Bracia Karamazow

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bracia Karamazow
Bracia Karamazow
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Bracia Karamazow
Bracia Karamazow
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
34,95  24,81 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

NAJMŁODSZY SYN ALOSZA

Alosza miał wówczas lat 20. Mimo że za­mierzał poświęcić się życiu zakonnemu, nie był to bynajmniej fanatyk ani nawet mistyk. Określić by go można raczej jako urodzonego altruistę. Je­żeli obrał sobie drogę zakonną, to dlatego tylko, że uważał ją wówczas za jedyną, na której mógł urzeczywistnić swój ideał wyzwolenia z mrocz­nych ciemności ziemskiego zła duszy swej, rwą­cej się ku światłu i miłości. Drugą przyczyną, która wpłynęła na jego postanowienie, było spotka­nie na owej drodze nadzwyczajnego człowieka, jakim był w jego oczach świętobliwy starzec Zosima, mieszkający w miejscowym klasztorze. Do starca tego przywiązał się młody Alosza całymi siłami swego gorącego i nienasyconego serca. Był to zresztą w ogóle niezwykły chłopak. W chwili śmierci matki miał dopiero cztery lata, mimo to zapamiętał ją sobie na całe życie. Wspomnienia te występowały w jego wyobraźni tak wyraźnie jak głoski ogniste wyryte na ciemnym tle lub jasny punkt wielkiego jakiegoś obrazu gu­biącego się w ciemnym półmroku. Pamię­tał mianowicie jeden moment ze swego dzieciń­stwa. Cichy letni wieczór i promienie zachodzą­cego słońca wpadające ukośnie przez otwarte okno do wnętrza pokoju, gdzie w kącie paliła się lampka przed obrazem Matki Boskiej. Przed tym obrazem klęczała młoda kobieta, zanosząc się od żałosnego łkania i wyrzucając z siebie roz­paczliwe okrzyki. Kobieta trzymała go w obję­ciach i przyciskała namiętnie do piersi, tak silnie, że prawie ból mu zadając, to znów podsuwała go niejako w stronę obrazu, modląc się za niego i wzywając dla niego opieki Madonny. W tej chwili wbiegła zastraszona piastunka i wyrwała go z rąk matki. Taki to obraz zapamiętał sobie Alo­sza, dodając przy tym, że, o ile sobie przypomina, twarz jego matki była przedziwnie piękna, mimo że w owej chwili miała wyraz na wpół obłąkany. Opowiadał zresztą o tym niechętnie.

W dzieciństwie i młodości był to chłopak mało wywnętrzający się i małomówny. Pocho­dziło to jednak z pewnego rodzaju wewnętrznej zadumy, która go tak pochłaniała, że zapominał prawie o istnieniu zewnętrznych wy­padków. Mimo to nie stronił wcale od ludzi, kochał ich, wierzył im przez całe życie, a przecież nikomu nie przyszło na myśl uważać go za pro­stodusznego lub naiwnego.

Było w nim coś, co budziło w obcujących z nim przekonanie, że człowiek ten nie przyzna sobie nigdy prawa sądzenia ich postępków nieprzychyl­nie i gorszenia się nimi. Widoczne było, że to mu nigdy na myśl nie przyjdzie. Zdawało się, że zdolny jest darować wszystko i że nie potępi bez­względnie nic, choćby sam najgłębszego doznał zmartwienia. Od wczesnej młodości doszedł pod tym względem do takiego zrównoważenia, że nikt i nic nie było w stanie zadziwić go lub zastraszyć.

Mając lat dwadzieścia, przybył do ojca, którego dom był, jak wiadomo, gniazdem najwstrętniejszej rozpusty. Otóż tam, on, natura wyższa i czysta, bywał niekiedy świadkiem scen, których widoku zupełnie nie mógł znieść, wówczas oddalał się tylko w milczeniu, nie zdradzając naj­mniejszego zgorszenia lub uczucia pogardy dla kogo bądź. Ojciec jego, który jako dawny bywalec miał węch do ludzi i był po swojemu mocno drażliwy, przyjął go początkowo z niedowierzaniem i obserwował niechętnie. (Milczy, bo milczy, my­ślał o nim, ale wszystko na wąs mota). Po dwóch tygodniach jednak znajomości nabrał do niego takiej sympatii, że brał go co chwila w objęcia i całował, po pijanemu co prawda, ale z nieudaną czułością, a z czasem pokochał go tak serdecz­nie i głęboko jak jeszcze nikogo.

