Miedzianka. Historia znikaniaTekst

Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Miedzianka. Historia znikania
Miedzianka. Historia znikania
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,80  43,84 
Miedzianka. Historia znikania
Audio
Miedzianka. Historia znikania
Audiobook
26,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

On sam także postanawia się ożenić. Ma już 26 lat oraz całkiem niezłe perspektywy zawodowe. Niewiele wiadomo o wybrance jego serca. Najprawdopodobniej ma na imię Anna i pochodzi z miasteczka. Ślub odbywa się więc w Kupferbergu. To, czego możemy być natomiast pewni, to fakt, iż ślubu udziela sam burmistrz Schnabel, nabożeństwo zaś prowadzi proboszcz tutejszego kościoła Johannes Kaufmann. Fakt ten należy odnotować, bo Kaufmann jest postacią nietuzinkową i w historii miasteczka zapisze się zgłoskami równie złotymi, jak proboszcz Stulpe. To bowiem Johannes Kauffman odkrywa przed światem atrakcje Kupferbergu, pisze pierwsze przewodniki po okolicy, wychwalając w nich szlaki i zabytki Gór Sokolich, Olbrzymich i Ołowianych oraz ich uzdrowiskowe walory. Proboszcz skrupulatnie gromadzi także wiedzę o najdawniejszej przeszłości miasteczka, to on jako pierwszy dociera do najstarszych źródeł wzmiankujących Kupferberg.

Idylla Georga nie trwa jednak długo. Najpierw, w 1907 roku, umiera jego wielki przyjaciel, a przede wszystkim nauczyciel i mentor Paul Sintenis. Wielki przyrodnik zostaje pochowany na cmentarzu w Kupferbergu, jego kolekcja trafia zaś, zgodnie z ostatnią wolą, do Muzeum Nauk Przyrodniczych w Görlitz. Po latach zostanie podzielona, część okazów tam pozostanie, inne zostaną sprzedane do muzeów w całych Niemczech, a nawet do szwedzkiego Lund. W czasie II wojny światowej spora część zbiorów Sintenisa spłonie w ogniu bomb spadających na stolicę Trzeciej Rzeszy.

Wkrótce po ślubie Georga na ciężką chorobę zapada także jego ojciec Ewald. Przychodzi więc czas, by zostawić pracę w magistracie i zająć się rodzinnym biznesem. A jest czego doglądać. Browar jest największym zakładem przemysłowym w miasteczku, zatrudnionych jest tu na stałe czternaście osób, które skrupulatnie doglądają procesu warzenia piwa. Georg ma odpowiednie wykształcenie, latami obserwował ojca, nie jest więc nowicjuszem, ma też pomysł, jak rozwinąć i usprawnić produkcję. Jeszcze dwa lata przed narodzinami Georga jego ojciec wprowadził w browarze rozwiązania rewolucjonizujące produkcję tutejszego piwa. W 1876 roku w browarze pojawia się maszyna parowa, a zakład przestawia się na produkcję piwa bawarskiego. Wiedza o tym, że ten, kto się nie rozwija, w praktyce się cofa, jest w rodzinie Franzkich powszechna. W krótkim czasie Georg zatrudnia więc mistrza piwowarskiego Hermanna Hüttera, który opiekę nad procesem warzenia będzie sprawował aż do późnych lat trzydziestych. Wkrótce w zakładzie pojawiają się też nowoczesne ogrzewane parą kotły warzelne oraz oświetlenie elektryczne. Butelek i beczek nie myją już ręcznie pracownicy, Georg wyposaża bowiem zakład w maszyny robiące to za nich. Co więcej, uruchomiona zostaje słodownia – w ten sposób browar uniezależnia się od dostaw słodu z innych zakładów. Jednak największym usprawnieniem wprowadzonym przez nowego zarządcę browaru jest chłodziarka. Do tej pory niskie temperatury w piwnicach browaru uzyskiwano poprzez umieszczanie w nich wielkich bloków lodu, które każdej zimy pozyskiwano z browarnianego stawu oraz podobnego zbiornika w Jannowitz. To dzięki nim Złoto Kupferbergu doskonale koiło pragnienie w upalne lato. Teraz o szron na butelce zatroszczy się nowoczesna maszyna.

