Bracia Karamazow

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bracia Karamazow
Bracia Karamazow
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Bracia Karamazow
Bracia Karamazow
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
34,95  24,81 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dymitr odzywał się o Iwanie z wielkiem uznaniem i podziwem, co było tym bardziej charakterystyczne, że obaj bracia różnili się ze sobą pod każdym względem. Dymitr, którego wycho­wanie było bardzo nieporządne, był bez porówna­nia mniej wykształcony, a także i pod względem charakteru stanowili chyba zupełne z sobą prze­ciwieństwo. Od Dymitra dowiedział się Alosza o wszystkich szczegółach poznania się dwóch braci i o przyczynach przyjazdu ich do rodzinne­go miasta.

W tymże czasie powstała myśl urządzenia zjazdu czy też rady, w celu załatwienia sporów majątkowych pomiędzy starym Karamazowem a synem jego Dymitrem. Spory te w ostatnich czasach zaostrzyły się do najwyższego stopnia, a stosunek ich wzajemny stał się nie do zniesienia. Fiodor Pawłowicz podał myśl (z początku w for­mie żartu) zebrania się w celi starca Zosimy i poddania całej sprawy pod jego sąd. Dymitr, który nigdy nie był w klasztorze i nie znał wcale starca, upatrywał w tym jakby zasadzkę dla siebie i chęć zastraszenia go świątobliwym człowiekiem.

Że jednak poczuwał się sam do wielu bar­dzo nieodpowiednich wystąpień względem ojca, zwłaszcza w ostatnich czasach, zgodził się więc ostatecznie. Dymitr nie mieszkał w domu ojca, lecz zupełnie osobno, na przeciwnym końcu miasta.

W tymże czasie przybył także do siebie Piotr Aleksandrowicz Miasow. Stary liberał i ateista, z nudów czy też z lekkomyślnej chęci roz­rywki, zajął się również żywo całą sprawą i ofia­rował swój współudział w radzie familijnej. Za­chciało mu się nagle zobaczyć z bliska klasztor i świętego. Dla ułatwienia sobie wstępu zapropo­nował omówienie przy tej sposobności odwiecz­nego sporu granicznego, który wiódł od dawna z klasztorem. Wobec tego władza klasztorna użyła całego swego wpływu, aby nakłonić Zosimę do wzięcia na siebie roli rozjemcy.

Starzec zgodził się w końcu, mimo że w ostatnich czasach był już tak chory, że z tru­dnością wykonywał zwyczajne swoje obowiązki. Naznaczono więc dzień zjazdu, którego, jak się łatwo domyślić, oczekiwał z największym niepo­kojem biedny Alosza. Wiedział on dobrze, że jeden tylko Dymitr zapatrywać się będzie powa­żnie na cel zjazdu, inni zaś przybędą tu w nastro­ju lekkomyślnym, a może nawet ubliżającym po­wadze starca. Iwan i Miasow stawią się jedynie z ciekawości, stary zaś Fiodor Karamazow odegra niezawodnie jedną z ulubionych swych błazeńskich komedii! O, bo młody Alosza, mimo że przeważnie milczał, znał bardzo dobrze swego ojca. Z ciężkim też uczuciem oczekiwał dnia zebrania.

Alosza pragnął niezawodnie zakończenia rodzinnych nieporozumień, ale przede wszystkim chodziło mu o starca, drżał o niego i jego sławę, lękał się delikatnych docinków Miasowa i zna­czących niedomówień uczonego Iwana, obawiał się, aby kto nie uchybił ukochanemu jego mistrzo­wi. Chciał z początku uprzedzić Zosimę, pomó­wić z nim o tych nieznanych mu ludziach, którzy tu przybyć mają; po namyśle jednak zaniechał tego zamiaru. Napisał tylko do brata Dymitra, że kocha go serdecznie i przypomina mu daną sobie niegdyś obietnicę. Dymitr zamyślił się nad tą wiadomością, bo nie mógł sobie w żaden spo­sób przypomnieć, czy obiecał co kiedy młodsze­mu bratu. Odpisał mu jednak, że wprawdzie ce­ni bardzo wysoko brata swego, Iwana, i ma nale­żną część dla świątobliwego Zosimy, ale przeczu­wa coś na kształt zasadzki lub komedii w zamie­rzonym zjeździe i nie da się nikomu poniżyć lub w pole wprowadzić. Dodawał jednak w końcu, że powściągać będzie swój język i nie pozwoli sobie na najmniejsze uchybienie względem świą­tobliwego męża, do którego brat jego jest tak przywiązany. Słowa te dodały otuchy Aloszy, tak że z większym już spokojem oczekiwał naznaczonego dnia zjazdu.

