Miedzianka. Historia znikaniaTekst

Z serii: Reportaż
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Miedzianka. Historia znikania
Miedzianka. Historia znikania
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,80  43,84 
Miedzianka. Historia znikania
Audio
Miedzianka. Historia znikania
Audiobook
26,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Na udoskonalenie wydobycia i wprowadzenie nowych technologii nie ma już jednak czasu. Bestia zaczyna się wiercić i przypominać o swoim istnieniu. 28 czerwca 1914 roku Gawriło Princip strzela do Franciszka Ferdynanda i jego małżonki, a świat, jaki mieszkańcy Kupferbergu znali do tej pory, rozpada się na ich oczach.

Wielka Wojna nie wkroczy jednak do Kupferbergu, wybierze inną drogę. Żaden z frontów nawet nie draśnie miasteczka. Zabierze jednak ze sobą kilkunastu synów i ojców. Gdy armaty ucichną, na trójkątnym rynku stanie pomnik, który będzie przypominał o ich przelanej krwi.

Mieszkańcy miasteczka są wytrwali. W pięć lat po zakończeniu wojny pod budynkiem kopalni znów ustawiają się w górniczym pochodzie, znów płoną lampy górnicze, znów łopoczą sztandary. Na jednym z szybów promienieje wielki obraz świętej Barbary namalowany przez brata górniczego asesora – pana Fitznera. Pastor Helmut Eberlein i ksiądz Johannes Kaufmann wspólnie tłumaczą wiernym, że tylko gorliwe modlitwy sprowadzą na nich łaskę i bezpieczeństwo w czasie pracy.

Teraz wydobyciem zajmą się inżynierowie ze spółki Giesche Erben. Na Górnym Śląsku koncern ten jest właścicielem sporej części kopalń i hut oraz jeszcze większej części Kattowitz. Mieszkańcy Kupferbergu z nadzieją nasłuchują wieści z tamtego regionu, dowiadują się między innymi o pięknych i wygodnych miastach-ogrodach, jakie spółka buduje swoim pracownikom. Marzenia ostatnich sześćdziesięciu górników z Kupferbergu są jednak o wiele skromniejsze. Nie chcą luksusowych osiedli ani kolejki dowożącej ich bezpłatnie pod bramę kopalni. Chcieliby tylko, aby uruchomione przez Giesche Erben szyby dały dosyć surowca, by nikt nie musiał się tu martwić o jutro.

Modlitwy, do których namawiają pastor Eberlein i ksiądz Kaufmann, na pewno nie są więc mało gorliwe, jednak po prostu nieskuteczne. Nie wystarcza też doświadczenie inżynierów z Giesche Erben. Z łatwością wznowili oni wydobycie w Kupferbergu i z jeszcze większą łatwością decydują o jego ostatecznym zakończeniu. W bilansach firmy tych kilka szybów i garstka gwarków nie stanowi zbyt ważnej pozycji. Najpierw staje szyb Toni, wkrótce potem, w 1927 roku, zamknięty zostaje ostatni szyb Adler. Gwarkowie będą mogli już tylko z nostalgią spoglądać na jego szkielet widoczny z niemal każdego domu w mieście.

***

Górnicza przeszłość miasteczka nie daje jednak o sobie zapomnieć. Góra, na której szczycie stoi Kupferberg, jest podziurawiona jak rzeszoto. Przez całe stulecia drążono w jej wnętrzu tunele, które teraz – niezabezpieczone – zaczynają się zapadać i zagrażać temu, co znajduje się powyżej. Szalunek w starych sztolniach zamienia się w próchno i już nikt przy zdrowych zmysłach nie wejdzie do środka, by ocenić stan zniszczeń i przewidzieć kolejne zagrożenia. O zabezpieczeniu starych szybów nie może być więc mowy.

Coraz częściej rurociąg doprowadzający do miasteczka wodę aż spod góry Wołek zrywa się. Władze miasta zachodzą w głowę, co jest tego przyczyną, wkrótce okazuje się, że to niewielkie tąpnięcia i osunięcia ziemi powodują rozszczelnianie instalacji.

Pewnego dnia konie ciągnące pług po polu pana Franzkiego zapadają się w ziemi po piersi i wydają z siebie tak przerażający kwik, że ci, którzy akurat są w pobliżu, rzucają swoją robotę i wbiegają w pole z pobladłymi twarzami. Tylko niektórzy mają odwagę ruszyć z pomocą i ratować zwierzęta, inni patrzą z daleka na wystające z ziemi końskie łby i niezwykłe lejkowate zapadlisko wokół nich.

