BiesyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Fiodor Dostojewski

Biesy

Wydawnictwo Zielona Sowa

Kraków

Tytuł oryginału:

Biesy

Projekt graficzny serii:

Piotr Iwaszko

Opracowanie graficzne okładki:

Jolanta Szczurek

Skład i łamanie:

Anna Olek

Redakcja:

Agnieszka Misiaszek

Tekst opracowano na podstawie anonimowego XIX-wiecznego przekładu

Text © copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2008

ISBN 978-83-265-0268-2

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. 30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A tel./fax (012) 266-62-94, tel. (012) 266-62-92 www.zielonasowa.pl wydawnictwo@zielonasowa.pl

Choćbyś zabił – nie ma śladu, Zbłądziliśmy, co się stanie? Biesy w polu ścieżki kładą, Krążą na nich, nogi ranią,

Czemu wyją tak żałośnie, Ile jest ich, dokąd pędzą? Czy grób bożka w ziemi rośnie, Czy też za mąż dają jędzę?

A. Puszkin Biesy (tłum. Bolesław Bolira)

A była tam duża trzoda świń, pasących się na górze. Prosiły Go więc złe duchy, żeby im pozwolił wejść w nie. I pozwolił im. Wtedy złe duchy wyszły z człowieka i weszły w świnie, a trzoda ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora i utonęła.

Na widok tego, co zaszło, pasterze uciekli i rozpowiedzieli to w mieście i po zagrodach. Ludzie wyszli zobaczyć, co się stało. Przyszli do Jezusa i zastali człowieka, z którego wyszły złe duchy, ubranego i przy zdrowych zmysłach, siedzącego u nóg Jezusa. Strach ich ogarnął. A ci, którzy widzieli, opowiedzieli im, w jaki sposób opętany został uzdrowiony.

Łk 8, 32-36

CZĘŚĆ PIERWSZA
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ZAMIAST WSTĘPU KILKA SZCZEGÓŁÓW Z ŻYCIA CZCIGODNEGO STIEPANA TROFIMOWICZA WIERCHOWIEŃSKIEGO
I

Przystępując do opisania dziwnych wydarzeń, które miały miejsce niedawno w naszym dotychczas niczym niewyróżniającym się miasteczku, zmuszony jestem, wskutek mej nieudolności, rozpocząć od pewnych szczegółów z życia utalentowanego i czcigodnego Stiepana Trofimowicza Wierchowieńskiego. Niech te szczegóły będą wstępem do opowieści, którą mam zamiar napisać.

Powiem wprost: Stiepan Trofimowicz odgrywał między nami pewną szczególną rolę, jeśli tak można powiedzieć, lubił tę rolę ogromnie i wydaje mi się, że bez niej nie mógłby żyć. Nie należy przypuszczać, że porównuję go do aktora w teatrze, broń Boże, tym bardziej że bardzo go szanuję. Tylko że to wszystko mogło być kwestią przyzwyczajenia lub, lepiej powiedzieć, szlachetnością, sięgającą lat dziecinnych, przyjemnym marzeniem o pięknym stanowisku społecznym.

Lubił on bardzo, na przykład, uważać się za „prześladowanego” i „zesłańca”. W obu tych określeniach jest specjalny urok, który go skusił raz na zawsze; później w ciągu długich lat, mając coraz lepsze zdanie o sobie, wzniósł się we własnych oczach na pewnego rodzaju piedestał.

W pewnym angielskim satyrycznym utworze z zeszłego stulecia, niejaki Guliwer, wróciwszy z krainy Liliputów, gdzie ludzie mieli dwie stopy wysokości, do tego stopnia przyzwyczaił się uważać siebie za olbrzyma, że spacerując po ulicach Londynu, mimo woli krzyczał na przechodniów i na pojazdy, by usuwali mu się z drogi, wyobrażając sobie, że on jest olbrzymem, a oni Liliputami. Ludzie śmiali się z niego i wymyślali mu, a niejeden woźnica zdzielił go olbrzymim batem. Lecz czy to było sprawiedliwe? Przyzwyczajenie właśnie doprowadziło prawie do tego samego i Stiepana Trofimowicza, ale jego, że tak powiem, mania wielkości, miała charakter zupełnie niewinny, gdyż był to najlepszy w świecie człowiek.