KSIĘGA II
NIEUDANE ZEBRANIE
PRZYJAZD DO KLASZTORU

Było to w piękny, ciepły i jasny poranek sierpniowy. Zjazd umówiony był na wpół do dwunastej, po nabożeństwie. Zaproszeni jednak nie stawili się wcale na mszę i przybyli w chwili ga­szenia świec. Przyjechali oni w dwóch pojazdach. W jednym z nich, ciągnionym przez silne, rosłe rumaki, przybyli: Piotr Aleksandrowicz Miasow i daleki krewny jego, Piotr Fomicz Kałganow, młody, dwudziestoletni chłopak, przygotowujący się do uniwersytetu. Kałganow mieszkał w domu Miasowa, który zachęcał go do udania się za granicę do Zurichu lub Jeny, dla ukończenia tam studiów. Był to chłopak wysoki i przystojny, i bardzo roztargniony. W liczniejszym towarzyst­wie zachowywał się milcząco i cokolwiek nie­zręcznie, gdy się jednak znalazł z kim sam na sam, ożywiał się nagle, mówił wiele i z zapałem, śmiejąc się często nie wiadomo z czego; ubrany był starannie, nawet z pewnem wyszukaniem. Był zamożny, a z Aloszą łączyły go węzły przyjaźni.

W drugim powozie, starym i rozklekotanym, odbijającym jaskrawo od eleganckiego zaprzęgu Miasowa, przybył stary Fiodor Pawłowicz Karamazow ze starszym synem Iwanem.

Dymitr Fiodorowicz opóźniał się z przyby­ciem, mimo że zawiadomiono go dnia poprzedniego o miejscu i godzinie spotkania.

Wszyscy goście, z wyjątkiem Fiodora Pawłowicza, znajdowali się po raz pierwszy w obrębie murów klasztornych, nie mówiąc o Miasowie, który już od trzydziestu lat nie przekroczył progów kościoła. Ten oglądał się z ciekawością dokoła po obejściu klasztornym, nie zauważył jednak nic osobliwego. Lud wiejski wychodził z cerkwi z od­krytą głową, żegnając się wielokrotnie. Inteligencji było bardzo niewiele, parę dam i jakiś stary generał.

Kilkunastu żebraków obstąpiło naszych goś­ci, prosząc o jałmużnę, nikt się jednak z datkiem nie kwapił. Tylko Piotruś Kałganow wyjął rubla z sakiewki, przy czym zmieszał się mocno, mimo że na postępek jego nikt nie zwrócił uwagi. Wci­snął banknot w ręce pierwszej lepszej babie, mó­wiąc szybko „rozdajcie to równo między wszyst­kich”, obejrzał się naokoło, i nie wiedzieć czego speszył się jeszcze bardziej.

Goście byli jednak cokolwiek zdziwieni, że nikt nie wychodzi na ich spotkanie. Jeden z nich ofiarował przecież niedawno całe tysiąc rubli na rzecz klasztoru, drugi był najbogatszym i, można powiedzieć, najoświeceńszym obywatelem z oko­licy, a przy tym mieszkańcy klasztoru byli do pe­wnego stopnia od niego zależni z powodu ciągną­cego się jeszcze procesu. Mimo to nie zanosiło się wcale na jakieś oficjalne przyjęcie i zdawało się, że nikt nie zauważył ich przybycia.

Miasow rozglądał się z roztargnieniem po kamiennych grobowcach wznoszących się wokoło cerkwi i miał ochotę zauważyć, że pobożne duszyczki, tu pochowane, musiały słono zapłacić za prawo pogrzebania w tak świętem miejscu; wstrzy­mał się jednak od wypowiedzenia tej myśli, mi­mo że zwykła jego liberalna ironia zaczynała przeradzać się w uczucie gniewu.