Po raz pierwszy jednak ziemia zapada się pod budynkiem kuźni Preusa i kupca Reimanna. Powstaje krater tak duży, że zmieściłaby się w nim furmanka. Także w szeregu domów – od piekarza Flabego do fryzjera Friebego – utworzyła się rysa na murach spowodowana zapadnięciem się sztolni. Ta rysa to dopiero początek.

Butelka

Korek od butelki dostałem od Zbigniewa Pawęski na koniec naszej rozmowy. Przez cały czas bawił się nim, obracał w palcach, delikatnie stukał o blat stołu, tuż obok mikrofonu, w taki sposób, że musiałem zastanawiać się nad tym, czy nie robi tego specjalnie. Na koniec powiedział, że to dla mnie, a ja udałem zaskoczenie i przez chwilę grzecznie oponowałem. Zapytałem, skąd go ma.

– Po prostu mam – odpowiedział. Zaraz potem zapewnił, że dla niego to nie jest żadne poświęcenie i żadna ofiara: – Ja jeszcze sobie taki znajdę.

A zatem korek. Za stary, by traktować go jak pospolity śmieć, za młody, by uznać za zabytek. Bryłka porcelany z czerwonym emaliowym napisem: KUPFERBERGER BRAUEREI. G. FRANZKY. Żadnej daty, nic więcej. Uszczelkę szlag już trafił, tak samo metalowy kabłąk, którego resztki tkwią jeszcze w otworze.

Na chwilę ulegam pokusie fantazjowania, wymyślania historii. Staram się z tym walczyć, ale przechodzi samo. Korek pozostanie korkiem, wygrzebanym z ziemi, nie powie mi nic poza tym, co już i tak wiem. Był browar, był Georg Franzky, było piwo. Nic więcej – wszystko w czasie przeszłym. Noszę korek w kieszeni, trochę jak talizman, który ma mi przynieść szczęście. Niby dlaczego by miał? Obmyślam nawet sposób, w jaki mógłbym przepleść przez niego kółko od kluczy i tak stać się z nim nierozłącznym.

Potem znajduję butelkę. I znów ta nachalna symbolika, której opieram się z trudem. Jakiś chichot historii, jakby zielony Kupferberg, miasteczko, którego nie ma, kpiło sobie ze mnie i podrzucało mi śmieci, z których miałbym sklecić historię. Próbując zrozumieć, trafiam więc tylko na to – najpierw porcelanowy korek, a teraz butelkę z browaru Franzkiego. A więc można by rzec, że mam komplet (jakby jednak nie dość było szyderstw, butelka ma tak odłamaną szyjkę, by uniemożliwić mi celebrację obrzędu dopasowywania i głupawego podniecania się nim).

Korek i butelka – nic więcej. Pewnie gdybym pochodził po świeżo zaoranych polach, znalazłbym kilka fragmentów potłuczonych talerzy. Ale i one nic by nie znaczyły – cała ta archeologia jest zbędna, bo potem i tak jest wymyślanie, siedzenie w autobusie z Jeleniej Góry, gapienie się przez okno i zastanawianie. Czy Franzky obok tej butelki przechodził, czy miał ją w rękach, kto ją kupił, kto wypił piwo (Beier spod dziesiątki czy Casper spod szóstki)? Czy uderzyło mu do głowy, może wdał się w bójkę, może sam został pobity? Pił dla kurażu? Z nudów? Bo musiał? Z pragnienia? Z radości czy smutku? A może po prostu pił?

Butelka leżała w liściach obok grobu Ueberschaera. Może sam ją przyniósł, gdy stał tu jeszcze jego drewniany domek? A może przynieśli ci, którzy wkładali go do grobu, a na ceglanej ścianie tuż nad trumną powiesili jego pikielhaubę i szablę? Całość przywalili żelbetową płytą, a potem, zamiast wykuć mu datę śmierci, wypili jego zdrowie i poszli niespiesznym krokiem w kierunku miasta. „Biedny Ueberschaer – myśleli – dlaczego to zrobił?”.

A może było zupełnie inaczej. Może butelka znalazła się tam dlatego, że ktoś uznał, że to doskonałe miejsce, by wyrzucić te śmieci, które we wszystkich domach zostały po Niemcach. Nie zdążyli przecież sami posprzątać.

