Bracia KaramazowTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bracia Karamazow
Bracia Karamazow
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Bracia Karamazow
Bracia Karamazow
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
34,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Przełożyła

Barbara Beaupré


Tytuł oryginału: Bratia Karamazowy

Tłumaczenie: Barbara Beaupré

Copyright © 2014, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-252-0

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Korekta: Dorota Ring

Skład: Jacek Antoniuk

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com

KSIĘGA I
HISTORIA JEDNEJ RODZINY
FIODOR PAWŁOWICZ KARAMAZOW

Aleksy Fiodorowicz Karamazow był trzecim synem właściciela ziemskiego, Fiodora Pawłowicza Karamazowa, którego tragiczna i tajemnicza śmierć narobiła w swoim czasie wiele hałasu.

Ziemianin ów (jak go powszechnie nazywa­no, mimo że całe prawie życie spędził poza obrębem swych ziemskich posiadłości) był to szczególny, jakkolwiek dość często zdarzający się typ człowieka. Obok lichego charakteru i roz­pustnych skłonności zdawał się być zupełnie po­zbawiony zdrowego rozsądku, był, jak to mówią, „narwany”, z tych jednak narwanych, którzy umieją wybornie prowadzić własne interesy majątkowe, ale też tylko te. I tak na przykład, rozpocząwszy od bardzo małego, jako właściciel drobnego ka­wałka ziemi, prowadził życie hulaszcze, żywiąc się przy tym przeważnie po cudzych domach, a w chwili śmierci znaleziono przy nim przeszła sto tysięcy gotówki. Z tym wszystkim słynął on w okolicy jako zupełnie zwariowany półgłówek, trzeba tu jednak dodać, że większej części swych szaleństw dokonał niezmiernie rozumnie i chytrze, a narwanie jego miało pewne specjalne, czysto narodowe cechy. Fiodor Pawłowicz był dwa razy żonaty. Z pierwszego małżeństwa miał jednego syna, Dymitra, z drugiego dwóch: Iwana i Ale­ksego. Pierwsza jego żona pochodziła z zamo­żnej i bardzo znanej w okolicy szlacheckiej ro­dziny Miasowów, którzy posiadali znaczne dobra. Jakim sposobem dziewczyna posażna, piękna, a przy tym jak na owe czasy niepospolicie wy­kształcona mogła wyjść za mąż za takie­go marnego półgłówka, jakim był Karamazow, tego nie silę się wyjaśnić. Sam jednak znałem pannę z przeszłego „romantycznego” pokolenia, która żywiła przez lat kilka zagadkową miłość do pewnego jegomościa, za którego zresztą wyjść mogła w każdej chwili najspokojniej w świecie. Mi­mo to potrafiła sobie znaleźć tysiące urojonych przeszkód i przeciwności, które zniewoliły ją do rzucenia się ze szczytu stromej i wysokiej skały w głąb bystrej i głębokiej rzeki, gdzie też istotnie utonęła, jedynie tylko dlatego, aby się stać po­dobną do szekspirowskiej Ofelii. I to tak dalece, że gdyby w tym miejscu zamiast pięknej, malo­wniczej i wysokiej skały znajdował się zwykły, płaski, prozaiczny brzeg, samobójstwo to nie na­stąpiłoby z pewnością. Fakt to jest autentyczny, a nie należy zapominać, że zaszło u nas niemało podobnych w ciągu trzech ostatnich pokoleń. Po­stępek Adelaidy Miasow należał do tejże kategorii zjawisk, a popełniła go niezawodnie pod wpływem owych nieuchwytnych, obcych wpływów i rozprzężenia myśli.

