Cudza żona i mąż pod łóżkiem – zbiór opowiadańTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Fiodor Dostojewski

Cudza żona i mąż pod łóżkiem - zbiór opowiadań

(NIEZWYKŁE ZDARZENIE)

Z ROSYJSKIEGO PRZEŁOŻYŁ

SYDIR TWERDOCHLIB

Saga

Cudza żona i mąż pod łóżkiem - zbiór opowiadańTłumaczenie Sydir Twerdochlib Tytuł oryginału Чужая жена и муж под кроватьюW niniejszej publikacji zachowano oryginalną pisownię. Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1860, 2020 Fiodor Dostojewski i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726754575

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

— Przepraszam, łaskawy panie, pozwól pan zapytać...

Przechodzień drgnął i nieco przestraszony spojrzał na jegomościa w jonatach, który podszedł do niego tak obcesowo o godzinie 8 wieczorem na ulicy. Wiadomo bowiem, że w Petersburgu jeśli jeden jegomość nagle zagadnie na ulicy drugiego, zupełnie mu nieznajomego, to ten drugi niechybnie się przestraszy.

A więc i przechodzień nasz drgnął i nieco się przestraszył.

— Proszę wybaczyć, że przestraszyłem pana — mówił pan w jonatach — ale... ja, istotnie, nie wiem... pan, prawdopodobnie, wybaczy pan... widzi pan, jestem trochę zdenerwowany...

Teraz dopiero zauważył młody człowiek w płaszczu, że pan w jonatach rzeczywiście był zdenerwowany. Zmarszczona twarz jego dość była blada, głos drżał, myśli, oczywiście, plątały mu się, słowa zaczepiały się o język i widoczne było, że mówiący je musi podjąć straszliwy wysiłek, by ostatecznie wykrztusić swą pokorną prośbę do może niższego stopniem lub stanem rozmówcy swego, w koniecznej potrzebie zwrócenia się do kogokolwiek ze swą prośbą. Wkońcu zresztą, prośba ta w każdym razie była nieprzyzwoita, niesolidna, dziwna ze strony właściciela tak solidnego futra, tak szanownego, wspaniałego wprost fraka barwy ciemnozielonej i tylu wcale znamiennych ozdób, pstrzących się na nim. Widać było, że wszystko to razem bardzo mięszało samego jegomościa w jonatach, tak, że ostatecznie zdenerwowany do żywego, nie wytrzymał, postanowił stłumić swe wzburzenie i grzecznie zatrzeć nieprzyjemne zajście, które sam wywołał.

— Wybaczy pan, że straciłem panowanie nad sobą: ale, prawda, pan mnie nie zna... Proszę wybaczyć, że przestraszyłem pana; rozmyśliłem się.

W tem miejscu z szacunkiem uchylił czapki i — pobiegł dalej.

— Ależ pozwól pan, panie!

Lecz pan niskiego wzrostu skrył się już w ciemnościach, zostawiając młodego człowieka w płaszczu, w zupełnem osłupieniu.

„Co za dziwak!“ — pomyślał pan w płaszczu. Następnie, gdy już, jak się patrzy, dość się nadziwił i wkońcu wyszedł z osłupienia, przypomniał sobie własne swe sprawy i znowu zaczął przechadzać się tam i z powrotem, uporczywie patrząc na bramę pewnego domu o nieskończonej ilości piąter. Mgła poczęła zapadać, młody człowiek był z tego zadowolony, bo przechadzanie się jego podczas mgły nie wpadało tak w oczy, choć zresztą tylko jaki-taki dorożkarz, który beznadziejnie dzień cały tkwił na miejscu, czekając chętnego gościa, mógł był nań zwrócić uwagę.

— Przepraszam pana!

Przechadzający się znowu drgnął i oto znowu ten sam pan w jonatach stał przed nim.

— Przepraszam, że ja znowu... — przemówił tenże, — ale pan... jest napewno człowiekiem szlachetnym! Proszę nie zwracać na mnie uwagi, jako na jednostkę w znaczeniu towarzyskiem: zresztą, ja nie to chciałem powiedzieć; proszę wniknąć z ludzkiego stanowiska... przed panem, szanowny panie, stoi człowiek, mający wielką, a uniżoną prośbę...

— Proszę bardzo... jeśli tylko będzie w mojej mocy... czego pan sobie życzy?

— Pan pomyślał może, że ja potrzebuję pożyczki! — rzekł zagadkowy jegomość, wykrzywiając usta i zbladł, śmiejąc się histerycznie.

Ależ proszę pana.

— Nie, widzę jednak, że jestem zbyt natrętny! Przepraszam pana bardzo, ja sam siebie znieść nie mogę; proszę mieć na względzie, że, jak pan widzi, jestem mocno rozdrażniony, obłąkany prawie, proszę jednak nie sądzić...