O zbyt na swoje piwo Georg Franzky specjalnie martwić się nie musi. Jeśli nie zmieni receptury i ujęcia wody, nadal chętnie będą je pić klienci czterech gospód w miasteczku. Tuż obok browaru działa gospoda prowadzona przez rodzeństwo ojca – ciotkę Josephine i wuja Franza. Gospoda kusi gości chłodnym wnętrzem oraz ogródkiem piwnym, skąd przy kuflu piwa można spokojnie kontemplować małomiasteczkowy gwar. Z możliwości tej skrzętnie korzystają między innymi urzędnicy magistratu, który siedzibę dla kilku swoich wydziałów znalazł właśnie na piętrze domu, w którym mieści się gospoda. Bliskość browaru oraz rodzinne powinowactwo zobowiązują. Co roku przebiciem pierwszej beczki piwa marcowego Georg Franzky rozpoczyna tu wiosenny festiwal piwa.

W rynku, pod numerem dziewięćdziesiątym piątym, mieści się zaś stylowa restauracja i winiarnia Ratskeller, której właścicielem jest Max Bräuer. Łatwo ją odnaleźć – parter domu, w którym się znajduje, porośnięty jest bluszczem, powyżej pysznią się ornamenty oraz zdobiony gotycki szyld. W środku na gości czeka kilkanaście stolików ustawionych pod łukowatymi sklepieniami. Grube mury zapewniają tu przyjemny chłód nawet w upalne, lipcowe dni, a stojący na środku okazały kaflowy piec grzeje biesiadników w najtęższe zimy. Wtedy też Złoto Kupferbergu podawane jest lekko podgrzane w olbrzymich kuflach z przykrywką.

W Piwnicy Ratuszowej co tydzień organizowane są ćwiczenia towarzystwa śpiewaczego, tutaj także swoje otwarte posiedzenia i debaty odbywa rada miejska. W czasie tych spotkań radni starają się realizować mądrość maksymy wiszącej na portalu wejściowym:

PIJAŃSTWO RADNYCH JEST WAŻNYM OBOWIĄZKIEM,

WYSCHNIĘTA LAMPA NIE DAJE ŚWIATŁA.

Co tydzień w sali biesiadnej zasiadają też miejscowi notable, by rozegrać tradycyjną partyjkę skata. Z pewnością jest wśród nich także Georg Franzky, są przedstawiciele urzędu, jest kupiec Gotter oraz właściciel restauracji Max Bräuer. Nie przychodzą sami, przy sąsiednim stoliku zasiadają ich żony, by wymienić się najnowszymi plotkami. Marszczą nosy i groźnie spoglądają w kierunku swoich mężów, gdy ci rozochoceni winem z piwniczki Bräuera albo piwem od Franzkiego zaczynają intonować pieśń Gdybyś miał jeszcze jedną teściową. Niekiedy panom przychodzą do głowy figle iście szczeniackie.

I tak pewnego wieczoru za pomocą jednej z szabel wiszących na ścianie winiarni udaje im się wydostać zza żelaznej kraty butelkę wybornego trunku, trzymaną przez pana Bräuera na specjalną okazję. Ale do rachunku za zabawę uczciwie dopisują wypitą flaszkę. Podczas następnej partii skata drogocenne roczniki zostaną zabezpieczone nie tylko stalową kratą, lecz także szczelną drucianą siatką.

Winiarnia Bräuera wyposażona jest też w łaźnię z wannami, z której korzystać mogą wszyscy mieszkańcy miasteczka. Ta przyjemność kosztuje ich niecałą markę.

