Zaczyn. O Zofii i Oskarze HansenachTekst

Z serii: Mówi muzeum
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Oskar Han­sen w miesz­ka­niu przy uli­cy Sę­dziow­skiej w War­sza­wie, ok. 1955.

Fot. Ed­mund Ku­piec­ki, ar­chi­wum ro­dzin­ne

Fi­lo­zo­fię le­piej upo­wszech­nia prze­strzeń niż książ­ka fi­lo­zo­ficz­na.

Oskar Han­sen

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

War­sza­wa

Przy­czó­łek Gro­chow­ski

Cza­sa­mi wy­obra­żam so­bie, jak tu przy­cho­dzi. Wy­sia­da z au­to­bu­su przy pa­wi­lo­nie. Ma la­skę i fu­trza­ną czap­kę. Jest zima. Tak to so­bie wy­my­ślam. Idzie ostroż­nie alej­ką obok bi­blio­te­ki, po­tem mija przed­szko­le. W la­bi­ryn­cie za­par­ko­wa­nych byle jak sa­mo­cho­dów szu­ka cier­pli­wie przej­ścia. Nic nie mówi, po pro­stu pa­trzy. Po­cią­ga no­sem, jest mróz. Śnieg skrzy­pi pod no­ga­mi.

Prze­cho­dzi pod blo­kiem i za­nu­rza się w ci­szy. Pa­trzy na pia­skow­ni­cę za­mie­nio­ną w kwiet­nik. Wy­schnię­te ba­dy­le ster­czą z zie­mi.

Wy­obra­żam so­bie, że jest so­bo­ta i lu­dzie na Przy­czół­ku szy­ku­ją się do obia­du. Na ga­le­riach pach­nie do­mo­wym je­dze­niem, sły­chać brzęk na­czyń, dud­nie­nie te­le­wi­zo­rów. On za­trzy­mu­je się co kil­ka­na­ście me­trów i bacz­nie ob­ser­wu­je. Cza­sem chrzą­ka. Po­tem po­wo­li wcho­dzi na dru­gie pię­tro i ga­le­rią do­cie­ra pod moje drzwi.

Wy­obra­żam so­bie, że pro­fe­sor Oskar Han­sen puka do mo­je­go miesz­ka­nia na Przy­czół­ku Gro­chow­skim w War­sza­wie. Ja otwie­ram, a on wte­dy mówi:

– Dzień do­bry, do­sta­łem pań­ski list. Przy­sze­dłem wy­tłu­ma­czyć. Wszyst­ko się panu po­mie­sza­ło.

A po­tem wcho­dzi.

Wy­obra­żam so­bie to wszyst­ko, bo tak by było o wie­le ła­twiej.

Pierw­szej nocy na Przy­czół­ku Gro­chow­skim nic mi się nie przy­śni­ło. Moż­na by więc uznać, że to ta­kie miej­sce, w któ­rym sny są nie­moż­li­we. Pie­kło.

Te­le­fon od miesz­kań­ca:

– Zna­la­złem w skrzyn­ce pana ulot­kę. Pan pi­sze o Przy­czół­ku. A co to, nie wi­dać? Oczu pan nie ma? Taki te­ren mię­dzy Sa­ską Kępą a Gro­cho­wem po­szedł na zmar­no­wa­nie. Do­brze, że oni po­snę­li i już ich nie ma, przy­naj­mniej ni­ko­mu krzyw­dy nie zro­bią. Ja panu tyle mogę po­wie­dzieć, żeby pan swo­je­go i lu­dzi cza­su nie tra­cił i zna­lazł ja­kiś inny te­mat. Tyle rze­czy jest do opi­sa­nia, a pan się aku­rat naj­gor­szym osie­dlem w War­sza­wie za­jął.

List od miesz­kan­ki, pod­pi­sa­ła się jako Bo­że­na:

„Miesz­kam na Przy­czół­ku Gro­chow­skim od czter­dzie­stu lat. Uwa­żam, że jest to jed­no z bar­dziej nie­uda­nych ar­chi­tek­to­nicz­nie osie­dli. Za­rów­no wy­gląd ze­wnętrz­ny, jak i roz­kład miesz­kań po­zo­sta­wia wie­le do ży­cze­nia. Ktoś za­pro­jek­to­wał ga­le­rio­wiec, ale za­po­mniał, że kli­mat w Pol­sce tro­chę róż­ni się od kli­ma­tu we Wło­szech. Mię­dzy blo­ka­mi hula wiatr i mi­ja­ją się cugi, sy­piąc ku­rzem w okna i w oczy. Roz­kład miesz­kań jest tra­gicz­ny. W miesz­ka­niu pięć­dzie­siąt sześć me­trów kwa­dra­to­wych ła­zien­ka ma dwa me­try kwa­dra­to­we, kuch­nia trzy me­try kwa­dra­to­we (sto czter­dzie­ści cen­ty­me­trów sze­ro­ko­ści), a po­kój mie­rzy dwa me­try na sie­dem. Je­dy­nym plu­sem jest po­ło­że­nie osie­dla nie­da­le­ko dwóch je­zio­rek oraz duża ilość zie­le­ni. Przez wszyst­kie te lata, kie­dy tu miesz­kam, uwa­żam, że oso­by, któ­re są au­to­ra­mi tego pro­jek­tu, po­win­ny rów­nież tu miesz­kać. Za karę”.