Już to chłopaka tego kochali wszyscy, z któ­rymi się stykał. Jeszcze w dzieciństwie, gdy umieszczono go w rodzinie opiekuna jego i wy­chowawcy, Jefima Polienowa, zjednał sobie bar­dzo prędko ogólne przywiązanie, tak że kochano go tam i obchodzono się jak z najbliższym kre­wnym. Był zaś jeszcze wówczas takiem dziec­kiem, że nie można go było w żaden sposób po­sądzać o wyrachowaną przebieg­łość i z góry ob­myślany zamiar zaskarbienia sobie względów swe­go otoczenia. Dar zdobywania sobie miłości ludz­kiej był u niego czymś wrodzonym i oddziaływał na innych bezwiednie i bezpośrednio. To samo było w szkole. Zdawałoby się, że z tego rodzaju usposobieniem mógł się narazić na niechęć kolegów, a przynajmniej stać się celem żartów i po­śmiewiska. Chętnie na przykład szukał osamotnienia, oddając się ulubionym swym zadumom, lub też uciekał gdzieś do kąta z książką. Tymczasem przez cały czas pobytu w szkole kochany był przez wszystkich i uchodził za ulubieńca kolegów. Rzad­ko bardzo brał udział w swawolach towarzyszy, rzadko nawet bywał wesoły, ale od razu można było poznać, że nie płynie to u niego z jakiejś wrodzonej posępności, przeciwnie, usposobienie miał pogodne i równe. Nigdy nie starał się wy­kazać wyższości swej nad kolegami, a przy tym nie bał się nikogo i niczego. Dlatego też malcy zdawali sobie wybornie sprawę, że zalety te są w nim tak dalece wrodzone, że nie przyjdzie mu na myśl pysznić się nimi, a postępuje raczej tak, jakby wcale o nich nie wiedział. Nie był też wcale zawzięty i zapominał szybko urazy. Zdarzało się nieraz, że godzinę po jakimś nieporozumieniu rozmawiał tak pogodnie i uprzej­mie z tym, który go obraził, jakby nic nigdy między nimi nie zaszło. A robił to nie dlatego, aby szybko przebaczał i darowywał, a raczej po­nieważ właściwie nie uznawał się za obrażone­go, co też najkorzystniej wpływało na przeci­wników.

Jeden tylko rys charakteru Aloszy nadawał się, zdaniem jego kolegów szkolnych, do żartów i śmiechów z niego, i to od najniższych do najwyż­szych klas gimnazjalnych. Rysem tym była jego bezgraniczna, niemal dzika wstydliwość. Nie znosił on zupełnie pewnego rodzaju słów, wyrażeń i rozmów o kobietach. Na nieszczęście tego rodzaju właśnie wyrażenia i rozmowy są aż nadto rozpowszechnione w naszych szkołach. Wyrostki, prawie jeszcze dzieci, czyste nawet i niewinne w duszy i w sercu, lubują się często w takich rozmowach i opowiadaniach, jakich by się nie powstydził najrozpasańszy żołdak. Co więcej, dzieci z naszego, tak zwanego wyższego, inteligentnego towarzystwa – wiedzą o wielu rzeczach i szczegółach, o jakich nie śniłoby się owym żołdakom. Nie jest to w nich rozpustą ani nawet istotnym wewnętrznym cynizmem, jak­kolwiek ma wszelkie tego pozory, ale faktem jest, że dorastające chłopaki znajdują w takich rozmowach dziwne upodobanie, jakby jakiś sma­czek delikatny i bardzo dla nich pociągający. Spostrzegłszy, że Alosza Karamazow zatyka so­bie uszy, ilekroć o tym zaczyna być mowa, chłopcy otaczali go umyślnie, odrywali mu prze­mocą ręce i krzyczeli mu nad uchem największe obrzydliwości. Wówczas wyrywał się im rozpaczliwie i rzucał na ziemię, zakrywa­jąc się o ile możności i nie wypowiadając ani jednego gniewnego słowa, znosił w milczeniu obrazę. W końcu zostawiono go w spokoju i przestano nawet przezywać go dziewczynką, tylko spoglądano na niego z pewnem poli­towaniem. Co się tyczy nauki, należał on zwy­kle do lepszych uczniów, nie był jednak nigdy pierwszy.