Nieco powyżej rynku, niemal na samym szczycie wzgórza, u rozstaju dróg biegnących do Märzdorfu, Rudelstadtu i Waltersdorfu, znajduje się gościniec Schwarzer Adler (Pod Czarnym Orłem). W każdą niedzielę w dużej sali ze sceną gra tu na saksofonie Martin Lachmann, za jedną rundę tańców każda para musi zapłacić mu dziesięć fenigów. W pozostałe dni z przestrzeni tej korzystają cechy rzemieślników odbywających tu swoje narady, organizuje się też pokazy kina objazdowego. Gościniec dysponuje kilkunastoma miejscami noclegowymi, goście szczególnie lubią korzystać z ogródka i przeszklonej altany, z której okien roztacza się przepiękny widok na Góry Ołowiane.

Zupełnie inną atmosferę ma gospoda prowadzona przez Josepha Kaszynskiego oraz jego żonę Katharinę. Zajazd mieści się w niepozornym domu przy drodze z Kupferbergu do Rudelstadtu. Gości spoza miasteczka wprawia tu w prawdziwy zachwyt wystrój gospody. Na ścianach wszystkich trzech sal biesiadnych wymalowano bowiem historię okolicznych ziem zaczynającą się legendą o władcy Gór Olbrzymich – Rübezahlu. Także i tutaj niemal co niedzielę odbywają się wieczorki taneczne, gospoda Kaszynskich słynie też z organizowania karnawałowych zabaw, z których każda ma jakiś motyw przewodni. Mieszkańcy Kupferbergu z roku na rok bawią się na Balu Woźniców, Balu Urzędników Domowych albo Balu Majtek.

Poza gospodami Kupferbergu piwo z browaru Georga Franzkiego odbierają też gościńce i restauracje w całej okolicy. Są wśród nich: piękne schronisko Rosenbaude po drugiej stronie rzeki, schronisko górskie nieopodal Fischbachu, knajpy w Waltersdorfie, Rohrlachu i Rudelstadcie. Codziennie więc konne wozy wypełnione po brzegi beczkami i podzwaniające zielonymi butelkami wyruszają z Kupferbergu drogami w dół, by mieszkańcom okolicy dostarczyć najlepszego w Górach Olbrzymich piwa. Interes więc będzie się kręcił tak długo, jak długo z tanków małego browaru wypływać będzie strumień drogocennego napoju.

O ile jednak o proces produkcyjny Georg martwić się nie musi – mistrz piwowarski Hütter dogląda go z należytą starannością – o tyle coraz więcej utrapień pojawia się w związku z nieszczelnym wodociągiem doprowadzającym wodę do miasteczka i browaru. Już świętej pamięci Ewald Franzky procesował się z miastem i domagał odszkodowań za przerwy w dostawach wody do browaru. Zatrzymanie produkcji narażało bowiem firmę na poważne straty. Georg Franzky przejmuje i te kłopoty – jakkolwiek by się przyjaźnił z włodarzami miasta, domaga się od nich uregulowania kwestii zaopatrzenia w wodę.

Tymczasem drewniany wodociąg co rusz rozszczelnia się na skutek osunięć i tąpnięć, które towarzyszą zapadaniu się podziemnych sztolni i korytarzy. W takich chwilach w mieście rozlegają się syreny alarmowe, które oznaczają, że zabroniony jest pobór wody przez mieszkańców. Wszyscy wstrzymują wtedy oddech, a Carl Lukaschek, mistrz elektryczny i hydrauliczny odpowiedzialny z ramienia miasta za utrzymanie wodociągu, przeklina pod nosem, odpala swojego opla i wyrusza w poszukiwaniu kolejnego wycieku. Nieraz schodzi mu cały dzień na zlokalizowaniu pechowego miejsca, a w tym czasie w Kupferbergu panuje prawdziwa susza. Nieraz też wyprawy Lukaschka nie przynoszą pożądanych efektów, a przerwa w dostawie wody do miejskich zbiorników kończy się równie nagle, jak się zaczęła. Przez kilka lat zarówno mieszkańcy, jak i władze miasta zachodzą w głowę, co jest przyczyną tak nietypowych wydarzeń. Sprawa wyjaśnia się przypadkiem, gdy jeden z cierpiących na bezsenność mieszkańców miasteczka dostrzega pewnej nocy na polach w okolicy Waltersdorfu chłopa, który zatykając wodociąg szmatami wpychanymi do jednej ze studzienek rewizyjnych, kierował wodę przeznaczoną dla miasteczka na swoje pola. Studzienki więc zaplombowano i zabezpieczono odpowiednim mechanizmem uniemożliwiającym ich otwarcie; teraz jedynym utrapieniem będą już „tylko” zniszczenia górnicze.

