Biesy

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lecz nazajutrz nastąpiło uzupełnienie tej w istocie niewinnej historii, które zapewniło od tego czasu Liputinowi pewien rodzaj szacunku, co potrafił on zresztą wykorzystać. Koło dziesiątej rano do mieszkania pani Stawrogin przyszła robotnica Liputina, Agata, śmiała i rumiana kobieta lat około trzydziestu, z poleceniem do Mikołaja Wsiewołodowicza, i domagała się osobistego z nim widzenia. Mimo silnego bólu głowy, wyszedł do niej. Barbarze Pietrownie udało się być obecną przy tej rozmowie.

– Sergiusz Wasylicz (to jest Liputin) – śmiało zaczęła Agata – przede wszystkim kazał panu oddać ukłony i zapytać o pańskie zdrowie, dowiedzieć się, jak pan spał po wczorajszym i jak pan się po wczorajszym czuje?

Mikołaj Wsiewołodowicz uśmiechnął się:

– Oddaj pozdrowienia i podziękuj, i jeszcze powiedz, Agato, swemu panu ode mnie, że jest najmądrzejszym człowiekiem w mieście.

– A pan mój na to kazał mi odpowiedzieć – jeszcze śmielej podchwyciła Agata – że o tym wie bez pana i tego samego panu życzy.

– A skąd mógł wiedzieć twój pan, co ci powiem?

– Tego już nie wiem, ale kiedym wyszła i jużem spory kawałek drogi uszła, dogonił mnie mój pan bez czapki: „Słuchaj, Agato, jeżeli ci rozkażą, byś mi powiedziała, że jestem najmądrzejszy w mieście, to nie zapomnij natychmiast odpowiedzieć, że sam wiem o tym bardzo dobrze, wiem i życzę im tego samego”.

III

Wreszcie przyjechał gubernator. Nasz miły, delikatny Iwan Osipowicz tylko co zdążył wrócić i tylko co zdążył wysłuchać gorącej skargi klubu. Bez wątpienia trzeba było coś przedsięwziąć, lecz Iwan Osipowicz zmieszał się. Wyglądało na to, że nasz gościnny staruszek także bał się swego młodego krewnego. Wreszcie zdecydował się go namówić, by usprawiedliwił się przed klubem i przed obrażonym w odpowiedniej formie i, jeżeli zajdzie potrzeba, to na piśmie; a następnie delikatnie go skłonić, by wyjechał, na przykład do Włoch lub gdziekolwiek za granicę.

W salonie, do którego wszedł teraz, by przyjąć Mikołaja Wsiewołodowicza (kiedy indziej spacerował on bez przeszkód, jako krewny, po całym domu), wychowanek Alosza Tiełatnikow, urzędnik i jednocześnie zadomowiony u gubernatora człowiek, rozpieczętowywał przy stole pocztę, a w sąsiednim pokoju koło okna rozsiadł się przyjezdny, tęgi i zdrowy pułkownik, przyjaciel i były kolega Iwana Osipowicza, czytał „Głos” i rozumie się, nie zwracał zupełnie uwagi na to, co się działo w salonie, nawet był odwrócony plecami. Iwan Osipowicz zaczął mówić prawie szeptem, ale się plątał. Nicolas rzucał na niego złe spojrzenia, zupełnie nie jak na krewnego, był blady, wzrok miał spuszczony i brwi ściągnięte, jakby przezwyciężał silny ból.

– Serce ma pan dobre i szlachetne, Nicolas – powiedział między innymi staruszek – człowiek z pana wykształcony, obracał się pan w odpowiednim towarzystwie, a i tutaj dotychczas zachowywał się pan wzorowo i uspokoił serce drogiej nam wszystkim pańskiej matki. I oto teraz postępowanie pana przyjęło taki zagadkowy i niebezpieczny dla wszystkich obrót. Mówię jak przyjaciel waszego domu, jak szczerze przychylny panu starszy człowiek i krewny, na którego nie można się obrażać. Niech mi pan powie, co pobudza pana do popełniania takich niepohamowanych czynów, niezgodnych z ogólnie przyjętymi zasadami. Co mają znaczyć te historie, popełniane jakby w gorączce.

Nicolas słuchał go niechętnie i niecierpliwie. Nagle coś przebiegłego błysnęło w jego spojrzeniu.

– Zresztą powiem panu, co mnie do tego pobudza – powiedział i obejrzawszy się, nachylił się do ucha Iwana Osipowicza.

Alosza Tiełatnikow odsunął się jeszcze bardziej, a pułkownik chrząknął. Biedny Iwan Osipowicz pospiesznie i z ufnością zbliżył swoje ucho: był on ciekawy do ostateczności. I nagle zaszło coś zupełnie nieoczekiwanego, a jednak pod pewnym względem było to zupełnie zrozumiałe. Staruszek nagle poczuł, że Nicolas, zamiast powiedzieć mu ciekawą tajemnicę, schwycił zębami dosyć silnie górną część ucha. Zadrżał i zaparło mu dech.