Po śmierci Jefima Polienowa żona jego i cała rodzina, składająca się wyłącznie z kobiet, wyjechała na dłuższy czas do Włoch. Alosza, który był jeszcze wówczas w gimnazjum, dostał się wtedy do domu dwóch dalekich kuzynek Polienowa, których przedtem nie znał, i pozosta­wał już u nich, nie wiedząc zupełnie, na jakich się to dzieje warunkach. Charakterystycznym także rysem jego usposobienia było, że się nigdy nie zatroszczył, z czego i czyim kosztem żyje. Pod tym względem był on zupełnym przeciwień­stwem starszego swego brata, Iwana, który od dzieciństwa bolał niezmiernie nad tym, że żyje niejako na łasce swego dobroczyńcy i starał się jak najprędzej stanąć o własnych siłach. Nie można jednak było z tego powodu sądzić Aloszę zwykłą miarą, to znaczy posądzać go o brak godności, bo każdy, kto go bliżej poznał, nabierał przeko­nania, że gdyby chłopcu temu dać na własność największy kapitał, rozdałby go niezawodnie na dobre uczynki, a może nawet oddałby go pierw­szemu lepszemu oszustowi, któryby go o to po­prosił. Zdawał się zupełnie nie rozumieć warto­ści pieniądza. Gdy w dzieciństwie dawano mu jakieś grosze na drobne przyjemności, to albo nosił je całymi tygodniami w kieszeni, nie wiedząc, co z nimi począć, lub też pozbywał się ich natych­miast, nie wiedząc zupełnie nawet jak i na co. Krewny jego rodziny, Piotr Aleksandrowicz Miasow, który zdawał sobie doskonale sprawę z war­tości pieniędzy i był mocno drażliwy na punkcie burżuazyjnych pojęć o uczciwości, tak określał właściwość charakteru Aloszy: „Oto jedyny człowiek w świecie, którego można zostawić z całym spokojem zupełnie samego w środku ob­cego miasta, zaludnionego milionami mieszkań­ców, zupełnie mu nieznajomych, a można ręczyć, że nie zaginie i nie umrze z głodu i chłodu. W jednej chwili bowiem zgłosi się do niego mnóstwo ludzi gotowych nakarmić go i przy­odziać, albo też on sam wyżywi się i przyodzieje bez żadnego wysiłku, i nie będzie w tym dla niego żadnego poniżenia, gdyż każdy poczytywać sobie będzie za przyjemność oddanie mu przy­sługi”.

Brakowało mu jednej już tylko klasy do ukończenia gimnazjum, gdy pewnego razu oznajmił swo­im chwilowym opiekunkom, że musi jechać do ojca dla załatwienia jednej sprawy. Damy te zmartwiły się bardzo wyjazdem i z całych sił próbowały powstrzymać przed tym krokiem.

Podróż była niedaleka, ale Alosza nie miał na nią żadnych środków. Wówczas opie­kunki jego nie tylko nie pozwoliły mu zastawić na ten cel zegarka, który otrzymał w podarunku od rodziny swego byłego opiekuna, ale zaopa­trzyły go o wiele hojniej, niż tego potrzebował, nie zapominając o ubraniu i bieliźnie. On jed­nak zwrócił im połowę pieniędzy, oświadczając, że pojedzie trzecią klasą, i udał się do rodzin­nego miasta. Na zapytanie ojca, dlaczego nie kończy gimnazjum, nie odpowiedział nic prawie i był tylko niezwykle zamyślony. Po niejakim czasie dopiero pokazało się, że pragnie odszukać grób matki i, jak sam mówił, po to właściwie przyjechał. Była w tym jednak inna jeszcze pobudka, której na razie sam sobie nie uświada­miał, ale która z nieprzepartą siłą pchała go na nową drogę życia. Fiodor Pawłowicz nie mógł mu, oczywiście, wskazać mogiły jego matki, bo od czasu jej pogrzebu nie był ani razu na cmen­tarzu.

 

Tu wypada nam wspomnieć jeszcze słów parę o życiu starego Karamazowa. Po śmierci drugiej żony oddalił się on z rodzinnego miasta i przebywał dłuższy czas w Odessie. Tam, jak sam opowiadał, pozawierał liczne znajomo­ści z rozmaitymi „żydami, żydkami i żydziętami”, a także przyjmowany był w domach tak zwanych „Izraelitów”. W tym to okresie ży­cia rozwinął w sobie tę osobliwszą umiejętność zbijania i nagromadzania grosza. Gdy po kilku latach takiego życia powrócił do rodzinnego mia­sta, dawni jego znajomi znaleźli w nim wielkie zmiany. Przede wszystkim postarzał się nad wiek swój, który nie był jeszcze zbyt pode­szły. Następnie zachowanie się jego w towarzystwie straciło już wszelkie piętno przyzwoitości i stało się do najwyższego stopnia trywialne i aroganckie. Nieobyczajność względem kobiet, którą i dawniej uprawiał, stała się jeszcze bar­dziej wyuzdana. Prócz tego założył w powiecie kilka nowych szynków, a wszyscy prawie obywa­tele okoliczni stali się wkrótce jego dłużnikami. Oczywiście, że kapitały swoje umieszczał tylko na pewnej hipotece. W ostatnich czasach zaczął też tracić trochę równowagę umysłu, stał się ja­kiś szorstki, upijał się coraz częściej i gdyby nie Grzegorz, który zajmował wobec niego jakby stano­wisko guwernera, naraziłby się nieraz na ciężkie nieprzyjemności.