Teraz nie ma to już żadnego znaczenia, bo cały sentyment, całe moje uwielbienie dla tych dwóch przedmiotów wynika z tego, co poza nimi, z tego, co wiem o miasteczku. Ale tylko tyle z miasteczka, z zielonego Kupferbergu, zostało, więc całą tę moją ekscytację domorosłego archeologa tak sobie właśnie usprawiedliwiam.

Kupferberger Gold

– Następna mała małpka będzie twoja – obiecuje Max Sintenis, a jego oczy płoną w mroku. By ten mrok przeniknąć i zajrzeć w figlarne oczy, mały Georg Franzky musi wspinać się na palce i wysoko wyciągać do góry ręce z flaszką błogosławionego złotego płynu. Operacja jest ryzykowna, bo okno więzienia, w którym znów siedzi niesforny Max, jest zbyt wysoko jak na skromne możliwości chłopca. O sukcesie decydują sprawne koniuszki palców Maxa, któremu wszak jeszcze nigdy nie zdarzyło się upuścić pełnej butelki i tym razem też się nie zdarzy.

Jest też inne ryzyko. Max Sintenis – lekkoduch, birbant i hulaka – siedzi w celi właśnie przez to, że pod wpływem tego czy innego napoju znów wprawił w osłupienie i zażenowanie mieszkańców zielonego Kupferbergu. Przynoszenie piwa takiemu indywiduum z pewnością spotkałoby się z naganą sąsiadów i burmistrza Smudego, a najpewniej także z pospolitym laniem od ojca. Jednak obietnica posiadania własnej małpki jest zbyt kusząca, by Georg nie był gotowy tego ryzyka podjąć. Ten rytuał powtarza się zresztą dość często, więc chłopiec ma pewne doświadczenie. Najpierw słychać nieprzyzwoite przyśpiewki dobiegające z domu braci Sintenisów, z których ta jedyna nadająca się do powtórzenia zaczyna się od słów: „Gdybyś miał jeszcze jedną teściową…”. Potem donośny baryton Maxa przenosi się na ulicę i nieskrępowany już ścianami gabinetów niesie się po ulicach. Następnie słychać gwizdek żandarma lub poirytowany głos burmistrza Smudego, który w takich chwilach zwykł tylko ograniczać się do pospolitego: „Max, ty ośle!” i zlecenia żandarmowi zawleczenia pijanego śpiewaka za fraki do celi, na tyłach przytułku dla żebraków. Do rana ma tam czas na wytrzeźwienie i przemyślenie swojego haniebnego postępowania. Nie udaje mu się ani jedno, ani drugie.

Do tej klęski wychowawczej przyczynia się w pewien sposób właśnie mały Georg Franzky, syn browarnika Ewalda Franzkiego, wnuk Wilhelma i Ernestyny. Już od ponad czterdziestu lat ród Franzkich sławi dobre imię miasteczka, dostarczając do gospód, wyszynków i restauracji w bliższej i dalszej okolicy napój nazwany, nie bez przyczyny, Złotem Kupferbergu.

Tajemnica sukcesu tutejszego piwa tkwi, tak przynajmniej twierdzi Ewald Franzky, w doskonałej wodzie tryskającej z wnętrza góry, na szczycie której stoi miasteczko. W „Wanderem im Riesengebirge”, lokalnej gazecie wydawanej w Hirschbergu, pojawia się nawet obszerny artykuł autorstwa profesora Liebreicha traktujący o zdrowotnych właściwościach wody bijącej z tutejszego Źródła Juliana. „Zawartość kwasu arsenowego bez domieszek innych, mocno oddziałujących soli charakteryzuje tę wodę całkiem specyficznie jako wodę mineralną zawierającą arszenik, która ze względu na swoje właściwości jest lekkostrawna. Zawartość 1,66 miligramów w litrze wody jest akurat ilością, której spożycie jest celowe, a dawka ta, nawet przy długim spożywaniu, nie jest za duża”.

 

Z kolei inny znawca wód, profesor Wilhelm Windlich, wielokrotnie badający tutejsze ujęcia, ważył się wystąpić z odważną tezą, że woda w Kupferbergu jest równie dobra jak ta ze słynnego ujęcia Pilzner Urquell. Przyczyną tej doskonałości mają być warstwy marmuru wapiennego, woda przesączając się przez nie, traci niepożądany dwutlenek węgla i staje się miękka.