— Do rzeczy jednak, do rzeczy! — odpowiedział młody człowiek zachęcając i niecierpliwie kiwnął głową.

— A, to tak! Pan, taki młody człowiek, wzywa mnie, abym mówił do rzeczy, jakgdybym był nieporadnym malcem! Stanowczo, jam zmysły postradał!... Jakże ja się panu teraz przedstawiam w mem poniżeniu, proszę mi szczerze powiedzieć.

Młody człowiek zmięszał się i milczał

— Pozwoli pan, że zapytam otwarcie: czy nie widział pan pewnej pani? Oto i cała moja prośba! — wypalił wkońcu pan w jonatach...

— Pani?

— Tak, pewnej pani,

— Owszem, widziałem... ale wie pan, tyle ich tędy przeszło...

— Tak, istotnie — odparł zagadkowy mężczyzna z gorzkim uśmiechem. — Bredzę, właściwie nie o to chciałem zapytać, pan wybaczy: chciałem powiedzieć, czy pan nie widział pewnej pani w lisiem futerku, w ciemnoaksamitnej kapuzie z czarną woalką?

— Nie, takiej nie zauważyłem... niestety nie.

— A, w takim razie przepraszam!

Młody człowiek chciał jeszcze o coś zapytać, lecz pan w jonatach zniknął znowu, i znowu zostawił swego cierpliwego słuchacza w osłupieniu. A niech go djabli!...“ pomyślał młody człowiek w płaszczu, widocznie zdenerwowany.

Ze złością podniósł do góry swój kołnierz bobrowy i znowu począł się przechadzać, zachowując wszelkie ostrożności, przed bramą wielupiętrowej kamienicy. Wściekał się.

„Czemuż to ona nie wychodzi? — myślał — wnet już ósma wybije!“

Na wieży wybiła ósma godzina.

— Ach, do djabła!

— Przepraszam!

— Proszę wybaczyć, że ja tak pana... Ale pan tak jakoś podtoczył mi się wprost pod nogi, że przestraszył mnie pan zupełnie — przemówił przechadzający się, marszcząc brwi i przepraszając.

— Ja znowu zwracam się do pana. Na pewno muszę się panu wydawać dziwnym, może nawet natrętnym.

— Bądź pan łaskaw, bez pustych słów, jasno się wyrazić; wszak nie wiem dotychczas, czego pan sobie życzy?...

— Pan się śpieszy? Otóż widzi pan, opowiem panu wszystko otwarcie, bez zbytecznych rozwlekłości. Cóż robić! Warunki nieraz zbliżają ku sobie ludzi, najzupełniej różniących się charakterami... Ale, widzę, że pan się niecierpliwi, młody człowieku... A więc... zresztą, nie wiem doprawdy, jak mam powiedzieć: ja szukam pewnej pani (skorom już postanowił wszystko powiedzieć). A mianowicie muszę koniecznie dowiedzieć się, dokąd poszła ta pani? Kto ona — sądzę, że nie potrzebuje pan znać jej nazwiska, młody człowieku.

— No, no, dalej!

— Dalej! Ton, ton, w jakim pan przymawia! Pan wybaczy, może ja pana obraziłem, nazywając go młodym człowiekiem, wcale jednak nie miałem zamiaru... słowem, jeśli pan chce mi wyświadczyć wielką przysługę, to, jak już powiedziałem: pewna pani, jest to, powiedzmy, pewna przyzwoita pani, z bardzo dobrej, znanej mi rodziny... Proszono mnie... bo widzi pan, ja sam nie mam rodziny...

— No, więc?

— Proszę wejść w moje położenie, młody człowieku (ach, znowu! przepraszam; ciągle nazywam pana młodym człowiekiem). Tu każda minuta jest droga... Wyobraź pan sobie, ta pani... ale, czy nie mógłby mi pan powiedzieć, kto w tym domu mieszka?

— Owszem... mieszka tu dużo ludzi.

— Tak, pan masz zupełną rację — odpowiedział pan w jonatach, i uśmiechnął się lekko z grzeczności, — ja sam to czuję, że trochę bredzę... ale pocóż ten ton z pańskiej strony? Wszak widzi pan chyba, że ja otwarcie z serca się przyznaję do tego, że bredzę, i jeśli pan należy do typu ludzi dumnych, to dość już chyba ma pan mego poniżenia... Powiadam, pewna pani, szlachetna ze sposobu ujmowania życia, to jest lekka z treści, — przepraszam, pomięszałem, jakgdybym mówił o literaturze; utarł się komunał, że romanse Paul’a de Cock’a są lekkiej treści, i oto cała bieda... z powodu Paul, a de Cock’a... właśnie...