Przyjazd Aloszy podziałał dodatnio na tego podupadającego starca. Budzić się w nim za­częły dawno przygasłe wspomnienia.

– Wiesz ty, żeś ty bardzo do niej podo­bny – mawiał do syna – do „Klikuszy”. – Tak nazywał swoją zmarłą żonę z powodu nerwowej choroby, na którą cierpiała.

Grobu „Klikuszy” nie mógł jednak w żaden sposób pokazać synowi. Zrobił to dopiero stary Grzegorz, który, jak się pokazało ku ogólnemu zdziwieniu, sam pomyślał o pomniku i napisie. Skromne to było, ale przyzwoite. Na płycie że­laznej wypisano imię, nazwisko, wiek i datę śmierci nieboszczki, a pod spodem wyryty był czterowiersz odpowiedni, w rodzaju tych, jakie się spotyka na cmentarzach miejskich.

Alosza nie okazał na grobie matki szczególniejszego wzruszenia, wysłuchał tylko spokoj­nie opowiadania Grzegorza o sposobie, w jaki upo­rządkował grób biednej „Klikuszy”, i odszedł, nie przemówiwszy ani słowa. Natomiast cały ten epizod wywarł całkiem niespodziewane wrażenie na Fiodorze Pawłowiczu. Objawiło się ono w ten sposób, że zawiózł tysiąc rubli do miejscowego klasztoru, ofiarowując na mszę za duszę nie dru­giej swej żony, matki Aloszy, ale pierwszej, Adelaidy Iwanowny, tej, która go biła. A był to czło­wiek, który przez całe swoje życie nie spełniał żadnych praktyk religijnych i z pewnością nie wydał nigdy i pięciu kopiejek na postawienie świeczki przed obrazem. Takie to niespodziewa­ne zwroty uczuć i myśli zdarzają się często wśród ludzi.

Marne i hulaszcze życie, jakie prowadził Fiodor Pawłowicz, wyryło niezatarte i charakte­rystyczne ślady na jego ówczesnej fizjonomii. Małe jego oczka, o bezczelnym i chytrym wyra­zie, okolone były mięsistymi woreczkami; twarz, stosunkowo drobną, pokrywały głębokie zmar­szczki zbiegające się w okolicach podbródka, który zwisał na kształt podłużnej torebki pod ostro zakończoną brodą, nadając całej twarzy ja­kiś odrażająco lubieżny charakter. Dodajmy do tego szerokie, żarłoczne usta o grubych, mięsi­stych wargach, spomiędzy których ukazywały się czarne i połamane szczątki zębów, a będziemy mieli całkowity obraz ówczesnego wyglądu stare­go Karamazowa.

Żartował on sam nieraz z tej swojej twarzy, jakkolwiek zdawał się być z niej dosyć zadowo­lony. Pysznił się mianowicie swoim nosem, który był niewielki, cienki, a przy tym z dość wy­datnym garbkiem. „Prawdziwy rzymski nos – powiadał o nim – co w połączeniu z podbród­kiem stanowi wspaniały typ, typ rzymskiego patrycjusza z epoki upadku”.

Wkrótce po odnalezieniu grobu matki Alo­sza oznajmił ojcu, że ma zamiar wstąpić do nowicjatu w miejscowym klasztorze, gdzie go obiecano przyjąć. Dodał przy tym, że zwraca się do niego jako do ojca z prośbą o pozwolenie, w nadziei że nie będzie się sprzeciwiał speł­nieniu najgorętszych jego pragnień. Stary wie­dział, że przebywający przy klasztorze ojciec Zosima wywarł głębokie wrażenie na jego „cichego Aloszę”.