Myślę, że w końcu wszyscy o nim zapomnieli, ale już zupełnie tego powiedzieć nie można, żeby go nigdy nie znali. Nie ulega żadnej wątpliwości, że przez pewien czas należał on do plejady znakomitych działaczy ubiegłego pokolenia i w ciągu tego czasu, zresztą bardzo krótkiego, wielu wiecznie spieszących się ludzi wymieniało jego nazwisko równocześnie z nazwiskami Czaadajewa, Bielińskiego, Granowskiego i Hercena, który dopiero rozpoczynał swoją działalność za granicą. Lecz działalność Stiepana Trofimowicza skończyła się prawie w tym samym momencie, kiedy się rozpoczęła, jeśli można tak powiedzieć, „w zawierusze wydarzeń”. I cóż? Okazało się później, że nie było ani „zawieruchy”, ani „wydarzeń”, w każdym razie, jeżeli chodzi o niego. Dopiero teraz, całkiem niedawno, dowiedziałem się z zupełnie wiarygodnego źródła, ku memu wielkiemu zdumieniu, że Stiepan Trofimowicz mieszkał w naszej guberni nie tylko nie będąc na zesłaniu, jak wszyscy przypuszczali, ale nikt go nawet nie śledził. Jakąż moc wobec tego posiada własna wyobraźnia! Stiepan Trofimowicz szczerze przecież wierzył przez całe swe życie, że w pewnych sferach ciągle się go obawiają, że każdy jego krok jest uważnie śledzony i że każdy z trzech następujących po sobie w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat gubernatorów, niepokoi się, myśląc o nim. Gdyby ktokolwiek spróbował przekonać najpoczciwszego Stiepana Trofimowicza, dostarczając mu jak najsilniejszych dowodów, że nie ma zupełnie powodu do obaw, obraziłby się na pewno. A był to przecież człowiek mądry i zdolny, można nawet powiedzieć, że był człowiekiem nauki, chociaż zresztą dla nauki... słowem, w dziedzinie nauki nie zrobił on tak wiele, a nawet, zdaje się, zupełnie nic. Ale przecież u nas w Rosji dzieje się to samo prawie ze wszystkimi uczonymi.

Po powrocie z zagranicy zasłynął on jako lektor przy katedrze uniwersyteckiej już w końcu czwartego dziesiątka lat naszego wieku. Zdążył jednak wygłosić tylko kilka wykładów i to, zdaje się, o Arabach. Zdołał także obronić doskonałą dysertację o wzrastającym jakoby znaczeniu obywatelskim i hanzeatyckim niemieckiego miasteczka Hanau i jednocześnie wyłuszczył te szczególne i niejasne powody, dla których znaczenie tego miasteczka wzrosnąć nie mogło. Dysertacja ta zręcznie i boleśnie dotknęła ówczesnych słowianofilów i pozyskała mu wielu zażartych wrogów. Później, zresztą już po utracie katedry, wydrukował (zdaje się po to, żeby im pokazać kogo stracili) w postępowym miesięczniku początek dzieła, bodajże o przyczynach wysokiej moralności jakichś tam rycerzy, w jakiejś tam epoce, czy coś w tym rodzaju. W każdym razie opracował jakąś niezwykle szlachetną myśl.