Młody człowiek ze współczuciem popatrzył na pana w jonatach, który, widocznie, do ostateczności zmięszany, zamilkł, patrzył na niego, bezmyślnie się uśmiechając, i drżąca ręką bez żadnego słusznego powodu, ujął go za wyłogi płaszcza.

— Pan zapytywał, kto tu mieszka? — rzekł młody człowiek, trochę cofając się w tył.

— No tak, tu mieszka dużo ludzi, jak pan powiedział.

— Tu... wiadomo, że tu mieszka także Zofja Astafjewna — przemówił młody człowiek szeptem i jakby z pewnem ubolewaniem.

— No, widzi pan, widzi pan! Więc pan wie coś jednak, młody człowieku?

— Zapewniam pana, że nic, nic nie wiem... Sądziłem tylko ze zdenerwowania na pańskiej twarzy.

— Przed chwilą właśnie dowiedziałem się od służącej, że ona tu uczęszcza; pan jednak omyliłeś się w swych przypuszczeniach, to jest, ona wcale nie do Zofji Astafjewny... ona wcale jej nie zna...

— Nie? No, to przepraszam.

— Widzę, że pana wszystko to nie obchodzi, młody panie — rzekł dziwny jegomość z gorzką ironją.

— Słuchaj pan — rzekł młody człowiek, ociągając się. — Co do mnie, istotnie nie znam powodów pańskiego stanu, ale jeśli się nie mylę, to pana zdradzono, niechże pan powie poprostu?

Młody człowiek życzliwie się uśmiechnął, dodając ducha.

— Wszak ostatecznie można się wzajem zrozumieć — dodał, i cała jego postać wielkodusznie okazała zamiar ukłonienia się zlekka.

 

— Zabiłeś mnie pan swoją otwartością! Lecz — szczerze się panu przyznaję — tak jest rzeczywiście... Komuż to się jednak nie przytrafiało!... Do głębi wzruszony jestem pańskiem współczuciem. Zgodzi się pan ze mną, że między młodymi ludźmi... I choć ja nie jestem już młody, ale, wie pan, przyzwyczajenie, kawalerskie życie, między kawalerami, wiadomo...

— No, to się wie, to się wie! Ale w czemże ja mogę być panu pomocnym?

— Zaraz; zgodzi się pan ze mną, że odwiedzać Zofję Astafjewnę... Zresztą, ja nie wiem jeszcze na pewno, dokąd ta pani poszła; wiem tylko, że ona jest tu, w tym domu; widząc zaś, że pan chodzi tam i z powrotem — a ja sam przechadzałem się tędy, — myślę sobie... widzi pan, ja czekam na tę panią... o, wiem na pewno, że ona jest tu — chciałbym bardzo spotkać ją i wyłuszczyć jej, jak bardzo nieprzyzwoitą, wprost haniebną jest rzeczą... słowem, pan mnie rozumie...

— Hm! No?

— Ja nie dla siebie to czynię; niech pan nie myśli — to jest cudza żona! Mąż czeka tam, na Wozniesieńskim moście; chce ją złapać, ale jeszcze się namyśla, — jeszcze nie wierzy, jak każdy mąż zresztą... (tu pan w jonatach chciał się uśmiechnąć), ja zaś — jestem jego przyjacielem; przyzna pan sam, że ja, człowiek cieszący się powszechnym szacunkiem, — nie mogę być tym, za kogo pan mnie ma.

— Naturalnie. No? No?

— Tak więc ja ją łapię, mnie proszono o to (biedny mąż!); ale ja wiem, że to bardzo chytre stworzenie ta młoda kobieta (zawsze śpi z Paul’em de Cock iem pod poduszką); pewny jestem, że ona wyśliźnie mi się znowu niepostrzeżenie... Służąca, przyznam się panu, mówiła mi, że ona tu bywa; ja, jak warjat, zaraz poleciałem, dostawszy tę wiadomość; chcę ją złapać; dawno już podejrzywałem ją, i dlatego chciałem pana prosić, skoro pan już tu chodzi... pan — panie — nie wiem...

— No, więc, ostatecznie czegoż pan sobie życzy?

— Tak... Nie miałem dotychczas zaszczytu poznać pana; nie śmiem narzucać się z ciekawością, z kim mam przyjemność... W każdym razie, pozwoli pan, że się zaznajomimy; bardzo mi przyjemnie!... co za szczęśliwy traf!...

Drżący jegomość uścisnął gorąco rękę młodego człowieka.

— Powinienem był to uczynić na samym początku — dodał — lecz zapomniałem o tym nakazie przyzwoitości!