 

W końcu po wielokrotnych targach z miejskimi urzędnikami Georg Franzky daje za wygraną i postanawia wybudować własny wodociąg, który aż spod Góry Piaskowej będzie zaopatrywał browar w wodę. Prace ruszają w 1912 roku, inwestycja kosztuje niemało, jednak daje browarowi jako taką samodzielność, kłopoty z wodą nigdy jednak nie skończą się na dobre, górnicze dziedzictwo miasteczka od czasu do czasu będzie o sobie przypominać.

W 1914 roku Georg Franzky wygrywa coroczny turniej strzelecki i zostaje mistrzem kurkowym. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że tytułem tym będzie się cieszył aż pięć następnych lat. I bynajmniej nie dlatego, że okaże się w kolejnych konkursach bezkonkurencyjny. Czerwiec tego roku to bowiem ostatni miesiąc istnienia starego świata, w Sarajewie ginie z ręki zamachowca Franciszek Ferdynand, wybucha wojna, która wzywa na swoje fronty synów Kupferbergu. Polegnie ich tam pięciu, a jeden na zawsze uznany zostanie za zaginionego. W tym samym czasie w restauracji Bräuera na honorowym miejscu zawiśnie stalowy angielski hełm, zdjęty z głowy angielskiego żołnierza. Czynu tego dokonać miał w czasie bitwy pod Arras w październiku 1914 roku mieszkaniec Jannowitz Ernst Küttner. Pamiątką wojennej zawieruchy ma być też wywieszona w sali biesiadnej flaga rufowa niemieckiego okrętu wojennego biorącego udział w morskiej bitwie pod Tsingtau, w dalekich Chinach.

Pięciu poległych, jeden zaginiony, angielski hełm i podziurawiona jak sito flaga – oto bilans, z jakim wychodzi z wojny zielony Kupferberg. Przy ponad siedmiu milionach niemieckich ofiar i ponad trzydziestu siedmiu milionach zabitych na wszystkich frontach Wielkiej Wojny nie jest to chyba cena zbyt wygórowana. Choć oczywiście tragiczny, bilans ten nie wydaje się przekonującym dowodem na to, że za górami otaczającymi miasteczko przetoczył się właśnie jeden z najbardziej krwawych i okrutnych konfliktów w historii świata. Rzecz jasna, mieszkańcy Kupferbergu odczuwają wysiłek, który Niemcy muszą podjąć w związku ze zbrojeniami, w miasteczku pojawiają się tymczasowe problemy z zaopatrzeniem, w urzędach zostaje wprowadzony wojskowy dryl, częściej odbywają się ćwiczenia rezerwistów, matki i żony drżą o tych, którzy walczą o dobre imię cesarza. Jednak w porównaniu z tragedią tysięcy europejskich miast i miasteczek oraz milionów wypędzonych i zabitych, ci, którym wojnę przyszło przeżyć w Kupferbergu, mogą mówić o sporym szczęściu. Zajęci swoimi problemami życia codziennego nie domyślają się zapewne, że zapłata za ten spokój przyjdzie z wieloletnim odroczeniem. Skromny pomnik wystawiony przez nich na rynku bohaterom I wojny światowej okaże się daniną niewystarczającą. Bestia jeszcze się tu upomni o swoje.