Mówiono później, że nie udzielono pozwolenia na drukowanie dalszego ciągu i że postępowe pismo nawet ucierpiało za umieszczenie pierwszej połowy. Było to zupełnie możliwe, jak zresztą wszystko w owych czasach. W tym jednak wypadku jest prawdopodobniejsze, że autorowi nie chciało się kończyć rozpoczętego dzieła. Wykłady zaś o Arabach musiał przerwać, gdyż ktoś, oczywiście któryś z jego wrogów, przejął list pisany do kogoś, z wyłuszczeniem pewnych „okoliczności”, wskutek czego zażądano od niego jakichś tam wyjaśnień. Nie wiem, czy tak było w rzeczywistości, ale twierdzono jeszcze, że w tym samym czasie wykryto w Petersburgu ogromne antypaństwowe stowarzyszenie, liczące trzynastu członków, jak mówiono, miało zamiar tłumaczyć samego Fouriera. Jakby umyślnie, w tym samym czasie w Moskwie przyłapano poemat Stiepana Trofimowicza, napisany jeszcze przed sześciu laty w Berlinie, w okresie jego wczesnej młodości, wędrujący w rękopisie wśród dwóch miłośników poezji i jednego studenta. Poemat ten znajduje się teraz u mnie. Otrzymałem go od samego Stiepana Trofimowicza, z jego dedykacją, w pięknej czerwonej safianowej oprawie. Zresztą utwór ten nie jest pozbawiony poezji i napisany jest nie bez talentu. Jest dość dziwny, lecz w owych czasach (dokładniej w trzecim dziesięcioleciu naszego wieku) często pisano rzeczy tego rodzaju.

Treści tego poematu nie potrafiłbym opowiedzieć, gdyż, prawdę powiedziawszy, nic nie rozumiem. Jest to jakaś alegoria, w liryczno-dramatycznej formie, przypominająca drugą część Fausta. Scena rozpoczyna się od chóru kobiet, później jest chór mężczyzn, później jakichś sił, a kończy się wszystko chórem dusz, które jeszcze nie żyły, ale które bardzo by chciały pożyć sobie na świecie. Wszystkie te chóry śpiewały o czymś nieokreślonym, przeważnie o rzucanym przez kogoś przekleństwie, wszystko jednak nie było pozbawione pewnego subtelnego humoru. Nagle scena się zmienia i następuje Święto życia, na którym śpiewają nawet owady, zjawia się żółw, wypowiadający jakieś sakramentalne łacińskie wyrazy i nawet, o ile sobie przypominam, śpiewa o czymś pewien minerał, a więc przedmiot już zupełnie martwy. W ogóle wszyscy śpiewają bez przerwy, a jeżeli rozmawiają, to wymyślają sobie, ale też w pewien szczególny sposób. Wreszcie scena znów się zmienia. Wśród dzikich skał brodzi pewien cywilizowany młody człowiek, który zrywa i ssie jakieś trawy i na pytanie wróżki, po co ssie te trawy, odpowiada, że odczuwa w sobie nadmiar życia, szuka zapomnienia i znajduje go w soku tych traw, ale głównym pragnieniem jego jest postradać rozum (pragnienie, być może, zbyteczne). Następnie wjeżdża na scenę młodzieniec przedziwnej urody, na czarnym koniu, a za nim podąża ogromna ilość narodów. Młodzieniec przedstawia sobą śmierć, a wszystkie narody jej pożądają. W końcu, już w ostatniej scenie, zjawia się wieża Babel i jacyś atleci, którzy wreszcie dobudowują ją do samego końca, a natomiast władca, powiedzmy, Olimpu, ucieka w haniebny sposób, a ludzkość, zająwszy jego miejsce, natychmiast rozpoczyna nowe życie z nowym zrozumieniem rzeczy. I oto ten poemat uważali wtedy za niebezpieczny.

 