Mówiąc to, pan w jonatach nie mógł ustać na miejscu, rozglądał się z niepokojem na wszystkie strony, przestępował z nogi na nogę i co chwila, jak tonący, chwytał się ręką wyłogów płaszcza młodego człowieka.

— Widzi pan, — ciągnął dalej — chciałem zwrócić się do pana po przyjacielsku... proszę mi wybaczyć swobodę w mojem zachowaniu... chciałem pana poprosić, by pan był łaskaw przechadzać się zarówno po tej stronie, jak i po stronie drugiej tego domu przez przecznicę, to jest niejako opisując krokami podkowę, ponieważ z tamtej strony znajduje się druga brama tej kamienicy. Ja ze swej strony będę się także przechadzał tam i z powrotem obok bramy głównej, tak że ona się nam nie wymknie; a ja sam zawsze się obawiałem, że jej nie dostrzegę. Gdy ją pan zobaczy, proszę ją zatrzymać i zawołać mnie... Ale co też ja mówię! zwariowałem chyba! Teraz dopiero widzę całą głupotę i nieprzyzwoitość swojej propozycji.

— Ależ to drobnostka! doprawdy!...

— Niech mnie pan nie usprawiedliwia; jestem rozdrażniony, naprawdę, tracę panowanie nad sobą, jak nigdy! Jakgdybym stał przed trybunałem! Przyznam się panu nawet — będę uczciwy i szczery wobec pana, młody człowieku; ja nawet pana samego miałem z początku za kochanka!

— To jest, poprostu chce pan wiedzieć, co ja tu robię?

— Zacny człowiecze, łaskawco szanowny, daleki jestem od myśli, że pan jesteś nim; nie splugawię pana tą myślą, lecz... czy daje mi pan słowo honoru, że pan nie jesteś kochankiem?...

— No, dobrze, ma pan słowo honoru, że jestem kochankiem, ale nie pańskiej żony; w przeciwnym razie nie byłbym teraz na ulicy, tylko z nią razem!

— Żony? Kto panu powiedział, że ja mam żonę, młody człowieku? Jestem kawalerem, to jest, ja sam jestem także kochankiem...

— Opowiadał mi pan, że mąż... czeka na Wozniesieńskim moście...

— Prawda, prawda, wymknęło mi się; ale zachodzą tu jeszcze pewne komplikacje! Przyzna pan, młody człowieku, że pewna wrodzona lekkomyślność charakterów, chciałem powiedzieć...

— No, no! dobrze już, dobrze!

— Zaręczam panu, że nie jestem mężem...

— Przypuśćmy. Powiadam panu otwarcie, że pocieszając pana teraz, pragnę tem samem siebie uspokoić i dlatego w gruncie rzeczy jestem z panem otwarty; zdenerwowałeś mnie pan i przeszkadzasz mi. Przyrzekam panu, że zawołam, jak pan sobie życzył. Proszę pana jednak bardzo, bądź pan łaskaw teraz ustąpić mi miejsca i oddalić się. Ja także oczekuję kogoś.

— Proszę, proszę pana bardzo; już odchodzę, szanuję namiętną niecierpliwość serca pańskiego. Ja to rozumiem, młody człowieku. O, jak ja teraz rozumiem pana!

— Dobrze, dobrze...

— Do widzenia!... Zresztą, niech pan daruje, młody człowieku, że ja znowu... Nie wiem, jak się mam wyrazić... Proszę mi dać jeszcze raz uroczyste słowo honoru, że pan nie jesteś kochankiem!

— Ach, Boże!

— Jeszcze tylko jedno, ostatnie pytanie; zna pan nazwisko męża pańskiej... to jest tej, która przedstawia przedmiot pańskiej...

— Ma się rozumieć, że znam; nie jest to pańskie nazwisko i basta!

— A skąd pan wie, jak ja się nazywam?

— Słuchaj pan, idźże już; traci pan czas: ona wymknie się panu tysiąc razy... No, czegoż pan stoi? Wszak pańska chodzi w lisiem futerku i w kapuzie, a moja w płaszczu w kratki i w niebieskiej aksamitnej czapeczce... No, czegoż pan chce jeszcze więcej?

— W niebieskiej aksamitnej czapeczce! Ona ma także i płaszcz w kratki i niebieską czapeczkę — zawołał uprzykrzony człowiek, w mig zawróciwszy z drogi.

— Ach, djabli nadali! No, i to się może zdarzyć.. Zresztą, co też ja mówię? Przecie moja nie bywa tutaj!

— A gdzież ona bywa — pańska?

— Chciałby pan wszystko wiedzieć; pocóż to panu?

— Przyznam się, że ja ciągle...