– Cóż u diabła?! Czy nie ma tu do kogo słowa przemówić? – mruknął wreszcie, jakby sam do siebie. – W takim razie wynośmy się stąd od razu, po co czas tracić na darmo?

W tejże chwili ukazał się mały, łysy czło­wieczek o łagodnym wejrzeniu, zdający się pra­wie tonąć w fałdach obszernego płaszcza. Uchy­liwszy kapelusza, przedstawił się naszym gościom jako obywatel z Tuły i zaczął z nimi rozmowę.

– Starzec Zosima – objaśniał – mieszka w osobnym ustroniu, o jakie czterysta kroków od klasztoru, za laskiem.

– Inaczej tu było dawniej, za poprzedniego starca Warsonowa – zauważył Fiodor Pawło­wicz. – Tamten nie lubił elegancji, wybiegał tu podobno na spotkanie gości i okładał kijem wszyst­ko, co spotkał, nawet damy.

– Starzec Warsonow był istotnie cokolwiek chory na umyśle pod koniec życia, ale wiele też opowiadano o nim zmyślonych historii. Kijem zaś nikogo nie okładał – odpowiedział braciszek. – A teraz raczcie panowie zaczekać tu chwilkę, pójdę uprzedzić starca o waszym przybyciu.

– Fiodorze Pawłowiczu! – ostrzegał jeszcze raz Miasow – staraj się zachowywać jak należy, inaczej możesz tego gorzko żałować.

– Zupełnie nie rozumiem twego oburzenia – odparł szyderczo Karamazow. – Czy stare grze­chy takiego ci strachu napędziły? Pamiętaj, że starzec czyta z oczu myśli ludzkie i odgadnie od razu powód twego przybycia. I odkąd że to liczysz się tak z opinią mnichów? Ty, paryżanin, człowiek wytrawny… doprawdy, dziwię się.

Miasow nie zdążył jeszcze odpowiedzieć, gdy powrócił dotychczasowy ich przewodnik, oznaj­miając, że starzec czeka na nich. Miasow czuł się dziwnie rozdrażniony. Znam siebie – pomy­ślał. – Zdenerwowany jestem, uniosę się, zapalę i skompromituję tak siebie, jak swoje przeko­nania.

STARY BŁAZEN

Weszli do małej salki prawie jednocześnie ze starcem, który w chwili ukazania się ich wy­szedł ze swojej sypialni. W celi zastali dwóch starszych ojców klasztornych, oczekujących rów­nież przybycia starca. Jeden z nich był to ojciec bibliotekarz, drugi ojciec Paisy, człowiek schorowany, mający w klasztorze sławę uczonego. Prócz nich znajdował się tam jeszcze młody seminarzy­sta, pozostający pod szczególną opieką klasztoru i braci. Był to chłopak dwudziestoparoletni, ubra­ny w tużurek. Twarz miał rumianą i małe, rozum­ne, ciekawe, czarne oczy. Trzymał się cały czas na uboczu w postawie pełnej uszanowania, jednak bez cienia uniżoności. Wchodzących gości nie pozdrowił nawet, jako nienależący do ich sfery.

Wchodzącego starca Zosimę wprowadzili Alosza Karamazow i drugi jeszcze kleryk. Obaj ojcowie zakonnicy powstali na jego przyjęcie i oddali mu głęboki ukłon, dotykając palcami zie­mi, a pobłogosławiwszy się wzajemnie, ucałowali jego rękę. Starzec udzielił im błogosławieństwa, następnie oddał im niski ukłon i każdego z oso­bna poprosił o błogosławieństwo. Cała ta cere­monia odbyła się bardzo poważnie i jakby z prze­jęciem. Mimo to Miasow dopatrzył w tym wszystkim rozmyślnej przesady. Jadąc tu, sam nawet zamierzał poddać się przyjętemu w klasztorze oby­czajowi i jeżeli nie ucałować rękę starca, to przy­najmniej poprosić go o błogosławieństwo; w tej chwili jednak zmienił zamiar, i oddawszy poważ­ny, światowy ukłon, odszedł na stronę. Zupełnie tak samo postąpił Fiodor Pawłowicz, przedrzeźnia­jąc, jak małpa, ruchy i postawę Miasowa. Iwan Karamazow ukłonił się również grzecznie, lecz sztywnie, a młody Kałganow zmieszał się tak bar­dzo, że się już wcale nie ukłonił. Starzec opuścił wzniesioną do błogosławieństwa rękę i ograniczył się do odwzajemnienia pozdrowienia. Alosza uczuł, że krew uderza mu do twarzy, jego złe przeczu­cia zaczynały się sprawdzać.