– Nicolas, co za żarty! – jęknął w przerażeniu.

Alosza i pułkownik nie zdążyli nic zrozumieć, nic nie widzieli i do ostatniej chwili byli pewni, że ci sobie rozmawiają, a jednocześnie przerażała ich rozpaczliwa mina staruszka. Spoglądali na siebie, nie wiedząc, czy pospieszyć z pomocą, jak to było umówione, czy jeszcze poczekać. Być może, że Nicolas to zauważył i zacisnął mocniej zęby.

– Nicolas, Nicolas! – zajęczała znów ofiara. – Dosyć tych żartów...

Jeszcze chwila i staruszek umarłby ze strachu. Lecz potwór zlitował się i wypuścił ucho. Cała ta historia trwała może minutę, ale staruszek dostał później jakiegoś ataku. Pół godziny potem Nicolas został aresztowany i zamknięty w areszcie w oddzielnej celi, ze specjalnym dozorcą przy drzwiach. Decyzja była surowa, ale nasz łagodny gubernator tak się rozgniewał, że wziął na siebie całkowitą odpowiedzialność przed Barbarą Pietrowną. Ku ogólnemu zdumieniu, gdy dama ta w najwyższym zdenerwowaniu przyjechała do gubernatora, by zażądać natychmiastowych wyjaśnień, nie została wcale przyjęta. Z tym wróciła do domu, nie wysiadając z karety i nie wierząc sama sobie.

I w końcu wszystko się wyjaśniło. O drugiej po północy aresztant, dotychczas zupełnie spokojny, zaczął walić kułakami do drzwi, z nadnaturalną siłą oderwał żelazną kratę od okienka w drzwiach, stłukł szkło i pokaleczył sobie ręce. Kiedy dyżurny oficer przybiegł wraz z żołnierzami, by otworzyć drzwi i związać szaleńca, to okazało się, że miał atak białej gorączki. Przewieziono go natychmiast do matki. Wszyscy trzej nasi lekarze oświadczyli, że już od kilku dni chory tylko pozornie był przytomny, co zresztą potwierdzały fakty. W ten sposób wyglądało, jakby rzeczywiście Liputin pierwszy się domyślił. Iwan Osipowicz, człowiek delikatny i uczuciowy, strasznie się zawstydził, ale ciekawe, że i on uważał Mikołaja Wsiewołodowicza za zdolnego do wszystkiego w stanie normalnym. W klubie też się zawstydzono i nie rozumiano, jak można się było nie zorientować, kiedy tylko to jedno mogło wszystkie te wypadki tłumaczyć.

Nicolas chorował przeszło dwa miesiące. Z Moskwy sprowadzono lekarza na konsylium, całe miasto odwiedziło Barbarę Pietrownę. Wybaczyła. Kiedy na wiosnę Nicolas zupełnie już był zdrów, zgodził się bez sprzeciwu wyjechać do Włoch. Na prośbę matki złożył wszystkim pożegnalne wizyty.

W klubie dowiedziano się, że był on i u Pawła Pawłowicza Gaganowa i dał mu całkowite zadośćuczynienie. Składając wizyty, Nicolas był bardzo poważny i nawet ponury. Przyjmowano go życzliwie, lecz wszyscy czegoś się krępowali i zadowoleni byli, że wyjeżdża. Iwan Osipowicz, przyjmując go, aż się roztkliwił, lecz żegnając się z nim, nie mógł się zdecydować, by go uściskać. Doprawdy, niektórzy byli pewni, że łotr zakpił sobie z nich wszystkich, a choroba – to nic innego tylko przykrywka jego łajdactw. Pojechał on też do Liputina.

– Niech mi pan powie – zapytał go – skąd pan mógł wiedzieć, co powiem o pańskim rozumie i oprócz tego poinstruować Agatę, jakiej ma udzielić odpowiedzi?

– Uważam pana – zaśmiał się Liputin – za mądrego człowieka i domyśliłem się, co pan może powiedzieć.

– W każdym razie dziwny zbieg okoliczności. Ale, niech pan pozwoli, więc wtedy, kiedy pan przysłał Agatę, uważał mnie za normalnego człowieka, a nie za szaleńca?

– Za najmędrszego i najrozsądniejszego, udawałem tylko, że wierzę w pańskie szaleństwo. Zresztą sam się pan domyślił, przysyłając mi przez Agatę patent na dowcip.