— Tfu, Boże! Ależ pan wstydu nie masz żadnego. No, moja ma tu znajomych, na trzeciem piętrze, od frontu. No, czegoż pan chce jeszcze, żebym nazwał tych ludzi po imieniu, czy co?

— Boże! I ja tu mam znajomych na trzeciem piętrze, od frontu... Jenerał...

— Jenerał?!

— Jenerał. Powiem panu zaraz, który jenerał: no, jenerał Pałowicyn.

— Masz tu teraz! Nie, to nie ci znajomi moi! (Ach, niech to wszyscy djabli!...)

— Nie ci?

— Nie ci.

Milczeli obaj i nie rozumiejąc patrzyli wzajem na siebie.

— No czegoż pan tak na mnie patrzy? — zawołał młody człowiek, ze złością otrząsając się z odrętwy i zamyślenia.

Drugi pan poruszył się niespokojnie.

— Ja, ja, przyznam się...

— Nie, pozwól pan, pozwólże pan, teraz będziemy ze sobą mówili rozumniej. Sprawa obu nas zarówno obchodzi. Proszę mi wyjaśnić... Kogo pan tam ma?

— To jest, znajomego?

— Tak, znajomego...

— A więc widzi pan! Po oczach pańskich poznaję, że zgadłem!

— Do djaska! Ależ nie, nie u djaska! Ślepy pan jesteś, czy co takiego? Przecie stoję przed panem, przecież nie z nią jestem teraz! Nuże więc! Nuże! Zresztą, obojętne mi to, czy powie pan, czy nie!

Młody człowiek wściekły wykręcił się dwa razy na obcasie i machnął ręką.

— Ależ ja nic, ja tak sobie. Proszę mnie wysłuchać, gotów jestem wobec pana, jako wobec człowieka szlachetnego, wszyściuteńko wyznać: Zrazu żona uczęszczała tu sama. Spokrewniona jest z nimi; niczego więc nie podejrzewałem; wczoraj spotykam jego ekscelencję: powiada, że od trzech tygodni zajmuje mieszkanie gdzieindziej, a ona... to jest nie żona, tylko cudza żona (na Wozniesieńskim moście), otóż pani ta mówiła, że mieszkanie po jego ekscelencji zajął młody człowiek, nazwiskiem Bobynicyn.

— A niech to wszyscy djabli porwą!...

— Łaskawy panie, zrozumie pan, w jakim jestem strachu!

— E, do djabła! Co mnie to obchodzi, że pan jesteś w strachu? Ach! Oto tam przesunął się czyjś cień, tam oto...

— Gdzie? gdzie? Nie zapomnij tylko zawołać: Iwanie Andrzejowiczu, a zaraz przylecę...

— Dobrze, dobrze. Tam do djabła! To Iwan Andrzejowicz!!

— Jestem — zawołał Iwan Andrzejowicz, zawróciwszy zupełnie zdyszany. — No co? co? gdzie?

— Nic, nic. Ja tylko tak... chciałbym tylko wiedzieć, jak na imię tej pani?

— Głaf...

— Głafira?

— Nie, nie wiem napewno, czy Głafira... przepraszam, nie mogę panu zdradzić jej imienia.

Mówiąc to, czcigodny pan blady był jak płótno.

— Tak, tak, oczywiście, nie Głafira, i ta się nie nazywa Głafira: zresztą, z kimże to ona idzie?

— Gdzie?

— Tam! Niech to wszyscy djabli!...

(Młody człowiek nie mógł ustać na miejscu z wściekłości).

— A widzi pan! Skąd pan wiedział, że jej na imię Głafira?

— Ostatecznie, niech to wszyscy djabli porwą! Jeszcze i pan mi tu tkwi na karku! A przecież, mówił pan, że pańska nie nazywa się Głafira?

— Łaskawy panie, cóż to za ton!

— Do stu tysięcy djabłów z tonem teraz! Żona to pańska, czy —?

— Nie, to jest, ja nie jestem żonaty... W każdym jednak razie nie posyła się do stu tysięcy djabłów w nieszczęściu człowieka szanowanego, powiedzmy godnego szacunku, a w każdym razie dobrze wychowanego. Pan ciągle wzywa wszystkie djabły!

— No tak, djabeł pana bierz! Rozumie pan?

— Gniew pana zaślepia, więc milczę. Boże, któż to?

— Gdzie?

Rozległ się gwar i śmiech; dwie dziewki wyszły z kamienicy; ci obydwaj rzucili się ku nim.

— A to dopiero! Co pan wyrabia?

— A pan co?

— To nie óni!

— Aha, to do innej! Dorożka!

— Dokąd panienki?

— W Pokrowską dzielnicę; siadaj, Haniu, podwiozę cię.

— Siądę z tej strony; wio-o! Ale prędko!