 

Starzec zajął miejsce na mahoniowej kanapce obitej skórą, gościom zaś wskazał cztery takież krzesła umieszczone pod przeciwległą ścianą. Dwaj zakonnicy, którzy mieli asystować przy naradzie, usiedli jeden przy drzwiach, drugi przy oknie, Alosza wraz z młodym klerykiem stanęli na uboczu.

Sala była wąska i posępna, sprzęty proste i ubogie, to tylko, co niezbędne. Pod oknem pa­rę doniczek z kwiatami, w kącie obrazy, między nimi stary wizerunek Matki Bożej pocho­dzący prawdopodobnie jeszcze z czasów poprze­dzających odszczepieństwo starowierców. Przed obrazem tym paliła się lampka; obok wisiały dwa inne, suto przyozdobione świecidełkami, dalej fi­gurki cherubinów, porcelanowe jajka, krzyż kato­licki z kości słoniowej z Matką Bolesną, obej­mującą go ramionami. Obok włoskich sztychów, wysokiej artystycznej wartości, wisiały zwy­czajne obrazki świętych i męczenników, jakie ku­pić można po kilka groszy na każdym jarmarku, a dalej – portrety litograficzne żyjących i zmar­łych biskupów.

Miasow obrzucił krytycznym wejrzeniem cały ten „klerykalny” kram i zatrzymał badawczy wzrok na twarzy gospodarza. Był on bardzo pewny swojej umiejętności poznawania ludzi od pierwsze­go wejrzenia, czemu się zresztą nie można dzi­wić, bo tego rodzaju pewność siebie posiada każdy prawie człowiek, który przekroczył już pięć­dziesiątkę, zwłaszcza jeżeli ma przy tym byt nie­zależny.

Na pierwszy rzut oka starzec nie podobał mu się wcale. Był to w istocie typ, który się nie każdemu mógł podobać. Postać mała i przygar­biona, nogi drżące, twarz tak wyniszczona chorobą, że mimo sześćdziesięciu pięciu lat, które liczył, wyglądał na star­szego o lat prawie dziesięć. Drobne zmarszczki pokrywały całą skórę, zbiegając się zwłaszcza ko­ło oczu, które były małe i przenikliwe, a błysz­czały jak dwa rozżarzone węgle. Na głowie nie miał wcale włosów, prócz paru siwych strzępków na skroniach. Nos niewielki, zakrzywiony, jak dziób ptasi, a usta uśmiechały się wąskimi, jak dwie niteczki, wargami.

Wszystko zapowiada w tym człowieku du­szę pełną złości i pychy – pomyślał Miasow.

Stary, lichy zegar, wiszący na ścianie, wydzwonił południe.

– Otóż i godzina! – zawołał Fiodor Pawłowicz – a syna mego, Dymitra, jeszcze nie ma. Przepraszam was za niego, święty starcze. (Na słowa „święty starcze” Alosza drgnął z niepokojem). Co do mnie, staram się być zawsze akuratnym co do minuty, pomny na to, że słowność jest grzecznością królów.

– Czy to ma znaczyć, że masz siebie za króla? – sarknął niecierp­liwie Miasow.

