Miedzianka. Historia znikaniaTekst

Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Miedzianka. Historia znikania
Miedzianka. Historia znikania
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,80  43,84 
Miedzianka. Historia znikania
Audio
Miedzianka. Historia znikania
Audiobook
26,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Vatti ist nicht da

„Tuż przed wojną o biedzie i nędzy z czasów Wielkiego Kryzysu już nikt z nas nie pamiętał. Gospodarczo wszystko szło w górę, niemal w ogóle nie było bezrobotnych, zatrudniono ich przy budowie autostrad, pozwolono im także pracować poza krajem. Lokalni rzemieślnicy dostali dużo zleceń. O tym, że burmistrz musiał informować policję o sympatiach politycznych mieszkańców, dowiedziałem się dopiero, gdy wprowadzono obowiązek służby wojskowej, a Niemcy zaczęły się otwarcie zbroić”5.

– W szkole odbywały się apele, w czasie których wszyscy musieliśmy stać przez godzinę z ręką wyprostowaną w geście hitlerowskiego pozdrowienia. Zwykle organizatorem tych uroczystości był pan Wendler, rzadziej inni nauczyciele.

W szkole mówiono nam także, że pod żadnym pozorem nie wolno nam jeździć na sankach główną drogą do Jannowitz.

– Jeszcze w czasie mojego pobierania nauki zaczęli przybywać do Kupferbergu pierwsi uciekinierzy ze Wschodu: pan Stolpe z rodziną, który mieszkał wcześniej w prowincji Posen, i pan Rose z żoną z rosyjskiej Ukrainy. Wszyscy oni mogli dużo nam opowiedzieć o prześladowaniach, które musieli znosić obywatele niemieccy w Polsce i Związku Radzieckim. Poza tym życie w Kupferbergu przed wybuchem II wojny światowej płynęło harmonijnie.

– Przez całe lata Wilhelm Ducksch, który prowadził u nas warsztat rymarski, ledwo wiązał koniec z końcem i wiele razy znajdował się na krawędzi bankructwa. W 1935 roku otrzymał duże zamówienia związane z rozbudową lotnictwa wojskowego. Pomieszczenia na strychu gospody przestały wystarczać Duckschowi i musiał wyprowadzić całą produkcję do Petersdorfu. Tam rozwinął skrzydła, jednak jego doskonałych walizek i wyrobów ze skóry nikt już w Kupferbergu kupić nie mógł.

– W 1938 roku wielu młodych mężczyzn z Kupferbergu zostało powołanych do Wehrmachtu i wzięli oni udział w zajęciu Austrii, Sudetów i Czech. Rok później wszyscy mieliśmy wielką nadzieję, że marsz do Polski obejdzie się bez wojny. Nadzieje te okazały się jednak płonne.

Pierwszym mieszkańcem Kupferbergu, który poległ na polskim polu bitwy, był Alfons Müller, syn kantora Müllera. Im dłużej szalała wojna, tym rzadziej widzieliśmy młodych mężczyzn, tylko czasem przyjeżdżali do miasteczka na urlop. O tym, co się działo na froncie, jednak nie opowiadali.

– To była po prostu długotrwała nieobecność ojca. Wtedy się zaczęła, zresztą nigdy go już potem nie zobaczyłem, więc dla mnie wybuch wojny to było zniknięcie ojca i nic więcej. Nie wiedziałem nawet, dokąd on pojechał i co tam robi.

To była cała nasza wojna. Jej jedyną oznaką było to, że w miasteczku zostały same kobiety z dziećmi oraz starcy.

– Jeszcze przed wojną w Kupferbergu i okolicznych wsiach działało kilka organizacji młodzieżowych. Każda z nich miała nieco inny rodzaj mundurów. Im bliżej wojny, tym tych mundurów było mniej, a coraz więcej pojawiało się brunatnych koszul Hitlerjugend. Nikomu jednak nie przyszło do głowy, żeby się na nazistów skarżyć. To z pewnością skończyłoby się wywiezieniem albo choćby pobiciem. Wszyscy siedzieli więc cicho.

– Byli w Kupferbergu ludzie, którzy wszystko widzieli w czarnych barwach, sądzili, że Hitler doprowadzi do wojny. Jaką oni mieli rację! Wraz z obowiązkiem służby wojskowej nadeszły pierwsze powołania. Później odbyły się przedłużone manewry jesienne. W zarządzie miasta atmosfera była coraz bardziej napięta, ponieważ urzędników nie przybywało, a pracy im narzuconej jak najbardziej. Teraz musieli oni wymagać od niektórych mieszkańców, by ci potwierdzili swoją aryjskość.