Dorożka odjechała.

— Skąd one wyszły?

— Boże! Boże! Czy nie pójśćby nam na górę!

— Do kogo?

— No, do Bobynicyna...

— E. nie, nie trzeba...

— Dlaczego?

— Jabym poszedł, ale ona wtedy się... wykręci; ja ją znam! Powie, że umyślnie przyszła po to, by mnie z kimś złapać, i wszystko na mnie zwali!

— I wiedzieć, że ona może jest tam! Słuchaj pan — nie wiem doprawdy, dlaczegoby pan nie miał pójść — do mieszkania jenerała...

— Ależ on się wyprowadził!

— Wszystko jedno, pojmuje pan? Przecież ona do nich poszła; no, więc pan także — pojmuje pan? Zrobi pan taką minę, jakby pan nie wiedział o tem, że jenerał się wyprowadził, niby to przychodzi pan do niego po żonę, no, i tak dalej.

— A potem?

— No, a potem przyłapujże pan, kto się nawinie, u Bobynicyna. Tfu, do djabła, co to za głu...

— A cóż panu do tego, że ja kogoś przyłapię? — Widać...

— Cóż i cóż! Łaskawco! Cóż? pan znowu swoje tak jak przedtem? Ach, Boże! Boże! Wstydź się pan, śmieszny człowiecze, głupi człowiecze!

— Że też to pana tak zajmuje, to dziwne? Chce się pan dowiedzieć...

— Co! dowiedzieć? Czegoż? Idźże pan do djabła, nic teraz po panu! Ja sam pójdę, ustąp się pan, idź precz, pilnuj pan, lataj pan tam, no!

— Panie łaskawy, pan się zapomina! — w rozpaczy zawołał jegomość w jonatach.

— No i cóż? No i cóż, że się zapominam? — odparł młody człowiek, zacisnąwszy zęby i wściekły podszedł ku panu w jonatach. No i cóż? Przed kim to ja się zapominam?! — wrzasnął, ściskając pięści.

— Ależ panie łaskawy, za pozwoleniem...

— No, kim pan jesteś, wobec kogo to ja się zapominam? Jaka jest pańska godność?

— Nie wiem doprawdy, co to takiego, młody człowieku; na co panu mego nazwiska?... Nie mogę go wyjawić... Raczej już pójdę tam razem z panem. Chodźmy, ja się nie cofnę, że zasługuję na trochę grzeczniejsze traktowanie! Nigdy nie należy tracić równowagi ducha, i jeśli pan jesteś czemś podenerwowany, — domyślam się czem, — to w każdym, razie nie trzeba się zapominać... Pan jesteś jeszcze bardzo, bardzo młodym człowiekiem!...

— Co mi tam do tego, żeś pan stary! Nie widział nikt! Ustąp się pan precz, czego pan tu lata?

— Ja stary! Dlaczego, jaki ja stary? Chyba co się tyczy stanowiska... Ja nie latam...

— Widać, widać, Idźże pan już precz...

— Nie, już razem będziemy; pan mi nie może zakazać; ja także jestem wmieszany; ja będę z panem razem...

— No, to ciszej się pan zachowuj, cicho, milczeć!...

 

Obaj weszli do sieni i stąpali po schodach na trzecie piętro; było całkiem ciemno.

— Zatrzymaj się pan! Ma pan zapałki?

— Zapałki? Jakie zapałki?

— Cygara pan pali?

— A, zapałki, zapałki! mam, rozumie się, zaraz, czekajże pan...

Pan w jonatach począł szukać po kieszeniach.

— Tfu, co za... djabeł! Zdaje się te drzwi...

— Te-te-te...

— Te-te-te... wrzeszcz pan jeszcze głośniej! Cicho!

— Panie łaskawy, muszę się hamować z panem, ale ja nie jestem do czegoś podobnego przyzwyczajony... jesteś pan bezczelnym człowiekiem, doprawdy!...

Rozbłysła zapałka.

— Tak jest, oto bilet! Czytaj pan: Bobynicyn. Widzi pan: Bobynicyn?

— Widzę, widzę!

— Ci-szej! Co, zgasła?

— Zgasła.

— Trzeba zapukać?

— Pewnie, że trzeba — ozwał się pan w jonatach.

— Więc pukaj pan!

— Nie, dlaczego ja mam pukać? Niech pan zacznie, pukajże pan...

— A to tchórz!

— Pan sam jesteś tchórzem!

— Wyn-n-noś-że się pan!

— Żałuję teraz, że powierzyłem panu sekret; pan...

— Ja? No, cóż ja?

— Pan wykorzystałeś moje zdenerwowanie, spostrzegłeś pan, że jestem zdenerwowany i...