– No, to się pan trochę myli; ja rzeczywiście... byłem chory... – bąkał Mikołaj Wsiewołodowicz. – Czy pan naprawdę myśli, że będąc przy zdrowych zmysłach byłbym zdolny do rzucania się na ludzi? Cóżby mi z tego przyszło?

Liputin skrzywił się i nie znalazł odpowiedzi. Nicolas zbladł lekko, lub może się to Liputinowi tylko zdawało.

– W każdym razie to było dowcipne – mówił dalej Nicolas – a Agatę pan przysłał, by mi nawymyślać.

– Czyż miałem pana wyzywać na pojedynek?

– Ach, prawda! Słyszałem, że pan nie jest zwolennikiem pojedynków. No, w każdym razie coś takiego obiło mi się o uszy.

– Po cóż naśladować Francuzów i przenosić ich zwyczaje na grunt rosyjski? – znów skrzywił się Liputin.

– Pan jest nacjonalistą?

Liputin jeszcze bardziej się skrzywił.

– Ale, ale, co widzę! – krzyknął Nicolas, zauważywszy nagle na widocznym miejscu na stole jeden z tomów dzieła Consideranta. – Czy pan aby nie jest zwolennikiem Fouriera? A czy to nie jest tłumaczenie z francuskiego?

– Nie, to nie jest tłumaczenie z francuskiego – ze złością krzyknął Liputin. – To jest tłumaczenie z ogólnoludzkiego języka, a nie z jednego francuskiego. Z języka ogólnoludzkiego, doświadczeń współżycia wspólnoty społecznej i harmonii – ot co! A nie z jednego francuskiego!

– Ach, do diabła, przecież nie ma zupełnie takiego języka – śmiał się dalej Nicolas.

Czasami nawet drobiazg utkwi w głowie i długo zatrzymuje na sobie uwagę. O panu Stawroginie będzie się jeszcze dużo mówiło później, ale teraz zwrócę uwagę, jako na rzecz niezmiernie ciekawą, że ze wszystkich wrażeń, jakie odniósł podczas swego pobytu, najbardziej utkwiła mu w pamięci niepokaźna postać urzędniczyny, zazdrośnika, brutalnego despoty, skąpca i lichwiarza, zamykającego resztki z obiadu i niedopałki świec na klucz, a jednocześnie gorliwego sekciarza Bóg wie jakiej przyszłej „społecznej harmonii”. Upajał się jej fantastycznymi obrazami i wierzył jak we własne istnienie w możliwość jej urzeczywistnienia się w Rosji i naszej guberni. I to tam, gdzie sam za uciułany kapitał kupił dom, tam gdzie się po raz drugi ożenił i dostał w posagu pieniądze i gdzie, być może, w obrębie stu wiorst nie było, począwszy od niego samego, kogoś choćby z pozoru przypominającego przyszłego członka „ogólnoludzkiej społecznej republiki i harmonii”.

 

„Bóg wie jedynie, skąd się biorą tacy ludzie” – myślał Nicolas, pełen wątpliwości, wspominając czasami nieoczekiwanego zwolennika Fouriera.

IV

Nasz książę podróżował przeszło trzy lata, tak że w mieście prawie o nim zapomniano. Myśmy wiedzieli od Stiepana Trofimowicza, że przejechał całą Europę, był w Egipcie i zawędrował aż do Jerozolimy, potem przyłączył się do jakiejś naukowej ekspedycji jadącej do Islandii. Opowiadano jeszcze, że w ciągu jednej zimy słuchał wykładów na jednym z niemieckich uniwersytetów. Do matki pisywał mało – raz na pół roku lub jeszcze rzadziej. Ale Barbara Pietrowna nie gniewała się i nie obrażała na niego. Ustalone stosunki przyjęła bez skarg i z pokorą, ale tęskniła i marzyła stale o swoim Nicolasie. Nawet od Stiepana Trofimowicza oddaliła się widocznie. Sama sobie coś planowała, stała się bardziej skąpa niż dawniej, jeszcze bardziej ciułała pieniądze i bardzo się gniewała, gdy Stiepan Trofimowicz przegrywał w karty.

Wreszcie w kwietniu otrzymała list z Paryża, od generałowej Praskowii Iwanowny, z którą Barbara Pietrowna nie widziała się i nie korespondowała od ośmiu lat – ta zawiadamiała ją, że Mikołaj Wsiewołodowicz jest u niej w domu częstym bywalcem, że zaprzyjaźnił się z Lizą (jedyną jej córką) i ma zamiar spędzić z nimi lato w Szwajcarii, w Vernex-Montreux, nie bacząc na to, że w rodzinie hrabiego K. (bardzo wpływowej w Petersburgu osoby), bawiącego obecnie w Paryżu, jest traktowany jak rodzony syn i że prawie tam mieszka. List był krótki, ale wyraźny, choć prócz wyszczególnionych faktów nie zawierał żadnych wniosków. Barbara Pietrowna zdecydowała się natychmiast, spakowała się momentalnie, zabrała ze sobą swoją wychowankę Darię (siostrę Szatowa) i w połowie kwietnia wyjechała do Paryża, a później do Szwajcarii. Wróciła w lipcu sama, pozostawiwszy Darię u Drozdowów, którzy mieli wrócić w końcu sierpnia.