Zo­fia Han­sen: Pan tam miesz­ka? Na­praw­dę? Strasz­ny po­mysł. Bar­dzo panu współ­czu­ję.

Przy­czó­łek gry­wał w fil­mach. Za­wsze był sza­rym tłem dla szem­ra­nych in­tryg. Ostat­nio wy­stą­pił w se­ria­lu Bu­lio­ne­rzy. Czte­ro­oso­bo­wa ro­dzi­na miesz­ka w jed­no­po­ko­jo­wej klit­ce. Ro­dzi­ce na roz­kła­da­nej wer­sal­ce, pra­wie do­ro­słe dzie­ci na ja­kichś łóż­kach po­lo­wych czy Bóg wie czym. Jed­no gło­śniej chrap­nie, wszy­scy się bu­dzą. Przez ścia­nę mają wred­nych te­ściów. Pię­tro ni­żej są­siad­kę, któ­ra stu­ka­niem w ka­lo­ry­fer wy­ra­ża nie­za­do­wo­le­nie. Roz­pacz albo śmiech przez łzy. W kon­kur­sie zor­ga­ni­zo­wa­nym przez pro­du­cen­ta ko­stek ro­so­ło­wych wy­gry­wa­ją for­tu­nę. Przy­czó­łek jest pie­kłem, z któ­re­go ucie­ka­ją do nie­ba.

– Tu się na­wet nie da umrzeć z god­no­ścią – sły­szę na Bra­cław­skiej – bo nie ma jak z miesz­ka­nia trum­ny wy­nieść. Cze­ka­ją z nią na dole. Gra­barz za­wi­ja tru­pa w prze­ście­ra­dło i prze­rzu­ca so­bie przez ra­mię. Sama wi­dzia­łam. Zno­szą czło­wie­ka, a ręce mu jesz­cze dyn­da­ją. Bez god­no­ści, ale ina­czej się nie da. No i z tych sa­mych po­wo­dów wszyst­kie me­ble, ja­kie się ku­pu­je, mu­szą być skła­da­ne.

Moje też są. Ku­pu­ję re­gał na książ­ki i biur­ko. Pro­szę w skle­pie, żeby mi to przy­wieź­li. Kil­ka dni póź­niej sto­ję w oknie i ob­ser­wu­ję, jak sa­mo­chód z mo­imi me­bla­mi klu­czy po osie­dlu. Go­ście w szo­fer­ce mają obłęd w oczach. Do mo­ich drzwi pu­ka­ją go­dzi­nę póź­niej.

– Co za de­bil pro­jek­to­wał ten blok? Przez całe osie­dle te kla­mo­ty cią­gnę­li­śmy – py­ta­ją, ale chy­ba nie chcą usły­szeć od­po­wie­dzi. Ja się z nią ja­koś nie wy­ry­wam.

Ja: Ni­g­dy nie ża­ło­wa­li­ście?

Zo­fia Han­sen: Oskar nie, bo on był twar­dy i nie zmie­niał zda­nia, ale ja się sza­le­nie de­ner­wo­wa­łam, nie spa­łam po no­cach, ilu my lu­dzi tam uniesz­czę­śli­wi­li­śmy! Ka­ta­stro­fa.

Do­kład­nie osiem ty­się­cy trzy­sta osób w dwa ty­sią­ce trzy­stu trzy­dzie­stu miesz­ka­niach. Dwa­dzie­ścia trzy blo­ki po­łą­czo­ne ga­le­ria­mi me­an­dru­ją na dłu­go­ści pół­to­ra ki­lo­me­tra. To je­den z naj­dłuż­szych bu­dyn­ków w Pol­sce.

An­drzej Osę­ka w wy­wia­dzie udzie­lo­nym Ada­mo­wi Ma­zu­ro­wi: „Czwo­ro­kąt­na za­bu­do­wa w sty­li­sty­ce mo­der­ni­stycz­nej ma wszyst­kie wady dzie­więt­na­sto­wiecz­nej ka­mie­ni­cy miesz­kal­nej owi­nię­tej wo­kół po­dwór­ka-stud­ni”1.

To aku­rat wie­rut­na bzdu­ra.

Li­ta­nia za­rzu­tów za­czy­na się tu od kuch­ni, któ­rych okna wy­cho­dzą na ciem­ne ga­le­rie. Sam mam taką. Po­tem idą me­tra­że miesz­kań (śmiesz­ne), ścia­ny (za cien­kie), szpa­ry w ścia­nach (za sze­ro­kie), kąty (rzad­ko pro­ste, czę­ściej do­wol­ne), ga­le­rie (że zim­no, że śnieg, że woda, że solą się nie da po­sy­pać, bo od razu wszyst­ko rdze­wie­je). Na koń­cu, a przed „amen”, że osie­dle za­pro­jek­to­wa­li lu­dzie, któ­rzy naj­praw­do­po­dob­niej nie za­kła­da­li ist­nie­nia zła.

– By­wa­ło, że ro­dzi­na po­szła do ko­ścio­ła na Pierw­szą Ko­mu­nię, wra­ca­li i nie mie­li na czym go­ści po­sa­dzić, bo im zło­dzie­je wy­czy­ści­li miesz­ka­nie na­wet z krze­seł – mówi Jo­an­na Si­wek, miesz­kan­ka Przy­czół­ka od 1971 roku. – Nam dwa razy sa­mo­chód okra­dli, a raz po pro­stu ukra­dli. To byli lu­dzie stąd. Po­tem jak ku­po­wa­li­śmy, to cór­ka nam ka­za­ła wsia­dać, opu­ścić szy­by i po­wo­li ob­je­chać osie­dle ze trzy razy, za­trzy­mu­jąc się to tu, to tam. Kto miał zo­ba­czyć, to zo­ba­czył, że sa­mo­chód jest tu­tej­szy, i już nie ru­sza­li. Mie­li­śmy spo­kój.