Czy chciała w ten sposób zaznaczyć kobie­cą swą samodzielność, idąc wbrew panującym przesądom i despotycznym zachciankom rodziny? Czy usłużna wyobraźnia zrobiła w jej oczach Fiodora Pawłowicza śmiałym szydercą i dzielnym szermierzem tej nowej, prowadzącej do wszelkie­go dobra epoki? Podczas gdy był to tylko lichy pajac, podszyty pieczeniarzem. Dość, że została jego żoną, a co było najciekawsze, musiał ją Fiodor Pawłowicz wykraść, czym ją najmocniej zadowolił.

Fiodor Karamazow, którego stanowisko towarzyskie było jeszcze wówczas bardzo skromne, gotów był na wszelkie kawały, byleby zrobić karierę. Spokrewnienie się z arystokratyczną ro­dziną, a przy tym zdobycie posagu, było, oczywiś­cie, rzeczą bardzo dla niego nęcącą, co się tyczy jednak wzajemnej miłości, nie było jej prawdo­podobnie z żadnej strony. Adelajda Iwanowna, mimo swej piękności, nie wzbudziła wcale głęb­szych namiętności w sercu swego męża, a był to jedyny wypadek w życiu tego człowieka, oddane­go namiętnościom prawie wyłącznie miłosnym, goniącego ochoczo za każdą napotkaną spódnicz­ką. Ta jedna tylko wśród wszystkich innych nie wywierała na niego żadnego wrażenia. Adelajda Iwanowna zdała sobie sprawę bar­dzo prędko po ślubie, że dla męża swego odczu­wa tylko pogardę. Naturalnie skutki tego wzaje­mnego stosunku dały się uczuć z błyskawiczną szybkością. Rodzina pani Karamazow dała się bardzo prędko przebłagać i oddała cały na­leżny jej posag, mimo to stosunki między małżon­kami stały się bardzo burzliwe. Opowiadano, że w sporach tych młoda małżonka okazała daleko więcej go­dności i szlachetności niż mąż, który, jak się później okazało, wyłudził od niej od razu cały kapitał, wynoszący dwadzieścia pięć tysięcy rubli, a następnie usiło­wał przejąć w posiadanie, za pomocą podrobione­go aktu kupna, należącą do niej wioskę i dom w mieście, stanowiący jej spadek po rodzicach. Byłoby mu się to zapewne udało, dzięki po prostu uczuciu wstrę­tu i pogardy, jakie budził w swojej żonie, która zgodziłaby się na wszystko, byle tylko się go po­zbyć; na szczęście jednak wdała się w to jej rodzina i powściągnęła mężowską chciwość. Opowiadano także, że przychodziło nawet do zniewagi czyn­nej, że jednak biła tu przede wszystkim małżon­ka dama odważna, prędka, gorącego tempera­mentu, a przy tym obdarzona niepospolitą siłą fizyczną. W końcu Adelaida Iwanowna rzuciła dom i męża i uciekła z ubogim nauczycielem seminarium pochodzącym z niższych warstw społecznych, zostawiając synka Dymitra.

Natychmiast po jej wyjeździe Karamazow zaprowadził u siebie rodzaj haremu, zapijając się przy tym bez pamięci, w antraktach zaś jeździł po całej prawie okolicy, skarżąc się ze łzami w oczach na żonę każdemu, kto chciał tych skarg słuchać.

Przy tej sposobności opowiadał on o żonie swojej szczegóły, o jakich każdy inny mąż nie wspominałby nawet sam przed sobą bez uczucia wstydu. W ogóle sprawiało mu, zdaje się, dziwną przyjemność odgrywać przed każdym śmieszną rolę zdradzonego męża, popisywał się prawie swoją krzywdą, toteż żartownisie mówili mu: „Wyglądacie, Fiodorze Pawłowiczu, jakbyście do­stąpili wyższej rangi, takie zadowolenie bije od was pomimo waszych strapień”. Niektórzy utrzy­mywali, że Karamazow udaje tylko nieświadomość, zdając sobie wybornie sprawę ze śmiesznej stro­ny swego położenia, któż jednak wiedzieć może, czy nie było w tym i rzeczywistej naiwności. W końcu udało mu się natrafić na ślad zbiegłej małżonki. Biedaczka przebywała w Peters­burgu wraz ze swym seminarzystą i zaczynała właśnie puszczać się na fale emancypacji. Fiodor Pawłowicz zakłopotał się tym cokolwiek i zaczął nawet wybierać się do Petersburga, nie wiedząc właściwie dlaczego? I po co? Może na­wet rzeczywiście by tam pojechał, gdyby nie to, że powziąwszy takie postanowienie, uczuł się w obo­wiązku dodać sobie animuszu przed drogą na swój zwykły sposób, to jest oddając się bezprzykładnej pijatyce.