– Ten starzec to w samej rzeczy uczciwy mnich – przemówił Fiodor Pawłowicz, wysłuchawszy w milczeniu prośby syna. – Hm, to się tobie tego zachciewa? Mój ty cichy chłopaczku – mówił dalej, uśmiechając się tym swoim szerokim, na wpół pi­janym, niepozbawionym jednak pijackiej chytrości uśmiechem. – Hm… Przeczuwałem, że ty na tym skończysz. A cóż, masz tam te swoje dwa tysiące rubelków, to i wiano gotowe. Ty się bar­dzo nadajesz do takiego życia, grosza tracić nie umiesz, jak kanareczek, po dwa ziarneczka na tydzień. Nie bój się, aniele miły, ja ciebie nie opuszczę i zapłacę za wpisanie, ile zażądają, gdy­by trzeba było. Ale jeżeli nie zażądają, to po co się napraszać? Nieprawdaż… Hm… A wiesz ty co? Znam ja jeden klasztor, co ma własny futor za miastem, gdzie mieszkają „klasztorne żonki”, tak je tam wszyscy nazywają, ze trzydzieści sztuk pewnie. Byłem tam i bardzo to w swo­im rodzaju interesujące, dla rozmaitości. Szkoda tylko, że panuje tam rosyjski szowinizm. Fran­cuzek na przykład nie ma wcale, a powinny być dla grubych ryb. Podobno jeszcze przyjadą. A tu co? Nie ma takiego urządzenia, nie ma. A mnichów sztuk ze dwustu. Uczciwe podobno „monachy”, posty obserwują. Ej, Alosza! Żal mi ciebie. A wiesz ty co? Wierz czy nie wierz, pokochałem ja ciebie… w samej rzeczy… No i przy tym, ładnie, pomyśla­łem sobie, że będzie komu pomodlić się za grze­szną duszę. Nieraz już myślałem o tym. Miły ty chłopcze! Ty wiesz, że ja na punkcie tych wa­szych wszystkich nabożności całkiem głupi jestem. Ale przecież przychodzi mi czasem na myśl, nie często rozumie się, ale czasem, że już tam diabeł widły na duszę moją gotuje i nie może być inaczej. Dobrze myślę, widły, ale skąd one? Z czego zrobione, z żelaza może? Gdzież ta fa­bryka, w której się kują? Ot! W klasztorze mnichy myślą, że piekło ma sufit, ja gotów też jestem wierzyć w piekło, ale bez sufitu, to jakoś delikatniej, kulturalniej, bardziej po protestancku; tymczasem w samej istocie rzeczy to chyba wszystko jedno. Ot już i jest przeklęta zawiłość! Bo jeśli nie ma sufitu, nie ma i wideł, a jeśli nie ma wideł, czym że mnie diabeł po śmierci zahaczy? A jeśli już takiego, jak ja, nie zahaczy, to gdzie prawda na świecie? Dla mnie jednego należało­by wymyślić owe widły! Bo ty nie wiesz, Alosza, jaki ja bezwstydny grzesznik jestem!

– Tam przecież nie ma wideł – cicho i po­ważnie odparł Alosza, przyglądając się bacznie ojcu.

– Tak, tam są tylko cienie wideł, jak mó­wi francuski poeta: „Widziałem cień woźnicy, który miotły cieniem czyścił cienie karety”. A ty skąd, gołąbku, wiesz, że tam wideł nie ma? Ina­czej ty zaśpiewasz, jak posiedzisz w klasztorze. Idź zresztą, idź, może się dobierzesz do prawdy, wtedy wróć i opowiedz. Zawsze jakoś lżej będzie iść na tamten świat, gdy się człowiek dowie, co go tam czeka. A przyzwoiciej będzie dla ciebie żyć wśród „monachów” niż tu ze starym pijakiem i między „kobietkami”. Tylko że do ciebie, jak do anioła, nic nie przylgnie. I tam w klasztorze nic do ciebie nie przylgnie, ja wiem o tym, dla­tego ci nie bronię tam iść. Palisz się teraz, ale się wypalisz i wrócisz do mnie, a ja czekać tu będę na ciebie, bo wiem, że ty jeden jedyny na świecie nie potępiasz mnie, chłopcze mój miły! Ja tu czuję, bo jakżebym czuć tego nie miał?

Mówiąc to, rozchlipał się na dobre. Był bo­wiem sentymentalny. Zły, ale sentymentalny.

Starcy

Nie należy sobie wyobrażać młodego Alo­szy jako młodzieńca chorobliwego, nerwowego i wątłego fizycznie. Przeciwnie, był to wówczas chłopak rosły, zdrów, silny, o rumianych policz­kach i błyszczących oczach. Był on przy tym bar­dzo piękny i zgrabny, wzrostu trochę więcej niż średniego, o regularnym, choć trochę wydłużo­nym, owalu twarzy. Włosy miał ciemnoblond, a oczy ciemnoszare, duże, szeroko otwarte, o wy­razie przeważnie zadumanym i pozornie spo­kojnym.

Oczywiście rumiane policzki i zdrowy orga­nizm nie wykluczają bynajmniej usposobienia fa­natycznego i skłonności do mistycyzmu, tylko że z Aloszą rzecz się miała przeciwnie i można by go raczej scharakteryzować jako realistę.

Oczywiście, będąc w klasztorze, wierzył w cuda, tylko że, zdaniem moim, wiara w cuda nie sprzecza się wcale z realizmem.

Nie cuda skłaniają realistę do wiary, a przeciwnie, uznawanie możliwości cudu jest dla niego wynikiem wiary, skoro już raz uwierzył.

Realista niewierzący nie uznałby najoczywistszego faktu nadprzyrodzonego, który by się stał w jego oczach i raczej nie dowierzałby własnym zmysłom, niżby miał przyjąć istnienie cudu. U wierzącego zaś realisty istnienie cudu jest tyl­ko logicznym następstwem jego wiary.