Przy­czó­łek rze­czy­wi­ście za­pro­jek­to­wa­ny jest w taki spo­sób, jak­by na świe­cie nie było prze­stęp­ców. Peł­no tu za­ło­mów, ciem­nych za­uł­ków, usko­ków i nisz. Do miesz­kań na par­te­rze moż­na wejść przez zwy­kłe drzwi bal­ko­no­we, do kuch­ni – bez wzglę­du na pię­tro – przez okno wy­cho­dzą­ce wprost na ga­le­rię. Uciecz­ka, je­śli tyl­ko zna się dro­gę, też musi być ba­nal­nie ła­twa. Wy­star­czy kil­ka razy zmie­nić kie­ru­nek w la­bi­ryn­cie ga­le­rii i kla­tek scho­do­wych, by zmy­lić ewen­tu­al­ną po­goń. Z tych nie­wąt­pli­wych wa­lo­rów osie­dla przez lata ko­rzy­sta­li zło­dzie­je. Kra­dzie­że i roz­bo­je były tu praw­dzi­wą pla­gą przez całe lata dzie­więć­dzie­sią­te i po­czą­tek dwu­ty­sięcz­nych. Dla­te­go miesz­kań­cy po­sta­no­wi­li Przy­czó­łek za­mknąć dla ob­cych. W po­przek ga­le­rii łą­czą­cych wszyst­kie blo­ki sta­nę­ły kra­ty, a na­wet mury.

An­drzej Go­ło­win, na Przy­czół­ku od czter­dzie­stu lat: Kra­ty za­pew­nia­ją spo­kój. Zło­dziej nie może wejść z jed­nej stro­ny, a uciec z dru­giej. Musi sko­rzy­stać z jed­nej z dwóch kla­tek. Ła­twiej go zła­pać albo cho­ciaż zo­ba­czyć. Dzię­ki kra­tom lu­dzie zna­li swo­ich i umie­li roz­po­znać ob­cych. I nikt nie­zna­jo­my z te­le­wi­zo­rem już nie wy­szedł.

– Ale jak to się dzia­ło, że oni się po­zna­wa­li dzię­ki kra­cie w po­przek ga­le­rii? – py­tam.

– Też się nad tym dłu­go za­sta­na­wia­łem. Lu­dzie mie­li psy i z nimi spa­ce­ro­wa­li. Od­pro­wa­dza­li też dzie­ci do szko­ły czy przed­szko­la, cho­dzi­li do skle­pu i sta­li tam w ko­lej­ce. To są wszyst­ko miej­sca, w któ­rych moż­na się po­znać.

– I co ma do tego kra­ta?

– Po­tem wra­ca­li ra­zem i wcho­dzi­li na pię­tro jed­ną z tych dwóch kla­tek, a nie jak po­pad­nie.

– Może wy­god­niej by im było wcho­dzić, jak po­pad­nie? Prze­cież tak to zo­sta­ło wy­my­ślo­ne.

– To kwe­stia przy­zwy­cza­je­nia. My mo­że­my so­bie tu dys­ku­to­wać, ale to ja by­łem świad­kiem, jak pod moim blo­kiem mło­dzi ban­dy­ci, chy­ba po ja­kichś nar­ko­ty­kach, wska­ku­ją na sa­mo­cho­dy, wy­bi­ja­ją w nich szy­by. Czy­sty wan­da­lizm. Żeby cho­ciaż coś ukra­dli! To nie byli chłop­cy stąd. Oni tu przy­szli z dru­gie­go koń­ca osie­dla.

 

– Ale co ma do tego kra­ta w po­przek ga­le­rii? Ska­ka­li na par­kin­gu. Z kra­tą czy bez kra­ty mo­gli so­bie przyjść, skąd chcie­li.

– Nie, pro­szę pana, jak­by były kra­ty w ga­le­riach, to oni by się bali.

– Cze­go?

– Nie wiem, ale by się bali. Lu­dzie są zdol­ni do ta­kich rze­czy tyl­ko w śro­do­wi­sku, w któ­rym nikt ich nie zna. Ale ja nie fe­ty­szy­zu­ję tych krat, w ogó­le uwa­żam, że w War­sza­wie jest ja­kiś pro­blem z gro­dze­niem, że wszę­dzie te pło­ty. Wi­dzia­łem w ży­ciu kil­ka ta­kich miejsc, gdzie nie było krat ani żad­ne­go ogro­dze­nia, ale jak się po­de­szło za bli­sko, to spod zie­mi wy­ra­stał sym­pa­tycz­ny ochro­niarz i py­tał, cze­go lub kogo się tam szu­ka.

– Ale może nie trze­ba za­kła­dać, że wszy­scy, któ­rzy się zbli­ża­ją, są źli? Cią­gle by nam wte­dy wy­ra­sta­li spod zie­mi ja­cyś pa­no­wie py­ta­ją­cy, do­kąd idzie­my.

