odciął z brokatowej kapy na trumnie ojca frędzle z litego złota. „Straszne pieniądze kosztują” – powiada. I teraz, jak ja zechcę, to go za to poślę na Syberię, bo to świętokradztwo. Ej ty, straszydło – krzyknął do urzędnika – świętokradztwo według prawa?

– Świętokradztwo, jak nic – przytaknął natychmiast urzędnik.

– I za to Syberia?

– Syberia jak nic i to od razu.

– Oni tam myślą, że jeszcze jestem chory – mówił dalej Rogożyn do księcia – a ja, nie mówiąc ni słowa, po cichutku, chociaż chory jeszcze, wsiadłem do pociągu i jadę. „Otwieraj bramę, bracie Siemionie Siemionyczu!” Obmawiał mnie przed ojcem nieboszczykiem, wiem o tym. Ale że ja faktycznie przez Nastazję Filipownę wtedy ojca rozzłościłem, to też prawda. To już moja wina. Diabeł podkusił.

– Przez Nastazję Filipownę? – zapytał pokornie urzędnik, jakby starając się skojarzyć jakieś fakty.

– No przecież jej nie znasz! – krzyknął znieciepliwiony Rogożyn.

– A właśnie, że znam – tryumfalnie oznajmił urzędnik.

– A jakże, mało to Nastazji Filipownych na świecie. Powiem ci, żeś jest bezczelna kreatura. Wiedziałem, że jakiś typ się przyczepi – mówił dalej do księcia.

– A może znam – nie dawał za wygraną urzędnik – Lebiediew zna. Wielmożny pan raczy mi czynić wyrzuty, ale co będzie, jeśli udowodnię? Nie jestże to ta Nastazja Filipowna, przez którą pański rodzic kazał panu wlepić trzydzieści razów kalinową pałką? A Nastazja Filipowna pochodzi z Baraszkowych, można więc powiedzieć, że ze znakomitego nawet rodu i że jest księżną w pewnym sensie, a zadaje się z niejakim Tockim, Afanasijem Iwanowiczem, właścicielem ziemskim i kapitalistą, członkiem różnorakich spółek i stowarzyszeń, z tegoż właśnie powodu będącym w  wielkiej przyjaźni z generałem Jepanczynem.

– A, toś ty taki! – zdumiał się wreszcie Rogożyn. – Tfu, do diabła! On faktycznie wszystko wie.

– Wszystko! Lebiediew wie wszystko! Ja, wielmożny panie, z Aleksaszką Lichaczowem jeździłem dwa miesiące, też po śmierci jego ojca, i wiem wszystko, to znaczy znam wszystkie zakątki i zaułki. Doszło do tego, że bez Lebiediewa ani rusz… Obecnie Lichaczow przebywa w areszcie za długi, ale wtedy… i Armance, i Koralię, i księżnę Packą, i Nastazję Filipownę miał okazję poznać.

– Nastazję Filipownę? To ona z Lichaczowem… – rzucił na niego gniewne spojrzenie Rogożyn. Wargi zbielały mu i zaczęły drżeć.

– Nie, nie, to nie to! – zreflektował się natychmiast urzędnik. Żadnymi pieniędzmi Lichaczow nic tu nie wskórał. To nie to, co Armance! Tutaj tylko Tocki coś mógł. W Teatrze Wielkim i we Francuskim ma własną lożę. Oficerowie też tam różne rzeczy między sobą opowiadają, ale nic nie mogą udowodnić. „To właśnie ta Nastazja Filipowna” – powiadają; i  tyle. Nic więcej powiedzieć nie mogą, bo nic nie ma.