— E, plunąć na to; śmiesznie mi — i basta!

— A czegoż pan tu szuka?

— A pan czego?

— Piękna mi moralność! — rzekł z oburzeniem pan w jonatach.

— Co tu pan będzie plótł o moralności? Czego pan się czepia?

— A jednak piękne pan ma zasady moralności!

— Co znowu za zasady?

— Wedle pańskiego zdania, każdy zdradzony mąż jest durny jak but!

— Czy pan jesteś mężem? Przecie mąż na Wozniesieńskim moście? Czegoż pan chce? Czego pan się uczepił?

— Ciągle mi się zdaje, że pan sam jesteś kochankiem!...

— Słuchaj pan, jeśli pan w dalszym ciągu w ten sposób będzie przemawiał, to będę musiał przyznać panu, że pan na prawdę jest durnym butem! To jest, pan już wie kim?

— To znaczy, chce pan powiedzieć, że ja jestem mężem! — rzekł pan w jonatach, cofając się w tył, jak oparzony.

— Psst! Milczeć! Słyszy pan...

— To ona.

— Nie.

— Uf! jak ciemno!

Wszystko ucichło: w pomieszkaniu Bobynicyna dał się słyszeć ruch.

— O cóż to nam się sprzeczać, łaskawy panie? — szepnął pan w jonatach.

— To pan, u djabła, sam się obraził!

— Bo pan mnie doprowadził do ostateczności.

— Milcz pan teraz.

— Przyzna pan, że pan jeszcze bardzo młody....

— Milczże pan już!

— Zresztą, zgadzam się z panem co do tego, że mąż w takiem położeniu, to — but.

— Przestanie pan nareszcie mówić? O!...

— Ale, do czego to złośliwie drwić z nieszczęśliwego męża?...

— To ona!

Ruch jednak w tej chwili ustał.

— Ona?

— Ona! Ona! Ona! Czegóż to pan jednak tak się niepokoi? Wszak pan jesteś dla niej obcy! To nie pańska rzecz!

— Panie łaskawy, panie! — mruczał pan w jonatach, blednąc i jakgdyby szlochając, — ja, wiadoma rzecz, jestem zdenerwowany... dość długo był pan już świadkiem mego poniżenia; teraz noc, pewnie, ale jutro... zresztą, my prawdopodobnie jutro się spotkamy, choć ja wcale się nie lękam spotkania z panem, i zresztą, to nie ja, to przyjaciel mój, ten z Wozniesieńskiego mostu; naprawdę, on! To jego żona, to cudza żona! Nieszczęśliwy to człowiek! Zapewniam pana. Jest to mój stary znajomy; pozwól pan, że panu wszystko opowiem. Przyjacielem jego jestem, jak pan to zresztą sam łacno poznał, bo inaczej cóżby mnie obchodził los jego? Mówiłem mu nieraz: poco ty się żenisz, kochany przyjacielu? Posiadasz ładne stanowisko, majątek, ludzie cię szanują, a chcesz to wszystko zamienić za kaprysy jednej kokietki? Nie, powiada, ożenię się: chcę zaznać szczęścia rodzinnego... Ma więc teraz szczęście rodzinne! Przedtem sam zdradzał mężów, a teraz sam pić kielich goryczy musi... Pan daruje, ale to wyjaśnienie konieczne było! Nieszczęsny to człowiek... sam pije kielich goryczy — oto wszystko!

Tu panu w jonatach głos odmówił posłuszeństwa, jakgdyby był on naprawdę bliski płaczu.

— A niech ich wszystkich djabli porwą! Czy to mało jest durniów na świecie! A pan sam co za jeden?

Młody człowiek zgrzytał zębami ze złości.

— No, po tem wszystkiem jeszcze taki ton z pańskiej strony, to już, przyzna pan... Byłem z panem całkiem szczery i otwarty...

— Nie, przepraszam pana... nazwisko pańskie?

— Poco panu mego nazwiska?

— A!!

— Nie mogę go wymienić!

— Zna pan Szabrina? — szybko wypalił młody człowiek.

— Szabrin!!!

— Tak, Szabrin! A!!! (W tem miejscu pan w płaszczu trochę przedrzeźnił pana w jonatach). Pojmuje pan już teraz?

— Nie, co za Szabrin! — odpowiedział osłupiały pan w jonatach. — Wcale nie Szabrin; to jest człek szanowny! Tłumaczę sobie pańską niegrzeczność zazdrością z pańskiej strony.

— To łajdak, sprzedawczyk, kubaniarz, błazen, okradł kasę! Wnet on się za kratkami znajdzie!

— Przepraszam pana, — rzekł pan w jonatach, blady — pan go chyba nie zna; wcale go pan, jak widzę, nie zna.