Drozdowowie byli także obywatelami ziemskimi w naszej guberni, lecz służba generała Iwana Iwanowicza (byłego przyjaciela Barbary Pietrowny i pułkowego towarzysza jej męża) stale przeszkadzała im odwiedzić ich piękną posiadłość. Po śmierci generała, która nastąpiła zeszłego roku, niepocieszona wdowa wyjechała z córką za granicę, mając zamiar, między innymi, przeprowadzić winogronową kurację w Vernex-Montreux w drugiej połowie lata. Po powrocie do ojczyzny miały one zamiar na stałe zamieszkać w naszej guberni.

W mieście miały wielką kamienicę, niezamieszkałą od wielu lat. Byli to ludzie bogaci. Praskowia Iwanowna, z pierwszego małżeństwa pani Tuszyn, była, jak i jej koleżanka szkolna Barbara Pietrowna, posażną córką bogatego dzierżawcy. Jej mąż, dymisjonowany rotmistrz sztabowy, był również człowiekiem dosyć zamożnym i nie pozbawionym pewnych zdolności. Umierając, pozostawił swej jedynej siedmioletniej córce Lizie spory majątek. Teraz, kiedy Lizawieta Nikołajewna miała około dwadzieścia dwa lata, można było śmiało powiedzieć, że ma swoich własnych pieniędzy koło dwustu tysięcy rubli, nie mówiąc już o majątku matki, który miała z czasem odziedziczyć, gdyż Praskowia Iwanowna w drugim małżeństwie nie miała dzieci.

Barbara Pietrowna była widocznie bardzo zadowolona ze swej podróży. Jej zdaniem zdołała dostatecznie wszystko omówić z Praskowią Iwanowną i zaraz po powrocie opowiedziała wszystko Stiepanowi Trofimowiczowi, i była z nim nawet serdeczna, co się jej już dawno nie zdarzało.

– Hurra! – krzyknął Stiepan Trofimowicz i prztyknął palcami.

Był on zachwycony, tym bardziej że czas rozłąki ze swoją przyjaciółką spędził w ogromnym smutku. Wyjeżdżając za granicę, nie pożegnała się z nim nawet i nic nie powiedziała „tej babie” o swoich planach w obawie, by się nie wygadał. Była też na niego zła wtedy za nagle ujawnioną większą przegraną w karty. Ale w Szwajcarii poczuła, że trzeba porzuconego przyjaciela nagrodzić, tym bardziej że od dłuższego czasu była dla niego bardzo surowa. Szybka i tajemnicza rozłąka przeraziła lękliwe serce Stiepana Trofimowicza, tym bardziej że, jakby umyślnie, przyplątały się i inne wątpliwości. Męczyło go pewne poważne, dawne zobowiązanie pieniężne, któremu bez pomocy Barbary Pietrowny nie mógłby podołać.

Prócz tego w maju bieżącego roku skończyło się urzędowanie naszego łagodnego gubernatora Iwana Osipowicza. Następnie, również podczas nieobecności Barbary Pietrowny, odbył się wjazd nowego gubernatora, Andrzeja Antonowicza von Lembke. Natychmiast też ujawniła się zmiana stosunku społeczności gubernialnej względem Barbary Pietrowny, a więc i względem Stiepana Trofimowicza. W każdym razie zdążył on już zaobserwować kilka nieprzyjemnych wypadków i, zdaje się, strasznie stchórzył bez Barbary Pietrowny. W zdenerwowaniu przypuszczał, że już zapewne doniesiono gubernatorowi o nim, jako o niebezpiecznym człowieku. Dowiedział się też, że niektóre damy postanowiły przestać bywać u Barbary Pietrowny. O przyszłej żonie gubernatora, której oczekiwano u nas dopiero na jesieni, mówiono, że chociaż dumna, to jest prawdziwą arystokratką, a nie „jakąś tam nieszczęsną waszą Barbarą Pietrowną”. Wszyscy skądś dowiedzieli się dokładnie, że nowa gubernatorowa i Barbara Pietrowna spotykały się już kiedyś w towarzystwie i rozstały się wrogo względem siebie usposobione, tak że wspomnienie pani von Lembke działa na Barbarę Pietrownę w sposób przygnębiający. Krzepki i zwycięski wygląd Barbary Pietrowny, pogardliwa obojętność, z jaką potraktowała opinię naszych pań, od razu dodały otuchy Stiepanowi Trofimowiczowi, który starając się jej przypodobać, z humorem opowiadał o przyjeździe nowego gubernatora:

– Pani, excellente amie [Excellente amie (fr.) – wspaniała przyjaciółko.], bez wątpienia wiadomo – mówił on z kokieterią, wytwornie cedząc wyrazy – kim jest rosyjski zarządca w ogóle i co znaczy rosyjski zarządca nowo upieczony, nowo mianowany. Ale wątpię, czy pani wie, co to jest rozkoszowanie się władzą, czy pani zna wielkość pokusy upajania się nią na stanowisku pierwszego urzędnika w guberni, cóż to za ekscytująca rzecz!

– Upajanie się władzą? Nigdy o tym nie słyszałam, co to takiego?

– To jest... Vous savez, chez nous... En un mot [Vous savez, chez nous... En un mot (fr.) – Pani wie... Jednym słowem.], niech pani powierzy sprzedaż biletów kolejowych komuś najmarniejszemu, a będzie spoglądał na każdego kupującego bilet, jak Jowisz, pour vous montrer son pouvoir [Pour vous montrer son pouvoir (fr.) – by pokazać swą władzę.]. „Czekaj, ja ci pokażę, jaką mam nad tobą władzę”. I to właśnie jest rozkoszowanie się władzą... I dochodzi do tego, że taki osobnik wręcz się swoją władzą zachłystuje, en un mot. Oto niedawno czytałem, że pewien kościelny w jednej z naszych zagranicznych cerkwi wypędził, dosłownie wypędził pewną znaną rodzinę angielską przed rozpoczęciem nabożeństwa wielkopostnego – vous savez ces chants et le livre de Job... [Vous savez ces chants et le livre de Job... (fr.) – pani zna te psalmy z Księgi Hioba…] jedynie z tego powodu, że „nie można pozwolić na ciągłe wałęsanie się cudzoziemców po rosyjskich cerkwiach i że powinni przychodzić o oznaczonej porze”, i doprowadził do zemdlenia. Ten kościelny też miał atak zachwytu nad swoją władzą et il a montré son pouvoir... [Et il a montré son pouvoir... (fr.) – i pokazał swą władzę…]

– Niech się pan streszcza, jeżeli to możliwe, Stiepanie Trofimowiczu.

– Pan von Lembke pojechał teraz na inspekcję. En un mot, ten Andrzej Antonowicz, chociaż i rosyjski Niemiec prawosławnego wyznania i nawet, niech już będzie, wyjątkowo przystojny mężczyzna, z czterdziestoletnich...

– Skąd panu znowu przyszło na myśl, że on jest przystojnym mężczyzną? Ma przecież baranie oczy...

– W najwyższym stopniu. Ale ja się w tym wypadku liczę z opinią naszych pań...

– Zostawmy to, Stiepanie Trofimowiczu, ja pana proszę. Ale cóż to, nosi pan czerwone krawaty, czy już od dawna?

– Ja... ja... tylko dzisiaj...

– A czy pan stosuje się do wskazówek lekarza? Czy robi pan codziennie sześć wiorst, jak ma to pan nakazane?

– Nie... nie zawsze.

– Wiedziałam o tym. Przeczuwałam to jeszcze w Szwajcarii! – krzyczała w rozdrażnieniu. – Teraz będzie pan chodził nie po sześć, a po dziesięć wiorst dziennie. Pan się okropnie opuścił, okropnie, okropnie! Pan nie zestarzał się, a zniedołężniał... uderzyło mnie to jeszcze wcześniej, bez względu na ten czerwony krawat... quelle idée rouge [Quelle idée rouge (fr.) – ależ pomysł z tą czerwienią.]. Niech pan opowiada dalej o tym von Lembke, jeżeli ma pan coś do opowiedzenia i niech pan skończy wreszcie, jestem zmęczona.

– En un mot, chciałem tylko nadmienić, że to jest jeden z tych, co rozpoczynają swoją karierę, mając lat czterdzieści, a do tego czasu są niczym. Nagle stają się ludźmi dzięki tylko co pozyskanej żonie lub z innego równie rozpaczliwego powodu. Teraz wyjechał, ale chcę powiedzieć, że mu już zdążyli o mnie wiele nagadać, że psuję młodzież i szerzę ateizm w guberni... Zaczął natychmiast dowiadywać się.

– Czy aby naprawdę?

– Ja już nawet poczyniłem odpowiednie kroki. Kiedy mu o pani donieśli, oznajmił, że „więcej tego nie będzie”.

– Tak powiedział?