– No tak, nie jestem królem, o czym wiem zresztą i bez ciebie, Piotrze Aleksandrowiczu. Wasza świątobliwość! – zawołał nagle z patosem – mam zaszczyt przedstawić się wam jako typowy pajac i błazen. Nałóg, niestety, zakorzeniony, zmusza mnie do wypowiadania niedorzeczności i łgarstw, ale czynię to w najlepszym zamiarze przypodobania się ludziom i rozśmieszenia ich. Ot na przykład siedem lat temu zajechałem do jednego miasteczka. Miałem tam spółkę z miejscowymi kupcami i poszliśmy razem do sprawnika, któ­rego protekcja była nam potrzebna. Wychodzi do nas sprawnik, wysoki, tłusty, ryży człowiek, a mnie, nie wiadomo skąd, przychodzi do głowy koncept i mówię: „Panie sprawniku, zechciejcie być, że tak powiem, naszym Naprawnikiem”. „Co takiego?” – pyta sprawnik, a z miny jego widzę, że się mu dowcip mój nie podoba. „To nic – mówię – to tak przypadkiem nasunęło mi się na język, bo znam jednego kapelmistrza nazwiskiem Naprawnik, chciałem więc, abyś pan utrzymał mię­dzy nami taką harmonię jak on w swojej orkie­strze”. Powinien się był sprawnik rozchmurzyć, tymczasem on: „Nie pozwolę! – powiada – robić jakichś kalamburów z mego tytułu i urzędu”, od­wraca się i wychodzi. Ja za nim. „Panie sprawniku! – wołam – już nam nie będziesz Naprawnikiem!”. „Owszem będę – powiada – już ja tu wam wszystko naprawię”. I zupełnie popsuł nam in­teres. Albo, kilkanaście lat temu, zdarzyło mi się rozmawiać z jednym wpływowym człowiekiem i wymknęło mi się o jego żonie następujące zda­nie: „Wasza małżonka ma usposobienie bardzo łaskotliwe”. Miałem, oczywiście, na myśli drażliwość na punkcie rozmaitych moralnych uczuć. A ten mi na to: „Cóż to! Czyż ją pan kiedy łaskotał?”. „A tak – powiadam – zdarzyło się”. No, jak mnie ten wtedy połaskotał! Dawno to już było, więc i nie wstyd opowiedzieć. I tak zawsze pal­nąć muszę jakieś głupstwo.

– A cóż innego robisz w tej chwili – sark­nął Miasow.

Starzec, milcząc, przyglądał się obydwom.

– Tak i mnie się zdaje, i wiesz, Piotrze Aleksandrowiczu, od razu czułem, że to opowia­danie moje wcale nie na miejscu; czułem też, że ty mi pierwszy zrobisz z tego powodu uwagę. Cóż robić! To już moje nieszczęście, wasza świą­tobliwość, że mi się żarty nie udają. Taki już urodzony pajac i błazen ze mnie, wasza świątobliwość, ale robię wszystko w najlepszej myśli. Chociaż kto wie, czy nie siedzi we mnie jaki diabeł i to podlejszego gatunku, bo porządniej­szy by też sobie obrał inną kwaterę. Tylko nie ciebie, Piotrze Aleksandrowiczu, bo tyś także nieosobliwa kwatera. Za to ja wierzę w Boga. Nie tak jak ów filozof Diderot. Czy słyszeliście, świą­tobliwy ojcze, o filozofie Diderocie, który na dworze carowej Katarzyny spotkał się z metropo­litą Platonem i powiedział mu prosto z mostu: „Nie ma Boga!”, na co czcigodny metropolita pod­niósł rękę ku niebu, mówiąc: „Powiedział głupiec: W sercu swoim nie masz Boga”. Jak to posły­szał Diderot, wnet nos spuścił na kwintę i jak zacznie wołać: „Wierzę już! Wierzę! I chrzest święty przyjmę!”. Ochrzcili go też natychmiast. Księżna Daszkowa podawała go do chrztu, a Patiomkin był ojcem chrzestnym.

– Fiodorze Pawłowiczu! To już zaczyna być nie do zniesienia! Wiesz przecie doskonale, że w tej głupiej anegdocie nie ma ani słowa prawdy. Po cóż te błazeństwa!? – drżącym z gniewu gło­sem przemówił Miasow.

– I ja to samo myślałem. A nawet, starcze święty, przyznać się muszę, że ten dodatek o chrzcie Diderota sam w ostatniej chwili wymyśliłem. Co się jednak tyczy tego, że bezbożny Diderot zaprzeczał istnienia Boga, za co go czci­godny Platon nazwał głupcem, to opowiadanie to słyszałem ze dwadzieścia razy, kiedy jeszcze sługiwałem po domach szlacheckich, dobijając się chleba. Nawet twoja ciotka, Piotrze Aleksandrowiczu, opowiadała mi to jakieś cztery razy.