W zeszłym roku proponowałem Stiepanowi Trofimowiczowi, by go wydrukował, gdyż treść tego poematu w naszych czasach była zupełnie niewinna, lecz propozycję moją odrzucił z widocznym niezadowoleniem. Widoczne było, że nie przypadło mu do gustu moje zdanie o nieszkodliwości treści jego utworu i temu nawet przypisuję pewną oziębłość, z jaką mnie traktował przez całe dwa miesiące. I cóż? Nagle, i prawie w tym samym czasie, kiedy proponowałem mu wydrukowanie u nas – drukują ten poemat za granicą, w jednym z rewolucyjnych pism, i nie uprzedzają o tym zupełnie Stiepana Trofimowicza. Z początku przeląkł się on bardzo, udał się do gubernatora i napisał list usprawiedliwiający do Petersburga, utrzymany w pełnym godności tonie. List ten przeczytał mi dwa razy, lecz nie wysłał go, nie wiedząc, do kogo adresować. Słowem, denerwował się przez cały miesiąc, lecz jestem przekonany, że w najtajniejszych zakamarkach swego serca odczuwał ogromną radość. Prawie spał z egzemplarzem przysłanego mu pisma, a w dzień zaś chował je pod poduszkę i nie pozwalał służącej słać łóżka. Chociaż codziennie na próżno oczekiwał depeszy, patrzył na wszystkich z góry. Depesza jednak nie nadeszła. Wtedy to pogodził się ze mną, co świadczy o wielkiej dobroci jego serca.

II

Nie mogę powiedzieć, żeby Stiepan Trofimowicz zupełnie nie ucierpiał za swoje poglądy. Przekonałem się wówczas jedynie o tym, że mógłby on dalej wykładać o swoich Arabach, ile by tylko zechciał, gdyby udzielił koniecznych wyjaśnień. Ale on uniósł się wtedy ambicją i ze szczególnym pośpiechem przekonał siebie raz na zawsze, że „zawierucha wydarzeń” zniszczyła jego karierę. A jeżeli już mamy powiedzieć całą prawdę, to właściwą przyczyną zmiany jego życiowej kariery była propozycja, uczyniona mu powtórnie przez Barbarę Pietrownę Stawrogin, żonę generała i bardzo bogatą kobietę. Otóż zaproponowała ona, by zajął się wychowaniem jej jedynego syna, w charakterze pedagoga i przyjaciela, oczywiście za bardzo wysokie wynagrodzenie.

Po raz pierwszy zaproponowała mu to jeszcze w Berlinie, w tym właśnie czasie, kiedy pierwszy raz owdowiał. Pierwszą jego żoną była pewna lekkomyślna dziewczyna z naszej guberni, z którą ożenił się, gdy był jeszcze bardzo młody i nierozsądny. Pożycie z tą zresztą miłą osobą przyniosło mu wiele zmartwień, przede wszystkim dlatego, że nie miał dostatecznych środków na jej utrzymanie. Prócz tego były jeszcze inne przyczyny, delikatniejszej natury. Umarła ona w Paryżu, będąc z nim w ciągu ostatnich trzech lat w separacji, a jemu pozostawiła syna, „owoc pierwszej, radosnej i jasnej miłości”, jak wyrwało się kiedyś Stiepanowi Trofimowiczowi. Syna swego wysłała w głąb Rosji, gdzie wychowywał się u jakichś ciotek. Stiepan Trofimowicz nie zgodził się wtedy na propozycję Barbary Pietrowny i wkrótce ożenił się znowu z pewną małomówną berlińską Niemeczką i, co najważniejsze, zrobił to bez żadnej widocznej potrzeby. Prócz tego jednak były i inne przyczyny, dla których nie przyjął posady wychowawcy: wabiła go głośna wówczas sława pewnego niezapomnianego profesora i on z kolei podążył na katedrę, by na niej wypróbować swe orle skrzydła. I oto teraz, już z opadłymi skrzydłami, przypomniał sobie o propozycji, która i przedtem mogła zachwiać jego decyzją. Nagła śmierć jego drugiej żony, z którą nie przeżył nawet roku, zdecydowała o wszystkim ostatecznie. Powiem wprost: stało się tak głównie dzięki wielkiemu współczuciu, drogocennej i po prostu klasycznej przyjaźni Barbary Pietrowny, jeżeli się można tak o przyjaźni wyrazić. Rzucił się on w objęcia tej przyjaźni, która trwała przeszło dwadzieścia lat. Użyłem przed chwilą wyrażenia „rzucił się w objęcia”, lecz niech Bóg broni, by ktoś miał pomyśleć o czymś zbytecznym i niewłaściwym, objęcia te należy rozumieć tylko w przenośnym i w najbardziej moralnym znaczeniu. Najdelikatniejsza i najsubtelniejsza przyjaźń połączyła na wieki te dwie szlachetne istoty.