Tymczasem rodzina jego żony otrzymała wiadomość o jej śmierci. Umrzeć miała gdzieś na poddaszu z tyfusu. W chwili otrzymania tej wiadomości Fiodor Pawłowicz był zupełnie pijany.

Opowiadano, że wybiegł wówczas na ulicę z wzniesionymi do góry rękami, krzycząc na cały głos z radością: „Jestem wolny”. Inni utrzymy­wali, że płakał jak małe dziecko, aż żal było pa­trzeć na niego, mimo wszystkich jego wad. Bardzo być może, że jedno i drugie było prawdą. Cieszył się, prawdopodobnie, swoim oswobodze­niem i opłakiwał jednocześnie tę, która oswobo­dziła go swą śmiercią. W znacznej ilości wypad­ków ludzie, nawet źli, znajdują więcej w sobie prostoduszności i dobroci, niżbyśmy mogli przypuszczać, a zauważyć to możemy i sami na sobie.

PIERWSZE MAŁŻEŃSTWO

Łatwo sobie wyobrazić, jakiego rodzaju oj­cem i wychowawcą mógł być taki człowiek. W stosunku jego do syna stało się to, co się stać musiało, to znaczy zaniedbał go całkowicie. Nie była to bynajmniej jakaś uraza mężowska do dziecka Adelaidy Iwanownej, po prostu – najzupełniej o nim zapomniał.

Podczas gdy Fiodor Pawłowicz zanudzał wszystkich dokoła łzami i skargami, za­mieniając jednocześnie dom w gniazdo roz­pusty, trzyletni Mitia znalazł opiekuna w osobie Grzegorza, wiernego sługi tegoż domu. Gdyby nie on, nikt by nawet nie pomyślał o zmienieniu chłop­cu koszulki. W pierwszych bowiem czasach rodzina matki również zapomniała zupełnie o dzieciaku. Dziad jego, a ojciec Adelaidy, Iwanowicz, nie żył już wtedy, babka była ciężko chora, a ciotki po­wychodziły za mąż. Cały więc rok pędził mały Mitia w czeladnej izbie pod opieką Grzegorza. Gdy­by nawet tatuś przypomniał był sobie o nim (a tru­dno przypuszczać, żeby nie wiedział o jego istnie­niu), to i tak odesłałby go niezawodnie z powrotem do czeladnej, bo obecność dzieciaka zawadzałaby mu tylko w jego rozpustnych hulankach. Aż na­raz przybył z Paryża stryjeczny brat zmarłej Ade­laidy Iwanowej, Piotr Aleksandrowicz Miasow. Był to wówczas zupełnie jeszcze młody człowiek, osobliwy typ w rodzinie Miasowów, oświecony, gład­ki, w całym znaczeniu tego słowa „Europejczyk”, który z czasem miał się przedzierżgnąć w liberała w stylu epoki pomiędzy 1840 a 50. Mieszkał on później długie jeszcze lata za granicą, stykał się z wybitnymi przedstawicielami kierunków liberal­nych, jak Bakunin, Proudhon i inni – lubił też na starość opowiadać o trzydniowej rewolucji luto­wej z roku 1848, dając do zrozumienia, że brał w niej czynny udział, omal nawet nie walczył na barykadach.