Tak czy inaczej, to właśnie tej wodzie oraz nienagannej czystości urządzeń browarnianych Złoto Kupferbergu ma zawdzięczać swój unikatowy smak i goryczkę. Browar, w którym ten cudowny napój powstaje, znajduje się w dolnej części miasta, na rozstaju dróg wiodących do Jannowitz4. Zbudowany jest z pięknej, klinkierowej cegły, za nim pyszni się zaś żółta willa browarnika i domek dla służby wraz z powozownią. Mały Georg zna tu każdy zakamarek, wie zatem, jak dostać się do wnętrza browaru, w którym pomieszczeniu butelkowane jest piwo i co trzeba zrobić, by zimną flaszkę niepostrzeżenie wynieść na zewnątrz, a następnie, wspinając się na palce, podać w zwinne palce Maxa Sintenisa. Nigdy go na tej kradzieży nie złapano.

Georg nic na to nie poradzi – ma siedem lat i kocha chłopięcą miłością obu braci Sintenisów. Młodszego, Maxa, za radość, którą sprawia chłopcu swoimi opowieściami snutymi zza więziennej kraty. Są w nich dalekie krainy – pustynie Persji i Azji Środkowej, zielona dżungla Afryki i wzburzone fale oceanów. Są w tych historiach także niesamowite i mrożące krew w żyłach przygody oraz oczywiście małpy, których preparowaniem Max miałby się rzekomo zajmować. Oczywiście Georg nigdy żadnej małpki przywiezionej przez Maxa z tych podróży nie widział, prawdę mówiąc, nie przypomina sobie nawet, by Max kiedykolwiek opuścił Kupferberg na dłużej, jednak słuchanie o dalekich krajach jest dla niego wystarczającą nagrodą. Zresztą, gdyby mały Georg Franzky miał przyjąć wszystkie małpki obiecane mu przez Maxa, willa stojąca za browarem z pewnością by ich nie pomieściła.

Jest jednak jeszcze drugi z braci Sintenisów – starszy o rok Paul. To całkowite zaprzeczenie Maxa i prawdziwe źródło inspiracji jego niesamowitych, pijackich opowieści. Paul jest botanikiem i częściej przebywa w podróży niż w swoim wypełnionym roślinnymi preparatami i kolekcjami gabinecie w Kupferbergu. Za pierwszym razem wyrusza do rumuńskiej Dobrudży, potem zapuszcza się coraz dalej – do Grecji, Turcji, Armenii, Turkmenistanu, Persji, a nawet dalekiego Puerto Rico. Z każdego z tych miejsc przywozi setki albo i tysiące okazów roślin. Wśród nich jest na przykład szczególny gatunek rdestu, przywieziony z dalekiego Sachalinu. Roślina doskonale przyjmuje się w surowym klimacie Kupferbergu i przez wiele następnych lat będzie znakiem rozpoznawczym miasteczka. W czasie jednej z wypraw do północno-wschodniej Turcji Paul Sintenis wspina się z mozołem na wysokość dwóch tysięcy czterystu metrów tylko dlatego, że od miejscowych chłopów dowiaduje się o występowaniu na tej wysokości nieznanej mu rośliny. Wysiłek się opłaca – jego znalezisko przechodzi do historii botaniki jako Tulipa sintenisii.

Nic więc dziwnego, że każdy kolejny powrót naukowca w rodzinne strony staje się wydarzeniem. Jego rozrastający się prywatny ogród botaniczny jest namiastką dalekich krain, o których z taką pasją i przekonaniem opowiada młodszy brat. Georg Franzky wyczekuje tych powrotów szczególnie. Korzystając z zażyłości, która łączy jego ojca Ewalda z obojgiem Sintenisów, ma rzadką przyjemność zaglądania od czasu do czasu do domu Paula i obserwowania go przy pracy. Każda taka wizyta to wyprawa w nieznane. W gabinetach pachnie tytoniowym dymem, na blatach piętrzą się skrzyneczki z zasuszonymi motylami, z szaf spoglądają na chłopca szklane oczy wypchanych zwierząt. Wszystko to jest królestwem wielkiego angorskiego kota i trzech skrzeczących papug, które swobodnie przemieszczają się po całym domu. Paul ochoczo wprowadza chłopca w arkany pracy przyrodnika, pokazuje preparaty roślin i zwierząt, pod mikroskopem odkrywa nieznany chłopcu dotąd świat. Do małego odkrywcy wielki botanik zwraca się per „kustoszu”, co chłopca wprawia w szczególną dumę.