Posadę wychowawcy przyjął jeszcze i dlatego, że mająteczek pozostawiony po śmierci jego pierwszej żony, sąsiadował z piękną podmiejską posiadłością Stawroginów. Nazywała się ona Skworeszniki. Prócz tego w ciszy gabinetu mógł bez przeszkód poświęcić się pracy naukowej i wzbogacić ojczystą literaturę ważnymi dziełami. Odkryć żadnych nie uczynił, ale za to znalazł możliwość, aby stać przez resztę życia, więcej niż przez dwadzieścia lat, przed ojczyzną, według słów ludowego poety:

Stanąłeś przed ojczyzną liberał i idealista, jako uosobienie wyrzutu.

Osoba, o której mówi poeta, może miała prawo, jeżeli jej się to podobało, pozować w ten sposób przez całe życie, chociaż to jest nudne. A Stiepan Trofimowicz naprawdę naśladował tylko tego rodzaju osoby, a że męczyło go stanie, więc często kładł się. Ale i w pozycji leżącej był uosobieniem wyrzutu i trzeba przyznać, że dla naszej guberni było tego zupełnie dosyć. Spojrzałby kto na niego, gdy zasiadał w klubie do kart.

– Karty! Czy to wypada? Kto odpowiada za to? Kto zniszczył moją działalność? Ech, giń, Rosjo! – mówił i wyrzucał poważnie kartę.

A w rzeczywistości ogromnie lubił grać w karty i z tego powodu, szczególnie w ostatnich czasach, miewał utarczki z Barbarą Pietrowną, tym bardziej że ciągle przegrywał. Ale o tym później. Chcę tylko zwrócić uwagę, że miał on wrażliwe sumienie i dlatego często smucił się i był przygnębiony.

W ciągu swej dwudziestoletniej przyjaźni z Barbarą Pietrowną trzy do czterech razy rocznie wpadał w tak zwany przez nas „obywatelski smutek”. Wyrażenie to podobało się ogromnie Barbarze Pietrownie. Później prócz obywatelskiego smutku odczuwał i humor szampański, ale uważna Barbara Pietrowna całe życie chroniła go od trywialnych skłonności. A niańka była mu potrzebna koniecznie, gdyż czasami stawał się bardzo dziwny. Podczas największego smutku wybuchał nagle śmiechem. Były chwile, że sam o sobie mówił w humorystyczny sposób i tego najbardziej obawiała się Barbara Pietrowna. To była kobieta klasyk, kobieta mecenas, którą kierowały pobudki jedynie wyższej natury. Kapitalny był dwudziestoletni wpływ tej wielkiej damy na jej biednego przyjaciela. O niej trzeba by pomówić oddzielnie, co też zrobię.

III

Bywa czasem dziwna przyjaźń: przyjaciele całe życie drą ze sobą koty, ale rozstać się nie mogą. I nawet nie chcą. Gdyby jeden z nich zerwał łączący ich związek, to pierwszy zachoruje i może nawet umrze, jeżeli to się stanie. Wiem dokładnie, że Stiepan Trofimowicz kilka razy, po najbardziej intymnych wynurzeniach w cztery oczy z Barbarą Pietrowną, zrywał się po jej wyjściu i walił pięściami w ścianę. Działo się to w dosłownym znaczeniu: raz odbił nawet gzyms od ściany. Może ktoś zapyta, skąd wiem o takich szczegółach. A cóż, jeżeli sam bywałem świadkiem takich scen? Cóż, jeżeli sam Stiepan Trofimowicz wiele razy łkał na mym ramieniu i zwierzał mi się z najdrobniejszych szczegółów. (I czego on wtedy nie mówił!) Ale oto co się działo zwykle po takich scenach: nazajutrz gotów był sam siebie ukrzyżować za niewdzięczność. Wzywał mnie do siebie lub przybiegał do mnie po to tylko, by mi powiedzieć, że Barbara Pietrowna jest „aniołem czci i delikatności, a on jest zupełnym jej przeciwieństwem”. Nie tylko do mnie z tym przybiegał, ale często pisał jej o tym w listach i przyznawał się jej, że dopiero wczoraj opowiadał obcym ludziom, że trzyma go ona przy sobie ze snobizmu, zazdrości mu jego intelektu i nie wyraża jawnie swej nienawiści tylko z obawy, by nie odszedł od niej i nie zaszkodził jej literackiej reputacji, i dlatego on, czując względem siebie pogardę, postanowił popełnić samobójstwo, od niej zaś żąda ostatniego słowa, które zdecyduje i tak dalej, wszystko w tym rodzaju. Można sobie wyobrazić, do jakiej histerii dochodziły nerwowe ataki tego najniewinniejszego spośród pięćdzisięcioletnich młodzieńców. Czytałem kiedyś taki list, napisany po jakiejś sprzeczce między nimi. Przeląkłem się i prosiłem, by nie wysyłał tego listu.