– Jedynym śladem wojny w miasteczku były wielkie problemy z zaopatrzeniem, zwłaszcza w żywność. Latem chodziliśmy po lasach, zbierając grzyby, jagody, a pod koniec wojny także lebiodę. Najbardziej męczące były jednak nasze wyprawy po chleb. Byłem już wtedy nieco starszy, więc znosiłem je łatwiej niż inne dzieci. Za każdym razem jednak, gdy moja matka wysyłała mnie po chleb, oznaczało to cały dzień wędrówki od wsi do wsi. Należało najpierw wypytać o możliwość kupienia chleba w Kupferbergu. Gdy to okazywało się niemożliwe, szło się do Jannowitz. Tam zwykle dowiadywałem się, że chleb można kupić w Rohrlachu, do którego szło się wzdłuż Bobru cztery kilometry. Z Rohrlachu niekiedy trzeba było udać się do Fischbachu i dopiero tam udawało się kupić kilka bochenków. Z tym wszystkim musiałem wrócić do miasteczka. Zwykle na taką wyprawę potrzebowałem cały dzień.

– Przywożoną z papierni szlakę mieszaliśmy z pokruszonymi cegłami i kamieniami i z takiej mieszanki formowaliśmy pustaki, a z nich budowano na obrzeżach miasteczka trzy niewielkie domki. Te domki miały być przeznaczone dla uciekinierów, których przybycia spodziewano się w każdej chwili. Miałem kilka lat, gdy kazano mi pomagać przy tej pracy.

– To była moja ostatnia wizyta w schronisku Rosengarten przed wypędzeniem. Była jesień 1944 roku, gdy z przyjaciółką wybrałyśmy się tam na pieszą wędrówkę. Po drodze usiadłyśmy sobie pod drzewem, zjadłyśmy jabłka. Panowały spokój i cisza, nie było nawet najmniejszego powiewu wiatru. Po chwili przybiegła do nas łasica i przez kilka chwil mogłyśmy obserwować, jak zajmuje się, niezrażona naszą obecnością, swoimi sprawami. Potem ruszyłyśmy do domu. Patrząc na tonący w mroku Johannesdorf i górujący nad nim Kupferberg, Leni aż piszczała z zachwytu. Tak tam było pięknie, mówiła, że jeszcze nigdy nie widziała czegoś równie wspaniałego. Nigdyśmy już potem do Rosengarten nie poszły.

– Najładniejsze pokrzywy rosły nieopodal browaru pana Franzkiego. Dusiło się je pod przykryciem razem z czosnkiem, a niekiedy także z cebulką. Czasami udawało nam się zdobyć także kilka kartofli. Wówczas mamusia gotowała je, a następnie kroiła w plastry i rumieniła na płycie pieca. Zjadaliśmy je razem z tymi duszonymi pokrzywami i bardzo nam to wszystko smakowało. Pamiętam, że zawsze przy tego typu obiedzie obiecywałyśmy sobie, że następnym razem tak opieczone ziemniaki zjemy także z masłem. Nigdy nam się to jednak nie udało.

– Tuż za kościołem ewangelickim, na samym szczycie wzgórza, stanął na chwilę czołg Wehrmachtu. Żołnierze wysiedli z niego i powiedzieli, że każde dziecko, które przyniesie dwa jajka, będzie mogło przez chwilę posiedzieć w czołgu. Pobiegłem do domu po jajka i udało mi się w tym czołgu siedzieć. To było na początku wojny.

– W czasie całej wojny nie słyszeliśmy w miasteczku ani jednego wystrzału. Niekiedy tylko zza gór dochodziły jakieś pomruki albo dudnienie, ale nasza matka mówiła wtedy, że najpewniej idzie burza.

Myśmy o tej wojnie po prostu nie wiedzieli. A potem zobaczyliśmy Rosjan i wszystko się zmieniło.

Nie zwlekaj, o Panie

Racz mnie wybawić, o Boże;

Panie, pośpiesz mi na pomoc!

Niech się zawstydzą i okryją rumieńcem ci,

którzy godzą na moje życie.

Niech się cofną okryci wstydem

ci, którzy z nieszczęść moich się weselą.

Niechaj odstąpią okryci hańbą,

którzy [mi] mówią: „Ha, ha”

Niech się radują i weselą w Tobie

wszyscy, co Ciebie szukają.

Niech zawsze mówią: „Bóg jest wielki!”

ci, którzy pragną Twojej pomocy.

Ja zaś ubogi jestem i nędzny,

Boże, szybko przyjdź mi z pomocą!

Tyś wspomożyciel mój i wybawca:

nie zwlekaj, o Panie!6

Lato

Nie wychodzą przed domy, spoglądają zza zasłoniętych firanek. To nie jest niedowierzanie, na to jest już za późno. Być może to wstyd. Wstyd? Teraz? Życie pozornie toczy się swoim rytmem. Nikt nic nie mówi, wszyscy słuchają. Zaraz będą patrzeć. Nie uwierzą.