Podziw i szacunek budzi też w Georgu wierny, a zwykle dość milczący towarzysz Paula – Turek imieniem Fuss. Jego niecodzienna bródka i obowiązkowy fez dodają kolorytu i tak barwnej już postaci botanika. Poznali się w Konstantynopolu, Paul od razu przekonał się o zaletach tej znajomości. Fuss jest tak naprawdę synem Austriaczki i Niemca, jedynie wychowanym w Turcji na orientalną modłę. Dzięki temu ma odpowiednie wykształcenie i, co najważniejsze, mówi po niemiecku, grecku, arabsku i turecku. W czasie wszystkich wypraw Paula jest jego tłumaczem i asystentem, szybko przyswaja sobie niezbędną wiedzę z zakresu botaniki i jest dla badacza wsparciem także w tym zakresie. Na jednym ze zdjęć, które przez długie lata wisiały w gabinecie Ewalda Franzkiego, widać Paula Sintenisa, Fussa oraz jakiegoś niemieckiego konsula stojących w serdecznym uścisku na tle jednego z perskich miast. Na starość Fuss osiądzie w miasteczku, tu przez wiele lat męczyć go będą nawroty malarii. Ze względu na uciążliwość swojej choroby w browarnianej gospodzie prowadzonej przez rodzinę Franzkich Fuss będzie miał swoje kieliszki i kufle. Utrapienia starości wpędzą go jednak w nałóg zażywania morfiny, która przyniesie mu przedwczesną śmierć.

Opowieści Maxa i dokonania Paula działają na wyobraźnię małego Georga Franzkiego, który marzy o równie dalekich i nie mniej niesamowitych podróżach. Wielki świat zaczyna się już na dworcu kolejowym w Jannowitz. Z Kupferbergu to zaledwie dwudziestominutowy spacer. Wystarczy minąć browar i dwa kamienne krzyże, z których jeden nosi jeszcze ślady zatartego napisu „Memento”. Potem trzeba już tylko przejść przez sosnowy las. A właściwie przebiec, bo zielona gęstwina jest dla małego chłopca źródłem stanowczo nazbyt tajemniczych i przerażających odgłosów.



Na dworcu można już jednak odetchnąć i wsiąść w pociąg, który w dwie godziny dotrze do Breslau bądź Görlitz, a zaledwie w pięć godzin do samego Berlina. Gdyby wybrać zaś skład jadący w przeciwną stronę, w nieco ponad kwadrans dojedzie się do Hirschbergu. Georg uwielbia jeździć tą trasą. Tory wiją się tu między górami i raz po raz przeskakują łukowatymi mostami przez rzekę. Z okolic Märzdorfu doskonale widać dwie kościelne wieże Kupferbergu. Największą frajdę sprawiają jednak chłopcu te chwile, w których cały pociąg pogrąża się w ciemności wykutego u stóp góry tunelu. O miejscu tym opowiadała małemu Georgowi babcia Ernestyna. 9 września 1865 roku u zachodniego wylotu tego tunelu, nieopodal wsi Rohrlach, ustawiono stoły i oświetlono je lampionami. Okazją dla zorganizowania tej osobliwej biesiady było uroczyste otwarcie linii Breslau-Hirschberg. Biesiadnikom, wśród których byli też Ernestyna Franzky i jej ówczesny mąż Wilhelm Bach, przygrywała kapela, Złoto Kupferbergu lało się oczywiście szerokim strumieniem. Po przemowach przedstawicieli kolei oraz właściciela tych terenów, hrabiego Wilhelma z rodu Stolberg-Wernigerode, wszyscy zebrani przemaszerowali przez tunel, oświetlając sobie drogę pochodniami. W ten sposób kolej żelazna połączyła Jannowitz i pobliski Kupferberg ze światem.

Podróże pociągiem skłaniają Georga Franzkiego do rozmyślań dość szczególnych. Będąc ministrantem w katolickim kościele, chłopiec dowiaduje się o odważnej podróży proboszcza Johanna Martina Stulpego, który blisko dwa wieki wcześniej dotarł samodzielnie do Rzymu, by prosić papieża o brewe na założenie arcybractwa Najświętszego Serca Jezusa w Kupferbergu. W głowie małego Georga Franzkiego nie mieści się, że ten dzielny ksiądz, kiedy ruszał w taką podróż, nie mógł skorzystać z kolei.