– Ja panu po­wiem – te wszyst­kie idee o wol­no­ści to gło­szą lu­dzie, któ­rzy miesz­ka­ją w strze­żo­nych osie­dlach oto­czo­nych mu­rem. I pil­nu­ją ich uzbro­je­ni straż­ni­cy. A tu jest ży­cie, z któ­rym trze­ba so­bie ra­dzić.

O te kra­ty py­tam jesz­cze w Spół­dziel­ni Miesz­ka­nio­wej „Przy­czó­łek Gro­chow­ski”.

– Jak­by pan na­pi­sał na nas ta­kie pi­smo do stra­ży po­żar­nej albo In­spek­to­ra Nad­zo­ru Bu­dow­la­ne­go, że te kra­ty na­dal tam są i stwa­rza­ją za­gro­że­nie, to ja bym pana ozło­cił – zwie­rza mi się Ma­rek Wil­czyń­ski, od­po­wie­dzial­ny w spół­dziel­ni za spra­wy tech­nicz­ne. – Bo lu­dzie się upar­li, że to im po­ma­ga utrzy­mać bez­pie­czeń­stwo, i im się do ro­zu­mu nie prze­mó­wi. Świat się, pro­szę pana, zmie­nił, na Przy­czół­ku też, ale nie­któ­rzy, zda­je się, tego nie za­uwa­ża­ją. Pro­te­sty ro­bią, li­sty pi­szą. Więc jak­bym do­stał taki na­kaz od stra­ża­ków, że mam te kra­ty zli­kwi­do­wać, to już bym nie mu­siał z ludź­mi dys­ku­to­wać. Po­ka­zał­bym, że po­le­ce­nie do­sta­łem na pa­pie­rze, i trze­ba ciąć, bo jak nie, to każą pła­cić karę.

Śmie­je­my się, że jest to ja­kieś roz­wią­za­nie. Po kil­ku dniach Wil­czyń­ski dzwo­ni:

– Chcia­łem się tyl­ko przy­po­mnieć w spra­wie tych krat. Pan by na­pi­sał, a my by­śmy zdję­li i by­ło­by w koń­cu po kło­po­cie.

Zo­fia Han­sen: Ta­kie że­śmy so­bie tam spo­łe­czeń­stwo za­pro­jek­to­wa­li.

Mówi pro­fe­sor Wik­tor Gutt, stu­dent Oska­ra Han­se­na: Przy­pa­dek spra­wił, że obej­rza­łem ma­te­riał fil­mo­wy, któ­ry kon­fron­to­wał Han­se­na z miesz­kań­ca­mi osie­dla Przy­czó­łek Gro­chow­ski. A to prze­cież jed­na z nie­licz­nych jego re­ali­za­cji. Miesz­kań­cy w tym fil­mie byli jak na owe cza­sy bar­dzo szcze­rzy. I sza­le­nie wku­rze­ni. Tam były wręcz in­wek­ty­wy pod ad­re­sem pro­fe­so­ra. To była bar­dzo dra­ma­tycz­na roz­mo­wa, praw­dzi­wa kon­fron­ta­cja. Miesz­kań­cy mó­wi­li, że czu­ją się oszu­ka­ni i że to skan­dal. Pro­fe­sor spo­koj­nie i rze­czo­wo tłu­ma­czył swo­je za­ło­że­nia. Było wi­dać, że on i oni są na dwóch zu­peł­nie róż­nych bie­gu­nach rze­czy­wi­sto­ści. Bar­dzo to wszyst­ko było fra­pu­ją­ce, ja wte­dy wła­śnie do­wie­dzia­łem się o ist­nie­niu czło­wie­ka, któ­ry na­zy­wał się Oskar Han­sen. I po­sta­no­wi­łem go po­znać.

W 2005 roku uka­zu­je się książ­ka Oska­ra Han­se­na pod ty­tu­łem Ku For­mie Otwar­tej. Do pro­ble­mów Przy­czół­ka Gro­chow­skie­go od­no­si się w niej w ten spo­sób:

„Nie ma już cza­so­prze­strze­ni spo­łecz­nej, o któ­rej mó­wi­łem […]. Kra­ty w po­przek uli­czek prze­rwa­ły jej funk­cjo­nal­no-po­znaw­czą cią­głość, a ogro­dze­nia z sia­tek i ży­wo­pło­tów «pry­wat­nych» przy­do­mo­wych ogród­ków znisz­czy­ły z tru­dem wy­go­spo­da­ro­wa­ną wol­ną, re­kre­acyj­ną prze­strzeń spo­łecz­ną. […] Kra­ty, «pło­ty» po­dzie­li­ły zin­te­gro­wa­ną, przy­ja­zną czło­wie­ko­wi prze­strzeń na nie­przy­ja­zną, zdez­in­te­gro­wa­ną, bu­dzą­cą wśród miesz­kań­ców wza­jem­ną nie­chęć i źle wy­cho­waw­czo od­dzia­łu­ją­cą”2.

W tej ostat­niej pu­blicz­nej wy­po­wie­dzi pro­fe­sor pro­po­nu­je, by uciąż­li­wo­ści, na któ­re skar­żą się miesz­kań­cy, roz­wią­zy­wać nie­do­stęp­ny­mi kie­dyś spo­so­ba­mi. Ha­łas do­bie­ga­ją­cy z ga­le­rii moż­na wy­tłu­mić, uży­wa­jąc mat dźwię­ko­chłon­nych, trza­ska­nie drzwia­mi ukró­cić dzię­ki fo­to­ko­mór­kom i sa­mo­za­my­ka­czom, za­glą­da­niu do miesz­kań z ga­le­rii za­po­biec, mon­tu­jąc jed­no­stron­nie przej­rzy­ste szy­by, a z wan­da­li­zmem roz­pra­wić się z po­mo­cą fir­my ochro­niar­skiej.

