Wanna z kolumnadąTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Fi­lip Sprin­ger

Wan­na z ko­lum­na­dą. Re­por­ta­że o pol­skiej prze­strze­ni

Ka­rak­ter

Kra­ków 2020

Spis tre­ści

Wstęp

Słow­nik: ład prze­strzen­ny

Uciecz­ka z uli­cy Urba­ni­stów

Wiel­ka Prze­mia­na

Słow­nik: hi­sto­ria

Znak wod­ny

Słow­nik: ład­nie

Pa­ste­lo­za – stu­dium przy­pad­ku

Słow­nik: kra­jo­braz

Klej­not w ko­ro­nie

Nad rze­kę

Słow­nik: od­po­wie­dzial­ność

Płot nasz po­wsze­dni

35 na 908

Je­steś tyl­ko spoj­rze­niem

Naj­więk­sza bi­twa

Czyn 2.0

Słow­nik: lek­cja pla­sty­ki

Wy­ci­nan­ka

Naj­ci­szej

Uber­land­szaft (al­bo epi­log)

Przy­pi­sy

Wstęp

Ból oczu za­czy­na się za nie­wi­dzial­ną dziś gra­ni­cą. Moż­na ru­szyć na przy­kład z Gör­litz. Za­dba­na sta­rów­ka, od­re­stau­ro­wa­ne ka­mie­ni­ce. Z wy­so­kie­go brze­gu Ny­sy wi­dać już Pol­skę. Pro­wa­dzi tam drew­nia­ny most Przy­jaź­ni. Tuż za nim bia­ło-czer­wo­ny słu­pek i zruj­no­wa­na ka­mie­ni­ca. Na niej wy­ma­lo­wa­ny wo­ła­mi na­pis: „Zi­ga­ret­ten”. Po­dob­no miesz­kań­cy Zgo­rzel­ca wy­bie­ra­ją­cy się na nie­miec­ką stro­nę mó­wią, że „idą na sta­re mia­sto”. Miesz­kań­cy Gör­litz zmie­rza­ją­cy w prze­ciw­nym kie­run­ku mó­wią po pro­stu, że idą do Pol­ski.

Ten ból nie po­ja­wia się na­gle, przy­cho­dzi po­wo­li, na­ra­sta stop­nio­wo. Na po­cząt­ku nie trze­ba się go bać. W pew­nym mo­men­cie sta­je się jed­nak nie do znie­sie­nia. Bu­dzi iry­ta­cję, złość. Że­by so­bie z nim po­ra­dzić, moż­na za­mknąć oczy i przy­po­mnieć, że już za chwi­lę znik­nie zu­peł­nie. Gdy po­ja­wi się obo­jęt­ność na to, co do­oko­ła, bę­dzie­my wie­dzie­li, że je­ste­śmy już u sie­bie.

Że je­ste­śmy w do­mu.

Nie pa­mię­tam lek­cji pla­sty­ki z pod­sta­wów­ki. Z każ­dym in­nym przed­mio­tem mam zwią­za­ne ja­kieś wspo­mnie­nia. Pa­mię­tam sło­je z pre­pa­ra­ta­mi w pra­cow­ni bio­lo­gicz­nej i szpa­rę mię­dzy zę­ba­mi rzą­dzą­cej ni­mi na­uczy­ciel­ki. Pa­mię­tam po­lo­nist­kę i jej wzru­sze­nie, gdy czy­ta­ła nam nie­któ­re wier­sze Her­ber­ta. Pa­mię­tam sza­lo­ną na­uczy­ciel­kę geo­gra­fii, któ­ra po wpi­sa­niu pa­ły do ze­szy­tu rzu­ca­ła nim przez ca­łą kla­sę, aż na sam ko­niec. Trze­ba by­ło iść i go pod­nieść, wy­słu­chu­jąc jej krzy­ków. Pa­mię­tam na­wet, co go­to­wa­łem na za­ję­ciach prak­tycz­no-tech­nicz­nych. Ale za nic na świe­cie nie mo­gę so­bie przy­po­mnieć, co dzia­ło się na pla­sty­ce.

Tłu­ma­czę so­bie, że to dla­te­go ży­je­my w ta­kim brzyd­kim kra­ju. Pew­nie gdy­by nas moc­niej przy­ci­snąć, umie­li­by­śmy po­wie­dzieć coś na te­mat mi­to­zy i me­jo­zy. A przy­naj­mniej uda­ło­by się nam przy­po­rząd­ko­wać te po­ję­cia do od­po­wied­niej pra­cow­ni w na­szej pod­sta­wów­ce. Ja jed­nak nie umiem so­bie przy­po­mnieć na­wet te­go, jak wy­glą­da­ły drzwi do pra­cow­ni pla­stycz­nej w mo­jej szko­le. A mo­że ta­kiej po pro­stu nie by­ło?

Bli­sko pięć­dzie­siąt lat sza­ro­ści PRL-u też mo­gło­by wie­le wy­ja­śniać. Ale to nie tak. Wy­star­czy spoj­rzeć na pla­ka­ty z tam­tych cza­sów, po­roz­ma­wiać z ar­chi­tek­ta­mi, obej­rzeć sta­re zdję­cia. Mo­że i by­ło to wszyst­ko sier­mięż­ne, zgrzeb­ne i by­le ja­kie. Ale nie by­ło ki­czo­wa­te. Świat nie jest aż tak czar­no-bia­ły, by wszyst­ko, co złe, zrzu­cać na tam­tą sza­rość.

Eks­pe­ry­ment z bó­lem oczu bę­dzie moż­na po­wta­rzać u nas jesz­cze przez la­ta. Bę­dzie­my wsia­dać do sa­mo­cho­du gdzieś w Niem­czech i ru­szać na wschód. Al­bo gdzieś w Cze­chach, by skie­ro­wać się na pół­noc. Po mi­nię­ciu nie­wi­dzial­nej gra­ni­cy po­czu­je­my lek­kie ukłu­cie, lecz po­je­dzie­my da­lej. Ból bę­dzie na­ra­stał, ale prze­cież wie­my, że w koń­cu mi­nie. Ja­koś go oswo­imy.