– Nie mogę... obowiązek... umrę, jeżeli nie przyznam jej się do wszystkiego, do wszystkiego! – odpowiedział prawie w gorączce i list wysłał.

Na tym polegała i różnica między nimi, że Barbara Pietrowna nigdy by takiego listu nie wysłała. Jemu zaś pisanie listów sprawiało nadzwyczajną przyjemność, pisał do niej, mieszkając z nią w tym samym domu, a podczas silnego zdenerwowania pisał nawet dwa listy dziennie. Wiem na pewno, że listy te odczytywała Barbara Pietrowna bardzo uważnie, nawet gdy otrzymywała dwa tego samego dnia, a po przeczytaniu składała je starannie do skrzynki, a oprócz tego układała je sobie w sercu. Później, nie dając swemu przyjacielowi odpowiedzi przez cały dzień, spotkała się z nim wieczorem, jakby zupełnie nic nie zaszło. Z czasem i jego tak wyćwiczyła, że nie miał odwagi wspominać o zajściach poprzedniego dnia i tylko co pewien czas zaglądał jej w oczy. Ale ona niczego nie zapominała, podczas gdy on zapominał zbyt prędko i ośmielony jej zachowaniem często tego samego dnia śmiał się i dokazywał przy winie, gdy przychodzili przyjaciele. Jakże trujące musiały być wtedy jej spojrzenia, ale on tego nie dostrzegał. Dopiero po tygodniu, po miesiącu, lub często nawet po upływie znacznie dłuższego czasu, przypominał sobie nagle jakiś zwrot z takiego listu, a później i cały list, palił się ze wstydu i dręczył się do tego stopnia, że dostawał ataków choleryny. Te ataki były naturalnym wynikiem jego nerwowych napięć i były ciekawym objawem skłonności jego organizmu.

Jest zupełnie prawdopodobne, że Barbara Pietrowna bardzo często go nienawidziła. On nie dostrzegał do samego końca, że stał się jej synem, jej dziełem i można nawet powiedzieć – jej wynalazkiem; że stał się ciałem z jej ciała i że zatrzymywała go u siebie nie tylko „zazdroszcząc mu jego talentów”. Jak musiały obrażać ją tego rodzaju przypuszczenia!

Taiła się w niej przecież ku niemu, mimo ciągłej nienawiści, zazdrości i pogardy – uporczywa miłość. Broniła go przed każdą troską i nie spałaby po nocach, gdyby cokolwiek groziło jego opinii poety, uczonego lub działacza obywatelskiego. Ona go wymyśliła i pierwsza w swój wymysł uwierzyła. On był czymś w rodzaju jej marzenia... Ale za to żądała od niego rzeczywiście całkowitego, czasami niewolniczego oddania. A mściwa była do niemożliwości. Przy okazji opowiem dwie charakterystyczne historyjki.