„Uciąż­li­wo­ści, któ­re przy­kła­do­wo wy­mie­ni­łem, nie usu­wa się kra­ta­mi w po­przek przejść”3 – koń­czy pro­fe­sor.

Lu­cjan No­wic­ki, przez wie­le lat czło­nek rady osie­dla, dziś w ko­mi­sji re­wi­zyj­nej spół­dziel­ni. Za­pra­sza na dy­żur. Mo­że­my po­roz­ma­wiać.

– Bo to wszyst­ko się spraw­dza, jak ktoś tych wszyst­kich lu­dzi trzy­ma krót­ko za uzdę – taki Anioł. Pa­mię­ta pan Al­ter­na­ty­wy 4? A u nas żad­nych Anio­łów nie ma i ni­g­dy nie było.

I jesz­cze Oskar Han­sen w ostat­nim wy­wia­dzie: „Lu­dzie przy­szli na Przy­czó­łek z za­ło­żo­ny­mi już oku­la­ra­mi i do­sta­li co in­ne­go, niż się spo­dzie­wa­li. Zo­sta­li wy­pro­wa­dze­ni w pole, bo nie­ste­ty ich ma­rze­nia się nie speł­ni­ły. Czy to ozna­cza jed­nak, że ar­chi­tekt nie po­wi­nien pro­po­no­wać cze­goś lep­sze­go niż to, do cze­go czło­wiek przy­wykł? To jest pod­sta­wo­we py­ta­nie. To jest przede wszyst­kim py­ta­nie mo­ral­ne”4.

1 An­drzej Osę­ka, Stra­te­gia pa­ją­ka. Wy­wiad rze­ka. Roz­ma­wia Adam Ma­zur, War­sza­wa 2011, s. 262.

2 Oskar Han­sen, Na za­koń­cze­nie. O „hu­ma­ni­za­cji”, a w za­sa­dzie o przy­wró­ce­niu prze­strze­ni spo­łecz­nej Przy­czół­ka Gro­chow­skie­go, [w:] idem, Ku For­mie Otwar­tej / To­wards Open Form, red. Jola Gola, War­sza­wa 2005, s. 101.

3 Ibi­dem.

4 Ibi­dem.


Sy­väran­ta. Fot. Fi­lip Sprin­ger


Sy­väran­ta. Fot. Fi­lip Sprin­ger

Sy­väran­ta

– Je­śli do­brze się przyj­rzysz, zo­ba­czysz jesz­cze w wo­dzie ka­mie­nie, któ­re wy­zna­cza­ją bieg tam­te­go po­mo­stu. Koń­czył się nie­wiel­ką bud­ką ką­pie­lo­wą – mówi Eija­kri­sti­na Su­me­lius, ale ja nie wi­dzę żad­nych ka­mie­ni, a je­dy­nie ska­ły na prze­ciw­le­głym brze­gu. Ki­wam jed­nak gło­wą, mó­wię, że rze­czy­wi­ście tam są. Uśmie­cha się za­do­wo­lo­na, że mo­gła mi po­móc. Wra­ca­my do mu­zeum. Świe­ci słoń­ce, choć przed chwi­lą pa­da­ło.

A więc Sy­väran­ta, miej­sce, w któ­rym przy­szedł na świat Oskar Han­sen. Czter­dzie­ści mi­nut jaz­dy od Hel­si­nek, w On­ne­la trze­ba skrę­cić w lewo. Gdy mię­dzy drze­wa­mi za­lśni je­zio­ro, moż­na się za­trzy­mać. Dziś jest tu Lot­ta­mu­seo – mu­zeum or­ga­ni­za­cji, któ­ra w cza­sie woj­ny przy­go­to­wy­wa­ła fiń­skie ochot­nicz­ki do służ­by w ko­bie­cych od­dzia­łach po­moc­ni­czych. Drew­nia­ny bu­dy­nek zo­stał wznie­sio­ny nie­daw­no, w 1996 roku. Po­dob­no tro­chę przy­po­mi­na tam­ten, ale nie bar­dzo.

To był 1 kwiet­nia 1947 roku. Po­żar wy­buchł wie­czo­rem. Przy­je­cha­ło stu stra­ża­ków. Na je­zio­rze było sie­dem­dzie­siąt cen­ty­me­trów lodu, za­nim wy­rą­ba­li prze­rę­ble, nie było już cze­go ga­sić. Mo­gli tyl­ko po­lać wodą zglisz­cza i po­pa­trzeć, jak dy­mią.

Na wy­sta­wie po­świę­co­nej hi­sto­rii Sy­väran­ty oglą­dam w ga­blot­kach ja­kieś ce­gły, ka­wał­ki ta­le­rzy, bu­tel­ki po le­kar­stwach, ka­fle, łu­ski po po­ci­skach. Wszyst­ko, co wy­grze­ba­li z zie­mi w cza­sie ostat­niej bu­do­wy. Na ta­bli­cach in­for­ma­cyj­nych szu­kam na­zwi­ska Han­sen, ale znaj­du­ję tyl­ko jed­ną, mało istot­ną wzmian­kę. W sali kon­fe­ren­cyj­nej jest za to duże, czar­no-bia­łe zdję­cie przed­sta­wia­ją­ce tam­ten po­most. Rze­czy­wi­ście była bud­ka ką­pie­lo­wa. Zza bia­łych drzwi wy­ła­nia się Eija­kri­sti­na.