– Że „więcej tego nie będzie” i avec cette morgue [Avec cette morgue (fr.) – tak wyniośle]... Jego małżonkę, Julię Michałownę, ujrzymy tutaj w końcu sierpnia, przyjedzie prosto z Petersburga.

– Raczej z zagranicy. Spotkałyśmy się tam.

– Vraiment? [Vraiment? (fr.) – Naprawdę?]

– W Paryżu i w Szwajcarii. Jest spokrewniona z Drozdowem.

– Spokrewniona? Co za nadzwyczajny zbieg okoliczności! Mówią, że ambitna i... bardzo ustosunkowana.

– Brednie, stosuneczki! Jakie ona może mieć znajomości? Do czterdziestu pięciu lat była panną bez grosza, a teraz wyskoczyła za tego swojego Lembke i, ma się rozumieć, jedynym marzeniem jest zapewnić mu odpowiednie stanowisko. Oboje intryganci.

– O niej mówią, że jest o dwa lata starsza od niego?

– O pięć. Matka jej łaziła za mną wszędzie w Moskwie, na bale do mnie za życia Wsiewołoda Nikołajewicza z łaski była zapraszana. A ta całą noc, zdarzało się, siedziała w kącie nie tańcząc, ze swoją turkusową muchą na czole, tak że z litości o trzeciej w nocy posyłałam jej pierwszego tancerza. Miała wtedy dwadzieścia lat, a ubierano ją w króciutkie suknie, jak podlotka. Aż nieprzyjemnie było je zapraszać.

– Tę muchę to jakbym widział.

– Mówię panu, tylko co przyjechałam, a już się na intrygę natknęłam. Czytał pan list Drozdowej, cóż mogło być bardziej wyraźnego? I cóż zastaję? Ta głupia Drozdowa, ta to zawsze była głupia, patrzy na mnie pytająco; jakby nie rozumiała, po co przyjechałam. Może sobie pan wyobrazić, jaka byłam zdziwiona. Patrzę, a tu wierci się ta Lembke, a z nią siostrzeniec starego Drozdowa – i wszystko stało się dla mnie jasne. Rozumie się, że to wszystko zmieniłam i Praskowia znów jest po mojej stronie, ale intryga, intryga!

– Którą jednak pani pokonała. O, pani jest Bismarckiem!

– Nie będąc Bismarckiem, umiem jednak przejrzeć fałsz i głupotę, gdy je spotkam. Lembke, to fałsz, a Praskowia – głupota. Rzadko zdarzało mi się spotkać równie niezaradną kobietę, w dodatku nogi ma spuchnięte, a jednocześnie pełna jest dobroci. Cóż może być głupszego od dobrego głupca?

– Zły głupiec, ma bonne amie [Ma bonne amie (fr.) – moja dobra przyjaciółko.], zły głupiec jest jeszcze głupszy – szlachetnie oponował Stiepan Trofimowicz.

– Może ma pan rację. Przecież pan Lizę pamięta?

– Charmant enfant! [Charmant enfant! (fr.) – czarujące dziecko!]

– Teraz już nie enfant, a kobieta, i to kobieta z charakterem. Szlachetna i żywa, i podoba mi się w niej to, że matce, głupiej, wszystkim ufającej kobiecie, nie pobłaża. Przez tego kuzyna, o mało cała historia nie wyszła.

– Ba, przecież nie jest on wcale krewnym Lizawiety Nikołajewny. Czyżby żywił wobec niej jakieś zamiary, czy co?

– Widzi pan, jest to młody oficer, bardzo małomówny i nawet skromny. Pragnę być sprawiedliwa. Mam wrażenie, że on sam jest przeciwko tej całej intrydze i niczego nie pragnie, a wszystkiemu winna jest Lembke. On bardzo szanuje Nicolas. Rozumie pan, wszystko zależy od Lizy, a gdy wyjeżdżałam, była ona w doskonałej komitywie z Nicolas, a on obiecał przyjechać do nas w październiku. Jasne więc jest, że intryguje tylko Lembke, a Praskowia tego nie widzi. Kiedy mi powiedziała, że wszystkie moje podejrzenia to fantazja, w oczy jej odpowiedziałam, że jest głupia i gotowa jestem to powtórzyć na Sądzie Ostatecznym. I gdyby nie prośby Nicolas, nie wyjechałabym stamtąd, póki bym nie zdemaskowała tej fałszywej kobiety. Ona przez Nicolas przypochlebiała się hrabiemu K., chciała syna z matką poróżnić. Ale Liza jest po naszej stronie, a z Praskowią już też doszłam do porozumienia. Wie pan, Karmazynow jest jej krewnym.

 

– Co? Krewnym pani von Lembke?

– No tak, jej. Daleki krewny.

– Karmazynow, ten nowelista?