 

Posiadał własny majątek ziemski, coś około tysiąca dusz. Posiadłość ta, leżąca tuż obok mia­sta, graniczyła też z gruntami miejscowego kla­sztoru, z którym Miasow prowadził odwieczny proces o prawo rybołówstwa czy też używania lasu. Proces ten rozpoczął on zaraz po objęciu spad­ku, uważając za swój obywatelski obowiązek czło­wieka oświeconego napsuć trochę krwi klerykałom.

Dowiedziawszy się o losie swojej kuzynki Adelaidy Iwanowny, którą znał i podziwiał w swo­im czasie, postanowił zająć się pozostałym po niej sierotą. Wówczas, nie zważając na młode swoje lata i przezwyciężając wstręt, jaki w nim budził Fiodor Pawłowicz, zawarł z nim znajomość i oznajmił mu wprost, że pragnie zająć się wy­chowaniem małego Mitii. Opowiadał później, że skoro zapytał Karamazowa o Mitię, ten wyglądał przez dłuższy czas, jakby zupełnie nie rozu­miał, o jakie to dziecko chodzi. Robił nawet wra­żenie człowieka mocno zdziwionego myślą, że ma gdzieś w ogóle w domu jakiegoś synka. Choć­by nawet było trochę przesady w tym opowiada­niu Miasowa, to w każdym razie było ono bardzo charakterystyczne dla Fiodora Pawłowicza, który bardzo chętnie przybierał przed ludźmi najroz­maitsze pozy i to zwykle niekorzystne dla siebie, a raczej uwłaczające. Jest to zresztą rys wspól­ny wielu ludziom o wiele rozumniejszym od na­szego bohatera. Piotr Aleksandrowicz Miasow zabrał się energicznie do dziecka, i uzyskał to, że mianowano go współopiekunem Mitii, ze względu na spadek po jego matce. Prócz tego malec zamieszkał u nowo poznanego wujaszka. Nie trwało to jednak długo, gdyż Miasow, upo­rządkowawszy własne interesy, zapragnął znów wrócić do Paryża, wyjeżdżając zaś, powierzył małego Mitię opiece jednej ze swych stryjecznych ciotek, mieszkającej w Moskwie. Nadeszła tymczasem sławna rewolucja lutowa, która tak dalece pochłonęła uwagę Miasowa, że i on z kolei zapomniał o swoim wychowańcu, który po śmierci moskiewskiej swej opiekunki przechodził z rąk do rąk, i zmienił jeszcze trzy czy cztery razy miejsce pobytu.

Dymitr Fiodorowicz rósł w przekonaniu, że gdy z czasem dojdzie do pełnoletności, otrzyma spadek po matce i będzie majątkowo zabezpie­czony. Lata dziecinne i młodość upłynęły mu bardzo nieporządnie. Nie skończył gimnazjum, bawił jakiś czas w szkole wojskowej, dosługiwał się stopni na Kaukazie, stracił je skutkiem poje­dynków, odzyskał na nowo, hulał wiele, stracił stosunkowo dużo pieniędzy. Doszedłszy do peł­noletności, otrzymywał małe zasiłki od Fiodora Pawłowicza, przedtem zaś ratował się zaciąga­niem długów. Dymitr Fiodorowicz odnowił znajo­mość ze swym ojcem dopiero po dojściu do peł­noletności. Fiodor Pawłowicz nie podobał mu się wcale, bawił też u niego krótko i odjechał, otrzy­mawszy niewielką kwotę pieniędzy i nieokreślone obietnice na przyszłość. Należy tu zaznaczyć, że młody Karamazow nie zdołał wydobyć od ojca żadnych dokładnych wiadomości ani o wartości swego spadku po matce, ani też o ilości docho­dów z niego. Fiodor Pawłowicz zauważył od razu, że syn jego ma zbyt wygórowane pojęcie o swym majątku, a przy tym jest to chło­pak lekkomyślny, gwałtowny, niecierpliwy, hula­ka, którego łatwo będzie zaspokajać drobnymi datkami, udzielanymi mu co pewien czas. Tak też postępował z nim przez całe cztery lata, aż wreszcie Dymitr stracił cierpliwość i przyjechał znów do ojca, chcąc już ostatecznie załatwić swoje dziedzictwo. Wówczas Fiodor Pawłowicz oznajmił synowi, że wypłacił mu już wszystko, co mu się należało, i że, kto wie nawet, czy nie dał mu znacznie więcej, z czego wynika, że teraz właściwie on jest dłużnikiem ojca. W dodatku przedstawił mu rozmaite dokumenty, które dowo­dziły, że skutkiem rozmaitych finansowych spekulacji, w których sam chciał brać udział, nie ma już prawa upominać się o nic!