O wiele groźniejsze są skutki wojennej zawieruchy, które odczuwają wszyscy Niemcy zaraz po tym, jak milkną ostatnie strzały. W całym kraju zaczyna szaleć hiperinflacja tak olbrzymia, że pracodawcy wypłacają pensje dwa razy dziennie, by za otrzymane pieniądze ludzie byli w stanie cokolwiek kupić. Dość powiedzieć, że na początku lat dwudziestych ceny chleba w Breslau osiągają ceny 240 milionów marek za bochenek.

I oczywiście ciągle rosną.

Z tymi gospodarczymi problemami muszą sobie także radzić kupcy i przedsiębiorcy z Kupferbergu. Nie sposób wyliczyć ich wszystkich. Pod tym względem Kupferberg jest niemal samowystarczalny. Jego mieszkańcy mają pod ręką hydraulika, elektryka, blacharza i zduna. To, czego nie są w stanie dostarczyć kupcy, wytwarzane jest na miejscu. Pani Trenkler szyje koszule, panie Assmann i Alex zajmują się pościelarstwem, pan Reuhs prowadzi tkalnię adamaszku, a pani Bräuer, żona Maxa, handluje masłem i jajkami. Ci mieszkańcy, którzy nie prowadzą własnej działalności, znajdują zatrudnienie w zakładach przemysłowych działających w Kupferbergu. Są to: dwa zakłady kamieniarskie, Zeidler & Wimmel oraz Schlesiche Granitstein AG, a także gospodarstwo rolne należące do grafa Stolberga-Wernigerodego wraz z założoną także przez niego ścieralnią drewna i wytwórnią miazgi drzewnej w nadrzecznym Bergmühle. Powstająca tutaj celuloza dostarczana jest do fabryki papieru w Jannowitz. Tu też pracują mieszkańcy Kupferbergu, produkując między innymi cieniuteńkie bibuły przeznaczone na eksport do Chin.

W górnej części miasta, pod numerem czterdziestym pierwszym, znajduje się rzeźnia Augusta Schiedecka, w pobliżu rynku swoje stoisko mięsne prowadzi zaś rodzina Raupachów. Pieczywo i ciasta mieszkańcy kupują u mistrza piekarskiego Wilhelma Fladego pod numerem dziewiątym, tuż obok, pod ósemką, Georg Fischer sprzedaje warzywa i owoce południowe. W artykuły kolonialne można zaopatrzyć się u Gustawa Reimanna pod numerem siedemdziesiątym. To właśnie obok jego sklepu zapadła się ziemia. O zaopatrzenie miasteczka w lekarstwa dba aptekarz Kurt Haenisch wraz ze swoim bratem Ulrichem. Swoją aptekę prowadzą oni w rynku, pod numerem dziewięćdziesiątym.

Mieszkańcy miasteczka strzygą swoje włosy u półwędrownego mistrza fryzjerskiego Adolfa Friebego, który nie dość, że rezyduje i obsługuje swoich klientów w zakładzie pod numerem sto trzecim, to jeszcze wyposażony w odpowiednie przybory wędruje pieszo do Rudelstadtu, Rohrlachu, a nawet Fischbachu, oferując mieszkańcom tych wiosek swoje usługi. Być może zniszczone tymi wędrówkami buty naprawia w zakładzie szewskim Wagner-Kaiser-Exner. Być może, bo równie dobrze może korzystać z usług położonego w górnej części miasta zakładu szewskiego Wahn-Drescher. Niemal pewne jest natomiast, że spodnie i surdut fryzjer piechur zamawia u swojego krewnego – krawca Hermana Friebego.

Oprócz browaru działa tu także destylarnia Alberta Schütza, która dostarcza doskonałej jakości wódki i likiery. Wkrótce swoją działalność rozkręci producent wód mineralnych i lemoniady Maksymilian von Glaschynsky.