— Osobiście, pewnie, nie mam przyjemności, skądinąd jednak znam go bardzo dokładnie.

— Łaskawy panie, skądże to pan go zna? Jestem zdenerwowany, jak pan uważa...

— Głupiec! Zazdrośnik! Nie potrafi sobie żony przypilnować i basta, jeśli pan chce wiedzieć!

— Pan wybaczy, ale pan się grubo myli, młody panie...

— Ach!

— Ach!

W mieszkaniu Bobrynicyna rozległ się gwar. Otwierano drzwi. Słychać było głosy.

— Ach, to nie ona, nie ona! Poznaję ją po głosie; teraz wszystko poznałem, to nie jest ona! — rzekł pan w jonatach, blednąc jak płótno.

— Milcz pan!

Młody człowiek przywarł do ściany.

— Panie łaskawy, ja odchodzę; to nie ona, bardzo się z tego cieszę.

— No, no! Lećże pan, lećże!

— A czego pan jeszcze stoi?

— A pan czego?

Drzwi się otworzyły i pan w jonatach, nie dotrzymując placu, potoczył się w dół po schodach na złamanie karku.

Obok młodego człowieka przeszła para: mężczyzna i kobieta, i serce w nim zamarło... Usłyszał znany głos kobiecy a potem suchy głos męski, całkiem obcy.

— Nic nie szkodzi, ja zawołam sanki — mówił głos suchy.

— Ach, to dobrze! No, wołajże...

— O, tam stoją, zaraz je przyprowadzę.

Kobieta pozostała na chwilę sama.

— Głafiro! gdzie twoje przysięgi? — zawołał młody człowiek w płaszczu, chwytając ją za rękę.

— Aj, kto to? To pan Twarogow? Boże! co pan tu robi?

— Z kim pani tu była?

— To jest mój mąż; odejdź pan, odejdź, on zaraz wróci... Od Pałowicynów idziemy; odejdźże, na miłość Boską!

— Pałowicyn od trzech tygodni tu już nie mieszka! Wiem wszystko!

— Aj! — Niewiasta pobiegła ku wyjściu, młody człowiek dopędził ją jednak.

— Kto panu to powiedział?

— Mąż, łaskawa pani, Iwan Andrzejowicz; on tu jest także, oto stoi przed panią, dobrodziejko...

Iwan Andrzejowicz istotnie stał w bramie przy wyjściu.

— Aj, to pan? — zawołał jegomość w jonatach.

— A! c’est vous? — zawołała Głafira Piotrówna, rzucając się ku niemu z niekłamaną radością — Boże! Co mi się stało? Byłam u Pałowicynów; i wyobraź sobie... wiesz, oni teraz mieszkają w okolicy Izmajłowskiego mostu; mówiłam ci o tern, pamiętasz? Wzięłam stamtąd sanki. Konie się spłoszyły, sanki poniosły, rozbiły, a ja sama runęłam jak długa tutaj, o sto kroków stąd; woźnicę pokaleczonego zabrano gdzieś; ja po prostu odchodziłam od zmysłów. Na szczęście pan Twarogow...

— Jak?

Pan Twarogow podobny był raczej do skamieniałości niż do pana Twarogowa.

— Pan Twarogow zobaczył mnie w tem położeniu i po rycersku podjął się towarzyszyć mi, no, ale skoro ty nadszedłeś, więc mogę już tylko gorąco podziękować panu, Iwanie Iliczu...

Niewiasta podała rękę osłupiałemu Iwanowi Iliczowi i raczej zdusiła, niż uścisnęła mu dłoń.

— Pan Twarogow! znajomy mój; na balu u Szkarałupowych mieliśmy przyjemność poznać się; zdaje się. wspominałam ci o tern? Czyżbyś nie pamiętał, Koko?

— Ach, prawda, prawda; Ależ pamiętam, naturalnie! — przemówił pan w jonatach, którego nazwano Koko. — Bardzo, bardzo mi przyjemnie.

I gorąco uścisnął rękę panu Twarogowowi.

— Z kimże to...? Co to ma znaczyć? Ja czekam... — rozległ się suchy głos.

Przed grupą trojga stał osobnik niezmiernego wzrostu, wyjął monokl i bacznie popatrzył na pana w jonatowem futrze.

— Ach, m-r Bobynicyn! — zaszczebiotała niewiasta, — skądże to? A to spotkanie! Pomyśl pan sobie, właśnie przed chwilą konie wywróciły sanki ze mną... ale, ale, oto jest mój mąż! Jean! M-r Bobynicyn, na balu u Karpowów...

— Ach, bardzo mi przyjemnie!... Ale ja w mig będę tu ze sankami, żoneczko!