We wstę­pie do pierw­sze­go wy­da­nia tej książ­ki na­pi­sa­łem, że jej te­mat nie jest waż­ny. Na­dal tak uwa­żam. Po­li­ty­cy umiesz­cza­ją go na sza­rym koń­cu li­sty obiet­nic wy­bor­czych. Prze­szka­dza w ro­bie­niu in­te­re­sów przed­się­bior­com. Nie roz­pa­la umy­słów. Moż­na za­py­tać prze­chod­nia na uli­cy: „Nie prze­szka­dza to pa­nu?”, i po­ka­zać pal­cem. Czło­wiek mach­nie rę­ką:

– Nie, nie prze­szka­dza. Mo­gło­by być tro­chę ład­niej­sze, ale ja się na tym nie znam – od­po­wie, a w gor­szym wy­pad­ku rzu­ci: – Lu­dzie nie ma­ją cze­go do garn­ka wło­żyć, a wy się bzdu­ra­mi zaj­mu­je­cie.

Od­by­łem dzie­siąt­ki ta­kich roz­mów. Od tam­te­go wy­da­nia Wan­ny z ko­lum­na­dą mi­nę­ło sie­dem lat. Tro­chę się jed­nak w tym cza­sie zmie­ni­ło. Ma­my w koń­cu usta­wę kra­jo­bra­zo­wą, któ­rej tak wy­cze­ki­wał Mar­cin Rut­kie­wicz, je­den z bo­ha­te­rów tek­stu Je­steś tyl­ko spoj­rze­niem. Ma­my też pręż­ne ru­chy miej­skie, któ­re do­ma­ga­ją się har­mo­nii i ła­du prze­strzen­ne­go w pol­skich mia­stach. Ma­my ca­łą ma­sę ar­chi­tek­to­nicz­nych ikon. Ale ma­my i spe­cu­sta­wę miesz­ka­nio­wą, któ­ra po­zwa­la de­we­lo­pe­rom bu­do­wać swo­je osie­dla gdzie po­pad­nie i bez uwzględ­nia­nia miej­sco­wych pla­nów za­go­spo­da­ro­wa­nia prze­strzen­ne­go. I ma­my ukry­te w zie­mi bli­zny po pra­wie trzech mi­lio­nach drzew, któ­re wy­cię­to w Pol­sce w cią­gu kil­ku za­le­d­wie mie­się­cy obo­wią­zy­wa­nia zno­we­li­zo­wa­nej usta­wy o ochro­nie przy­ro­dy zwa­nej „lex Szysz­ko”. Tym wszyst­kim zmia­nom – na lep­sze i na gor­sze – zo­sta­ły po­świę­co­ne uzu­peł­nie­nia po­szcze­gól­nych tek­stów, a tak­że no­we re­por­ta­że, któ­re za­miesz­cza­my w tym wy­da­niu. Wan­na z ko­lum­na­dą z ro­ku 2020 jest pra­wie dwa ra­zy dłuż­sza niż ta z 2013. Przy­by­ło te­ma­tów, wąt­ków i cią­gów dal­szych. Ca­ła ta no­wa-sta­ra opo­wieść koń­czy się zaś re­por­ta­żem o pro­ble­mie pol­skiej prze­strze­ni, któ­re­go w ogó­le nie wi­dać, za to bar­dzo do­brze sły­chać. Do bó­lu oczu do­łą­czył ból uszu.

Co jed­nak naj­istot­niej­sze – te­mat tej książ­ki nie był waż­ny, nie jest i praw­do­po­dob­nie już ni­g­dy nie bę­dzie. Ska­la wy­zwań, przed ja­ki­mi wkrót­ce sta­nie­my w związ­ku z ka­ta­stro­fą eko­lo­gicz­ną – przede wszyst­kim kon­se­kwen­cja­mi prze­grza­nia kli­ma­tu – spra­wi, że za­gad­nie­nie har­mo­nii w pol­skiej prze­strze­ni zej­dzie na jesz­cze dal­szy plan. Przy­naj­mniej w tych aspek­tach, któ­re do­ty­czą wy­łącz­nie es­te­ty­ki. Mia­stom, gmi­nom i wła­dzom cen­tral­nym, a tak­że sa­mym oby­wa­tel­kom i oby­wa­te­lom nie wy­star­czy ener­gii na wal­kę ze szpet­ny­mi re­kla­ma­mi i pstro­ka­ty­mi ele­wa­cja­mi w cza­sach, w któ­rych trze­ba się bę­dzie za­sta­na­wiać nad za­pew­nie­niem wszyst­kim wo­dy czy elek­trycz­no­ści. Praw­do­po­dob­nie nie bę­dzie­my mie­li już szan­sy żyć w es­te­tycz­nych, za­dba­nych mia­stach. Cze­go nie uda­ło nam się za­ła­twić w cią­gu tych ostat­nich lat ro­sną­ce­go do­stat­ku, już pew­nie za­ła­twić się nie uda. Bę­dą o wie­le pil­niej­sze spra­wy i wy­dat­ki. Ale nie zna­czy to, że za­prze­pa­ści­li­śmy szan­sę ży­cia w mia­stach w ja­kimś sen­sie lep­szych – ta­kich, któ­re są do­sto­so­wa­ne do po­trzeb lu­dzi, a nie sa­mo­cho­dów; w mia­stach, w któ­rych zie­le­ni przy­by­wa, a nie uby­wa, i w mia­stach, w któ­rych roz­wią­za­nia prze­strzen­ne bu­du­ją wspól­no­tę, a nie ją nisz­czą. O te spra­wy ca­ły czas war­to wal­czyć, ko­niecz­ność ad­ap­ta­cji do ga­lo­pu­ją­cych zmian kli­ma­tu stwa­rza szan­sę na wpro­wa­dze­nie pro­gre­syw­nych roz­wią­zań w pol­skich mia­stach. Mo­że­my to jesz­cze zro­bić, choć błę­dy, któ­re po­peł­ni­li­śmy w cią­gu ostat­nich trzech de­kad, spra­wia­ją, że nie bę­dzie to pro­ste za­da­nie.