– Mam jesz­cze coś – mówi i roz­kła­da na sto­le żół­te pa­pie­ry. – 1 sierp­nia 1922 roku Anna wy­ra­zi­ła zgo­dę na sprze­daż po­sia­dło­ści przez jej męża, Her­ma­na Han­se­na. Trans­ak­cji do­ko­na­no 3 sierp­nia. Mo­gli tu zo­stać tyl­ko do koń­ca wrze­śnia.

W swo­ich wspo­mnie­niach na­pi­sał:

„Miesz­ka­li­śmy w po­bli­żu Hel­si­nek, w po­sia­dło­ści Sy­väran­ta. Duży drew­nia­ny pię­tro­wy dom, w sty­lu ro­syj­skim, z dwu­kon­dy­gna­cyj­ną wie­żą oko­lo­ną bal­ko­na­mi. Po­ło­żo­ny był na spo­rym, za­le­sio­nym te­re­nie nad je­zio­rem Tu­usu­la, na któ­re­go brze­gu, ze zbu­do­wa­ne­go na proś­bę Taty po­mo­stu, węd­ko­wa­ła na­sza Mama. Sta­lo­wa, se­ce­syj­na bra­ma z mo­ty­wem pa­ję­czy­ny i na­pi­sem «Sy­väran­ta» u dołu po­zo­sta­ła do dziś. Dom spa­lił się, na­to­miast oca­la­ła bra­ma i po obu stro­nach ścież­ki pro­wa­dzą­cej do domu dwie ka­mien­ne rzeź­by”5.

Bra­ma rze­czy­wi­ście jest. Rzeźb już nie ma.

Oskar Han­sen wca­le nie chciał być wiel­ki. Han­se­no­wie po pro­stu już tak mają.

Za­czął dzia­dek. Jest rok 1833, gdy dwu­na­sto­let­ni Her­man Han­sen pra­cu­je jako ku­rier w por­cie w Chri­stia­nii6. Do­ra­bia też jako czy­ści­ciel lamp naf­to­wych, ale jest to pra­ca cięż­ka i nie­wdzięcz­na. Szyb­ko wpa­da na po­mysł, by ku­po­wać na stat­kach po­ma­rań­cze i sprze­da­wać je z pew­nym prze­bi­ciem w dziel­ni­cach od­da­lo­nych od por­tu. In­te­res idzie tak świet­nie, że Her­man do­sta­je przy­do­mek „Ap­pel­sin”7 i za­trud­nia po­moc­ni­ków. Gdy dys­po­nu­je już całą ar­mią ulicz­nych sprze­daw­ców, za­kła­da przed­się­bior­stwo, któ­re w kil­ka lat nie­mal­że zmo­no­po­li­zu­je han­del owo­ca­mi po­łu­dnio­wy­mi w mie­ście. Roz­sze­rza też dzia­łal­ność na inne pro­duk­ty, spro­wa­dza to­wa­ry ko­lo­nial­ne. Za­sły­nie wy­lan­so­wa­niem wśród stu­den­tów mody na ja­sno­sza­re ża­kie­ty. Sta­ną się one tak po­pu­lar­ne, że wkrót­ce w jego ka­fta­nach cho­dzić bę­dzie stu­denc­ka brać w ca­łej Nor­we­gii.

W wie­ku osiem­na­stu lat Her­man „Ap­pel­sin” scho­dzi z pew­nej dro­gi han­dlow­ca i sta­je się wła­ści­cie­lem ma­łe­go cyr­ku, w któ­rym naj­więk­szy­mi atrak­cja­mi są niedź­wiedź, wilk, mał­pa i lam­part. Z całą tą me­na­że­rią i kil­ko­ma po­moc­ni­ka­mi ob­jeż­dża spo­rą część Nor­we­gii. Nie tyl­ko dy­ry­gu­je ze­spo­łem, ale też daje po­ka­zy jako czło­wiek-guma. U szczy­tu ka­rie­ry wy­stę­pu­je na es­tra­dzie z pe­li­ka­nem, lam­par­tem i parą węży. Za­dzi­wia pu­blicz­ność umie­jęt­no­ścią żon­glo­wa­nia oraz szyb­kim bie­giem. Przed każ­dym wy­stę­pem osten­ta­cyj­nie łyka ja­kiś pro­szek, roz­ta­cza­jąc wo­kół sie­bie aurę ta­jem­ni­czo­ści – py­ta­ją­cym o skład spe­cy­fi­ku oczy­wi­ście od­ma­wia jed­no­znacz­nej od­po­wie­dzi. Za­li­cza jesz­cze epi­zod ak­to­ra w praw­dzi­wym te­atrze, by w koń­cu tra­fić do Trom­sø. Tam po­zna­je przy­pad­kiem ro­syj­skie­go łow­cę zwie­rząt, któ­ry pro­po­nu­je mu od­ku­pie­nie lam­par­ta. Nie za­sta­na­wia­jąc się dłu­go, sprze­da­je zwie­rzę­ta i wsia­da na sta­tek pły­ną­cy do Mur­mań­ska. Ma dwa­dzie­ścia dwa lata.