Apostoł Tomasz, który twierdził, że nie uwie­rzy, dokąd nie zobaczy, woła, ujrzawszy: „Pan mój i Bóg mój!”. Czyżby cud wywołał w nim wiarę? Chyba przeciwnie, wiara jego wywołała cud, bo w głębi serca swego wierzył już i przedtem.

Alosza był człowiekiem inteligentnym, mimo że przerwał nauki i kończyć ich nie miał za­miaru. Wspomniałem już wyżej, że drogę zakon­nego życia obrał dlatego, iż uważał ją jako jedy­ny sposób urzeczywistnienia swego ideału dąże­nia ku miłości i światłu. Był on jednym z tych młodych ostatniego pokolenia, którzy mając na­turę do gruntu uczciwą, poszukują prawdy, wie­rzą w nią i potrzebują jej ze wszystkich sił swo­jej duszy, a odnalazłszy, pragną poświęcić się dla niej jak najprędzej i najzupełniej, chociażby odda­jąc jej życie. Nie wiedzą, na nieszczęście, ci młodzi, że ofiara z życia jest często łatwiejsza i że poświęcenie pięciu lub sześciu lat z kipiącej życiem młodości na trud ciężki i uporczywy, dla zdobycia choćby wiedzy potrzebnej dla popiera­nia swojej prawdy, jest ofiarą stokroć cięższą i dla wielu niemożliwą.

Alosza wybrał swoją drogę, jak się spełnia czyn bohaterski. Skoro po głębszym i poważnym namyśle doszedł do przekonania, że istnieje Bóg i nieśmiertelność duszy, natychmiast powiedział sobie: „Żyć będę dla Boga i nieśmiertelności i nie przyjmę połowicznego kompromisu”.

Gdyby, przeciwnie, doszedł do przekona­nia, że nie ma Boga i nieśmiertelności, to nie­chybnie zostałby natychmiast ateistą i socjalistą.

Bo socjalizm to nie tylko kwestia robotni­ków i proletariatu, to również, i to w najistotniej­szej swej treści, kwestia ateizmu wznoszącego wieżę Babel, oczywiście, bez Boga, nie dla wznie­sienia się do niebios z ziemskiej niziny, a raczej dla obniżenia niebios do ziemskiego poziomu.

Po takim procesie wewnętrznym wydało się Aloszy niepodobieństwem żyć, jak dawniej, skoro powiedziane jest: „Oddaj wszystko, co masz, i pójdź ze mną, jeśli chcesz być doskonałym”.

Powiedział też sobie: „Nie mogę dać dwóch rubli tam, gdzie należy oddać wszystko, ani też poprzestać na uczęszczaniu do kościoła, zamiast pójść za nim”.

Być może, że podziałały tu wspomnienia matki, która musiała go niegdyś wozić do klasz­toru, a i promienie zachodzącego słońca, oświetlające ukośnie obraz święty, pod którego opiekę oddawała go matka, nie pozostały też bez wpły­wu. Przyjechał jeszcze wahający się i zadumany, ale w klasztorze spotkał świętego starca.

Wspomniawszy o starcu Zosimie, który wy­warł tak przeważny wpływ na Aloszę, musimy po­wiedzieć tu parę słów o starcach w ogóle i o sta­nowisku, jakie zajmują oni w rosyjskich klasztorach.

Ludzie kompetentni twierdzą, że starcy uka­zali się w Rosji niedawno, bo zaledwie od stu lat, podczas gdy na wschodzie, a zwłaszcza w Ma­łej Azji, istnieli oni już przed tysiącem lat.

W Rosji zwyczaj osiedlania się starców po klasztorach był z początku źle widziany, jako nowatorstwo, i zakorzenił się w niewielu tylko miejscowościach.

Klasztor, w którym Alosza odbywał nowicjat, był właśnie jednym z tych niewielu, a mieszkający przy nim świątobliwy Zosima był już ostatnim z trzech starców, którzy tu kolejno przebywali. Był on jednak wyczerpany bardzo chorobą i wiekiem, i zdawał się bliski grobu, i nie wiadomo było, kim go zastąpić. A kwestia to była ważna dla klasztoru, który nie miał żadnych osobliwości, jak relikwie święte, cudowne obrazy lub pamiątki historyczne, tak że tylko obecność starca ścią­gała w jego mury tłumy pielgrzymów.