(2013–2020)


Słow­nik: ład prze­strzen­ny

W 2009 ro­ku je­den z urzęd­ni­ków Mi­ni­ster­stwa Roz­wo­ju Re­gio­nal­ne­go na­pi­sał w swo­im ra­por­cie: „W kwe­stii ła­du prze­strzen­ne­go ma­my w Pol­sce do czy­nie­nia z bra­kiem ła­du po­ję­cio­we­go”.

W Usta­wie o pla­no­wa­niu i za­go­spo­da­ro­wa­niu prze­strzen­nym jest on de­fi­nio­wa­ny tak: „Ład prze­strzen­ny to ta­kie ukształ­to­wa­nie prze­strze­ni, któ­re two­rzy har­mo­nij­ną ca­łość oraz uwzględ­nia w upo­rząd­ko­wa­nych re­la­cjach wszel­kie uwa­run­ko­wa­nia i wy­ma­ga­nia funk­cjo­nal­ne, spo­łecz­no-go­spo­dar­cze, śro­do­wi­sko­we, kul­tu­ro­we oraz kom­po­zy­cyj­no-es­te­tycz­ne”.

W Kon­cep­cji Prze­strzen­ne­go Za­go­spo­da­ro­wa­nia Kra­ju (KPZK) de­fi­ni­cja ta brzmi na­stę­pu­ją­co: „Ład prze­strzen­ny wy­ra­ża za­rów­no funk­cjo­nal­ność, lo­gi­kę, czy­tel­ność i ja­sność struk­tur prze­strzen­nych, jak i ich zhar­mo­ni­zo­wa­nie z przy­ro­dą, wy­so­ką uży­tecz­ność i efek­tyw­ność we wszyst­kich ska­lach: od lo­kal­nej do kra­jo­wej”.

W Pol­skiej Po­li­ty­ce Ar­chi­tek­to­nicz­nej ład prze­strzen­ny to „stan or­ga­ni­za­cji prze­strze­ni speł­nia­ją­cy wy­mo­gi ja­ko­ści ży­cia spo­łecz­ne­go, kul­tu­ry, eko­no­mii i zrów­no­wa­żo­ne­go śro­do­wi­ska”.

Je­śli po­szpe­rać dłu­żej, tych de­fi­ni­cji znaj­dzie się jesz­cze kil­ka. Pol­scy urba­ni­ści i ar­chi­tek­ci mó­wią, że ta obo­wią­zu­ją­ca ni­g­dzie nie zo­sta­ła spi­sa­na. Brzmi ona tak: „Ład prze­strzen­ny to jest coś, o czym każ­dy w Pol­sce sły­szał, ale nikt od daw­na te­go nie wi­dział”.

 

Uciecz­ka z uli­cy Urba­ni­stów

Nikt o tym nie ma­rzył, po pro­stu tak wy­szło. Ad­res ani do­bry, ani zły. Czte­ry­sta me­trów prze­cięt­no­ści z wa­rzyw­nia­kiem po­środ­ku. Po bo­kach blo­ki, w blo­kach przy­cia­sne miesz­kan­ka. Ta­kie więk­sze wnę­ki na sza­fy, z okna­mi. Ścia­ny cien­kie, kuch­nie śle­pe. W zi­mie dość chłod­no, w le­cie ciut za cie­pło. Tro­chę zie­le­ni i tro­chę psich gó­wien, par­kin­gi gdzie po­pad­nie. Nic tu nie za­chwy­ca, bo nie mia­ło za­chwy­cać. Cho­dzi­ło o za­spo­ko­je­nie naj­bar­dziej pry­mi­tyw­ne­go gło­du, ja­ki mo­że od­czu­wać mia­sto – gło­du miesz­kań. Są więc blo­ki z wi­do­kiem na blo­ki. Mo­der­nizm spro­wa­dzo­ny do czy­stej fi­zjo­lo­gii. Wy­kwit prag­ma­ty­zmu bez gra­ma fi­ne­zji.

Co kil­ka lat Cen­trum Ba­da­nia Opi­nii Spo­łecz­nej za­da­je Po­la­kom dwa py­ta­nia. Na pierw­sze z nich – „Gdzie miesz­kasz?” – pra­wie po­ło­wa re­spon­den­tów od­po­wia­da, że w blo­ku. Od­po­wiedź na dru­gie – „Gdzie chciał­byś miesz­kać?” – jest jesz­cze prost­sza. Brzmi ona: „Nie tu­taj”.

A za­tem War­sza­wa, uli­ca Urba­ni­stów – miej­sce, z któ­re­go Po­la­cy chcą uciec.

Szcze­cin. Nie­dziel­ny czerw­co­wy wie­czór. Cen­trum mia­sta w świe­tle ban­ko­wych wi­tryn. Ide­al­nie pu­ste ka­wiar­nie. Da­lej – no­wa ga­le­ria han­dlo­wa, jesz­cze w bu­do­wie. Pu­sty par­king, szo­pa z dyk­ty, re­kla­mo­wy ekran na la­we­cie. Po­tem dep­tak, grup­ka dzie­cia­ków na ław­ce. Po pro­stu sie­dzą i pa­trzą. Głę­biej jesz­cze dwa par­kin­gi i ca­ły ciąg bud i bu­dek za­bi­tych de­cha­mi. Moż­na by tu ku­pić ke­bab, ale aku­rat za­mknię­te. Jesz­cze szo­pa z kur­cza­ka­mi, sto­isko ze sznu­ro­wa­dła­mi i fa­cet pa­lą­cy pa­pie­ro­sa. Zno­wu ga­le­ria han­dlo­wa.

Po dro­dze plac z pół­pu­sty­mi ogród­ka­mi i klu­bem go-go.

Da­lej kiosk, a w nim lo­kal­na ga­ze­ta z ty­tu­łem Co się dzie­je z na­szym cen­trum?.

Cał­kiem in­ne nie­dziel­ne po­po­łu­dnie w Ło­dzi. So­bo­ta w Po­zna­niu, pią­tek w Ka­to­wi­cach, czwar­tek w Lu­bli­nie, śro­da we Wro­cła­wiu.

By­wa tam tak, że się czło­wiek za­sta­na­wia, czy nie wy­da­rzy­ło się coś, o czym nie wie, coś, co ka­za­ło in­nym zo­stać w do­mu. Za­ra­za al­bo woj­na.