Słuchali już wtedy, gdy tamci szli od strony Jannowitz. Mocny, miarowy krok podkutych butów. Stukali nimi o bruk. Śpiewali piosenki. Nikt nie spodziewał się tego, co zaraz się wydarzy. Gospodynie stały przy kuchniach (dochodziła pora obiadu), mężczyźni wracali z pracy, dzieciaki dokazywały na ulicach, upał skraplał się nad pięknym i zielonym Kupferbergiem. Jego nastoletni synowie postanowili jednak, że ten dzień wszyscy tutaj zapamiętają. A może to nie oni? Wymyśliliby to sami? Ktoś za nich wymyślił? Kto?

A więc idą, mijają dwa kamienne krzyże, na jednym: „Memento”, „Pamiętaj” Nie pamiętają. Patrzą w przyszłość. Idą. Jeszcze na nich ludzie przez chwilę patrzą, jeszcze nie zagarniają dzieci do domu. Zaraz to zrobią. Zatrzasną drzwi, staną w oknach. Będą patrzeć.

Tamci wchodzą do miasta, nie zwalniają kroku, mijają browar, potem gospodę, idą pod górę, wchodzą na rynek, mają pot na skroniach. Czarne spodenki, musztardowe koszule, chusty związane skórzanymi pierścieniami. Na ramionach opaski. Przy pasach noże.

Może sobie pójdą? Miną miasteczko i pomaszerują na pola, tam będą ćwiczyć formacje i rytm kroku? Może tylko zasalutują przy pomniku w rynku i rozejdą się do domów (ci z Jannowitz będą musieli wrócić sami, zbiegną beztrosko drogą albo pognają przez pola na brzeg rzeki, by kąpać się z wrzaskiem).

Zatrzymują się pod domem proboszcza, ustawiają w szeregu. Na środek wychodzi dowódca, ma w ręku megafon, blaszaną tubę, przez którą zaczyna mówić. Proboszcz jest w domu, ale nie wychodzi.

Słucha? Na pewno. Co słyszy?

Miasteczko zamiera. Stoją w oknach i patrzą albo idą do ogrodu, nie chcą nic widzieć. Ale słyszą. Głos dowódcy roznosi się po Dolnej, Górnej, Ogniowej, Szermierzy. Co jakiś czas słychać też skandowane przez grupę hasła. Stoją, krzyczą, trochę śpiewają. Jest upał, popołudnie, pachną bzy, kwitną krzewy, czereśnie zaraz będą dobre.

 

Nic więcej się nie dzieje. Mogliby rzucić kamieniem, podpalić, wyprowadzić księdza na zewnątrz. Uderzyć go w twarz.

„To niepodobna, by uderzyć księdza Rothera w twarz” – być może myślą ci, którzy stoją teraz w domach i zza firanek na to wszystko patrzą. Ale godzinę temu jeszcze myśleli, że to niepodobna przyjść pod budynek plebanii, ustawić się w szeregu i przez megafon lżyć duchownego, nazwać go psem, złodziejem, darmozjadem.

„Naszego proboszcza Rothera? Tego, który wyremontował kościół i swoim terkoczącym samochodzikiem objeżdża wszystkie wsie parafii?” – myślą i kręcą głowami. Proboszcza wszyscy tu szanują. Szanowanej osoby się nie obraża, szanowanej osobie się kłania na ulicy, wpuszcza do domu, szura nogami.

Proboszcz Rother też myśli. Myślał już wcześniej, czasem coś głośno powiedział. Nigdy nie przychodzili. Spotykali się w Pod Czarnym Orłem. Robili pogadanki, puszczali filmy. Jak były filmy, były też tłumy. Przy pomniku bohaterów salutowali, nocami maszerowali z pochodniami, śpiewali, salutowali. Buty, noże, spodenki, podkolanówki, martwy wzrok, patrzą przed siebie, idą. Nigdy się nie zbliżali, zawsze przechodzili obok.

Teraz przyszli, stoją w równym szeregu. Są bracia Gläserowie, Kurt był kiedyś tamburmajorem w orkiestrze Towarzystwa Gimnastycznego, a Erich działał w Scharnhorstjugend. Teraz są tam. Nie ma już gimnastyków, nie ma Landjugend, nie ma skautów od świętego Jerzego. Są tylko musztardowe koszule i te noże. Jest partia, jest Hitlerjugend. Stoją, śpiewają, patrzą w okna. Wytrzymali jak rzemień, twardzi jak stal Kruppa (tak mawia o nich Führer). Widzą proboszcza? Nie widzą, ale dobrze wiedzą, że słyszy.

