BiesyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa


Przełożył

Tadeusz Zagórski


Strona redakcyjna

Tytuł oryginału: Бесы

Copyright © 2015, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-347-3

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Skład: Jacek Antoniuk

Redakcja: Rafał Grupiński

Korekta: Dorota Ring

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com

Ciemna noc, choć oko wykol!

Noc zawiejna, wyje wiatr…

Pobłąkało nas złe licho,

Wodzi, zwodzi w polu czart!

To nie czart, to czarty zgrają!

Kędy gnają? Kto je zwiódł?

Kuma-czarta li chowają

Kumy-wiedźmy li to ślub?

A. Puszkin[1]

…A pasło się tam na górze stado wielu wieprzów. I prosili go, by im dozwolił wejść w nie. I zezwolił im. Wyszły tedy duchy nieczyste z człowieka i weszły w wie­prze. A stado pędem z urwistego brzegu wpadło do mo­rza i potonęło. Widząc zaś pasterze, co się stało, uciekli i rozgłosili to po mieście i wioskach. I wyszli oglądać, co się stało. I przyszli do Jezusa, i ujrzeli, że człowiek, z którego wyszły czarty, siedział odziany i przy zdro­wych zmysłach u nóg jego. I zdjął ich lęk. A ci, co wiedzieli, opowiedzieli im, jak uzdrowiony został od czartów.

Łuk.VIII, 32–35

CZĘŚĆ PIERWSZA
Rozdział pierwszy
ZAMIAST PRZEDMOWY:
NIECO SZCZEGÓŁÓW Z ŻYCIO­RYSU CZCIGODNEGO STIEPANA TROFIMOWICZA WIERCHOWIEŃSKIEGO
I

Rozpoczynając opis niedawnych, a tak dziwacznych zda­rzeń, których świadkiem było nasze skromne i niczym do­tychczas nie wsławione miasto, nim przystąpię do rzeczy, muszę, ze względu na moją nieudolność, zacząć od paru szczegółów z życia utalentowanego i czcigodnego Stiepana Trofimowicza Wierchowieńskiego. Niech te szczegóły będą tylko wstępem do niniejszej kroniki, zdarzenia zaś, które zamierzam opisać, przyjdą później.

Powiem po prostu: Stiepan Trofimowicz odgrywał wśród nas osob­liwą rolę, że tak powiem, „społeczną”, a rolę tę lubił namiętnie, i to tak bardzo, że, jak mi się zdaje, nie mógłby żyć bez niej. Nie chcę bynajmniej porównywać go do aktora z teatru: uchowaj Boże, tym bardziej że sam go przecież szanuję. Mogło to wszystko być kwestią przyzwyczajenia lub raczej stałej i szlachetnej, od lat dziecinnych trwającej skłonności do przyjemnych marzeń o pięknym, obywatelskim stanowisku. Niesłychanie na przykład lubował się w roli „ściganego” i, że tak powiem, „zesłańca”. Oba te słowa lśnią swego rodzaju klasycznym blaskiem, który go urzekł raz na zawsze i wywyższając go stale, przez długie lata, we własnym mniemaniu, wpro­wadził ostatecznie na piedestał wzniosłości, niezmiernie łe­chcącej jego ambicję. W pewnej angielskiej powieści saty­rycznej zeszłego stulecia niejaki Guliwer, powróciwszy z kraju Liliputów, którego mieszkańcy mieli zaledwie dwa werszki wzrostu, tak zżył się ze swoją rolą olbrzyma, że na ulicach Londynu wołał na widok przechodniów i po­jazdów, ostrzegając, by mu ustępowali z drogi, wciąż bo­wiem myślał, że jest olbrzymem, a oni – karzełkami i że może ich rozdeptać. Śmiano się z niego, łajano go, a ordynarni stangreci nieraz nawet śmignęli batem urojonego olbrzyma. Ale czy słusznie? Czego bowiem nie robi przy­zwyczajenie! Ono to doprowadziło prawie do takiego sa­mego stanu Stiepana Trofimowicza, lecz objawy tego sta­nu były bardziej, jeśli można tak rzec, niewinne i nie­szkodliwe, był to bowiem człowiek arcypoczciwy.