O księdzu Stulpem pamiętają w miasteczku niemal wszyscy, zwłaszcza w każdą trzecią niedzielę po Wielkanocy, gdy drogami z Jannowitz, Rudelstadtu i Waltersdorfu ciągną tu na odpust prawdziwe tłumy wiernych. Gospody zapełniają się nimi zaraz po porannej mszy, która zgodnie z wieloletnim zwyczajem odprawiana jest o piątej rano. Do tych uroczystości ministranci przygotowują się szczególnie starannie i na miesiąc przed ich rozpoczęciem zaczynają studiować mszę łacińską pod surowym okiem kantora Vogta, który oprócz zdolności pedagogicznych ma też talenty muzyczne i grą na organach uświetnia nabożeństwo.

Georg z przejęciem służy więc do mszy. Jednak odkąd kończy dziesięć lat, gorliwości tej towarzyszy też pewna niecierpliwość i ukradkowe zerknięcia w stronę zielonych łąk i lasu. Georg wie, że jest tam potrzebny. Ziarno zasiane przez Paula Sintenisa zaczyna bowiem kiełkować i wydawać pierwsze plony. Padło w końcu na podatny grunt, w chłopcu zaczyna się rozwijać pasja przyrodnika. W sąsiedztwie domu państwa Franzkich mieszka stary pan Bergmann, pracownik kopalni. Kiedy szyb Toni pracuje na pełnych obrotach, Bergmann spędza tam po kilkanaście godzin dziennie, obsługując górniczą maszynę parową. Jego pasją są jednak zwierzęta, a zwłaszcza ptaki. W swoim domu nieopodal cmentarza ma woliery pełne tego skrzydlatego, rozśpiewanego żywiołu. Przez jakiś czas wokół domu kręci się też uwiązany do łańcucha lis, pewnej nocy znika jednak w niewyjaśnionych okolicznościach wraz z łańcuchem (cień podejrzenia pada na cygański tabor, który tej samej nocy opuszcza w pośpiechu miasteczko). Mały Georg zagląda tam od czasu do czasu, a pan Bergmann opowiada mu o swoich ptasich pasjach, poznaje go też z Hermanem Gärtnerem, żylastym, ale nad wyraz serdecznym kamieniarzem, który wyspecjalizował się w trudnej technice łapania ptaków na klejącą różdżkę. Dostarcza on ptaki wszystkim hodowcom i pasjonatom ornitologii w okolicy. Jest jednak pewien szkopuł, z którym Gärtner nie może sobie poradzić. Na skutek fatalnego wypadku stracił nogę i od kilku lat wspiera się na drewnianej protezie.

Polowanie na ptaki za pomocą klejącej różdżki to sztuka niełatwa. Aby odnieść tu odpowiednie sukcesy, Hermann Gärtner zakłada w lesie i na łąkach specjalne wodopoje, do których przez całe lato przyzwyczaja ptaki wytypowanych gatunków. Dba, by do wody w tych miejscach nie wpadały liście ani inne zniechęcające zanieczyszczenia. Gdy zwierzęta przyzwyczają się do jednego z takich miejsc, rozpoczyna się polowanie. W tym celu pan Gärtner na bazie oleju lnianego gotuje klej i smaruje nim różdżki, a następnie umieszcza je tuż nad wodą, tak by skrzydlaty gość zechciał skorzystać z tego ułatwienia. Najczęściej na ten fortel dają się nabrać rudziki, które zaraz po przyklejeniu się do różdżki alarmują okolicę rozpaczliwym wręcz wrzaskiem. Klej jednak nie więzi ich na zawsze. I tutaj kończy się rola kulawego Hermana Gärtnera, a zaczyna małego i zwinnego Georga Franzkiego. Odpowiednio poinstruowany opuszcza on biegiem swoją kryjówkę i dopada świergoczącego jeńca. Po zdjęciu ptaka z pułapki, umieszcza go w specjalnej torbie, a tę z dumą prezentuje nadchodzącemu kołyszącym się krokiem Gärtnerowi.

Po kilku miesiącach terminowania przy tym zajęciu Georg Franzky nabiera takiej wprawy w łapaniu ptaków, że stary Herman Gärtner powierza mu swoje klejące różdżki, a sam poświęca się tylko zakładaniu i doglądaniu nowych stanowisk. Złowione ptaki Georg przynosi czasami do domu, a część z nich zostaje natychmiast wypuszczona przez matkę, która załamuje ręce nad nową pasją syna. Niekiedy specyficzne łowieckie trofea są przyczyną sporego zamieszania w domu państwa Franzkich. Tak jest w przypadku orzechówki, którą Georg łapie pewnej jesieni. Jest ona tak zadziorna, że chłopcu z niemałym trudem udaje się ją odkleić od klejącej pułapki dopiero w domu. Przychodzi mu to jednak okupić kilkoma bolesnymi dziobnięciami.