Wiadomość ta wprowadziła młodzieńca w osłupienie. Podejrzewał ojca o kłamstwo i oszustwo i wpadł nareszcie w stan nerwowego rozdrażnienia graniczącego z szałem. Takie to okoliczności doprowadziły w końcu do katastrofy, której przebieg stanowi treść, a raczej zewnętrz­ną stronę niniejszego opowiadania. Zanim jed­nak przejdziemy do tego przedmiotu, należy nam zaznajomić się jeszcze z młodszymi synami Fiodora Karamazowa.

SYNOWIE Z DRUGIEGO MAŁŻEŃSTWA

Pozbywszy się opieki nad czteroletnim Mitią, Fiodor Pawłowicz wkrótce się ożenił. Pożycie jego z drugą żoną trwało lat osiem.

Druga jego żona pochodziła z odległej stolicy, do której Fiodor Pawłowicz zajechał w sprawie niezbyt czystych interesów, których dokonywał na współkę z jednym żydkiem.

Pomimo hulaszczego życia, pijaństwa i roz­pusty Fiodor Karamazow nie zaniedbywał nigdy swoich pieniężnych interesów i powiększał nie­ustannie swój kapitał, za pomocą dość podłego gatunku spekulacji, które mu się jednak zawsze wybornie udawały. Druga żona Fiodora Pawłowi­cza nazywała się Zofia Iwanowna. Była to bez­domna sierota, przygarnięta z litości przez sta­rą, bogatą i bardzo arbitralną damę, wdowę po generale Worochow. Stara generałowa była jed­nocześnie wychowawczynią, opiekunką i dręczycielką sieroty. Nie znam bliższych szczegółów wzajemnego ich stosunku, opowiadano mi tylko, że tę łagodną, naiwną i dziwnie pozbawioną zawziętości dzieweczkę odcięto raz ze sznurka, na którym się powiesiła w jakiejś komórce. W ta­kich to warunkach zjawił się Fiodor Pawłowicz i oświadczył się o rękę Zofii. Zasięgnięto o nim informacji i pokazano mu drzwi. Wówczas zaproponował on znów sierotce wykradzenie; być może, że, mimo wszystko, nie zgodziłaby się na to małżeństwo, gdyby znała cokolwiek przeszłość Karamazowa, ale co mogła rozumieć taka młoda, niedoświadczona dziewczynka, która wiedziała tylko, że lepiej utopić się, niż pozostawać dłużej w domu dotychczasowej opiekunki.

Tym razem Fiodor Pawłowicz nie wziął żad­nego posagu po żonie, bo generałowa, srodze zagniewana, nie dała nic wychowance, a w do­datku przeklęła ich oboje. Nie był to jednak dla niego zawód, gdyż w tym wypadku nie liczył istotnie na zysk, a olśniony został po prostu nad­zwyczajną pięknością dziewczyny, a zwłaszcza niewinnym wyrazem jej wejrzenia, które spiorunowało niemal tego rozpustnika, rozmiłowanego dotąd przeważnie w grubszego rodzaju kobiecej piękności.