Miasow zerwał się z krzesła i chodzić za­czął po pokoju, do najwyższego stopnia wzburzony. Czuł, że gniewając się, staje się śmieszny, ale nie umiał zapanować nad sobą. W istocie, to, co się działo w tej chwili w celi starca, wyglądać musiało dziwnie, potwornie prawie, wobec nastroju, jaki tu zwykle panował teraz i dawnymi jeszcze czasy, za poprzednich starców. Wszyscy prawie, którzy otrzymywali tu wstęp, wchodzili zwykle z uczuciem, że udzielona im jest wielka łaska. Wielu z nich padało na kolana i pozo­stawało w tej postawie przez cały czas posłu­chania. Wielu należących do wyższych sfer to­warzystwa, wielu uczonych, a nawet niereligijnych ludzi, skoro raz przekroczyli progi tej celi, choć­by jedynie przez ciekawość, uważali za pierwszy swój obowiązek zachowywać się tu z jak największym szacunkiem i delikatnością, tym bardziej że nie brano żadnej zapłaty. Z jednej strony da­wano tu miłość i współczucie, z drugiej przycho­dzący goście przynosili ze sobą skruchę i żal lub też gorące pragnienie rozwikłania jakiejś za­wiłości duchowej lub życiowej. To też niewłaściwe i błazeńskie postępowanie Fiodora Pawłowicza musiało wywrzeć na obecnych bardzo niemiłe wrażenie. Dwaj ojcowie zakonnicy nie wyrzekli ani słowa, czekając, co powie starzec, ale widać było, że z trudnością zachowują spokój. Alosza był prawie bliski płaczu i spuścił głowę, unika­jąc wzroku obecnych. Dziwiło go mocno, że brat jego, Iwan, który jeden tylko miał wpływ na ojca, nie próbuje go powstrzymać. Ten jednak siedział nieruchomy, ze spuszczonymi oczami, zachowując się tak obojętnie, jakby był człowiekiem zupełnie obcym.

Na Rakitina (seminarzystę) nie śmiał nawet Alosza spojrzeć. Wiedział aż nadto dobrze, co myśli tamten. (Co prawda jeden Alosza w całym klasztorze znał istotny sposób myślenia tego obie­cującego młodzieńca).

– Przebaczcie mi ojcze – zaczął Miasow, zwracając się do starca – a przede wszystkim nie posądzajcie mnie, proszę, o jakikolwiek współ­udział w tych nieprzyzwoitych żartach. Zbłądziłem chyba tym jedynie, żem mógł choć na chwilę uwierzyć, że Fiodor Pawłowicz dotrzyma danego słowa, a przepraszam za to głównie, że przyby­łem tu w towarzystwie takiego człowieka… – Nie mógł skończyć, tak był wzburzony i zamierzał już opuścić zebranie.

– Proszę, uspokój się pan – przemówił starzec, i powstawszy z miejsca, zbliżył się do Miasowa, a ująwszy go za ręce, posadził go znów na krześle. – Proszę bardzo, abyś pan nadal został moim gościem, proszę bardzo. – Po czym z ukło­nem wrócił na swoją kanapkę.

– Powiedz, wielki starcze, czy to może moja obecność jest tu zbyteczna? – zawołał Fiodor Pawłowicz, chwytając się obiema rękami za po­ręcz krzesła z takim ruchem, jakby je miał za chwilę cisnąć w przestrzeń. – Może to moja jest wam niemiła?

– Najuprzejmiej proszę, abyś się pan niczym nie krępował. Bądź pan zupełnie jak u sie­bie w domu, a przede wszystkim nie wstydź się pan samego siebie, bo z tego wszystko złe wy­nika.