Oprócz tych rozlicznych przyjemności i rozrywek, ma jednak także mały Georg Franzky obowiązki, z których jako syn browarnika musi wywiązywać się skrupulatnie. Wzywany jest do nich zwykle wtedy, gdy pracujące w gospodzie przy browarze matka oraz babcia nie nadążają z obsługą gości. Dzieje się tak w czasie corocznego, wiosennego odpustu oraz cztery razy do roku podczas targów, a zwłaszcza w czasie targów jesiennych. Ewald Franzky stawia wtedy na placu targowym w górnej części miasteczka solidny stragan, z którego prowadzi sprzedaż piwa, gorących napojów oraz prażonego na ogniu piecyków naftowych ziarna. Zadaniem chłopca jest kursowanie między browarem a targowiskiem i donoszenie czystych kufli oraz gorącej wody. Zwłaszcza w tym drugim przypadku pośpiech jest szczególnie pożądany. Jesienie w Kupferbergu są zimne i wietrzne, więc bywa i tak, że gorąca woda doniesiona przez chłopca na szczyt wzgórza bez należytego pośpiechu po prostu przestaje być gorąca.

 

Jednak najważniejszą powinnością Georga Franzkiego jest edukacja. Po osiągnięciu przez niego odpowiedniego wieku rodzice postanawiają go bowiem wysłać na nauki do Poczdamu. Dwa skromne perony i schludny budynek dworca w Jannowitz dość szybko stają się więc dla niego miejscem szczególnym. Już zawsze będą mu się kojarzyć z czułymi pożegnaniami oznaczającymi początek roku szkolnego oraz serdecznymi powitaniami zwiastującymi jego koniec i rozpoczęcie upragnionych wakacji.

Podczas każdego z letnich pobytów w miasteczku Georg Franzky z zaciekawieniem dostrzega tu pewne zmiany. Co roku ubywa górników, których w czasach, gdy rodzeństwo Schönfelderów zarządzało kopalnią, było jeszcze całkiem sporo. Znikają więc gwarkowie, znikają też ich cudaczne zwyczaje. Górnicze tradycje odżywają raz w roku, opowiada mu matka, najstarsi mężczyźni maszerują wtedy w górniczych pióropuszach uliczkami miasta. Mimo tej wyraźnej zmiany Kupferberg pięknieje, powstało tu bowiem Towarzystwo Upiększania Miasta dla Ruchu Turystycznego. Wzdłuż uliczek: Szermierzy, Ogniowej, Górnej i Dolnej ciągną się szpalery drzew liściastych, karłowatych sosen i czerwonych głogów. Najmniejsze miasteczko w Prusach, a właśnie tym statusem szczyci się Kupferberg, zaczyna wabić kuracjuszy. Leży wszak na wzgórzu, widok z każdej strony zapiera tu dech w piersiach, a powietrze jest czyste i rześkie. Miasto wykupuje w berlińskich gazetach reklamy, a działający tu przedsiębiorcy muszą się zaopatrywać w odpowiednią papeterię i koperty z zachęcającymi do odwiedzin informacjami. Statusu kurortu Kupferberg otrzymać jednak nie może, gdyż nie ma odpowiednich urządzeń do kuracji oraz sanatorium. Szybko powstają jednak tanie i wygodne kwatery, rzadko zdarza się więc, by w miasteczku nie przebywało kilku kuracjuszy.