– Mnie te oczka niewinne drasnęły jak brzytwą po duszy – mawiał później, chichocząc po swojemu.

Nie wziąwszy nic po żonie, nie robił sobie też z nią Fiodor Karamazow żadnych ceremonii, a opierając się na tym, że właściwie jest jej wy­bawcą, który ją uratował od stryczka, podeptał od razu najelementarniejsze zasady przyzwoitości małżeńskiej, a napełniwszy dom swój kobietami lichego prowadzenia, zaczął wyprawiać na oczach żony najwstrętniejsze orgie. Charakterystyczne jest, że stary sługa, Grzegorz, który nie cierpiał pierwszej swej pani, Adelaidy Iwanowny, tu sta­nął od razu po stronie młodej małżonki i występo­wał w jej obronie z niezwyczajną, jak na służą­cego, śmiałością. Dość powiedzieć, że rozpędził raz przemocą zgromadzoną w domu bezwstydną tłuszczę, udaremniając w ten sposób przysposo­bioną przez pana swego orgię. Mimo to nie­szczęsna kobieta, dręczona i wystraszona przez całe życie, dostała wkrótce nerwowej choroby, bardzo rozpowszechnionej wśród kobiet z ludu w Rosji i podlegać zaczęła strasznym atakom histerycznym, przy których traciła niekiedy przy­tomność. W tych warunkach została jednak matką dwóch synów. Starszy, Iwan, urodził się w pierw­szym roku jej małżeństwa, młodszy, Aleksy, trzy lata później. W chwili śmierci matki Aleksy miał zaledwie cztery lata, mimo to zapamiętał ją na całe życie, jak przez sen, oczywiście. Po śmierci Zofii Iwanowny los jej synów był słowo w słowo taki sam jak poprzednio pierworodnego Mitii. Ojciec zapomniał o nich najzupełniej, do­stali się więc do izby Grzegorza i pod jego opie­kę. Tam też odszukała ich arbitralna generało­wa, opiekunka i dobrodziejka ich matki. Przez osiem lat nie zapomniała urazy wyrządzonej niegdyś przez Zofię, a słysząc o nieszczęśliwym pożyciu dawnej swej wychowanki, zwykła powtarzać domownikom, że sierota sama sobie taki los zgotowała i że Pan Bóg karze ją słusznie za jej niewdzięczność. Trzy miesiące po śmierci młodej kobiety generałowa ukazała się w mieście, w którym mieszkał Fiodor Pawłowicz, i udała się wprost do jego mieszkania. Zabawiła nie dłużej nad pół godziny, ale dokonała wiele. Wieczór już był wówczas, Fiodor Pawłowicz, któ­ry od ośmiu lat nie widział generałowej, wyszedł na jej spotkanie zupełnie pijany. Opowiadano, że bezwzględna staruszka wycięła mu bez żadnych wstępów dwa siarczyste policzki, wytargała za włosy i, nie przemówiwszy ani słowa, poszła pro­sto do izby Grzegorza. Zauważywszy od razu, że dzieci są nieumyte i w brudnej bieliźnie, poczę­stowała też policzkiem Grzegorza, wyprowadziła dzieci, a owinąwszy je w pled, posadziła do ka­rety i zawiozła do siebie. Grzegorz zniósł otrzy­many policzek z uległością niewolnika. Wypro­wadził starą jejmość do karety, pokłonił się jej w pas i oddał dzieci z przekonaniem, że „Bóg zapłaci jej za sieroty”.

– Byłeś i jesteś wałkoń! – krzyknęła mu ge­nerałowa w odpowiedzi i odjechała z dziećmi.

Kiedy Fiodor Pawłowicz zdał sobie sprawę z tego, co zaszło, doszedł do przekonania, że wszyst­ko stało się jak najlepiej i nigdy ani jednym sło­wem nie protestował przeciw wychowaniu swoich dzieci w domu generałowej. O wymierzonych sobie policzkach opowiadał sam bardzo chętnie po całym mieście.