IV

Kiedyś, w okresie gdy dopiero zaczynano mówić o zniesieniu pańszczyzny i cała Rosja gotowała się do odrodzenia, odwiedził Barbarę Pietrownę pewien petersburski, bardzo ustosunkowany baron. Tego rodzaju wizyty sprawiały Barbarze Pietrownie zawsze wielką przyjemność, gdyż po śmierci męża stopniowo traciła kontakt z tą sferą ludzi, a w końcu utraciła go zupełnie. Baron był prawie godzinę i pił herbatę. Nikogo więcej nie było, ale Stiepana Trofimowicza Barbara Pietrowna zaprosiła i przedstawiła.

Baron słyszał, czy też udawał, że już kiedyś o nim słyszał, ale przy stole mało się do niego zwracał. Rozumie się, że Stiepan Trofimowicz nie mógł swej opiekunki zawstydzić, zachowanie jego było zupełnie poprawne. Chociaż nie pochodził ze znakomitego rodu, ale tak się złożyło, że wychowywał się w bardzo bogatym domu w Moskwie i po francusku mówił jak paryżanin. Baron powinien więc był od razu zrozumieć, jakimi ludźmi Barbara Pietrowna się otacza, nawet w obecnym osamotnieniu. Stało się jednak inaczej. Kiedy baron potwierdził zupełną wiarygodność tylko co rozpoczynających się szerzyć wieści o wielkiej reformie, Stiepan Trofimowicz nie wytrzymał, krzyknął: hura! i zrobił nawet jakiś ruch ręką, mający wyrażać zachwyt. Krzyknął dosyć cicho, a zachwyt był być może umyślny, a ruch ręką pół godziny temu wystudiowany przed lustrem; ale coś mu się nie udało, bowiem baron uśmiechnął się z lekka, chociaż natychmiast taktownie zauważył, że cała Rosja czeka z zachwytem na to wielkie zdarzenie. Wkrótce potem odjechał i nie zapomniał podać Stiepanowi Trofimowiczowi dwóch palców. Odprowadziwszy gościa, Barbara Pietrowna wróciła do pokoju. Przez kilka chwil milczała, jakby szukając czegoś na stole, nagle jednak zwróciła się do Stiepana Trofimowicza i blada, z błyszczącymi oczami, wycedziła szeptem:

– Ja panu nigdy tego nie zapomnę!

Następnego dnia spotkała się ze Stiepanem, jak gdyby nigdy nic i więcej o zdarzeniu tym nie wspomniała. Ale po trzynastu latach przypomniała mu to i tak samo zbladła, jak wtedy. Dwa razy tylko w ciągu ich całego wspólnego pożycia powiedziała mu: „Ja panu tego nigdy nie zapomnę!”.

Wypadek z baronem był już drugim z kolei, ale i pierwszy był tak charakterystyczny i miał tak wielkie znaczenie w życiu Stiepana Trofimowicza, że go opowiem.

 

Działo się to w roku pięćdziesiątym piątym, w maju, właśnie wtedy, gdy w Skworesznikach otrzymano wiadomość o śmierci generała Stawrogina, lekkomyślnego starca, który zmarł wskutek choroby żołądkowej, w drodze na Krym, gdzie miał się połączyć z czynną armią. Barbara Pietrowna owdowiała więc i pogrążyła się w głębokiej żałobie. Nie miała ona co prawda powodu do rozpaczy, gdyż ostatnie cztery lata żyli w rozłące i Barbara Pietrowna wyznaczała mężowi pensję. (Generał miał zaledwie stu pięćdziesięciu chłopów i pensję, prócz tego stanowisko i stosunki. Cały zaś majątek i Skworeszniki należały do Barbary Pietrowny, jedynej córki bardzo bogatego dzierżawcy). W każdym razie wiadomość o śmierci męża silnie ją poruszyła, żyła teraz w zupełnym odosobnieniu i tylko Stiepan Trofimowicz był przy niej stale.