Myślę nawet, że pod koniec wszędzie o nim zapomniano; lecz nie wynika z tego wcale, aby i przedtem go nie zna­no. Bądź co bądź, należał ongiś do znakomitego grona sław­nych działaczy minionej doby i przez pewien czas, ściślej mówiąc, przez krótką chwilę, zbyt pochopni ludzie owej epoki wymawiali jego nazwisko omalże na równi z naz­wiskami Czaadajewa, Bielińskiego, Granowskiego i Hercena[2], który właśnie wtedy rozpoczynał za granicą swoją działalność. Ale działalność Stiepana Trofimowicza skoń­czyła się prawie w tym samym momencie, w którym się rozpoczęła, a to – jeśli można tak rzec – z powodu „wich­ru wydarzeń”. I cóż się stało? Jak się okazuje, nie tylko „wichru”, ale nawet „wydarzeń” żadnych nie było, przy­najmniej w danym wypadku. Teraz dopiero, w tych dniach, ale za to z całkowicie pewnego źródła, dowiedziałem się z najwyższym zdumieniem, że pobyt Stiepana Trofimowi­cza pośród nas, w naszej guberni, wcale nie był „zesła­niem”, jakeśmy wszyscy myśleli, a nawet żadnej inwigi­lacji nigdy nie było. Jak olbrzymia jest siła wyobraźni! Przecież on szczerze, przez całe życie, wierzył niezłomnie, że w pewnych sferach boją się go, że każdy jego krok jest wciąż strzeżony i notowany i że każdy z trzech gu­bernatorów, których mieliśmy w ciągu ostatnich lat dwu­dziestu, jadąc celem objęcia stanowiska, wiózł ze sobą kłopotliwą myśl o nim, o Wierchowieńskim, zaszczepioną przy przekazywaniu urzędu przez wyższą instancję. Gdy­by ktokolwiek wówczas udowodnił Stiepanowi Trofimowiczowi niezbicie, że nie ma się czego obawiać – on, człowiek najuczciwszy, obraziłby się na pewno. Był przy tym jednak człowiekiem najrozumniejszym, najbardziej utalentowanym naukowcem, chociaż zresztą, co do nauki… słowem, dla nauki zrobił nie tak znowu wiele, a właści­wie, zdaje się, prawie nic. Ale przecież u nas w Rosji zdarza się to z naukowcami na każdym kroku.