– Zupełnie jak u siebie w domu? To wiele, bardzo wiele. Najserdeczniej dziękuję i zgadzam się z wdzięcznością. Chociaż, ojcze błogosławio­ny, to trochę z waszej strony ryzykowne, wyzy­wać mnie na to „u siebie w domu”, ostrzegam przez życzliwość. Proszę nie zapominać, że po­grążony jeszcze jestem w mroku grubej nieświa­domości, chociaż niektórzy chcieliby przedstawić mnie jako rozmyślnego grzesznika. To do cie­bie piję, Piotrze Aleksandrowiczu. Dla was zaś, najświatlejsza istoto, czuję tylko zachwyt i uwiel­bienie. Wy, starcze święty, przeniknęliście mnie do wnętrza. Ja w istocie wstydzę się samego siebie i z tego wszystko złe wynika. Gdy wcho­dzę między ludzi, to z góry jestem przekonany, że każdy uważać mnie będzie za błazna, wtedy też zaczynam umyślnie wyprawiać błazeństwa dla pokazania, że nie dbam o ich opinię, bo kto wie, czy ci, co mnie potępiają, nie są sto razy podlej­si ode mnie. Gdybym wiedział, że są tacy, którzy uważać mnie chcą za porządnego człowieka, jaki ja byłbym porządny! Jaki uczciwy!

Mówiąc to, rzucił się nagle na kolana i wo­łał, złożywszy ręce jak do modlitwy:

– Nauczycielu! Co mam robić, by wejść na drogę poprawy?!

Trudno było istotnie poznać, czy drwi zno­wu, czy jest naprawdę wzruszony.

Starzec spojrzał na niego z uśmiechem.

– Sam pan przecie wiesz, co trzeba robić; rozumu ci przecie nie brak. Trzeba pozbyć się pijaństwa i oduczyć się niewstrzemięźliwości w mowie, trzeba się wyrzec rozpusty, a przede wszystkiem chciwości grosza. Pozamykaj pan te siedliska pijatyki, któreś pan pozakładał, jeżeli nie wszystkie, to choć dwa lub trzy szynki, a przede wszystkiem staraj się pan nie kłamać.

– Jak na przykład o Diderocie?

– Nie, nie o to chodzi. Nie kłam pan przede wszystkiem sam przed sobą. Człowiek okła­mujący samego siebie zaczyna wreszcie wierzyć własnym kłamstwom i z czasem dochodzi do te­go, że już nigdzie, ani w sobie, ani w drugich, prawdy nie widzi. Stąd traci szacunek dla sie­bie i dla drugich, a co za tym idzie, traci i mi­łość. Że zaś trudno jest żyć bez miłości, oddaje się dla zagłuszenia grubym namiętnościom pro­wadzącym do zezwierzęcenia. Człowiek okła­mujący sam siebie sam siebie też krzywdzi. Wy­myśla krzywdy i obrazy, których jakoby od ludzi doznał, i wydyma je do olbrzymich rozmiarów, robiąc chętnie z muchy wołu. Co więcej, to po­niżenie sprawia mu szczególniejszą przyjemność, polegającą na kłamstwie i wewnętrznej rozterce. Ale wstańże pan, proszę bardzo. Przecież to, co pan robisz w tej chwili, jest także kłamstwem.

– Święty człowieku! – zawołał Fiodor Pawłowicz – pozwól mi ucałować twą rękę! – To mówiąc, podskoczył szybko i ucałował szczupłą rękę star­ca. – Masz słuszność we wszystkim. Istotnie, szczególniejsza to przyjemność poniżać się samemu i przedstawiać w najgorszych barwach. Ja też uprawiałem ten zwyczaj do ostatnich granic, ale robiłem to głównie dla estetyki, dla piękna. Bo o jednym zapomniałeś tylko, wielki starcze, że to pięknie, bardzo pięknie wygląda… być skrzy­w­dzoną ofiarą. Kłamałem też w istocie całe ży­cie, co dzień i co godzina. Kłamstwem jestem, jak wiadomo i ojcem kłamstwa, to znaczy chciałem po­wiedzieć synem kłamstwa. (Nie jestem w ogóle silny w cytatach). Tylko, aniele miły! tak, jak o Diderocie, to przecie można, Diderotowi to przecie nie zaszkodzi. Co innego, gdyby to ko­mu szkodę przyniosło. Ale! ale! wielki starcze! O mało nie zapomniałem. Miałem tu być już trzy lata temu, dla rozjaśnienia pewnych wątpliwości. Tylko, proszę nie pozwól, wasza świątobliwość, aby mi Piotr Miasow przerwał. Czy to prawda, ojcze, że jest opowiadanie w Żywotach świętych o jednym męczenniku, który będąc ścięty, pod­jął głowę swoją i ucałował ją z miłością, a potem szedł długi czas jeszcze, obsypując ją poca­łunkami?…

 

– To nieprawda – odparł starzec.