Naj­pierw zni­ka­ją lu­dzie. Po­tem ka­wiar­nie, księ­gar­nie, ma­łe ba­ry, miej­sca, gdzie moż­na po­sie­dzieć. Za­miast nich po­ja­wia­ją się ban­ki, sa­lo­ny te­le­fo­nii ko­mór­ko­wej. Pra­cow­ni­cy za­my­ka­ją wszyst­ko na klucz o osiem­na­stej i zni­ka­ją.

Ta pust­ka to wła­śnie sku­tek uciecz­ki.

Naj­bo­gat­si ucie­ka­ją do gó­ry. To upra­gnio­ny kie­ru­nek. Jest 23 ma­ja 2012 ro­ku, wiatr i czer­wo­ny dy­wan. Pa­nie przy­trzy­mu­ją fi­ne­zyj­ne kre­acje, pa­no­wie przy­gła­dza­ją nie­sfor­ne grzyw­ki, kar­dy­nał pil­nu­je pe­le­ryn­ki.

Sły­chać pe­łen em­fa­zy głos Pio­tra Fron­czew­skie­go:

– Oto Sky To­wer, ma­rze­nie i dzie­ło Lesz­ka Czar­nec­kie­go. Pa­nie pre­ze­sie, pro­szę o sym­bo­licz­ne prze­cię­cie wstę­gi.

Jesz­cze fan­fa­ry i ze­bra­ni ru­sza­ją do środ­ka. Przo­dem pre­zes z mał­żon­ką (ona po­tem po­wie, że jest mu za ten bu­dy­nek ta­ka wdzięcz­na), da­lej pre­zy­dent Lech Wa­łę­sa, Le­szek Bal­ce­ro­wicz i kar­dy­nał w pur­pu­rze. Za ni­mi in­ni go­ście. Wszy­scy ze sta­tu­sem VIP-a.

Oglą­da­niu to­wa­rzy­szy za­dzie­ra­nie gło­wy, przy któ­rym usta otwie­ra­ją się mi­mo­wol­nie, lecz mil­czą. Chwi­lę po­tem pre­zes z kie­lisz­kiem szam­pa­na w dło­ni stoi już na czer­wo­nym po­dium i mó­wi:

– Nie py­taj, co twój kraj mo­że zro­bić dla cie­bie, py­taj, co ty mo­żesz zro­bić dla swo­je­go kra­ju.

Eks­plo­zja kon­fet­ti. Eks­plo­zja okla­sków. Fan­fa­ry.

– Roz­ma­wia­łem dziś ra­no z pre­zy­den­tem Wa­łę­są o tym, jak po­win­na być bu­do­wa­na Eu­ro­pa. By­li­śmy zgod­ni, że po­win­na być bu­do­wa­na w opar­ciu o war­to­ści – do­da­je pre­zes. – Ten bu­dy­nek jest te­go przy­kła­dem.

Pa­trząc na Sky To­wer z bo­ku, moż­na by uznać, że je­dy­ną war­to­ścią, któ­ra przy­świe­ca­ła je­go po­wsta­niu, był roz­miar. Moż­na by, gdy­by się by­ło zło­śli­wym. A prze­cież się nie jest.

– To wbrew po­zo­rom nie jest kwe­stia mo­je­go ego, ale je­śli ktoś tak chce uwa­żać, to mo­że uznać, że mo­je ego zo­sta­ło za­spo­ko­jo­ne – ri­po­stu­je pro­fi­lak­tycz­nie pre­zes.

Je­śli nie wiel­kość, to mo­że zysk? Fir­my Czar­nec­kie­go wpom­po­wa­ły w Sky To­wer mi­liard zło­tych. Ce­ny miesz­kań wa­ha­ją się tu od dzie­się­ciu do trzy­dzie­stu sze­ściu ty­się­cy zło­tych za metr. Naj­droż­szy, dwu­po­zio­mo­wy apar­ta­ment o po­wierzch­ni sied­miu­set me­trów kwa­dra­to­wych z ba­se­nem kosz­tu­je po­nad dwa­dzie­ścia mi­lio­nów zło­tych.

– Ni­g­dy nie in­te­re­so­wał mnie wy­nik fi­nan­so­wy tej in­we­sty­cji. Naj­waż­niej­sze by­ło skoń­cze­nie te­go mo­nu­men­tal­ne­go obiek­tu. Chcie­li­śmy dać war­tość mia­stu – za­zna­cza czwar­ty z naj­bo­gat­szych Po­la­ków.

A więc zysk też nie. Być mo­że war­to­ścią, któ­rą pre­zes ma na my­śli, ale o tym nie mó­wi, jest aro­gan­cja? Sky To­wer to je­dy­ny dra­pacz chmur we Wro­cła­wiu i pa­su­je do te­go mia­sta jak pięść do no­sa. Miał być naj­wyż­szy w kra­ju, ale kry­zys po­krzy­żo­wał pre­ze­so­wi pla­ny i pal­mę pierw­szeń­stwa na­dal dzier­ży war­szaw­ski dar Sta­li­na. Ale i tak Sky To­wer wi­dać nie­mal z każ­de­go za­kąt­ka mia­sta, wi­dać z ob­wod­ni­cy Wro­cła­wia, wi­dać z pod­miej­skich osie­dli. Praw­do­po­dob­nie nie wi­dać go tyl­ko z ko­smo­su. Je­go prze­su­wa­ją­cy się po mie­ście cień jest jak wska­zów­ka gi­gan­tycz­ne­go ze­ga­ra, któ­ra w mie­sią­cach let­nich oko­ło go­dzi­ny czter­na­stej trzy­dzie­ści do­cie­ra nad wro­cław­ski ry­nek. O Sky To­wer nie da się nie pa­mię­tać, na ten bu­dy­nek się pa­trzy, czy się te­go chce, czy nie. Przy­po­mi­na Pa­łac Kul­tu­ry nie tyl­ko wy­so­ko­ścią, ale też to­tal­no­ścią, z ja­ką funk­cjo­nu­je w prze­strze­ni. W za­pew­nie­nia pre­ze­sa, że nie cho­dzi­ło o ego, trud­no uwie­rzyć.