Któż to był ten starzec? I kim wogóle są starcy? Starzec taki to ktoś, kto bierze w duszę swoją ludzkie dusze i wolę. Ten, co sobie ta­kiego starca wybierze, wyrzeka się najzupełniej własnej woli, oddając ją w pełne posiadanie starcowi. Poddający się przyjmuje dobrowolnie tę straszną szkolę życia w nadziei, że, po długich wysiłkach, pokona się i zawładnie sobą do tego stopnia, iż uzyska w końcu doskonalą swobodę, to jest wyzwolenie się od samego siebie, unikając w ten sposób losu tych, którzy przeżyć potrafią nieraz całe życie, nie odnalazłszy swego ja. Ta sztuka władania duszami, czyli tak zwane starcostwo, nie teoretyczne bynajmniej, lecz oparte na tysiącletniej praktyce, przyszło do nas ze Wschodu. Uległość względem starców jest to coś więcej niż zwykłe posłuszeństwo klasztorne, to wieczysta niemal zależność od obranego przewodnika i nierozerwalny z nim związek.

 

Opowiadają, że w pierwszych czasach chrześcijaństwa jeden z takich „posłuszników” nie spełnił jakiegoś polecenia swojego starca i opuś­cił go nawet zupełnie, przenosząc się z jego klasztoru do innego, oddalonego gdzieś z Syrii do Egiptu. Tam, po życiu pełnym świątobliwych i bogobojnych trudów, poniósł wreszcie śmierć męczeńską za wiarę. Gdy grzebano go z wielką uroczystością w kościele, czcząc go, oczywiście, jako świętego, to na słowa diakona: „ustąpcie stąd, przeklęci!” trumna, zawierająca zwłoki mę­czennika, ruszyła się z miejsca i wyrzucona zo­stała z kościoła; powtórzyło się to trzykrotnie. Wtedy dopiero obecni przypomnieli sobie, że święty ów naruszył ślub posłuszeństwa względem swego starca i z tego powodu dusza jego nie może mieć spokoju, dopóki tenże sam starzec nie zwolni go od uczynionego ślubu, bez względu na wielkie zasługi męczennika. Dopiero gdy we­zwany starzec udzielił żądanego rozgrzeszenia, pogrzeb męczennika odbyć się mógł w spokoju.

Jest to zapewne stara tylko legenda, ale w każdym razie charakteryzuje ona dobrze ogrom­ną powagę i przemożne stanowisko starców na Wschodzie. Dlatego też może, gdy z czasem instytucja ta przeniosła się do Rosji, miejscowe duchowieństwo patrzyło na starców niechętnie, uważając ich za intruzów wdzierających się w prawa należne tylko spowiednikom. Za to lud przyjął ich wszędzie bardzo ochoczo i otaczał ich wielkim poważaniem i miłością. Z czasem zwyczaj ten utarł się i zakorzenił, i coraz częściej spoty­kać można było starców żyjących spokojnie przy klasztorach, dla których obecność ich była bar­dzo pożądana.

Starzec Zosima, o którym mowa była powy­żej, miał wówczas sześćdziesiąt pięć lat. Pochodził z rodziny szlacheckiej i za młodu służył nawet w wojsku jako oficer na Kaukazie. Wywierał on rzeczywiś­cie na Aloszę jakiś niezwykły, osobliwy wpływ. Na młodzieńczą wyobraźnię chłopaka działała, bez wątpienia, nadzwyczajna sława i popularność tego starca. Tłumy ludzi różnych stanów schodziły się nieustannie do klasztoru, prosząc go o radę.

Opowiadano o nim, że wskutek długoletniego wysłuchiwania ty­siącznych zwierzeń, trosk i kłopotów swoich pokutników doszedł on do tak doskonałej znajomości natury ludzkiej, że odgadywał z pierwszego wejrzenia cel i powód przybycia każdego, kto się do niego zwracał, wprawiając tym gości swoich w niesłychane zdumienie.

Alosza był ulubieńcem starca i mieszkał z nim w jednej celi, widywał nieraz cudowne zmiany, jakie zachodziły w ludziach odwiedzają­cych go, gdy wszedłszy zakłopotani, drżący i ciężko nieraz zatroskani, wychodzili z twarzą pogodną i rozjaśnioną, jakby ulegając wewnętrznemu przeobrażeniu.

Pociągało go również pogodne usposobienie starca, łagodność jego i przystępność.

Było wszakże w klasztorze kilku mnichów i to ze znaczniejszych figur, którzy zazdrościli skrycie sławy świątobliwemu Zosimie, ci jednak byli w mniejszości i nie śmieli okazywać mu nie­chęci wobec tego, że większość kochała go wprost fanatycznie. Ci ostatni uważali go stanowczo za świętego, a przeczuwając bliski jego zgon, ocze­kiwali cudów po śmierci i wielkiej sławy, która spłynie z niego na cały klasztor.

Alosza wierzył bez zastrzeżeń w cudotwór­czą moc swego mistrza, podobnie jak wierzył w starą, powyżej opisaną legendę.