Wkrótce potem generałowa umarła, zapisu­jąc każdemu z malców po tysiąc rubli na ich wy­chowanie. Pisała w swoim testamencie: „Pienią­dze te powinny wystarczyć do ich pełnoletności, bo to i tak aż nadto dla takich dzieci; gdyby zresztą ktoś mniemał, że to za mało, niech da więcej”.

Na szczęście głównym spadkobiercą genera­łowej został bardzo porządny i uczciwy człowiek, miejscowy marszałek szlachty, Jefim Piotro­wicz Polienow. Z początku próbował poro­zumieć się z Fiodorem Pawłowiczem, ale spostrzegł od razu, że jest to człowiek, od którego nie wyciągnie ani grosza na wychowanie dzieci, jakkolwiek ten nigdy wprost nie odmawiał i roz­pływał się wciąż w czułościach.

Wobec tego Jefim Piotrowicz sam zajął się losem sierot, a zwłaszcza pokochał młodszego, Aleksego, który wychowywał się w jego rodzinie. Opiekun młodych Karamazowów był jednym z naj­lepszych i najszlachetniejszych ludzi, jakich się rzadko w świecie spotyka. Nie tknął ani grosza z pieniędzy zapisanych chłopcom przez genera­łową, tak że kapitalik ów podwoił się do czasu ich pełnoletności, i sam łożył na ich wychowanie.

Nie wdając się w szczegóły dzieciństwa ich i młodości, opowiem je tylko w krótkich zary­sach. Starszy, Iwan, rósł jako ponury, zamknięty w sobie chłopak, który nim skończył dziesięć lat, zrozumiał, że wychowuje się u obcych i na ich łasce, i że ojciec jego jest człowiekiem, o którym wstyd wspominać. Od dzieciństwa okazywał podobno nadzwyczajne zdolno­ści do nauki. W trzynastym roku życia opiekun Iwana oddał go do gimnazjum w Moskwie i nie zatrzymując go dłużej w swojej rodzinie, umieścił go u wybitnego pedagoga, przyjaciela z lat dziecinnych. Stało się to, jak opowiadał później sam Iwan, dzięki „namiętności robienia dobrze”, która była najistotniejszą treścią życia Polienowa. Uważał on, że genialnymi zdolnościami chłopca kierować też powinien genialny wychowawca. Zanim jednak Iwan ukończył gimnazjum, równie opiekun jego, jak i genialny wychowawca, rozstali się już z ży­ciem.

Jefim Piotrowicz Polienow zaniedbał nie­których formalności dotyczących kapitaliku zapisanego jego wychowańcom przez arbitralną gene­rałową, skutkiem czego po jego śmierci Iwan znalazł się w bardzo trudnym położeniu i przez pierwsze dwa lata studiów uniwersyteckich musiał za­rabiać sam na siebie. Nie zwrócił się ani razu do ojca z prośbą o pomoc, nie wiadomo, czy przez dumę i pogardę dla niego, czy też przez zdrowy zmysł krytyczny, który mu wskazywał, że od takiego ojca nic się spodziewać nie może.

Mimo to młodzieniec dał sobie radę, z po­czątku udzielając lekcji po 30 kopiejek za godzinę, i biegając po redakcjach, gdzie powierzano mu drobne dziesięciowierszowe notatki z wiadomości ulicznych, zaopatrzone podpisem „Świadek”. No­tatki te były tak dowcipnie i ciekawie redagowa­ne, że bardzo prędko zrobiły sławę swemu autorowi, który już tym jednym wyróżnił się od razu z całego tłumu kolegów swych i koleżanek oblegających od rana do nocy wszystkie redakcje dla ofiarowania swych wierszy i przekładów z francuskiego.

 

Zawiązawszy raz stosunki z redakcjami pism, utrzymywał je Iwan Fiodorowicz przez cały czas pobytu na uniwersytecie. W ostatnich latach zaczął pisywać recenzje z dzieł naukowych, które zwróciły na niego uwagę specjalistów.