Wierchowieński, wróciwszy z zagranicy, zasłynął jako lektor na katedrze uniwersyteckiej pod sam koniec piątego dziesięciolecia. Właściwie zdążył wygłosić zaledwie kilka wykładów, jak się zdaje, o Arabach; zdążył także obronić wspaniałą dysertację o wzroście między 1413 a 1428 ro­kiem praw obywatelskich i znaczenia w związku hanzeatyckim niemieckiej mieściny Hanau i o tych specyficznych, a nieco mętnych przyczynach, które sprawiły, że wzrost ten w ogóle nie nastąpił. Dysertacja ta zgrabnie a boleś­nie ugodziła w ówczesnych słowianofilów i przysporzyła autorowi licznych i zażartych wśród nich wrogów. Potem – nawiasem mówiąc, już po utracie katedry – zdążył wy­drukować (jak gdyby przez zemstę i by pokazać, kogo utracono w jego osobie) w postępowym miesięczniku, w którym drukowano tłumaczenia z Dickensa i głoszono kult George Sand, początek niesłychanie głębokiego traktatu – zdaje się o przyczynach niezwykłej szlachetności pewnych rycerzy w pewnej epoce czy coś w tym rodzaju. W każdym razie myśl przewodnia traktatu była na pewno wzniosła i szlachetna. Mówiono potem, że dalszy ciąg traktatu zo­stał szybko wstrzymany przez cenzurę i że nawet postę­powy miesięcznik ucierpiał za wydrukowanie pierwszej połowy. Było to bardzo możliwe, czego bowiem nie bywa­ło w owych czasach![3] Prawdopodobniejszym jednak w da­nym wypadku jest przypuszczenie, że nic podobnego nie było, że sam autor z powodu lenistwa nie dokończył swego traktatu. Przerwał zaś wykłady o Arabach dlatego, że ktoś (prawdopodobnie z jego reakcyjnych wrogów) w jakiś sposób przyłapał list Wierchowieńskiego pisany do kogoś, z wyłuszczeniem pewnych okoliczności, na skutek czego ktoś inny zażądał pewnych wyjaśnień. Nie wiem, ile w tym prawdy, twierdzono jednak, że w tym samym czasie wykryto w Petersburgu jakieś olbrzymie stowarzyszenie, o działalności wymierzonej przeciw naturalnemu porządko­wi rzeczy i przeciw państwu, składające się z około trzy­nastu ludzi, które omal nie wstrząsnęło posadami ustroju. Zbierano się tam podobno, aby tłumaczyć samego Fourie­ra. Jak na złość przychwycono jednocześnie w Moskwie poemat Stiepana Trofimowicza, napisany przed sześciu la­ty w zaraniu młodości, jeszcze w Berlinie. Poemat ten krążył w odpisach pomiędzy dwoma miłośnikami literatu­ry i jednym studentem. Leży teraz i przede mną na stole; otrzymałem go nie dalej jak w zeszłym roku we własno­ręcznym, całkiem świeżym odpisie od samego Stiepana Trofimowicza, z dedykacją, we wspaniałej czerwonej, sa­fianowej oprawie. Utwór ten, nawiasem mówiąc, nie był pozbawiony poezji, a nawet pewnego talentu, nieco dziwa­czny, lecz wtedy (czyli dokładniej między 1830 a 1840 ro­kiem) często pisywano w tym stylu. Jest to jakaś ale­goria, o charakterze liryczno-dramatycznym, przypomina­jąca drugą część Fausta. Akcję rozpoczyna chór kobiet, potem następuje chór mężczyzn, potem – jakichś mocy, wreszcie chór dusz, które jeszcze nie