A proboszcz? Co czuje tego upalnego, letniego popołudnia roku 1936, kiedy po raz pierwszy w historii miasteczka drużyna Hitlerjugend staje pod jego oknami, a dowódca oddziału obraża go przez wielką, blaszaną tubę? Proboszcz Rother jest już starym człowiekiem i swoje widział. Czegoś takiego jednak jeszcze nigdy. Wie, że dziś w miasteczku coś się zmieniło, przekroczono linię i nikt, nawet ksiądz, nie wie, co będzie dalej, do czego jeszcze ci na zewnątrz będą w stanie się posunąć. Dziś nie wydarzyło się nic wielkiego, a jednocześnie stało się coś strasznego. Proboszcz czuje więc strach. Bestia przyszła, znów jest w miasteczku. Tak dawno jej tutaj nie było!

W ponurym szeregu stojącym przed plebanią rzeczywiście są bracia Gläserowie. Nie mogłoby ich nie być. Mniej chcą, bardziej muszą. W Kupferbergu nie ma Hitlerjugend, ale przynależność do organizacji jest coraz bardziej przymusowa. Zresztą innych organizacji dla młodzieży już nie ma. Dobrowolnie się rozwiązały. To oficjalna wersja. O nieoficjalnej raczej się nie mówi. Kurt i Erich zakładają więc swoje spodenki oraz musztardowe bluzy i maszerują drogą do Jannowitz na zbiórkę. Tego dnia również. Nie wiedzą jednak jeszcze, że do Kupferbergu przyjdzie im wrócić z tak haniebną misją. Czy gdy dowiadują się od dowódcy, co będzie ich zadaniem, oponują? Trudno to sobie wyobrazić, wiedzą, czym to grozi. Maszerują więc pod górę, starają się trzymać rytm kroków, śpiewają piosenki. Gdy wchodzą do miasteczka, Erich ma ochotę zniknąć, zapaść się pod ziemię. Pod plebanią stoi jednak wyprężony jak struna i posłusznie powtarza hasła i odezwy. W środku zwija się w kłębek. Proboszcza Rothera kocha, służył nawet kiedyś do mszy w jego kościele. Poza tym proboszcz nigdy nic złego nikomu nie zrobił. Erich zupełnie więc nie rozumie, dlaczego akurat od dziś ksiądz jest wrogiem. Gdy już to całe piekło się skończy, a Erich się zestarzeje, napisze w liście do przyjaciela, że nigdy wcześniej i nigdy później nie czuł takiego zażenowania i wstydu jak wtedy pod plebanią.

Zima

Zaczęło się niewinnie. Tylko nieliczni w miasteczku twierdzili, że dojście Hitlera do władzy sprowadzi na całe Niemcy nieszczęście. Tego, że to nieszczęście rozleje się na niemal cały świat, nikt chyba w ogóle nie przeczuwał. Ludziom dość szybko zaczęło się żyć lepiej. Teraz przedsiębiorcy w Kupferbergu otrzymują rządowe zlecenia, wszyscy produkują na potrzeby armii. Także kamieniołom w Jannowitz, w którym pracuje całkiem spora grupa mieszkańców miasteczka, zwiększa wydobycie. Mówi się, że kamienne bloki obrabiane w pracowniach kamieniarzy koło dworca kolejowego jadą do samego Berlina i tam budowana z nich jest nowa kancelaria Führera. Bezrobotni zostają zatrudnieni przy robotach, które zleca państwo.

O latach biedy z czasów Wielkiego Kryzysu blisko siedmiuset mieszkańców Kupferbergu szybko zapomina.

Niepokojące pomruki docierają do miasteczka sporadycznie. Pierwsze zmiany zachodzą w zarządzie miasta. Znika funkcja burmistrza, pojawia się naczelnik miasta. Do jego nowych obowiązków należy meldowanie przedstawicielom partii o nastrojach i sympatiach politycznych wszystkich mieszkańców. Szczególnie istotne jest badanie nastrojów wśród robotników – czerwona zaraza to największe zagrożenie. Kryje się pod płaszczykiem związków zawodowych, by nagle przeobrazić się w anarchistyczne bojówki terrorystów, którzy chcą zburzyć wielkie dzieło Führera. Trzeba więc ich zniszczyć szybciej.

Zlikwidowane zostają szkoły parafialne, a dzieci mają obowiązek chodzenia do nowej szkoły ludowej. Znajduje się ona w siedzibie dawnej szkoły katolickiej, a prowadzi ją kantor Müller. Pewnego dnia przynosi na lekcję zupełnie nową flagę. Czarny pas oznacza naród niemiecki, biały – białą rasę aryjską, czerwony – narodowy socjalizm, tłumaczy. Flaga zawiśnie w sali i będzie tu wisieć już zawsze. W przeciwieństwie do starej czarno-czerwono-żółtej, którą kantor wywieszał tylko w Święto Konstytucji. Od stycznia następnego roku każda lekcja będzie się zaczynała i kończyła nazistowskim pozdrowieniem – Hitlergruss.