A wreszcie, w chwili ukończenia studiów, udało mu się napisać artykuł, który dał go poznać szerszym kołom czytającej publiczności. Za temat posłużyła mu sprawa trybunałów duchownych, bę­dąca wówczas niezmiernie na czasie i zajmująca wszystkie umysły. Artykuł wydrukowany został w jednym z większych dzienników stołecznych i wywołał ogromne wrażenie. Ciekawy był, mia­nowicie, ton, jakim autor traktował swój przedmiot, i całkiem niespodziewane wnioski, jakie wyprowa­dził w końcu.

Zdawszy sprawę z rozmaitych poglądów na roztrząsaną przez siebie kwestię, zaznaczył wre­szcie własne stanowisko, a uczynił to w taki spo­sób, że z jednej strony ludzie zapatrywań klerykalnych uznali go za swego, z drugiej zaś, nie tylko postępowi, ale nawet skrajni ateiści, przyklasnęli mu również gorąco. Znalazła się wreszcie garstka ludzi domyślnych, utrzymujących, że autor grubo sobie zażartował z czytelników, w każdym razie zdobył sobie jednym zamachem sławę, która dotarła nawet do rodzinnego jego miasta. Miej­scowa inteligencja przypomniała sobie, że Iwan urodził się wśród niej i nie mogła się dość na­dziwić, że jest on synem tego oto osławionego Fiodora Pawłowicza.

W tym właśnie czasie Iwan przyjechał do ojca. Powód tego przyjazd był dla wielu zagadką. I w sa­mej rzeczy, trudno było pojąć, jak może taki uczo­ny, dumny i ambitny młodzieniec nawiązywać sto­sunki z takim ojcem, który go całe życie zanie­dbywał, nie troszczył się o niego, nie pamiętał o nim, a i dziś w żadnym razie nie przyszedłby mu z pomocą.

Tymczasem młody Karamazow zamieszkał w domu ojca; mimo fatalnej jego reputacji zgo­dził się z nim wybornie, a nawet zaczynał wywie­rać na niego pewien dodatni wpływ. Dziwiono się temu powszechnie, najbardziej zaś dobitnie wypowiadał zdumienie swoje Miasow, dawny opie­kun Dymitra, który właśnie w tym czasie przyje­chał z Paryża, i natychmiast zawarł znajomość z interesującym kuzynem. „Chłopak ma ambicję – mawiał o nim – umie sobie radzić, posiada zresztą własny kapitalik na wyjazd za granicę, nie przy­jechał więc po pieniądze. Zapijać się wódką nie potrafi, rozpustnych hulanek nie lubi. Cóż więc trzymać go może w tej norze?”. Tymczasem najwi­doczniej stary polubił go, a nawet obejść się bez niego nie mógł. Znacznie później dopiero poka­zało się, że Iwan Fiodorowicz przyjechał tu w spra­wie brata swego, Dymitra, który prosił go o to li­stownie, zanim jeszcze Iwan wyjechał z Moskwy.

Bracia nie znali się dotąd wcale i zobaczyli się teraz po raz pierwszy. Wkrótce Iwan wziął na siebie rolę pośrednika pomiędzy ojcem a Dy­mitrem, usiłując załagodzić powstałe między nimi zatargi, które właśnie wówczas zaostrzyły się bar­dzo. Mimo wszystko postać Iwana i jego po­stępki miały zawsze w sobie coś zagadkowego. W ten sposób cała rodzina Karamazowych zje­chała się i poznała z sobą po raz pierwszy, bo i najmłodszy syn, Aleksy, znajdował się już od ro­ku w miejscowym klasztorze, gdzie odbywał nowicjat. Miał on zamiar poświęcić się życiu za­konnemu i przygotowywał się do tego z wielkiem skupieniem.