żyły, lecz które bar­dzo pragnęłyby pożyć. Wszystkie te chóry śpiewają o czymś bardzo nieokreślonym, najwięcej zaś o jakiejś klątwie, a wszystko zabarwione domieszką wytwornej satyry. Znie­nacka zmienia się scena i rozpoczynają się jakieś „Gody życia”, na których śpiewają nawet owady, zjawia się żółw i wygłasza jakieś sakramentalne łacińskie słowa, a nawet, jeżeli mnie pamięć nie zawodzi, śpiewa jakiś minerał, a więc przedmiot całkiem nieuduchowiony. Na ogół wszyscy śpiewają bez przerwy, a jeżeli czasem coś powiedzą, to tak jak gdyby się jakoś spierali, i znowu zawarty jest w tym jakiś głębszy sens. Wreszcie scena znowu się zmienia i zjawia się dzika okolica, a pośród skał samotnie błądzi pewien kulturalny młodzieniec, zry­wając i wysysając jakieś trawy, zapytany zaś przez bo­ginkę, po co ssie te trawy, odpowiada, iż czuje w sobie nadmiar życia, szuka zapomnienia i znajduje takowe w soku tych traw, głównie jednak pragnie czym prędzej postradać rozum (pragnienie może nawet zbyteczne). Po­tem zjawia się znienacka bosko piękny młodzieniec na karym koniu, a za nim podążają niezliczone tłumy wszyst­kich narodów. Młodzieniec wyobraża śmierć, a wszystkie narody jej pragną. Wreszcie, już w scenie ostatniej, ukazuje się nagle wieża Babel, a jacyś atleci dobudowują ją do końca, śpiewając pieśni o nowej nadziei. A gdy doprowadzają już budowlę do szczytu, wówczas władca, dajmy na to, Olimpu, ucieka w komiczny sposób, po czym ludzkość, przejrzawszy, zajmuje jego miejsce i niezwłocz­nie rozpoczyna nowe życie z pełną świadomością rzeczy. Ten właśnie poemat uznany był wonczas za niebezpieczny. W zeszłym roku proponowałem Wierchowieńskiemu, by oddał dzieło do druku, ponieważ w naszych czasach było ono najzupełniej niewinne, ale Wierchowieński przyjął mo­ją propozycję z jawnym niezadowoleniem. Ukłuło go zda­nie o najzupełniejszej niewinności poematu i przypusz­czam, że tu kryje się źródło pewnego ochłodzenia naszych stosunków, które trwało całe dwa miesiące. I cóż? Wła­śnie wtedy, gdym proponował, by wydrukować poemat tu, drukują go znienacka tam, to znaczy za granicą, w jednym z rewolucyjnych wydawnictw i zupełnie bez wiedzy auto­ra. Wierchowieński z początku zląkł się, popędził do gu­bernatora i napisał list do Petersburga, usprawiedliwia­jąc się w sposób jak najbardziej szlachetny. Czytał mi ten list dwukrotnie, lecz go nie wysłał, nie wiedział bowiem, do kogo adresować. Słowem, przez cały miesiąc był nie­spokojny. Jestem jednak przekonany, że w głębi duszy czuł się niezwykle doceniony. Omalże kładł się do łóż­ka z nadesłanym mu egzemplarzem, a na dzień chował go pod materac i nie pozwalał służącej słać łóżka, a chociaż oczekiwał z dnia na dzień mającej skądś nadejść jakiejś de­peszy, zachowywał się wyniośle. Depesza jednak nie nade­szła. Wówczas Wierchowieński pogodził się i ze mną, co świadczy o nadzwyczajnej dobroci jego czułego i niepo­mnego uraz serca.