Niemcy są teraz, jak mawia Rudolf Hess, „najnowocześniejszą demokracją świata opartą na zaufaniu większości”. Zaufaniu do Przywódcy. To zaufanie musi być odpowiednio potwierdzone, wśród nowych urzędniczych obowiązków jest też prowadzenie list i dokumentacji potwierdzającej aryjskość obywateli. Każdy z mieszkańców zielonego Kupferbergu musi stawić się na policji i wypełnić stosowne oświadczenie. Na jego podstawie zostanie mu wydany nowy dokument tożsamości. Jeśli będzie czystej krwi Aryjczykiem, dokument ten będzie miał kolor brązowy (niektórzy mówią, że brunatny). Jeśli w jego żyłach będzie płynąć choćby kropla krwi żydowskiej, jego dokument będzie miał kolor żółty, a on sam znajdzie się w specjalnym rejestrze Żydów.

Jesień

Na rok przed niesławnym apelem Hitlerjugend pod domem proboszcza Rothera w miasteczku pojawia się Hugo Ueberschaer, emerytowany porucznik policji z dalekiego, śląskiego miasteczka Pless. Postanawia wyjechać ze Śląska i zaszyć się w górach akurat w chwili, gdy w Niemczech wchodzą w życie tak zwane ustawy norymberskie. Ludzi już otwarcie dzieli się na tych lepszej i gorszej kategorii. Bestia szaleje. Partia najpierw pozbyła się wrogów politycznych, teraz zabrała się za wrogów rasowych. Być może Ueberschaer ma nadzieję, że tu bestia go nie dopadnie, że wielka historia o nim zapomni. A być może jest już na tyle zmęczony, że szuka po prostu cichego zakątka, w którym mógłby spędzić starość i umrzeć pogodzony z życiem. Tak czy inaczej w Kupferbergu znajduje, przynajmniej na początku, to, czego szukał. Wynajmuje piękny dom w rynku, pod numerem dwudziestym piątym, ten sam, który pięć wieków wcześniej wybudował kupiec Krün i skąd miał prowadzić tajemny korytarz aż na sam zamek Bolczów. W zaciszu prastarych murów Hugo Ueberschaer nie przesiaduje jednak zbyt często. Być może męczy go gwar miasteczka i niekończące się krzyki dzieciarni dobiegające z rynku. A może po prostu szuka samotności? Na obrzeżach miasteczka, przy starej drodze prowadzącej do Waltersdorfu, wynajduje zaniedbany domek myśliwski i postanawia go wyremontować. Sceneria, w której stoi chatka, jest wręcz bajeczna. By się tu dostać, trzeba wyjść z rynku, przejść obok cmentarza i szkoły, a następnie minąć kilka ostatnich domów. Teraz droga będzie się delikatnie wiła zboczem góry. Po dziesięciominutowym spacerze Hugo Ueberschaer dotrze do swojej dość luksusowej pustelni.

Widok, który się stąd roztacza, mógłby zachwycić największego nawet malkontenta. Daleko w dole widać bowiem główną drogę do Waltersdorfu, gdy zaś patrzy się w tym kierunku i podniesie nieco wzrok, zobaczy się panoramę Gór Sokolich. Trudno byłoby znaleźć w okolicy bardziej urokliwe miejsce, choć tych przecież tu nie brakuje.

Sam domek jest drewniany, lecz stoi na kamiennej podmurówce. W środku znajdują się dwie duże izby oraz strych. Ueberschaer wstawia tu malowane na ludowo szafy, sprząta i dokonuje drobnych napraw. Na strychu postanawia urządzić obszerną bibliotekę, sukcesywnie więc przenosi swoje zbiory z domu w miasteczku. Wkrótce okaże się, że miejsca na cały księgozbiór na strychu nie wystarczy, książki zalegają więc także na parterze.

Każdego ranka, bez względu na pogodę, wychodzi więc Hugo Ueberschaer z domu pod numerem dwudziestym piątym i pierwsze kroki kieruje do piekarni pana Fladego. Zachodzi też na chwilę do sklepu kupca Reimanna, by wreszcie wyruszyć w swoją codzienną wędrówkę. Idzie dostojnie, niespiesznie, lekko utykając. Z mieszkańcami Kupferbergu dość szybko się zaprzyjaźnił, teraz pozdrawia ich skinieniem głowy i uśmiechem, gdy ci wychylają się ze swoich sklepów, mówiąc: „Guten Tag, Herr Oberst” Tak, emerytowany policjant cieszy się szacunkiem i życzliwością sąsiadów.

Wśród tych, którzy z pewnym utęsknieniem wyczekują pojawienia się starszego pana na stromej uliczce, jest też mały Karl Heinz Friebe. Chłopiec ma trzy latka, gdy z miasteczka znikają niemal wszyscy mężczyźni, w tym jego ojciec. W Rzeszy zostaje właśnie przywrócona obowiązkowa służba wojskowa i Heinrich Friebe otrzymuje powołanie. W Kupferbergu zostają tylko dzieci, kobiety i starcy. Spośród nich Hugo Ueberschaer wyróżnia się powagą, dystynkcją i powszechnie wzbudzaną estymą. Z pewnością jest kimś, kogo można podziwiać. Mały Karl Heinz podziwia więc go całym sercem.