Kupferberg ma swój urząd pocztowy oraz dwa oddziały towarzystw powierniczych. W miasteczku działa przedszkole (ulokowane w jednym z pomieszczeń gospody przy browarze), są też dwie szkoły parafialne, które w przyszłości zostaną połączone w jedną szkołę ludową. Gdy w ślad za mistrzem elektrycznym Carlem Lukashkiem, jeżdżącym swoim oplem, pójdą inni mieszkańcy miasteczka i na jego ulicach pojawią się samochody, na tyłach gościńca Pod Czarnym Orłem stanie też stacja paliw Shella.

Jednak nie samą pracą żyją mieszkańcy Kupferbergu. Wolny czas spędzają, angażując się w działalność rozlicznych stowarzyszeń i związków. Wśród nich nie sposób nie wymienić Męskiego Związku Gimnastycznego, którym kieruje wierny przyjaciel Georga Franzkiego i zapalony myśliwy Georg Gotter. Wbrew swej nazwie związek ma trzy sekcje – męską, prowadzoną przez Gottera, żeńską, z Käthe Lukaschek, oraz młodzieżową. W czasie niepogody ćwiczenia na drążku, poręczach i koniu odbywają się w gościnnych progach gospody Pod Czarnym Orłem. Gimnastykom z Kupferbergu marzy się jednak prawdziwy plac do ćwiczeń na wolnym powietrzu. W końcu budują go sobie przy drodze prowadzącej do położonej nieco na uboczu dzielnicy miasteczka Adlersruh. Tutaj odbywają się pokazy młodych gimnastyków, które oklaskiwane są przez tłumy widzów.

Ci, którym nie w smak akrobacje na drążku, wybierają niezwykle towarzyski i nad wyraz rozrywkowy Męski Związek Śpiewaczy prowadzony przez krawca Hermanna Friebego lub Ludową Scenę Teatralną prowadzoną przez emerytowanego aktora Paula Schulzego. Ten ostatni na aktorstwie nie poprzestaje, jest bowiem także ogniomistrzem i członkiem Ochotniczej Straży Pożarnej w Kupferbergu. W każdą pierwszą sobotę miesiąca zrywa się o szóstej rano obudzony alarmem ogniowym i, tak jak kilkudziesięciu innych mężczyzn, pędzi do remizy stojącej nieopodal destylarni Schütza. Odbywają się tu ćwiczenia ogniowe, po których cała strażacka brać udaje się do browarnianej gospody, by przy kuflu zimnego złota omówić zebrane właśnie doświadczenia w gaszeniu pożarów. Strażacy z Kupferbergu cieszą się doskonałą opinią, wśród mieszkańców Jannowitz krąży nawet opowieść o tym, jak dzielni ogniomistrze z miasteczka na szczycie góry, nie mogąc się doczekać koni do swojego wozu, sami chwycili za dyszel i pociągnęli cysternę wraz z sikawkami do sąsiedniej wsi. Uratowali tym samym dobytek jednego z mieszkańców Jannowitz. W opowieści tej nie wzmiankuje się, niestety, w jaki sposób, już po ugaszeniu ognia, wóz został wciągnięty na górę, choć to właśnie ten kierunek musiał bohaterskim strażakom sprawić więcej problemów niż szalony zjazd na dół.

Georg Franzky także angażuje się w działalność społeczną. Jako rezerwista i członek Stowarzyszenia Wojskowego bierze udział we wszystkich uroczystościach państwowych i wojskowych, dba także o to, by weterani wojenni byli odprowadzani na cmentarz z należytą oprawą, a złożeniu ich trumien do grobu towarzyszyła obowiązkowa salwa honorowa. Po wojennej klęsce i w czasie gospodarczego kryzysu mieszkańcom miasteczka, tak jak i wszystkim pogrobowcom cesarstwa, teraz obywatelom republiki, trudno odnaleźć się w nowej rzeczywistości. W Europie są „tymi złymi” Pielęgnowanie pamięci o swoich bohaterach traktują więc, świadomie bądź nie, jak zbiorową terapię na trudne czasy przemian.