 

II

Nie twierdzę bynajmniej, że Wierchowieński wcale nie ucierpiał, jestem jednak całkowicie teraz przekonany, że mógłby, jak długo by mu się podobało, wykładać o Ara­bach, złożywszy jedynie odpowiednie wyjaśnienia. Uniósł się jednak ambicją i z niezwykłym pośpiechem sam naka­zał sobie raz na zawsze uwierzyć, że jego kariera jest do końca życia złamana przez „wicher wydarzeń”. Jeżeli ma­my już mówić całą prawdę, to istotną przyczyną zmiany kariery była dawna, a teraz wznowiona, bardzo delikatna propozycja Barbary Pietrowny Stawrogin, małżonki generała-lejtnanta, bardzo bogatej osoby, która prosiła go, by zajął się wychowaniem i wykształceniem jedynego jej syna. Miał to uczynić jako wytrawny pedagog i przyjaciel, nie mówiąc już o świetnym wynagrodzeniu. Propozycję tę otrzymał po raz pierwszy już w Berlinie, i to właśnie gdy owdowiał po raz pierwszy. Pierwszą jego małżonką była pewna lekkomyślna panna z naszej guberni, z którą się oże­nił w zaraniu swej nierozumnej jeszcze młodości. Zdaje się, że ta osoba, skądinąd pociągająca, przysporzyła mu wiele zmartwień, a to z powodu braku środków na jej utrzymanie i z innych, po części dość delikatnych przyczyn. Umarła w Paryżu, ostatnie trzy lata życia spędziwszy z dala od niego, i pozostawiła mu pięcioletniego syna, „owoc pierwszej, radosnej i jeszcze niczym niezamąconej miłości”, jak się raz wyraził przy mnie melancholijnie usposobiony Stiepan Trofimowicz. Dziecię to natychmiast po urodzeniu zostało wysłane do Rosji i oddane na wycho­wanie jakimś starym ciotkom, gdzieś na głuchej prowin­cji. Wówczas właśnie Wierchowieński odrzucił propozycję Barbary Pietrowny i rychło, nie doczekawszy nawet koń­ca roku, ożenił się powtórnie, i nawet bez jakiejkolwiek konieczności, z jakąś mrukliwą berlińską Niemeczką. No­we małżeństwo nie było jedynym powodem, dla którego odrzucił posadę wychowawcy: nęciły go wówczas głośne sukcesy jednego z wybitnych profesorów i sam on z kolei poleciał na katedrę, aby wypróbować swoich orlich skrzy­deł. I oto teraz, gdy połamano mu te skrzydła, musiał na­turalnie przypomnieć sobie o propozycji, którą i wtedy niechętnie odrzucił. Niespodziewana jednak śmierć dru­giej żony, po krótkim, niespełna rocznym pożyciu, uproś­ciła ostatecznie sytuację. Mówiąc bez ogródek, o wszystkim rozstrzygnęło gorące współczucie Barbary Pietrowny i jej nieoceniona, klasyczna przyjaźń, jeśli wolno w ten sposób określać przyjaźń. Padł w objęcia tej przyjaźni i los jego ustalił się na dobre dwadzieścia lat. Jeżeli użyłem zwrotu „padł w objęcia”, niech nikt broń Boże nie myśli o rze­czach lekkomyślnych i zbytecznych: objęcia te należy ro­zumieć w sensie wysoce moralnym. Najwytworniejsza, naj­delikatniejsza przyjaźń połączyła na wieki te dwie tak niepowszednie istoty.

Stanowisko wychowawcy przyjął Wierchowieński i z te­go również powodu, iż mająteczek, który pozostał mu po pierwszej żonie – malusieńki – znajdował się w najbliż­szym sąsiedztwie Skworesznik, wspaniałej, podmiejskiej majętności Stawroginów w naszej guberni. Poza tym zaw­sze można było w ciszy gabinetu, nie zajmując się wyczer­pującą pracą na uniwersytecie, poświęcić się nauce i wzbo­gacić literaturę ojczystą najbardziej dociekliwymi badania­mi. Wprawdzie badań tych nie było, ale za to Stiepan Trofimowicz mógł przez resztę życia, przeszło lat dwa­dzieścia, przynajmniej stać w obliczu ojczyzny jak żywy wyrzut sumienia, co według słów ludowego poety brzmi tak:

Idealista i liberał,

Niby sumienia wyrzut żywy,

Stał przed obliczem swej ojczyzny.[4]