Wiosna

Rzesza jest wielka także dlatego, że właśnie powiększyła się o Austrię, która od teraz nazywa się Ostmark. Podobno ponad 99 procent Austriaków opowiedziało się za przyłączeniem do wielkiego dzieła Führera. Wśród tych, którzy wkraczają do Austrii, są też synowie Kupferbergu. W listach donoszą, że cała operacja przebiegła pokojowo. Zatroskane kobiety mogą odetchnąć z ulgą.

Nie na długo. Pomruki zbliżającej się bestii słychać coraz wyraźniej, tym razem dobiegają z południa, zza gór. Jesienią od strony Breslau w kierunku sudeckich przełęczy ciągną kolumny wojska, które na sygnał Przywódcy mają ruszyć z pomocą Niemcom żyjącym w Czechosłowacji. W przygranicznych miasteczkach po tamtej stronie gór coraz częściej dochodzi do manifestacji, rozruchów i protestów, podczas których śpiewa się Deutschland über alles i pozdrawia Hitlergruss. 29 września przywódcy Europy podpisują dokument, który przejdzie do historii jako hańba monachijska, a do Sudetenlandu wkraczają niemieckie wojska. Bestia jest więc już za górami.

Właśnie – za górami. Wystarczy stanąć w którymkolwiek miejscu zielonego miasteczka, by przekonać się, że tutaj cały świat jest za górami. Można wejść na wzgórze Chaussiego i stamtąd podziwiać panoramę Gór Olbrzymich, Gór Sokolich i Gór Ołowianych. Wszystko, co ważne, dzieje się za nimi. Gdzieś za górami przestała istnieć Austria, za górami zdemontowano Czechosłowację, także Reichskristallnacht - Noc Kryształowa - spadła na świat za górami. W odległym o dwadzieścia kilometrów Hirschbergu 146 Żydów drży o swoje życie, gdy w nocy z 9 na 10 listopada 1938 roku płonie tam synagoga, niszczony jest kirkut i plądrowane są żydowskie sklepy. Synagogi płoną w niemal wszystkich miastach i miasteczkach – w Breslau, w Brückenbergu, Gottesbergu, Striegau, Trebnitz. W całej Rzeszy z ręki nazistów ginie dziewięćdziesięcioro jeden Żydów, trzydzieści tysięcy zostaje aresztowanych i trafia do obozów, o których istnieniu nikt otwarcie nie mówi. Ale one już działają.

W Kupferbergu Żydów prawie nie ma. Są jednak tacy, którzy muszą tłumaczyć się ze swoich żydowskich przodków. Pół-Żydzi, ćwierć-Żydzi. Wśród nich jest aptekarz Haenisch. Za częściowo żydowską krew przyjdzie zapłacić jemu i jego synom. Pamiętnej nocy mieszkańcy miasteczka śpią jednak jeszcze snem sprawiedliwych. Wielka historia dzieje się za górami.

O tym wszystkim jednak Karl Heinz Friebe nie ma zielonego pojęcia i mimo iż gdzieś tam daleko bestia właśnie zaczyna ziać furią, on martwi się tylko tym, czy zobaczy dziś oberstleutnanta Ueberschaera maszerującego do swojej pustelni. Wypatruje go też, tak jak każdego innego dnia, 1 września 1939 roku. Ani on, ani stary policjant, ani piekarz Flabe czy kupiec Reimann, ani nawet mama małego Karla Heinza nie mają pojęcia, że dzień ten to początek ich dramatu i pierwszy początek końca zielonego Kupferbergu. Bo tych początków końca będzie jeszcze kilka.

 

Jesień

Znikają kierownik szkoły, pan Ewald Nieke, oraz kantor Woike. Ich miejsce zajmuje pan Wendler, który ze szczególnym upodobaniem prowadzi ćwiczenia sportowe w sali gimnastycznej na strychu szkoły. Podłoga jest tam wyłożona parkietem, uczestniczyć w zajęciach mogą więc tylko te dzieci, które mają sportowe obuwie. W klasie Karla Heinza Friebego nie wszystkie dzieci w ogóle mają buty, większość zajęć gimnastycznych odbywają więc w najlepszym wypadku w skarpetkach. Dzieci nie bardzo lubią pana Wendlera, także dlatego, że z o wiele większym zapałem niż jego poprzednicy organizuje apele, w czasie których trzeba trzymać rękę wyciągniętą w kierunku flagi Rzeszy.