Maj był w rozkwicie, wieczory były piękne. Kwitła czeremcha. Dwoje przyjaciół spotykało się co wieczór w ogrodzie, siedzieli do późnej nocy w altanie i prowadzili nieskończone rozmowy. Zdarzały się poetyczne chwile. Barbara Pietrowna pod wpływem nagłej zmiany, która zaszła w jej życiu, mówiła więcej niż zwykle. I tak trwało przez kilka wieczorów. Aż nagle zaczęła Stiepana Trofimowicza prześladować pewna myśl: „Czy niepocieszona wdowa nie liczy aby na niego i nie spodziewa się, że po roku żałoby on się jej oświadczy?”. Była to myśl dosyć cyniczna, ale nie należy się dziwić, gdyż właśnie wyjątkowe duchowe organizacje, wskutek wszechstronnego rozwoju, skłonne są do cynicznego myślenia. Stiepan Trofimowicz zaczął obserwować i musiał przyznać, że na to wyglądało.

Zastanowił się: „Majątek duży, to prawda, ale...”. Rzeczywiście, Barbara Pietrowna nie była piękna, była to wysoka, żółta, koścista kobieta, ze zbyt długą twarzą, mającą w sobie coś końskiego. Stiepan Trofimowicz coraz bardziej się wahał, męczył wątpliwościami, nawet raz czy dwa popłakał trochę (w ogóle płakał dosyć często). Wieczorami zaś w altanie twarz jego stawała się kapryśna, to znów drwiąca lub dumna. Dzieje się to zwykle mimo woli i im człowiek jest szlachetniejszy, tym bardziej się to ujawnia.

Bóg wie, jak było w rzeczywistości, lecz najprawdopodobniej w sercu Barbary Pietrowny nie działo się nic takiego, co mogłoby usprawiedliwiać postępowanie Stiepana Trofimowicza. Zresztą nie zmieniłaby ona nazwiska Stawrogin na jego nazwisko, chociaż dość znane. Być może była to z jej strony tylko kobieca gra, nieświadomy przejaw kobiecych potrzeb, tak naturalny w pewnych wypadkach. Zresztą, nie będę ręczył; serce kobiety jest i dzisiaj zagadką. No, ale dalej. Należy przypuszczać, że wkrótce domyśliła się, jaki był powód niepokoju jej przyjaciela; zbyt dobrze umiała mu się przyglądać, a on był zbyt naiwny. Nic się jednak nie zmieniło i wieczorami rozmowy ich były w dalszym ciągu ciekawe i pełne poezji. I oto pewnego razu, po jednej z najbardziej ciekawych rozmów, rozstali się, uścisnąwszy sobie po przyjacielsku dłonie.

Stiepan Trofimowicz głęboko zamyślony wszedł do swego pokoju, wziął cygaro i nie zapalając, stanął zmęczony przed oknem i przyglądał się białym chmurkom, wędrującym wokół księżyca. Nagle usłyszał lekki szelest i kiedy z przerażeniem odwrócił się, ujrzał Barbarę Pietrownę, z którą dopiero co się rozstał. Żółta jej twarz była prawie sina, wargi, mocno zwarte, drgały. Przez pełne dziesięć sekund w milczeniu patrzyła mu w oczy twardym bezlitosnym wzrokiem i nagle szybko szepnęła:

– Nigdy panu tego nie zapomnę!

Gdy po dziesięciu latach Stiepan Trofimowicz opowiadał mi szeptem tę historię, zamknąwszy uprzednio drzwi, przysięgał, że tak wtedy zastygł w miejscu, że nie widział i nie słyszał, kiedy i jak Barbara Pietrowna wyszła. Nigdy później nie wspominała o tym. Życie potoczyło się zwykłym trybem i Stiepan Trofimowicz był gotów przypuszczać, że miał halucynacje przed chorobą. Tej nocy bowiem zachorował i wskutek jego choroby spotkania w altanie zostały przerwane.

Mimo to jednak, co dzień przez całe życie, jakby oczekiwał dalszego ciągu tego zdarzenia. Nie wierzył, żeby się to mogło w ten sposób zakończyć. A jeżeli tak, to dziwnie musiał on czasami spoglądać na swoją przyjaciółkę.