Od tego mo­men­tu re­la­cje na te­mat Her­ma­na „Ap­pel­si­na” Han­se­na są nie­ja­sne. Wia­do­mo, że wę­dru­je po pół­noc­nej czę­ści Ro­sji, daje tro­chę po­ka­zów swo­ich nie­sa­mo­wi­tych umie­jęt­no­ści. Zo­sta­je też na­pad­nię­ty, okra­dzio­ny i spę­ta­ny po­zo­sta­wio­ny w taj­dze. Dzię­ki gib­ko­ści cia­ła uda­je mu się oswo­bo­dzić z wię­zów. Znaj­du­je pra­cę jako ro­bot­nik w ko­pal­ni dia­men­tów. Kil­ka lat póź­niej ob­ja­wia się już jako waż­ny han­dlarz dro­go­cen­ny­mi ka­mie­nia­mi, któ­ry bły­ska­wicz­nie po­mna­ża swo­ją for­tu­nę. Do­cie­ra aż do Ty­fli­su8 i tam osia­da. Aku­rat wy­bu­cha woj­na krym­ska. Her­ma­no­wi uda­je się uzy­skać in­trat­ne kon­trak­ty na za­opa­trze­nie car­skiej ar­mii wal­czą­cej z Tur­ka­mi. Szyb­ko sta­je się jed­nym z jej naj­waż­niej­szych do­staw­ców. Gdy woj­na się koń­czy, Her­man prze­no­si się do Sankt Pe­ters­bur­ga, pro­wa­dzi tu roz­licz­ne in­te­re­sy, sta­je się na­wet do­staw­cą dia­men­tów i kosz­tow­no­ści na dwór car­ski. Zy­ski lo­ku­je w ban­kach bądź in­we­stu­je w nie­ru­cho­mo­ści. Sam żyje dość skrom­nie, zaj­mu­je nie­wiel­ką część im­po­nu­ją­ce­go pa­ła­cu przy New­skim Pro­spek­cie, resz­tę wy­naj­mu­je in­nym.

 

W 1875 roku, w cza­sie jed­nej z po­dró­ży, po­zna­je w War­sza­wie sie­dem­na­sto­let­nią He­le­nę Wit­ter­she­im, cór­kę pol­skie­go ofi­ce­ra o kur­landz­kich ko­rze­niach. Za­bie­ga o jej rękę, mimo że jest mię­dzy nimi trzy­dzie­ści sie­dem lat róż­ni­cy. Rok póź­niej z ich związ­ku ro­dzi się pierw­szy syn – Her­man Ka­rol, po nim przyj­dzie na świat jesz­cze Oskar. Mał­żeń­stwo roz­pa­da się po kil­ku la­tach, Her­man zo­bo­wią­zu­je się za­opie­ko­wać star­szym sy­nem, He­le­na młod­szym.

„Ap­pel­sin” umie­ra 30 li­sto­pa­da 1892 roku w Sankt Pe­ters­bur­gu, zo­sta­wia­jąc po so­bie for­tu­nę, jaka z pew­no­ścią ni­g­dy nie śni­ła się ma­łe­mu sprze­daw­cy po­ma­rań­czy z bied­nej dziel­ni­cy Chri­stia­nii. Ob­dzie­la nią sy­nów i swo­ją sio­strę Mar­ti­nę, któ­ra zo­sta­ła w Nor­we­gii.

Oj­ciec Oska­ra Han­se­na, Her­man Ka­rol, ma uła­twio­ny start – dzię­ki wiel­kie­mu spad­ko­wi nie musi się mar­twić o przy­szłość. Mimo to uczy się pil­nie, w krót­kim cza­sie opa­no­wu­je kil­ka ję­zy­ków: an­giel­ski, nie­miec­ki, fran­cu­ski i oczy­wi­ście ro­syj­ski. W wie­ku osiem­na­stu lat roz­po­czy­na stu­dia me­dycz­ne w Sankt Pe­ters­bur­gu, bie­rze jed­nak udział w mło­dzie­żo­wej de­mon­stra­cji po­li­tycz­nej i zo­sta­je z uczel­ni wy­da­lo­ny. Stu­dia koń­czy w Ka­za­niu. Pra­cu­jąc jako le­karz, po­zna­je ak­tor­kę Wan­dę Mar­ge­ri­tę Ro­go­ziń­ską, ślub bio­rą w Lon­dy­nie. Mają tro­je dzie­ci. W 1916 roku Her­man tra­fia z nimi do ma­jąt­ku No­wi­cze koło Rże­wa – przy­jeż­dża­ją tu za­nie­po­ko­je­ni re­wo­lu­cyj­ny­mi na­stro­ja­mi, ja­kie wzbie­ra­ją w Ro­sji. Pre­tek­stem do wy­jaz­du są wa­ka­cje, przy oka­zji przy­wo­żą jed­nak do No­wicz część kosz­tow­no­ści, któ­re za­ko­pu­ją w drew­nia­nych skrzy­niach w ogro­dzie.