Dra­pa­cze chmur za­wsze by­ły for­mą uciecz­ki. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych pod ko­niec XIX wie­ku ucie­ka­no przed ro­sną­cy­mi ce­na­mi dzia­łek. Trze­ba by­ło z nich wy­ci­snąć, ile się da. Tam­ten po­mysł spraw­dził się tyl­ko po­ło­wicz­nie, wie­żow­ce za­bi­ły cen­tra ame­ry­kań­skich miast. Wie­czo­ra­mi jest tam pu­sto.

Ci, któ­rzy dziś ku­pu­ją miesz­ka­nia na czter­dzie­stym pię­trze, ucie­ka­ją przede wszyst­kim od mia­sta. Chcą mieć ciast­ko i zjeść ciast­ko. Stać ich. Od zgieł­ku chro­nią tu po­trój­ne szy­by, od smro­du – wy­so­kość i kli­ma­ty­za­cja, kon­takt z na­tu­rą za­pew­ni bli­skość nie­ba al­bo, od bie­dy, pry­wat­ny ta­ras z zie­le­nią, o któ­rą za­dba „pan od do­ni­czek”.

W do­le po­zo­sta­nie pust­ka. Bo ci, któ­rych nie stać na uciecz­kę do gó­ry, mu­szą roz­peł­znąć się na bo­ki.

To wła­śnie z po­wo­du uciecz­ki mu­sia­ły umrzeć bo­cia­ny w szcze­ciń­skim War­sze­wie. Miej­sco­wi mó­wią, że by­ły tu od za­wsze, to zna­czy od­kąd na bo­cia­na mó­wi się tu bo­cian, a nie der Storch. Gniaz­do by­ło naj­pierw na ko­mi­nie sta­rej pie­kar­ni, nie­da­le­ko ko­ścio­ła. Gdy ko­min za­czął się roz­pa­dać, umiesz­czo­no je na spe­cjal­nym słu­pie. To był rok 1998 i w War­sze­wie, obrzeż­nej dziel­ni­cy Szcze­ci­na, nie by­ło jesz­cze zbyt wie­lu do­mów. Bo­cia­ny przy­la­ty­wa­ły co wio­snę, skła­da­ły ja­ja, wy­cho­wy­wa­ły po­tom­stwo i od­la­ty­wa­ły. Miesz­kań­cy na ty­le je po­lu­bi­li, że naj­pierw nada­li im imio­na – An­tek i To­sia – a z cza­sem za­in­sta­lo­wa­li przy ich gnieź­dzie ka­me­ry in­ter­ne­to­we. Od tej chwi­li już każ­dy w Pol­sce mógł ob­ser­wo­wać war­szew­skie boć­ki. Faj­nie by­ło.

Aż przy­szedł 2010 rok i któ­re­goś dnia in­ter­nau­ci ude­rzy­li na alarm, że pi­skla­ki w gnieź­dzie prze­sta­ły się ru­szać. We­zwa­no straż po­żar­ną i we­te­ry­na­rzy. Mar­twe pta­ki wy­do­by­to z gniaz­da. Ich sek­cja wy­ka­za­ła, że za­nim znie­ru­cho­mia­ły, naja­dły się szkła.

Ta hi­sto­ria po­wtó­rzy­ła się rok póź­niej. Zno­wu alarm in­ter­nau­tów i trzy mar­twe pta­ki w gnieź­dzie. Dwa na­stęp­ne nie prze­ży­ły na­wet do­by. W ich żo­łąd­kach zna­le­zio­no ka­wał­ki ka­fli, ce­gieł i fo­lię. Nie zna­le­zio­no na­to­miast zbyt wie­le te­go, czym nor­mal­nie ży­wią się bo­cia­ny. Wszyst­ko przez to, że An­tek i To­sia nie ma­ją już gdzie na War­sze­wie po­lo­wać. Rocz­nie przy­by­wa tu oko­ło ty­sią­ca miesz­kań­ców. Już nikt nie pa­mię­ta, kie­dy daw­ne łą­ki i po­la zo­sta­ły za­mie­nio­ne na dział­ki, ogro­dzo­ne pło­ta­mi i sprze­da­ne. Sto­ją tam te­raz do­my. Je­śli spoj­rzeć na War­sze­wo z lo­tu pta­ka, sta­je się ja­sne, że czas bo­cia­nów w tym miej­scu wła­śnie do­biegł koń­ca.

Je­śli chcieć szu­kać lu­dzi, któ­rych nie ma w cen­trum Szcze­ci­na czy in­nych pol­skich miast, to trze­ba tę spra­wę po­łą­czyć z bo­cia­na­mi z War­sze­wa.


– Pod­ręcz­ni­ko­wy przy­kład! – eks­cy­tu­je się Mi­chał Be­im i wy­ska­ku­je z sa­mo­cho­du. Gra­mo­lę się za nim, przy­świe­ca­jąc te­le­fo­nem i pró­bu­jąc zo­ba­czyć co­kol­wiek. Ni­by to naj­krót­sza noc w ro­ku, więc po­win­no być jesz­cze ja­sno, ale nie jest. Mi­chał za­dzwo­nił do mnie przed go­dzi­ną i za­py­tał, czy miał­bym ocho­tę spę­dzić noc świę­to­jań­ską z dwo­ma urba­ni­sta­mi w sa­mo­cho­dzie. Pro­po­zy­cja brzmia­ła fa­scy­nu­ją­co, więc się zgo­dzi­łem. Po­je­cha­li­śmy. Naj­pierw za­py­ta­łem ich, czy się czu­ją po­trzeb­ni, ale za­czę­li się ze mnie śmiać, więc już się nie od­zy­wa­łem. Te­raz gdzieś mię­dzy Swa­rzę­dzem a Po­zna­niem ła­zi­my po bu­do­wach no­wych osie­dli i oglą­da­my coś, co fa­chow­cy na­zy­wa­ją sub­ur­ba­ni­za­cją al­bo spraw­lem. A cho­dzi po pro­stu o to, że mia­sto się roz­le­wa.