– I właśnie tak wszystko wygląda – zasępił się Rogożyn. – To samo mówił mi wtedy Zalożew. Wie pan, książę, to było tak. Przechodziłem wtedy przez Prospekt Newski, w trzyletniej ojcowskiej bekieszy na grzbiecie, a tu ona wychodzi ze sklepu, wsiada do karety. Jakby mnie poraziło. Nawinął się Zalożew. Nie pasuje on do mnie, to prawda – on wyfryzowany, monokl w oku – a my u ojca chodziliśmy w jałowiczych butach i postną szczi6 jedli. Zalożew powiada: „To nie dla ciebie para. To – powiada – księżna. Nazywa się Nastazja Filipowna Baraszkowa. Żyje z Tockim, który teraz nie wie, jak się jej pozbyć. Osiągnął wiek odpowiedni – skończył pięćdziesiąt pięć lat i chce się żenić z pierwszą pięknością Petersburga”. I wtedy mi jeszcze powiedział, że tego samego dnia mogę zobaczyć Nastazję Filipownę w Teatrze Wielkim na balecie; będzie siedziała w swojej loży. A spróbuj tylko u mojego ojca do baletu iść! Od razu awantura. Zabije! A mimo to, cichaczem, na godzinkę wyrwałem się z domu, żeby zobaczyć Nastazję Filipownę. Nie spałem potem całą noc. A rano ojciec mi daje dwa pięcioprocentowe kwity, po pięć tysięcy każdy. Pójdziesz, powiada, i sprzedasz. Potem zaniesiesz siedem i pół tysiąca do kantoru Andrejewów i zapłacisz, a resztę z dziesięciu tysięcy mnie przyniesiesz. Tylko nie chodź nigdzie po drodze. Będę na ciebie czekał. Papiery i owszem, sprzedałem, pieniądze wziąłem, ale nie poszedłem do Andrejewów, tylko prościutko do angielskiego sklepu i za wszystko kupiłem kolczyki z brylantami, wielkimi prawie jak orzechy. Zabrakło mi czterystu rubli, ale jak wymieniłem swoje nazwisko, to dali mi na kredyt. Ja z kolczykami do Zalożewa, tak i tak, mówię mu, idziemy, bracie, do Nastazji Filipowny. Poszliśmy. Którędyśmy szli, jak, gdzie – nic nie pamiętam i nie wiem. Poszliśmy od razu do jej salonu. Sama do nas wyszła. Nie powiedziałem wtedy, że to ja jestem, a Zalożew mówi: „To od Parfiona Rogożyna, na pamiątkę wczorajszego spotkania; pani będzie łaskawa przyjąć”. Otworzyła, zajrzała, uśmiechnęła się. „Proszę podziękować panu Rogożynowi za jego uprzejmość”. Potem się ukłoniła i wyszła. Dlaczego ja wtedy trupem nie padłem! Ale jeślim wyszedł od niej na własnych nogach, to tylko dlatego, że myślałem: „Wszystko jedno – żywy nie dojdę”. A najbardziej mnie gryzło, że wyszło, jakby to wszystko ta kreatura, Zalożew. Niech pan sobie wyobrazi: ja, niski, ubrany jak nieszczęście, stoję, milczę, tylko oczy w nią wlepiam. A on wystrojony modnie, wypomadowany, ufryzowany, rumiany, krawat kraciasty; płaszczy się przed nią, nogami szasta. Musiała go wziąć za mnie. Zaraz jak tylko wyszliśmy, mówię do niego: „Nawet myśleć o tym nie próbuj, bo rozumiesz!…”. A on się śmieje: „A ciekawe, jak ty się teraz przed Siemionem Parfionowiczem wytłumaczysz”. Ja faktycznie myślałem wtedy, że lepiej się od razu utopić, do domu nie dochodząc, ale pomyślałem sobie: „i tak już wszystko jedno” i wróciłem jak potępieniec.

 

– Eech, uuch! – krzywił się urzędnik, po którego ciele zaczęły nawet przebiegać dreszcze – a przecież ojciec nieboszczyk nie tylko za dziesięć tysięcy, ale i za dziesięć rubelków na tamten świat wyprawiał – mrugnął do księcia.

Książę z ciekawością przyglądał się Rogożynowi, który teraz wydawał się jeszcze bledszy niż wcześniej.

– „Wyprawiał”! – odpowiedział Rogożyn. – Co ty wiesz? Wtedy – mówił dalej do księcia – o wszystkim się dowiedział. Zalożew celowo rozpaplał wszystko po mieście. Ojciec mnie zawołał, zamknął się ze mną na górze i przez całą godzinę dawał mi nauki. „Ja cię teraz tylko przygotowuję, przyjdę jeszcze na noc się pożegnać”. I jak pan myśli? Pojechał stary do Nastazji Filipowny, do ziemi jej się pokłonił, prosił i płakał, aż ta w końcu przyniosła pudełko i rzuciła mu pod nogi: „Masz tu – mówi do niego – stary capie, swoje kolczyki. Są teraz dla mnie dziesięć razy cenniejsze, bo widzę, za jaką cenę Parfion je zdobył. Kłaniaj się – mówi – Parfionowi Siemionyczowi i podziękuj mu”. A ja w tym czasie pożyczyłem od Sierioży Protuszyna dwadzieścia rubli i z błogosławieństwem mamy pojechałem do Pskowa, ale przyjechałem już z gorączką. Staruchy się tam za mnie wzięły, rubrycelą7 męczyły, a ja pijany siedzę – bo ja potem poszedłem się jeszcze po knajpach włóczyć za ostatnie pieniądze i przeleżałem całą noc bez czucia na ulicy, a nad ranem dostałem gorączki. Psy mnie w  dodatku przez noc pogryzły. Ledwie się ocknąłem.