To wła­śnie w No­wi­czach przy­stoj­ny Her­man Ka­rol po­zna­je Annę Ja­ko­lew­nę Ze­ti­łow, żonę miej­sco­we­go po­ten­ta­ta drzew­ne­go Pa­gan­ki­na. Jej mał­żeń­stwo jest nie­szczę­śli­we i bez­dziet­ne, część domu Pa­gan­ki­nów jest wy­naj­mo­wa­na go­ściom, w tym Han­se­nom. Mię­dzy Her­ma­nem i Anną po­ja­wia się uczu­cie, po­ta­jem­nie za­czy­na­ją się spo­ty­kać w spe­cjal­nie do tego celu wy­na­ję­tym miesz­ka­niu. O za­cho­wa­niu Anny do­no­si jej mę­żo­wi ku­char­ka. Wy­bu­cha afe­ra. Anna de­cy­du­je się odejść od męża i zwią­zać z Her­ma­nem.

W 1917 roku Ro­sja wrze. Her­man po­sta­na­wia się roz­wieść, ra­to­wać ma­ją­tek i ucie­kać z kra­ju wraz z Anną. Pro­po­nu­je wy­jazd do Szwaj­ca­rii, ona woli bliż­szą Fin­lan­dię, któ­ra wkrót­ce od­zy­ska nie­pod­le­głość. 31 paź­dzier­ni­ka 1917 roku bio­rą ślub. Her­man ku­pu­je po­sia­dłość Sy­väran­ta nie­opo­dal Hel­si­nek. To dom z bo­ga­tą prze­szło­ścią, przez całe lata był ulu­bio­nym miej­scem let­nich po­by­tów fiń­skich i ro­syj­skich li­te­ra­tów. W po­bli­żu znaj­du­je się re­zy­den­cja Si­be­liu­sa, naj­więk­sze­go z fiń­skich kom­po­zy­to­rów. Han­se­nom jest tu do­brze.

Her­man w wol­nych chwi­lach roz­wi­ja swo­ją pa­sję fo­to­gra­fo­wa­nia, wy­ko­nu­je na przy­kład au­to­por­tre­ty wie­lo­krot­ne, po­dob­ne do po­szu­ki­wań Wit­ka­ce­go czy Du­cham­pa. Ko­lek­cjo­nu­je też cen­ne znacz­ki. Po ojcu odzie­dzi­czył pa­sję do zwie­rząt, przez ja­kiś czas trzy­ma w Sy­väran­cie tre­so­wa­ne­go niedź­wie­dzia, pró­bu­je też ho­dow­li kro­ko­dy­li. Nade wszyst­ko po­świę­ca się jed­nak ogrod­nic­twu, dba, by pierw­sze tru­skaw­ki z nie­wiel­kiej oran­że­rii za­wsze do­sta­wa­ła Anna. Ota­cza ją nad­mier­ną wręcz tro­ską, wra­ca­jąc z mia­sta, czę­sto przy­wo­zi całe na­rę­cza ka­pe­lu­szy bądź trze­wi­ków, nie mo­gąc się zde­cy­do­wać, któ­re przy­pad­ną do gu­stu mał­żon­ce. Prze­sia­du­jąc go­dzi­na­mi na po­mo­ście, wspól­nie węd­ku­ją. Tą pa­sją Her­man za­ra­zi nie tyl­ko żonę, ale też swo­je dzie­ci. Pierw­szy na świat przy­cho­dzi Ar­wid, po­tem Erik, wresz­cie po­ja­wia się Oskar. Jest 12 kwiet­nia 1922 roku. Han­se­no­wie już wte­dy wie­dzą, że lada dzień będą mu­sie­li opu­ścić Sy­väran­tę. Ja­kiś czas wcze­śniej Her­man Ka­rol za­in­we­sto­wał całe oszczęd­no­ści w spo­rą po­sia­dłość pod Wil­nem, nowe pol­skie wła­dze wpro­wa­dzi­ły zaś prze­pis mó­wią­cy o za­bo­rze ma­jąt­ku, któ­re­go wła­ści­ciel żyje za gra­ni­cą. Han­se­no­wie mają zbyt wie­le do stra­ce­nia. 1 sierp­nia 1922 roku Anna pod­pi­su­je więc zgo­dę na sprze­daż Sy­väran­ty, dwa dni póź­niej Her­man in­ka­su­je dwie­ście pięt­na­ście ty­się­cy ma­rek fiń­skich. Mają jesz­cze po­nad mie­siąc, by opu­ścić Fin­lan­dię. Wy­pro­wa­dza­ją się z głów­ne­go domu i za­miesz­ku­ją na ty­łach ogro­du, w domu dla go­ści. Wkrót­ce po­tem wy­jeż­dża­ją.

– Byli tu tyl­ko pięć lat. Szu­ka­łam dłu­go, ale nie zna­la­złam choć­by śla­du in­for­ma­cji o tym, do­kąd od­je­cha­li – mówi mi Eija­kri­sti­na Su­me­lius, ku­ra­tor­ka Lot­ta­mu­seo w Sy­väran­cie, gdy zbie­ram się już do wyj­ścia. – Może pan wie?

– Wiem – od­po­wia­dam – od­je­cha­li do Wil­na.

Oskar Han­sen miał wte­dy czte­ry i pół mie­sią­ca. Nic z tej Fin­lan­dii nie mógł za­pa­mię­tać. Ale ona w nim tkwi­ła.

5 Oskar Han­sen, „Her­man Han­sen – «Ap­pel­sin» i ciąg dal­szy. Wspo­mnie­nia ze­brał Oskar Han­sen, wnuk”, 2001, ma­szy­no­pis udo­stęp­nio­ny przez ro­dzi­nę.

6 Dzi­siaj Oslo.

7 Ap­pel­sin to po nor­we­sku po­ma­rańcz.

8 Dzi­siaj Tbi­li­si.