To tak na­praw­dę jest dość pro­ste. Co­raz wię­cej ro­dzin my­śli o kup­nie wła­sne­go „M”, naj­le­piej na ci­chych i spo­koj­nych przed­mie­ściach. Na miesz­ka­nie w cen­trum i tak ich zresz­tą nie stać. Na apar­ta­ment na czter­dzie­stym pię­trze tym bar­dziej. Na obrze­żach miast szyb­ko po­wsta­ją więc idyl­licz­ne z na­zwy osie­dla. Idyl­la ma tam mniej wię­cej trzy­let­ni okres waż­no­ści, bo chęt­nych jest spo­ro, a ci­szy i spo­ko­ju nie wy­star­cza dla wszyst­kich. Za­raz bu­du­je się więc ko­lej­ne sku­pi­ska do­mów, tro­chę da­lej, bar­dziej na obrze­żach.

Te­go pro­ce­su nikt dziś w Pol­sce nie kon­tro­lu­je. Przy­glą­da­ją mu się jed­nak z ro­sną­cym nie­po­ko­jem na­ukow­cy. Jed­nym z nich jest dok­tor Mi­chał Be­im, eks­pert z In­sty­tu­tu So­bie­skie­go. Kil­ka ra­zy w mie­sią­cu wsia­da do au­ta al­bo na ro­wer i je­dzie oglą­dać „pod­ręcz­ni­ko­we przy­kła­dy”. Pod Swa­rzę­dzem osie­dla dom­ków jed­no­ro­dzin­nych wy­ra­sta­ją jed­no po dru­gim. Kra­jo­braz co pół ro­ku wy­glą­da ina­czej. Ktoś, kto ku­po­wał do­mek z wi­do­kiem na las al­bo łą­kę, po­wi­nien wła­ści­wie ca­ły czas stać w oknie i się ga­pić, bo za dwa, trzy la­ta te­go wi­do­ku już mieć nie bę­dzie. To pew­ne.

Ale sprawl w Pol­sce to coś wię­cej niż tyl­ko roz­sy­pa­ne cha­otycz­nie dom­ki. To tak­że ni­sko­bu­dże­to­we blo­ki, do któ­rych do­je­chać da się je­dy­nie wy­so­ko­bu­dże­to­wym sa­mo­cho­dem z na­pę­dem na czte­ry ko­ła, bo o do­pro­wa­dze­niu do nich dro­gi nikt nie po­my­ślał.

– De­we­lo­pe­rzy mo­gą lu­dziom obie­cy­wać wszyst­ko, i to ro­bią. Skle­py, szko­ły i pla­ce za­baw. Ale ta­kie miej­sca ni­g­dy nie bę­dą mia­ły do­brej in­fra­struk­tu­ry, bo one już na eta­pie pro­jek­tu zo­sta­ły bez­pow­rot­nie znisz­czo­ne – mó­wi Be­im. – Cza­sa­mi my­ślę, że ofer­ty de­we­lo­per­skie do­ty­czą­ce przed­mieść po­win­ny być w Pol­sce opa­trzo­ne ta­ki­mi sa­my­mi ostrze­że­nia­mi, ja­kie są na pa­pie­ro­sach.

13 grud­nia 2011 ro­ku za­stęp­ca bur­mi­strza war­szaw­skiej dziel­ni­cy Bia­ło­łę­ka Piotr Ja­wor­ski przy­wdzie­wa ge­ne­ral­ski mun­dur, na nos wsu­wa ciem­ne oku­la­ry, sia­da przed włą­czo­ną ka­me­rą i prze­ma­wia:

– Kie­row­cy i kie­row­czy­nie! Lu­du pra­cu­ją­cy Bia­ło­łę­ki, w trzy­dzie­stą rocz­ni­cę wpro­wa­dze­nia sta­nu wo­jen­ne­go zwra­cam się do was ja­ko Prze­wod­ni­czą­cy Unii Prze­peł­nio­nych Ar­te­rii. Na­sza bia­ło­łęc­ka oj­czy­zna sta­nę­ła nad prze­pa­ścią i te­raz mu­si­my zro­bić krok na­przód. Do­ro­bek ca­łych ro­dzin, na­by­te za cięż­ko za­ro­bio­ne pie­nią­dze sa­mo­cho­dy ule­ga­ją ru­inie. Blo­ka­dy, kor­ki, ak­cje pro­te­sta­cyj­ne sta­ły się nor­mal­no­ścią. Wczo­raj wie­czo­rem wie­le par­kin­gów by­ło oku­po­wa­nych. Pa­da­ją we­zwa­nia do fi­zycz­nej roz­pra­wy z wro­giem – kor­ka­mi na Mo­dliń­skiej, Ma­ry­wil­skiej i Pło­cho­ciń­skiej…

 

Przez na­stęp­nych sześć mi­nut na­gra­nia bur­mistrz Ja­wor­ski zdą­ży ogło­sić dro­go­wy stan wy­jąt­ko­wy na uli­cach Bia­ło­łę­ki. Za­rzą­dza ogra­ni­cze­nia w po­ru­sza­niu się po dro­gach; od­tąd jaz­da le­wym pa­sem ma być moż­li­wa je­dy­nie no­cą i na wstecz­nym bie­gu. Ci, któ­rzy na te­re­nie Bia­ło­łę­ki nie pła­cą po­dat­ków, a tu miesz­ka­ją, bę­dą mo­gli po­ru­szać się dro­ga­mi pu­blicz­ny­mi w kie­run­ku War­sza­wy tyl­ko w dni pa­rzy­ste, a z War­sza­wy w dni nie­pa­rzy­ste. Miesz­ka­ją­cy po­za Bia­ło­łę­ką otrzy­mu­ją przy­wi­lej spraw­dze­nia, czy ma­ją pierw­szeń­stwo na prze­jaz­dach ko­le­jo­wych, zwol­nie­ni są też z ustę­po­wa­nia pierw­szeń­stwa tram­wa­jom. Na uli­cach po­ja­wią się ko­mi­sa­rze dro­go­wi w trans­por­te­rach opan­ce­rzo­nych i czoł­gach.