Tej jesieni do miasteczka przyjeżdżają żołnierze i demontują dzwony z wieży katolickiego kościoła oraz mechanizm zegarowy. Wskazówki zatrzymują się w nim na zawsze i już nigdy nie ruszą. Karl Heinz przygląda się temu z zaciekawieniem, pan Wendler wyjaśni mu potem na lekcji, że wszystko to zostanie przetopione na niemieckie działa.

Zegar tak naprawdę nie jest potrzebny – odkąd wybuchła wojna, ludzie odmierzają tu czas w inny sposób. Rytm ich dni jest wyznaczany przez pojawienie się w miasteczku Idy Klein, listonoszki. Choć wygląda niepozornie, Ida budzi jednocześnie trwogę oraz nadzieję. Nigdy bowiem nie wiadomo, co ma w torbie, do kogo dziś przyjdą listy i co w tych listach będzie. Być może kolejne wieści od synów i ojców, wtedy jest radość i sprawdzanie, kiedy listy zostały wysłane. Niekiedy listów nie ma i wtedy jest niepokój, ale też tłumaczenie sobie, że to przecież jeszcze nic nie znaczy. Są jednak też listy od dowódców. Tych kobiety z Kupferbergu boją się najbardziej. Do Rüfferow spod jedenastki takie listy przychodzą pięć razy, do Seifertów, Schmidtów i rodziny Kriese Ida Klein puka trzy, a do Fischerów oraz państwa Rose – dwa razy. Jesienią 1941 roku Ida Klein puka także do domu państwa Friebów. List, który przynosi, zawiera krótką informację, że umiłowany ojciec i mąż Heinrich oddał swoje życie za ojczyznę. Oddał w Związku Radzieckim, bo akurat tam wezwała go ojczyzna i jej Przywódca. Rzesza będzie mu za to wdzięczna na wieki.

Karl Heinz nie wie, że właśnie skończyło się jego dzieciństwo. Śmierć ojca to część większego planu Przywódcy. Teraz dzielny naród niemiecki toczyć będzie bój także na Wschodzie, a największym wrogiem stanie się Związek Radziecki. Ciężar tego wysiłku, który podjęto latem 1941 roku, spada jednak także na barki mieszkańców Kupferbergu. Nie tylko dlatego że wielu z nich (Fischer, Friebe, Kriese, Hain, Hartmann, Kosmaly, bracia Rose, bracia Schmidtowie, młodszy Rüffer, Seifert) straci tam życie. Wraz z otwarciem wojny na Wschodzie zaczynają się w Kupferbergu problemy z zaopatrzeniem. W większości śląskich miasteczek, takich jak to, pojawiają się też uciekinierzy z coraz częściej bombardowanych przez aliantów niemieckich miast. Bombowce nie docierają jednak na Śląsk, ten jest poza ich zasięgiem, przynajmniej na razie, jest tu więc całkiem bezpiecznie. Ale też coraz biedniej.

Karl Heinz Friebe jest teraz jedynym mężczyzną w rodzinie i powierzone mu zostaje niezwykle ważne zadanie. Jest nim zdobywanie mleka. Aby z tego obowiązku się wywiązać, co kilka dni chłopiec wstaje jeszcze przed świtem i wyrusza do Jannowitz. Tam bez większych nadziei robi rozeznanie wśród miejscowych gospodarzy. Zwykle nie przynosi ono oczekiwanego rezultatu i mały Karl musi pomaszerować dalej, przez Rosenbaude aż do Seiffersdorfu. Dla siedmiolatka to prawie dwugodzinna droga przez góry. Wysiłek ten nie zawsze się opłaca, bo Seiffersdorf cierpi na niedobór mleka i innych produktów, tak jak i Kupferberg. A to oznacza, że mały Karl Heinz musi pomaszerować do Kauffungu. Tam będzie tak zmęczony, że już swoim mizernym wyglądem zmiękczy serce jakiegoś gospodarza, który sprzeda mu trochę mleka. Stąd do Kupferbergu będzie miał dziesięć kilometrów marszu. Gdy uda mu się złapać samochód jadący w kierunku domu, dotrze tam przed zmierzchem. Nie zawsze jest to jednak możliwe. Te wyprawy są szczególnie uciążliwe zimą, gdy Karl Heinz w poszukiwaniu mleka musi brnąć w głębokim śniegu. Tyle dobrego, że do Jannowitz może wtedy zjechać na sankach i z tej odrobiny szaleństwa oraz radości korzysta skwapliwie. Wybiera do tego starą drogę, ta główna biegnąca obok browaru i dwóch kamiennych krzyży jest dla saneczkarzy zamknięta. Jeździć nią mogą tylko samochody, ale tych nie ma zbyt wiele (coraz częściej brakuje paliwa), więc pozostaje pusta. W każdej chwili może więc tamtędy przejechać kolumna wojska.