Lecz osoba, o której pisał ów ludowy poeta, miałaby prawdopodobnie prawo, gdyby chciała, przez całe życie pozować w ten sposób – chociaż to bardzo nudne. Nasz zaś Stiepan Trofimowicz był, prawdę mówiąc, tylko na­śladowcą owych osób, a zresztą nie stał znów wciąż w ta­kiej pozie, gdyż łatwo się męczył i często gęsto wylegi­wał się na boku. Lecz trzeba mu oddać sprawiedliwość, że nawet w pozycji leżącej zachowywał oblicze wcielone­go wyrzutu sumienia, tym bardziej że jak na naszą gu­bernię było to dość. Warto było go widzieć, gdy zasiadał u nas w klubie do kart. Cała jego postać zdawała się mó­wić: „Karty! Ja – siadam z wami do jerełasza! Czy to możliwe? Kto temu winien? Kto unicestwił moją pracę i zamienił ją w jerełasza? Ach, giń, Rosjo!’’ – po czym sta­tecznie atutował z kierów. A prawdę mówiąc, strasznie lubił rżnąć w karcięta i z tego powodu, zwłaszcza ostatnio, miewał nierzadko przykre utarczki z Barbarą Pietrowną, tym bardziej że stale przegrywał. Ale o tym potem. Zwró­cę tylko uwagę, że nawet miał sumienie drażliwe (to zna­czy, od czasu do czasu) i z tego też powodu często ogar­niał go smutek. W ciągu całej dwudziestoletniej przyjaźni z Barbarą Pietrowną regularnie trzy lub cztery razy do ro­ku zapadał na tak zwany wśród nas „społeczny smutek”, jak to lubiła określać czcigodna Barbara Pietrowna. Była to po prostu zwykła chandra. W rezultacie obok smutku spo­łecznego słabością jego stał się również szampan; lecz wrażliwa Barbara Pietrowna przez całe życie starała się go ustrzec od wszelkich płaskich przyzwyczajeń. Istotnie, potrzebna mu była niańka, gdyż czasem jego dziwactwa stawały się już niezrozumiałe. Niekiedy wśród najgłęb­szego smutku znienacka zaczynał śmiać się w sposób naj­bardziej rubaszny. Bywały chwile, kiedy nawet sam o so­bie zaczynał mówić w sensie humorystycznym. A Barbara Pietrowna niczego chyba tak się nie bała, jak sensu hu­morystycznego. Była to niewiasta-klasyk, niewiasta-mecenas, zawsze działająca w imię wzniosłych pobudek. Dwu­dziestoletni wpływ tej wybitnej kobiety na jej biednego przyjaciela był niesłychanie doniosły. Należałoby pomó­wić o niej osobno, co też czynię.

III

Dziwna czasem bywa przyjaźń. Obaj przyjaciele zjedli­by jeden drugiego i żyją tak całe życie, a rozstać się nie mogą. Rozstać im się nawet w żaden sposób nie wolno: ten z przyjaciół, który pod wpływem kaprysu pierwszy zerwie ów związek, na pewno zachoruje, a może i umrze. Wiem na pewno, że Stiepan Trofimowicz niejednokrotnie, po najbardziej osobistej wymianie myśli w cztery oczy z Barbarą Pietrowną, po jej wyjściu zrywał się z kanapy i tłukł pięścią o ścianę.

Nie ma w tym najmniejszej przesady, raz nawet odle­ciał kawałek tynku. Może mnie kto zapyta, skąd wiem o tak drobnym szczególe? A co powiecie, jeżeli sam by­wałem tego świadkiem? A co, jeśli Stiepan Trofimowicz nieraz płakał na moim ramieniu, w jaskrawych barwach malując wszystkie swe najtajniejsze przeżycia? (I o czym on wtedy nie mówił!). Cóż jednak prawie zawsze działo się nazajutrz po takich szlochach? Nazajutrz był już go­tów dać się ukrzyżować za taką czarną niewdzięczność. Wzywał mnie nagle do siebie lub sam do mnie wpadał jedynie po to, aby mi oznajmić, iż Barbara Pietrowna jest „aniołem delikatności i honoru, on zaś – przeciwień­stwem tego wszystkiego”. I nie tylko przede mną tak się zwierzał: niejednokrotnie wszystko to wypisywał w oratorskich listach do Barbary Pietrowny i stwierdzał włas­nym podpisem, że nie dalej jak na przykład wczoraj po­mawiał ją przed obcą osobą, że ona, Barbara Pietrowna, trzyma go tylko przez zwykłą próżność, że zazdrości mu wiedzy i talentu; pomawiał ją, iż nienawidzi go i tylko lęka się ujawnić swą nienawiść, lęka się, aby nie porzu­cił przyjaciółki i nie zaszkodził w ten sposób jej opinii wśród literatów. Pisał dalej, że za to wszystko gardzi so­bą i postanawia odebrać sobie życie; od niej zaś czeka ostatniego słowa, które rozstrzygnie o wszystkim, i tak dalej, i tak dalej, wszystko w tym samym stylu. Można sobie wobec tego wyobrazić, do jakiej histerii dochodziły czasem ataki nerwowe tego najniewinniejszego spośród pięćdziesięcioletnich niemowląt! Sam kiedyś czytałem je­den z takich listów, pisany nazajutrz po kłótni o jakiś drobiazg, który nabrał potem cech jadowitych. Przerazi­łem się nie na żarty i błagałem go, aby listu nie wysyłał.