– Nie ma nic podobnego w Żywotach świę­tych, któż był ten męczennik? – spytał ojciec bi­bliotekarz.

– Nie znam jego imienia, nic nie wiem, oszukano mnie widocznie, to Piotr Aleksandro­wicz, ten sam, co rozgniewał się za Diderota, opowiedział mi tę bajkę.

– To nieprawda, nigdy ci tego nie opowiadałem. W ogóle przecież nie rozmawiam z tobą – zaprotestował Miasow.

– Nie mówiłeś wprawdzie bezpośrednio do mnie, ale opowiadałeś tę historię na cały głos w jednym towarzystwie. Było to trzy lata temu. Pamiętam doskonale, bo to niedorzeczne opowia­danie zachwiało we mnie wiarę, Piotrze Aleksandrowiczu. Nie domyślałeś się tego wówczas, ale ja, powróciwszy do domu, stałem się niedowiar­kiem i odtąd wiara moja wciąż szwankuje. Tak, tak, Piotrze Aleksandrowiczu, tyś jest pierwszą przyczyną moralnego mego upadku.

Fiodor Pawłowicz mówił bardzo patetycznie. Nikt, oczywiście, nie brał na serio odegranej przez niego komedii. Mimo to Miasow rozgniewał się.

– Co za niedorzeczność! – zawołał. – Ile słów, tyle niedorzeczności. Mogłem to kiedyś opowia­dać, w żadnym razie tobie. Sam już nie pamiętam, gdzie to słyszałem, w Paryżu, zdaje się, od jednego Francuza. Był to człowiek uczony, który długo bawił w Rosji i badał jej statystykę; wy­czytał to, jakoby, w naszych Żywotach świętych. Nie sprawdzałem nigdy tego faktu, nie mam za­miaru sprawdzać; powiedziało się coś bez myśli, przy stole; bo to było przy obiedzie.

– Obiad, przez który straciłem wiarę.

– Cóż mnie obchodzi twoja wiara! – zawo­łał Miasow. – Potem dodał z pogardą: – Brudzisz wszystko, do czego się dotkniesz.

Starzec wstał nagle.

– Darujcie mi, panowie, że zostawię was na chwilę samych, ale czekają tam na mnie ludzie, którzy przyszli tu przed wami. Wy zaś, panie – dodał żartobliwie, zwracając się do Fiodora Pa­włowicza – zapomnijcie o kłamstwie, a wszystko będzie dobrze.

Wyszedł, a z nim Alosza i drugi kleryk, którzy pomogli mu zejść ze schodów. Alosza z przyjemnością opuszczał zebranie, rad, że kre­wni jego, mimo wszystko, nie ściągnęli na siebie niechęci starca.

Starzec zwrócił się ku galerii dla pobłogosławienia czekających tam na niego pielgrzymów, ale stary Karamazow zatrzymał go jeszcze przy drzwiach.

– Święty człowieku! – zawołał z przejęciem – pozwól mi raz jeszcze ucałować twą rękę! Tak, widzę teraz, że można mówić swobodnie w two­jej obecności, że można żyć przy tobie. Myślicie może, że ja zawsze wyprawiam takie błazeństwa? Robiłem to dziś umyślnie dla wypróbowania wa­szej świętości. Chciałem wiedzieć, czy znajdzie się miejsce dla ukorzenia mego wobec wielkości waszej. Ale teraz poznałem, że można z wami żyć, odtąd zatem milczeć będę jak grób i nie powiem ani słowa aż do końca naszej wizyty. Macie na to moje słowo. Teraz ty, Piotrze Ale­ksandrowiczu, masz głos, jesteś panem sytuacji na całych dziesięć minut.