Wiosna

Znika pan Wendler. Jego miejsce zajmuje młodziutka pani Franzky. Mieszka w żółtej dwupiętrowej willi nieopodal browaru i jest córką jego właściciela, starego Georga Franzkiego. Niedawno zdała maturę, ale w całym miasteczku rąk do pracy brakuje, więc to właśnie jej powierzono naukę dzieci. Wszyscy tę decyzję przyjmują z radością, rodzina Franzkich cieszy się w Kupferbergu wielkim szacunkiem, a pan Wendler nigdy nie był tu lubiany. Ciepło będzie się o nim myśleć dopiero wówczas, gdy za dwa lata padnie zabity gdzieś na granicy węgiersko-rumuńskiej.

Gisela! Gisela Franzky! Karl Heinz Friebe kocha ją miłością tak wielką, jak wielka może być miłość siedmiolatka do nauczycielki. Dla Giseli mały Karl zrobi absolutnie wszystko, wieczorami ślęczy nad książką w nadziei, że następnego dnia w brązowych oczach dostrzeże uznanie, a być może i pochwałę. Po szkole mały Karl Heinz chowa się w krzakach i czeka, aż Gisela wyjdzie ze szkoły. Młoda nauczycielka traci wtedy całą powagę i surowość, do zachowywania których zmuszona jest przed dziećmi. Rozgląda się bacznie, czy nikt jej nie widzi, a następnie robi to, czego sama zabrania swoim uczniom – przeciska się pod płotem i pędzi na skróty przez łąkę do domu.

Jednego dnia, gdy chłopiec swoim zwyczajem kryje się w krzakach nieopodal cmentarza (stąd ma najlepszy widok na szkołę i łąkę), zamiast Giseli dostrzega czarny samochód stojący przy drodze i dwóch żołnierzy z dziwnymi trzeszczącymi aparatami, którzy chodzą jakby bez celu wokół tego, co zostało z szybu Adler. Karl Heinz Friebe postanawia nie opuszczać swojej kryjówki. Gdyby wiedział, na co patrzy, patrzyłby zapewne jeszcze uważniej. Ale nie wie. Dowie się po latach, ale wtedy już będzie na wszystko za późno…

Ze swojej obserwacji postanawia się jednak zwierzyć babci. Ta mieszka na ulicy Górnej, zaraz obok kościoła ewangelickiego. Chłopiec lubi tam chodzić, często nadkłada drogi, by przejść w lekkim onieśmieleniu aleją szwedzkich jarzębów, która prowadzi do wrót kościoła. Gdy babcia chłopca dowiaduje się, co widział, kładzie tylko palec na ustach. Lepiej nie widzieć, lepiej nie wiedzieć.

Lato

Znika proboszcz Rother. Ktoś usłyszał z plebanii sygnał brytyjskiej stacji BBC. A może wcale nie usłyszał, a tylko chciał się wykazać? Albo musiał? Bez względu na to, gdy pod plebanią parkuje samochód gestapo, wszyscy się domyślają, że już nigdy proboszcza Rothera nie zobaczą.

Kilka miesięcy po tym wydarzeniu Gisela Franzky pojawia się w szkole zapłakana. Karlowi szybko udaje się dowiedzieć, co jest powodem dramatu, wieści rozchodzą się tu nad wyraz szybko. Miasteczko jest małe, ludzie patrzą na siebie podejrzliwie, władza ma tu wszystkich na oku. Wszyscy wszystko wiedzą. Zwłaszcza o tych, którzy już wcześniej zdążyli znaleźć się w kręgu podejrzeń. Wraz z kolejnymi porażkami niepokonanej dotąd Rzeszy w miasteczku daje się wyczuć pewną nerwowość. Z oficjalnego radia nadal można się dowiedzieć, że Niemcy się nie wycofują, a jedynie przegrupowują na z góry upatrzone i dogodniejsze do wyprowadzenia kontrataku pozycje. Ci, którzy mają tyle odwagi, by słuchać po kryjomu feindsenderów – audycji nadawanych przez aliantów – wiedzą jednak, że sytuacja Rzeszy staje się coraz bardziej opłakana. Wśród nich jest stary Georg Franzky. Niewiara w propagandę Goebbelsa sporo go jednak kosztuje, zostaje bowiem przyłapany przez gestapo na słuchaniu szwajcarskiego radia i wywieziony do Hirschbergu. To właśnie jest powodem rozpaczy Giseli. W czasie przesłuchań Georg Franzky zostaje ciężko pobity, po szybkim procesie otrzymuje karę osiemnastu miesięcy ciężkiego więzienia. Gisela, jak i wszyscy inni mieszkańcy miasteczka, wie, że ten wyrok może być równoznaczny z dożywociem. „Radiowi przestępcy” to wrogowie narodu, a tych państwo tępi z całą surowością. Kupferberg jest wstrząśnięty. Skoro zabrali proboszcza i pana Franzkiego, już absolutnie nikt nie może czuć się w miasteczku bezpieczny.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?