Wielu tych, którzy w nowej rzeczywistości nie umieją się odnaleźć, trafia do miasteczka na kurację i wypoczynek. Zarówno mieszkańcy, jak i goście zgodnie przyznają, że najpiękniej jest tutaj jesienią, to wówczas wilgoć unosząca się znad rzecznych dolin sprawia, że ci, którzy akurat mają to szczęście obudzić się w Kupferbergu, mogą cieszyć oczy widokiem miasteczka wystającego niczym wyspa z morza mgieł. Ten widok opiewa w swoich słynnych już w całym kraju przewodnikach proboszcz Johannes Kaufmann. W ciągu kilku lat Kupferberg staje się więc znany jako najmniejsze miasteczko Niemiec, miejsce ciche, urokliwe i przede wszystkim dość tanie. Dostać się tutaj jest teraz o wiele łatwiej niż kiedykolwiek wcześniej. W czerwcu 1920 roku ostatecznie zakończono prace elektryfikacyjne na trasie kolejowej Niedersalzbrunn-Hirschberg, teraz zaczynają tu kursować eleganckie czerwone wagoniki kolejki elektrycznej. W niecałe dwadzieścia minut można więc dostać się z Jannowitz na lotnisko w Hirschbergu. Tu z kolei lądują i startują kursowe samoloty Lufthansy, łącząc miasto z Berlinem, Breslau i Lipskiem. Między dworcem w Jannowitz a rynkiem w Kupferbergu kursują zaś taksówki, nic więc dziwnego, że miasteczko przeżywa niekiedy prawdziwy szturm kuracjuszy.

Zmienia się także okolica. W rosnącej liczbie kuracjuszy ludzie upatrują możliwości wyjścia z ekonomicznego dołka. W samym Waltersdorfie, o którym od zawsze mówiło się tu, że znajduje się na końcu świata, działa aż siedem gościńców. Co więcej, graf Stolberg-Wernigerode wyremontował specjalnie dla turystów, bo teraz tak się ich nazywa, część ruin zamku Bolczów. Znajduje się tam przyjemna gospoda, ulubiony cel pieszych wędrówek.

Wszystkie te przemiany cieszą oko Georga Franzkiego. Tym bardziej że kwitnie też jego życie rodzinne, wkrótce na świat przyjdzie jego najmłodsze dziecko. Georg w skrytości ducha marzy o córce.

Po wojennych zawieruchach kraj z niemałym trudem podnosi się z upadku, a interes prowadzony przez Georga, mimo ciągłych problemów z wodą, idzie nad wyraz dobrze. Piwo ma renomę, samochodami jest teraz transportowane na dalsze odległości – do Goldbergu, Schönau an der Kazbach, a nawet Löwenbergu. W mieście coraz częściej pojawiają się też pielgrzymki smakoszy, którzy wybornego złotego trunku chcą skosztować w miejscu jego warzenia. Zgodnie z już blisko wiekową tradycją Josephine Franzky, ciotka Georga, podaje im schłodzone piwo latem i lekko podgrzane zimą.

W zimowych miesiącach gospoda przy browarze przeżywa oblężenie, zwłaszcza w soboty i niedziele. Kupferberg słynie bowiem w bliższej i dalszej okolicy z jeszcze jednego powodu. Droga wiodąca stąd do Jannowitz okazuje się najlepszym naturalnym torem saneczkowym, jaki miłośnicy białego szaleństwa mogą sobie wymarzyć. O ile na nartach można stąd zjeżdżać niemal w każdą stronę, a łyżwiarskie piruety kręci się na stawie nieopodal browaru, o tyle saneczkarze upodobali sobie właśnie wiodącą ostro w dół drogę do Jannowitz. To tutaj odbywała swoje treningi załoga słynnego w całych Górach Sokolich sześcioosobowego bobsleja należącego do architekta ogrodowego z Jannowitz Berharda Beckera. Kierowcą boba jest Kurt Mende. Za nim siada Johannes Ritzka, potem Georg Grabs, kominiarz z Kupferbergu, dalej Herman Hirsch, również obywatel miasteczka, wreszcie na końcu gramoli się w pośpiechu Eric Nolte. Zwykle z radosnym rykiem rozpędzają sanie nieopodal gościńca Pod Czarnym Orłem, wskakują do nich w biegu i zalodzoną drogą pędzą najpierw przez rynek, a potem koło browaru. Mijają jeszcze dwa kamienne krzyże wystające ze śniegu tuż na rogatkach miasta i już mogą mknąć niemal dwa kilometry w dół, aż na podwórze hotelu Klugera w Jannowitz. Po odpowiednim wzmocnieniu się w tutejszej restauracji ruszają w drogę powrotną, ciągnąc za sobą stukilogramowe sanie. Po drodze mijają rozwrzeszczane dzieciaki, które mkną na sankach ich śladem. Przy browarze młodzi bobsleiści zostawiają sanie i wstępują na kufel ciepłego piwa, który doda im kurażu przed następnym szalonym zjazdem.