– No, no, zaśpiewa nam teraz Nastazja Filipowna – chichotał urzędnik, zacierając ręce – co tam kolczyki! Teraz, panie, my jej takie kolczyki kupimy…

– Jak jeszcze raz powiesz choć słowo o Nastazji Filipownie, to cię jak Boga kocham, każę obić. Nic ci nie pomoże, żeś z Lichaczowem jeździł – krzyknął Rogożyn, mocno chwyciwszy Lebiediewa za rękę.

– Jeśli zbijesz, to znaczy, że nie odrzucisz! Bij! Zbijesz, i tym samym, przypieczętujesz… No i dojechaliśmy!

Pociąg istotnie wjeżdżał na dworzec. Chociaż Rogożyn twierdził, że wyjechał po kryjomu, na peronie już czekało na niego kilkoro ludzi, którzy wykrzykiwali na jego powitanie i machali czapkami.

– Wi-isz, i Zalożew przyszedł – mruczał Rogożyn, patrząc na przybyłych z tryumfującym, a nawet złośliwym uśmiechem. Nagle zwrócił się do księcia:

– Sam nie wiem, dlaczego pana polubiłem, książę. Może dlatego, że spotkałem pana właśnie w takiej chwili… ale przecież jego też spotkałem (wskazał na Lebiediewa), a nie polubiłem go. Przyjdź do mnie, książę. Wyrzucimy te twoje sztylpy, uszyję ci futro z kuny, kamizelkę pierwszej klasy – białą, albo jaką chcesz, pieniędzmi kieszenie napcham. A potem… pojedziemy do Nastazji Filipowny. Przyjdziesz, czy nie?

– Niech pan teraz będzie uważny, książę – uroczyście i z namaszczeniem rzekł Lebiediew – niech pan nie przegapi! Oj, niech pan nie przegapi!

Książę Myszkin podniósł się nieco, uprzejmie wyciągnął do Rogożyna rękę i odpowiedział uprzejmie:

– Przyjdę z największą przyjemnością i ogromnie panu dziękuję za to, że mnie pan polubił. Może jeszcze dzisiaj przyjdę, jeśli zdążę. Dlatego powiem panu otwarcie, że mnie też się pan bardzo spodobał. Szczególnie, gdy opowiadał pan o brylantowych kolczykach; a nawet przed kolczykami mi się pan podobał, chociaż ma pan taką chmurną twarz. Dziękuję też panu za obietnicę ubrania i futra, bo rzeczywiście niedługo mi się przydadzą. W obecnej chwili nie mam przy sobie prawie żadnych pieniędzy.

– Będą pieniądze, będą pod wieczór. Przychodź!

– Będą, będą – podchwycił urzędnik – pod wieczór, jeszcze przed świtem będą!

– A na płeć piękną, książę, bardzo jest pan łasy? Niech pan zawczasu powie!

– Ja, nnnie! Ja przecież… pan pewno nie wie, ale ja z powodu mojej wrodzonej choroby w ogóle nie znam kobiet.

– No, jeśli tak, książę – wykrzyknął Rogożyn – toś już całkiem jurodiwy, a takich jak ty kocha Bóg.

– I takich Pan Bóg kocha – podchwycił urzędnik.

– A ty chodź za mną – powiedział Rogożyn do Lebiediewa, po czym wszyscy wyszli z wagonu.

Lebiediew osiągnął to, co chciał. Wkrótce hałaśliwa gromada oddaliła się w kierunku prospektu Wozniesieńskiego. Książę musiał skręcić na Litiejną. Było szaro i mokro. Książę od wypytywanych przechodniów dowiedział się, że do celu jego drogi pozostało około trzech wiorst i postanowił wziąć dorożkę.

1Ejtkuny – stacja na granicy Prus i Rosji.
2Fular (z fr.) – chustka na szyję, apaszka.
3Sztylpy (z niem.) – wyłogi cholew u wysokich butów.
4Czeti-Mine i – zbiór ksiąg biblijnych z komentarzami, żywotów świętych, dzieł Ojców Kościoła, rosyjskich pisarzy religijnych oraz różnego rodzaju dokumentów cerkiewnych. Składa się z 12 tomów, zgodnie z miesiącami roku, z których każdy rozbity jest na czytania dla poszczególnych dni.
5Jurodiwi – obłąkani, „głupcy Boży”; otaczani w Rosji opieką i uznawani za Bożych wybrańców mających dar prorokowania.
6Szczi – rodzaj zupy z kapusty, z warzywami.
7Rubrycela (z łac.) – w Kościele katolickim oficjalny kalendarz liturgiczny; tu: modlitwy.