– No tak, literat, czemu się pan dziwi? Rozumie się, on sam uważa się za znakomitość. Nadęte stworzenie! Ona tu razem z nim przyjedzie, a teraz bywa z nim wszędzie razem. Ma zamiar jakieś tam zebrania literackie tu urządzić. On przyjedzie tu na miesiąc, by swoją ostatnią posiadłość sprzedać. O mało nie spotkałam się z nim w Szwajcarii, lecz bardzo sobie tego nie życzyłam. Zresztą, mam nadzieję, że raczy mnie poznać. Dawniej bywał u nas i listy do mnie pisywał. Bardzo bym więc pragnęła, żeby się pan, Stiepanie Trofimowiczu, lepiej ubierał, z dnia na dzień staje się pan bardziej zaniedbany... Och, jak mnie pan męczy! Co pan teraz czyta?

– Ja... ja...

– Rozumiem. Po dawnemu przyjaciele, po dawnemu pijatyki, klub, karty i opinia ateisty. Mnie się ta opinia nie podoba, Stiepanie Trofimowiczu. Ja bym sobie nie życzyła, żeby pana nazywali ateistą, szczególniej teraz nie życzyłabym sobie tego. Dawniej też sobie tego nie życzyłam, gdyż jest to jedynie czcza gadanina. Trzebaż wreszcie to powiedzieć.

– Mais, ma chère... [Mais, ma chère... (fr.) – ale, moja droga...]

– Niech pan posłucha, Stiepanie Trofimowiczu, pan, rozumie się, więcej ode mnie umie, ale jadąc tutaj, wiele o panu myślałam i doszłam do jednego wniosku.

– Do jakiegoż?

– Do tego, że my z panem jesteśmy na świecie nie najmądrzejsi, a że są mądrzejsi od nas.

– I dowcipnie, i trafnie. Jeżeli są mądrzejsi, to są i tacy, którzy mają więcej słuszności, więc my możemy się mylić, czyż nie tak? Mais, ma bonne amie, powiedzmy, że się mylę, ale przecież mam swoje ogólnoludzkie, wieczne prawo wolnego sumienia. Mam przecież prawo nie być świętoszkiem i fanatykiem, jeżeli tego chcę i, naturalnie, różne osoby będą mnie za to nienawidziły do końca mego życia. Et puis, comme on trouve toujours plus de moines que de raison [Et puis, comme on trouve toujours plus de moines que de raison (fr.) – Zawsze jest więcej mnichów niż rozumu.] i zupełnie się z tym zgadzam.

– Jak, jak pan powiedział?

– Powiedziałem: on trouve toujours plus de moines que de raison, i ponieważ się z tym...

– Tego pan na pewno sam nie wymyślił, skąd to jest wzięte?

– To Pascal powiedział.

– Tak też zrozumiałam... że nie pan! Dlaczego pan sam nigdy nic nie powie tak krótko i trafnie, a zawsze ciągnie pan wszystko tak długo. To było znacznie lepiej powiedziane, niż przedtem o rozkoszowaniu się władzą.

– Ma foi, chère... dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że nie jestem Pascalem, et puis... [Et puis... (fr.) – a zresztą.] po wtóre my, Rosjanie nic nie umiemy w swoim języku powiedzieć. W każdym razie dotychczas jeszcześmy tego nie potrafili.

– Hm, może to i nieprawda. W każdym razie, dobrze by było, gdyby sobie pan tego rodzaju wyrażenia wypisywał i cytował w rozmowie, jeżeli zajdzie potrzeba. Ach, Stiepanie Trofimowiczu, ja przyjechałam, żeby z panem poważnie, bardzo poważnie pomówić.

– Chère, chère amie!

– Teraz kiedy te wszystkie Lembkowe, ci wszyscy Karmazynowie zjadą tutaj, to lepiej nie myśleć, co się stanie... O Boże, jak się pan zaniedbał! Och, jak mnie pan męczy! Pragnęłabym, żeby ci wszyscy ludzie pana szanowali. Przecież nie są oni warci pańskiego małego palca, a co pan z siebie zrobił? Co oni zobaczą? Co im pokażę? Zamiast służyć przykładem, okrąża się pan hałastrą, nabrał pan jakichś niemożliwych przyzwyczajeń, zniedołężniał pan, me może się pan obejść bez wina i kart, czyta pan tylko Paula de Kocka i nic pan nie pisze, podczas gdy oni wszyscy coś robią; cały czas schodzi panu na gadaninie. Czy można, czy dopuszczalne jest przyjaźnić się z taką hałastrą, jak pana nierozłączny Liputin?

– Dlaczego „mój” i dlaczego „nierozłączny”? – zaprotestował lękliwie Stiepan Trofimowicz.

– Gdzie on jest teraz? – ostro zapytała Barbara Pietrowna.