Widział on nieraz, jak przyprowadzano do starca chore dzieci i dorosłych, jak błagano go, aby zechciał położyć ręce na zbolałych głowach i odczytać nad nimi modlitwę, i widział, jak na drugi dzień, lub parę tylko godzin potem, cho­rzy powracali uzdrowieni, błogosławiąc i składając dziękczynienia. Czy to były rzeczywiste ulecze­nia, czy tylko chwilowe polepszenia, nad tym się Alosza nie zastanawiał, a sława ukochanego mis­trza była jego dumą i radością.

Drżało mu zwłaszcza serce z zachwytu i szczęścia, gdy starzec wychodził przed wrota klasztorne do oczekującego tłumu pielgrzymów, którzy schodzili się z najodleglejszych stron kraju, aby tylko ujrzeć świętobliwego człowieka i otrzy­mać jego błogosławieństwo. Padali przed nim na twarz, całowali nogi jego i ziemię, po której chodził, baby podawały mu dzieci, przywożono mu chore nerwowo kobiety, tak zwane klikusze, sta­rzec rozmawiał z nimi, błogosławił, czytał modlitwy, rozgrzeszał i odpuszczał.

Dla Aloszy nie było to wcale zagadką, dla­czego lud kocha tak starca i raduje się jego obec­nością, płacząc z zachwytu na sam jego widok. Rozumiał on doskonale, że proste dusze tych lu­dzi, zmęczone trudem i troską, a zwłaszcza grze­chem i nieprawością własną i powszechną, po­trzebują przede wszystkim pociechy i ukojenia. A może być słodsza i bardziej uspokajająca po­ciecha, jak mieć coś lub kogoś, świątynię lub świętego do czczenia i uwielbiania?

„Żyjemy w grzechu i kłamstwie, to prawda. Ale za to tam, gdzieś, jest człowiek święty i wyż­szy, który zna prawdę i przechowuje ją. Zatem nie zginęła ona z ziemi, a z czasem przejdzie i do nas i zapanuje nad całym światem”.

Wiedział dobrze Alosza, że tak czuje i rozu­mie lud zbiegający się do klasztoru i sam z całego serca uczucia te podzielał. Wierzył wraz z płaczącymi chłopcami i przynoszącymi dzieci babami, że nie kto inny, tylko starzec ów jest tym świętym, wyższym przechowywaczem i stróżem prawdy Bożej. Niezwykła sława, jakiej świętość starca przysparzała klasztorowi, napełniała duszę jego dumą i radością, a głęboki wewnętrzny pło­mienny zachwyt rozpalał się coraz mocniej i moc­niej w jego sercu i wypełniał go całkowicie. Nie zachwiało go bynajmniej w wierze, że święty sta­rzec był w doskonałości swej zupełnie odosobnio­ny i jedyny. Cóż stąd? – myślał. – On posia­da dla wszystkich tajemnicę odrodzenia, dzięki której prawda zapanuje kiedyś na ziemi. A wów­czas wszyscy mieć będą w sobie świętość i ko­chać się będą wzajem i nie będzie już wtedy bo­gatych ni biednych, pysznych ani poniżonych, a tylko wspólne dzieci Boże, i królestwo Chry­stusa zapanuje na całej ziemi. Takie były najskrytsze marzenia serca Aloszy.

Przyjazd obu starszych braci, których Alosza dotąd nie znał, wywarł na nim silne wrażenie. Zbliżył się od razu o wiele łatwiej i serdecz­niej ze starszym i przyrodnim Dymitrem niż zro­dzonym swym bratem Iwanem. Alosza pragnął bardzo poznać bliżej Iwana, tymczasem żyli już dwa miesiące pod jednym dachem, a stosunek ich był zawsze równie daleki. Alosza zachowy­wał się milcząco, Iwan zaś rzucał wprawdzie nie­kiedy na młodszego brata przeciągłe i badawcze spojrzenia, ale zachowywał się tak, jakby się nim wcale nie interesował. Zauważył to Alosza z pewnym uczuciem zakłopotania. Przypisywał obo­jętność brata względem siebie różnicy lat i wykształcenia, ale jednocześnie zdawało mu się, że Iwan patrzy na niego chwilami z ciekawością, z której przyczyn nie zdawał sobie jasno sprawy. Byłoż to pogardliwe lekceważenie ateisty wzglę­dem młodego, głupiutkiego kleryka? O! Bo Alo­sza wiedział doskonale, że brat jego jest ateistą. Lekceważenie to nie obrażało go bynajmniej, miał jednak niezrozumiałą dla siebie trwogę i niepo­kój i oczekiwał w niepewności chwili, w której Iwan zechce się do niego zbliżyć.