– Ci, któ­rzy się nie do­sto­su­ją, otrzy­ma­ją na­kaz jeż­dże­nia po lo­dzie Ka­na­łu Że­rań­skie­go, do któ­re­go pro­fi­lak­tycz­nie wpu­ści się kro­ko­dy­le. PU­PA bro­ni, PU­PA ra­dzi, PU­PA ni­g­dy cię nie zdra­dzi – koń­czy bur­mistrz Ja­wor­ski, a sto­ją­cy za nim za­ma­sko­wa­ni po­li­cjan­ci pod bro­nią krzy­czą grom­ko:

– Niech moc bę­dzie z wa­mi!

Film tra­fia do in­ter­ne­tu. Te­mat pod­chwy­tu­ją me­dia. Przez chwi­lę o bur­mi­strzu jest gło­śno.

– Ta­kie so­bie ja­ja zro­bi­łem – mó­wi dziś. – Ktoś na­wet zgło­sił w pro­ku­ra­tu­rze, że zhań­bi­łem mun­dur ge­ne­ra­ła Woj­ska Pol­skie­go; by­łem na tę oko­licz­ność prze­słu­chi­wa­ny. Spra­wę umo­rzo­no, bo mun­dur był z te­atru, wy­po­ży­czy­łem za dwie­ście zło­tych, z wła­snej kie­sze­ni.

– A po­li­cjan­ci i broń by­li praw­dzi­wi? – py­tam.

– Pan, jak wszy­scy, za­miast sku­pić się na me­ri­tum, zaj­mu­je się bzdu­ra­mi. By­li praw­dzi­wi i mie­li po­zwo­le­nie do­wód­ców. Za­py­tał­by mnie pan, po co to zro­bi­łem.

– Po co więc pan to zro­bił?

– Niech pan po­dej­dzie tu, do okna. Wi­dzi pan uli­cę? To jest Mo­dliń­ska. Jak jesz­cze nie by­ło mo­stu Pół­noc­ne­go, to ko­rek za­czy­nał się wła­śnie tu. Go­dzi­na sta­nia, że­by wy­je­chać z dziel­ni­cy. Jak ktoś za­czy­nał pra­cę o siód­mej gdzieś na Mo­ko­to­wie, wsta­wał przed pią­tą. Hor­ror!

Od 1994 ro­ku licz­ba miesz­kań­ców Bia­ło­łę­ki po­dwa­ja się co de­ka­dę. Dziś jest tu za­mel­do­wa­nych po­nad sto dwa­dzie­ścia ty­się­cy lu­dzi (sza­cu­je się, że oko­ło trzy­dzie­stu ty­się­cy miesz­ka bez mel­dun­ku). Wła­dze dziel­ni­cy za­kła­da­ją, że do 2025 ro­ku bę­dzie tu żyć na­wet sto sie­dem­dzie­siąt ty­się­cy, ale w su­mie mo­że tu kie­dyś miesz­kać dwie­ście sie­dem­dzie­siąt ty­się­cy. To ty­le, ile ma­ją dziś Ka­to­wi­ce.

Wszy­scy ci lu­dzie ru­sza­ją ra­no do pra­cy, a na dro­gach wy­lo­to­wych z dziel­ni­cy ro­bią się gi­gan­tycz­ne kor­ki. Na Bia­ło­łę­kę nie do­jeż­dża tram­waj ani me­tro (i ni­g­dy ra­czej do­jeż­dżać nie bę­dzie). Część dziel­ni­cy jest cał­ko­wi­cie od­cię­ta od świa­ta, nie ma au­to­bu­sów, a te, któ­re są, kur­su­ją zbyt rzad­ko. Nie ma też szkół, przed­szko­li, skle­pów, ośrod­ków spor­to­wych. Nie ma chod­ni­ków ani par­ków. Są za to ta­nie blo­ki upy­cha­ne przez de­we­lo­pe­rów na mi­kro­sko­pij­nych dział­kach i sta­wia­ne w środ­ku po­la osie­dla sze­re­gow­ców, do któ­rych pro­wa­dzi jed­na dro­ga. Sa­te­li­tar­ne zdję­cia Bia­ło­łę­ki wy­glą­da­ją jak zły sen urba­ni­sty. Do­szło tu do ka­ta­stro­fy ab­so­lut­nej, po­wsta­ło przed­miej­skie pie­kło, z któ­rym wła­ści­wie nie da się już nic zro­bić.

– Miesz­kań­ców tak szyb­ko przy­by­wa, że gdy tyl­ko koń­czy­my ja­kąś in­we­sty­cję, oka­zu­je się ona nie­wy­star­cza­ją­ca. Na gwałt bu­du­je­my kil­ka szkół, bo do tych, któ­re są, dzie­cia­ki już cho­dzą na trzy zmia­ny i ostat­nie lek­cje koń­czą się przed siód­mą. Nie ma­my na­rzę­dzi, by po­wstrzy­mać ape­ty­ty de­we­lo­pe­rów, cu­dem nam się uda­ło zmu­sić nie­któ­rych do bu­do­wa­nia dróg na wła­sny koszt – wy­li­cza swo­je pro­ble­my Ja­wor­ski. – Miesz­kań­cy bio­rą spra­wy w swo­je rę­ce, część chcia­ła na­zwać jed­ną z ulic imie­niem Bez­rad­no­ści Miesz­kań­ców Bia­ło­łę­ki. Ostat­nio po­wsta­ła u nas pierw­sza pry­wat­na bi­blio­te­ka, bo nie mo­gli się do­cze­kać pu­blicz­nej. Dzia­ła u ko­goś w do­mu.

De­we­lo­pe­rzy nie sprze­da­ją do­mów, oni sprze­da­ją obiet­ni­ce. Na wi­zu­ali­za­cjach ich osie­dla to za­to­pio­ne w zie­le­ni ra­je. Na tę zie­leń trze­ba tam po­cze­kać kil­ka­na­ście lat, więc sło­wa „eli­tar­ne i pre­sti­żo­we” wy­pi­sa­ne na bil­l­bo­ar­dach naj­więk­szą czcion­ką pło­wie­ją od słoń­ca. Na ra­zie więc obiet­ni­cę re­ali­zu­je bud­ka straż­ni­ka i au­to­ma­tycz­na bra­ma.