– On... on panią ogromnie szanuje i wyjechał, by odebrać pozostały po matce spadek.

– On, zdaje się tylko tyle robi, że pieniądze wciąż odbiera. A cóż Szatow? Ciągle to samo?

– Irascible, mais bon. [Irascible, mais bon (fr.) – porywczy, ale dobry.]

– Nie znoszę tego Szatowa, zły jest i uważa się za nadzwyczajnego!

– Jak zdrowie Darii Pawłowny?

– Pan o Daszę pyta? Skąd panu to na myśl przyszło? – Barbara Pietrowna spojrzała na niego z ciekawością. – Zdrowa jest, zostawiłam ją u Drozdowów... W Szwajcarii o pańskim synu słyszałam, ale nic dobrego.

– Oh, c’est une histoire bien bête! Je vous attendais, ma bonne amie, pour vous raconter... [Oh, c’est une histoire bien bête! Je vous attendais, ma bonne amie, pour vous raconter... (fr.) – Och, to jest naprawdę głupia historia! Oczekiwałem na panią, ma droga przyjaciółko, by pani to wszystko opowiedzieć.]

– Dosyć tego, Stiepanie Trofimowiczu, niech mi pan da spokój, zmęczyłam się już pańskimi opowieściami. Jeszcze zdążymy pomówić, szczególnie o rzeczach nieprzyjemnych. Ależ pan pryska śliną, śmieje się, ach, cóż za niedołęstwo! I jak dziwnie się pan teraz śmieje... Boże, ile złych przyzwyczajeń się nazbierało! Karmazynow do pana nie przyjedzie. A tu i tak wszystkiemu są radzi. Teraz dopiero wyszło na jaw, jaki pan jest naprawdę. Ale dosyć, dosyć, można się przecież wreszcie zlitować nad człowiekiem!

Stiepan Trofimowicz „zlitował się nad człowiekiem”, ale odszedł zmieszany.

V

Przyjaciel nasz rzeczywiście nabrał wiele złych nawyków, szczególnie w ostatnich czasach. Widocznie i szybko zaniedbał się, przestał dbać o swój wygląd i zrezygnował ze swego wykwintnego sposobu bycia. Pił więcej, stał się bardziej uczuciowy i z trudem panował nad nerwami. A równocześnie uwrażliwił się zbytnio na piękno. Twarz jego nabrała dziwnej zdolności szybkiego zmieniania wyrazu, z najbardziej uroczystego na śmieszny, a nawet głupi. Nie znosił samotności i bez przerwy pragnął, by go zabawiano. Trzeba mu było koniecznie powtarzać plotki, opowiadać anegdotki o tym, co się wydarzyło w naszym mieście, i to co dzień nowe. Jeżeli nikt nie przychodził, tęsknił, chodził z nudów po pokojach. A zbliżywszy się przypadkiem do okna, patrzył w zadumie w dal, wzdychając głęboko i prawie płacząc. Ciągle miał jakieś bliżej nieokreślone przeczucia, oczekiwał czegoś niespodzianego, stał się bojaźliwy i zwracał teraz wielką uwagę na sny.

Cały ten dzień i cały wieczór spędził bardzo smutno, przysłał po mnie, bardzo się denerwował, długo mówił, długo opowiadał, ale jakoś bez związku. Barbara Pietrowna wiedziała już od dawna, że nic przede mną nie ukrywa. Wydało mi się wreszcie, że go niepokoi coś, z czego sam nie zdaje sobie sprawy. Dawniej, gdyśmy zostawali sami, a on zaczynał skarżyć się, to prawie zawsze przynoszono nam wkrótce buteleczkę wina i stawało się zaraz raźniej. Tym razem wina nie było i łatwo mogłem zauważyć, że kilkakrotnie musiał się przezwyciężać, by nie posłać po nie.

– I czego ona się na mnie gniewa? – skarżył się jak dziecko.Tous les hommes de génie et de progrès en Russie étaient, sont et seront toujours des karciarze et des pijacy, qui boivent en zapoi [Tous les hommes de génie et de progrès en Russie étaient, sont et seront toujours des... et des..., qui boivent en zapoi (fr.)– Wszyscy genialni i postępowi ludzie w Rosji to są... i..., którzy piją na umór.], do utraty przytomności... a ja zupełnie nie jestem karciarzem ani pijakiem... Robi mi wyrzuty, że nic nie piszę. Dziwny pomysł! Dlaczego się wyleguję? „Pan – mówi ona – powinien służyć przykładem”. Mais, entre nous soit dit [Mais, entre nous soit dit (fr.) – jednakże mówiąc między nami.], cóż więcej ma robić człowiek, któremu przypadło w udziale „służyć przykładem”, jak nie leżeć – czy ona to rozumie?