– Muszę… tak uczciwiej… obowiązek… umrę, jeżeli nie wyznam jej wszystkiego, wszystkiego! – odpowiadał go­rączkowo i oczywiście wysłał list.

Cała różnica między nimi na tym właśnie polegała, że Barbara Pietrowna nigdy by takiego listu nie wysłała. To inna kwestia, że Wierchowieński w ogóle do pisania listów miał szczególną słabość i pisywał do Barbary Pietrowny nawet wtedy, kiedy mieszkał z nią pod jednym dachem, a w napadzie histerii pisał nawet po dwa listy dziennie. Wiem na pewno, że ona zawsze jak najuważniej odczytywała te listy, nawet jeżeli były dwa dziennie, a po przeczytaniu składała do specjalnej szkatułki, segre­gując je i opatrując jakimiś notatkami; poza tym składa­ła je w swoim sercu. Potem, przetrzymawszy przyjaciela cały dzień bez odpowiedzi, spotykała się z nim najspokoj­niej w świecie, jak gdyby nic nie zaszło. Z czasem go tak wyszkoliła, że sam już nie ośmielał się wspomnieć o tym, co zaszło poprzedniego dnia, i tylko przez dłuższą chwilę patrzył jej w oczy. Ona jednak nie zapominała o niczym, gdy on zapominał może nawet zbyt szybko i niekiedy, za­chęcony jej spokojem, tegoż dnia śmiał się i figlował przy szampanie, gdy przychodził który z przyjaciół. Jak zja­dliwie musiała wtedy na niego patrzeć! On jednak nie widział nic. Czasem tylko, po tygodniu, po miesiącu czy nawet po pół roku, w jakiejś szczególnej chwili przycho­dził mu do głowy pewien zwrot z wysłanego listu, a na­stępnie cały list wraz z okolicznościami towarzyszącymi. Wtedy palił go wstyd i tak bardzo dręczył, że wreszcie kończyło się to wszystko zwykłym atakiem jak gdyby choleryny. Te osobliwe ataki były w pewnych wypadkach normalnym rezultatem wstrząsów nerwowych i stanowiły oryginalny, właściwy jego organizmowi fenomen.

Istotnie, Barbara Pietrowna na pewno nienawidziła go dość często; on jednak aż do końca nie zauważył jednego: nie zauważył, że w końcu stał się dla niej synem, jej tworem, nawet, rzec można, jak gdyby własnym jej wy­nalazkiem. Stał się krwią jej krwi i wcale nie przez sa­mą „zazdrość o talent” trzymała go przy sobie i utrzymy­wała. Samo podejrzenie o to już było dla niej obrazą! Barbara Pietrowna nosiła w sobie nieznośne przywiązanie do tego człowieka, przeplatane nienawiścią, zazdrością i pogardą. Chroniła go przed lada pyłkiem, niańczyła przez dwadzieścia dwa lata; mogłaby, stroskana, nie spać po całych nocach, gdyby chodziło o jego opinię poety, uczo­nego czy działacza. Ona go wymyśliła i pierwsza musiała weń uwierzyć. Był czymś w rodzaju jej marzenia… Za to jednak wymagała od niego rzeczywiście dużo, czasem na­wet chciała, aby był jej niewolnikiem. Była niezwykle pamiętliwa. Przy sposobności opowiem o dwóch wydarze­niach.