 

Trudno zaprzeczyć – w Kupferbergu życie nie jest łatwe, ale codzienne trudy mieszkańcy nauczyli się rekompensować sobie drobnymi przyjemnościami. Zapowiedzią nadchodzących gorszych czasów jest jedynie śmierć proboszcza Johannesa Kaufmanna, który 16 listopada 1926 roku zostaje pochowany na przykościelnym cmentarzu w Jannowitz. Wbrew temu, co mówić się będzie jeszcze kilkadziesiąt lat później, nic nie wskazuje na to, by była to śmierć nienaturalna, zadana z ręki protestanckiego zamachowca. Dowodów na pokojowe, a przynajmniej obojętne współżycie przedstawicieli obu wyznań jest aż nadto. Śmierć księdza, który tak walnie przyczynił się do spopularyzowania walorów miasteczka, kładzie się jednak cieniem na mieszkańcach Kupferbergu. Także zamknięcia ostatniego kopalnianego szybu Adler nikt nie interpretuje jako złej wróżby. Oczywiście żal tej garstki górników, kopalnie zamykano tu już jednak wiele razy – wszyscy zdążyli się do tego przyzwyczaić.

Ale czarne chmury wzbierają, gromadzą się daleko, nawet nie za górami otaczającymi miasteczko, ale za wielkim oceanem, w Ameryce. 24 października 1929 roku przejdzie do historii świata jako Czarny Czwartek, początek Wielkiego Kryzysu, w którym wkrótce pogrąży się cały świat.

Zanim jednak pierwsze poważne echa ekonomicznej depresji zdążą dotrzeć do Kupferbergu, nastanie zima, a mieszkańcy miasteczka przeżyją swój mały dramat.

Jest mroźna gwieździsta noc 29 grudnia 1929 roku. Śnieg skrzypi pod butami kominiarzy Georga Grabsa i Josefa Stenzla, gdy w milczeniu idą przez pogrążony we śnie Kupferberg. Nieopodal gospody Pod Czarnym Orłem Georg zdejmuje z pleców dziecięce sanki i kładzie na ziemi. Podciągają kołnierze, zsuwają na uszy futrzane czapki. Georg siada z przodu, Josef za nim. Ruszają w dół, do Jannowitz. Mają tam pilne, niecierpiące zwłoki zlecenie. Nie wiadomo, dlaczego kilkaset metrów dalej wypadają z drogi i uderzają w drzewo. Służąca do czyszczenia kominów kula na stalowej linie, którą przewiązany jest Georg, wbija się w jego ciało, uszkadzając śledzionę i wątrobę. Mroźną noc przeszywa przeraźliwy krzyk umierającego Grabsa, dwudziestodwuletniego kominiarza z Kupferbergu, członka słynnej załogi bobsleistów. Od tego krzyku budzą się mieszkańcy pobliskich domów, pewnie gdzieniegdzie zapalają się światła, być może do okna swojej żółtej willi podbiega też pełen złych przeczuć Georg Franzky.

Z okolicznych drzew podrywa się też stado wron.