Tak jest nie­mal wszę­dzie. Ulicz­ka Kwit­ną­cej Gru­szy nie­wie­le ma wspól­ne­go z gru­sza­mi, bo nie ma przy niej ani jed­ne­go drze­wa (tak sa­mo jak przy krzy­żu­ją­cej się z nią uli­cy Ci­chej Ja­bło­ni). Na Dę­bo­wej nie ma dę­bów, tyl­ko mi­zer­niut­kie klo­ny, któ­re nie wy­szły z wie­ku sa­dzon­ki. Na Ci­chej jest gło­śno, na Spo­koj­nej jest nie­spo­koj­nie, bo to aku­rat ob­jazd kor­ków do mia­sta. Uli­ca En­kla­wy nie ma nic wspól­ne­go z en­kla­wą, na Świe­tli­stej nie ma la­tar­ni, na Uro­czej jest ra­czej okrop­nie. Sand Ci­ty w Pia­secz­nie jest bar­dziej Sand niż Ci­ty, a Zie­lo­na Ita­lia we Wło­chach bę­dzie mia­ła ty­le wspól­ne­go z siel­ską Ita­lią, co osie­dle Raj­ska Do­li­na z ra­jem. Jest jesz­cze Le­śny Dukt, z któ­re­go nie wi­dać na­wet ka­wał­ka la­su, i Płu­dy Vil­la­ge, o któ­rych nie do koń­ca wia­do­mo, co my­śleć.

Na Tru­skaw­ko­wej kęp­ki tra­wy nie uświad­czysz, o krzacz­ku tru­ska­wek nie wspo­mi­na­jąc. Jesz­cze do nie­daw­na nie pro­wa­dzi­ła tu żad­na po­rząd­na dro­ga, dla­te­go przed do­ma­mi sto­ją po­rząd­ne, te­re­no­we sa­mo­cho­dy.

– Dla­cze­go ro­bisz zdję­cia? – py­ta mnie mniej wię­cej czter­dzie­sto­let­ni fa­cet w przy­ku­rzo­nym SUV-ie.

– Ro­bię re­por­taż o przed­mie­ściu – od­po­wia­dam.

– To nie jest przed­mie­ście, to Wro­cław. Gra­ni­cę mia­sta ma­my za pło­tem. Ku­po­wa­łem dom w mie­ście.

Mil­czy­my przez chwi­lę, roz­glą­dam się wo­kół. Za tym pło­tem, któ­ry wska­zał, wi­dzę ob­sia­ne po­le, da­lej kil­ka drzew i zno­wu po­le.

– Czę­sto mu­si pan to so­bie po­wta­rzać? – py­tam.

– Raz w mie­sią­cu, gdy pła­cę ra­tę kre­dy­tu. Zi­mą tro­chę czę­ściej – od­po­wia­da.

Ży­cie na przed­mie­ściu przy­po­mi­na cza­sem grę w mo­no­pol, w któ­rej na każ­dym po­lu cze­kasz al­bo się z nie­go co­fasz. Spóź­ni­łeś się na au­to­bus, na­stęp­ny jest za czter­dzie­ści mi­nut. Cze­kasz dwie run­dy. Za­po­mnia­łeś ze skle­pu ja­jek, a już wy­pi­łeś pi­wo – wra­casz do skle­pu pie­szo, a to dwa­dzie­ścia mi­nut w jed­ną stro­nę. Co­fasz się o dwa po­la. Na wy­lo­tów­ce zno­wu ko­rek. Dwie run­dy. Mu­sisz za­wieźć dziec­ko do przed­szko­la i nad­kła­dasz dro­gi. Run­da.

Osie­dle Kom­po­zy­to­rów w pod­po­znań­skiej Szre­nia­wie. Ka­ta­rzy­na po­da­wa­nia na­zwi­ska wo­la­ła­by unik­nąć. Nie że­by się wsty­dzi­ła, po pro­stu czu­ła­by dys­kom­fort, mo­że zna­jo­mi by się tro­chę śmia­li. Nie chce im da­wać sa­tys­fak­cji.

– Wie pan, to pierw­sza roz­mo­wa, przed któ­rą szcze­rze mu­sia­łam zro­bić li­stę plu­sów i mi­nu­sów.

– Wcze­śniej pa­ni nie ro­bi­ła?

– Wcze­śniej to był spon­tan. Mie­li­śmy ku­pić miesz­ka­nie w cen­trum Po­zna­nia, ale zna­jo­ma nam po­wie­dzia­ła, że zna ko­goś, kto ma ta­nie dział­ki pod la­sem. Ci­sza, spo­kój, za oknem park na­ro­do­wy. Po­je­cha­li­śmy, a ja się za­ko­cha­łam w tym miej­scu. Tu wte­dy nic nie by­ło. Po­li­czy­li­śmy pie­nią­dze, do­bra­li­śmy tro­chę kre­dy­tu i ku­pi­li­śmy. Bu­do­wa strasz­nie się cią­gnę­ła, a do nas do­cie­ra­ło, że wy­pro­wa­dza­my się za mia­sto. Jak już wszyst­ko by­ło go­to­we, przez rok nie mo­gli­śmy się ze­brać do prze­pro­wadz­ki. W koń­cu się spa­ko­wa­li­śmy i po­je­cha­li­śmy. Wkrót­ce po­tem ku­pi­łam dru­gi sa­mo­chód, bo jeż­dże­nie jed­nym do pra­cy oka­za­ło się nie­moż­li­we. Syn wy­brał szko­łę na dru­gim koń­cu mia­sta, dwa­dzie­ścia pięć ki­lo­me­trów w jed­ną stro­nę. Ra­chun­ki za pa­li­wo prze­kro­czy­ły ty­siąc trzy­sta zło­tych. A po­tem przy­szła zi­ma i za­chcia­ło mi się pła­kać. Nie mam tu żad­nych zna­jo­mych. Raz pró­bo­wa­li­śmy zro­bić gril­la z są­sia­da­mi, ale nie za­iskrzy­ło. Ja nie umiem roz­ma­wiać o te­le­wi­zo­rach pla­zmo­wych, je­śli wie pan, co mam na my­śli. To są kom­plet­nie ob­cy mi lu­dzie, a przy­ja­cie­le z Po­zna­nia nie chcą przy­jeż­dżać, bo to dla nich ca­ła wy­pra­wa.