Letnie pobyty w miasteczku są też dla Georga okazją do rozwijania przyrodniczych pasji. Pewnego lata zaprzyjaźnia się z wielkim miłośnikiem polowań Heinrichem Bettermanem, terminatorem w kuźni Reimanna. Podobnie jak w dzieciństwie dla Hermana Gärtnera, tak teraz, będąc już podrostkiem, jest wsparciem dla pana Bettermana. Także i on bowiem, na skutek nieszczęśliwego wypadku w czasie pracy, staje się kaleką. Wydarzyło się to podczas naprawiania koła wodnego w należącej do hrabiego Stolberga-Wernigerodego ścieralni drewna w Bergmühlem – ktoś przypadkowo puścił wodę na koło, w wyniku czego ręka kowala Bettermana została zmiażdżona, a w konsekwencji amputowana. W swej tragedii nie pozostaje jednak sam – stary hrabia Wilhelm poczuwa się do zajęcia kalekim pracownikiem, zleca mu więc pracę stróża leśnego. Dla Heinricha Bettermanna to prawdziwe ocalenie, z zapałem uczy się więc pisać lewą ręką i co ranek wyrusza na obchód hrabiowskich włości. W tych właśnie łowieckich obchodach towarzyszy mu Georg Franzky. Jest dla starego Bettermanna nieocenionym wsparciem. Broń myśliwska, z której korzystają, jest bowiem ładowana od przodu i wymaga sprawności obu rąk. To właśnie zadanie Georga. Po podaniu jednorękiemu myśliwemu nabitej strzelby chłopiec odchodzi kilka kroków, by z boku obserwować zarówno cel, jak i strzelca. Widok Heinricha Bettermanna tonącego w obłokach dymu prochowego utkwi Georgowi w pamięci na długie lata. Wspólne polowania czynią z nich zespół nierozłączny i, co najważniejsze, skuteczny. Sprawność i gibkość Georga powodują, że celne oko myśliwego nigdy nie musi czekać na naładowaną strzelbę. To właśnie dzięki tej współpracy Bettermann kilka razy w swojej karierze łowczego może pochwalić się w miasteczku dubletem, czyli zestrzeleniem dwóch kuropatw za pomocą jednego strzału. Niestety, mimo rozlicznych prób nigdy nie udaje im się zapolować na jastrzębia-gołębiarza, który sieje spustoszenie wśród gołębi hodowanych przez mieszkańców miasteczka.

Na rozwój myśliwskich pasji chłopca z niepokojem patrzą jednak jego rodzice. W rodzinie był już jeden przypadek tragicznej śmierci w czasie polowania. Daleki krewny ze strony matki Georga, przedzierając się przez krzaki z nabitą strzelbą, zahaczył spustem o gałąź. Strzelba wystrzeliła i raniła go w pierś. Mężczyzny nie udało się uratować. Georg Franzky nie zamierza jednak powtórzyć błędów swego wuja i uspokaja matkę, że w czasie polowań postępuje z chorobliwą wręcz ostrożnością. Jednak nawet to nie chroni go przed błędami. Do jednego z nich dochodzi w czasie zimowego polowania na lisa. Taką samotniczą formę polowania ukochał sobie Georg najbardziej, godzinami przesiaduje ukryty na skraju lasu i w świetle księżyca udaje popiskiwanie myszy. W czasie jednej z takich nocnych eskapad upada tuż przed oddaniem strzału do wychylającego się właśnie z zza drzew celu. Podnosi się szybko i nie zwracając uwagi na to, że jedna z luf jest zatkana śniegiem, oddaje dwa strzały. Lis pada już od pierwszego, ale drugi wybuch rozrywa lufę. Nieszczęście jest blisko, wszystko kończy się jednak dobrze. Swoją chwilową niefrasobliwością Georg postanawia nie chwalić się ani w domu, ani swojemu serdecznemu przyjacielowi, kupcowi Georgowi Gotterowi. To z nim staje jeszcze w czasach liceum w pierwsze myśliwskie szranki. O ile bowiem dla Heinricha Bettermanna Georg Franzky jest tylko pomocnikiem i asystentem, to dla niewiele starszego Gottera szybko staje się równoprawnym partnerem w polowaniach. Celność oka ćwiczą na obrzeżach wsi, strzelając do orzechówek i wiewiórek, z czasem zostają zaproszeni jako łowczy do Rohnau. Obaj, wyruszając na to swoje pierwsze polowanie, pękają wręcz z dumy, mimo że wracają z niego z pustymi rękami.

Inaczej jest, gdy pan Gotter za przyzwoleniem hrabiego Wilhelma zu Stolberga-Wernigerodego przejmuje jeden z rewirów łowieckich w okolicy Kupferbergu. Zna tu każdy kąt, każdą kępę drzew i każdego koziołka. Strzela więc tylko do tych, które osiągnęły już odpowiedni wiek. Z tych polowań duet Georgów wraca zwykle szczęśliwy, a każdy z nich w myśliwskim plecaku niesie swoją zdobycz. Franzky gustuje w drobniejszej zwierzynie, a zwłaszcza w lisach, Gotter woli długotrwałe tropienie i podchodzenie jelenia. W jego mieszkaniu w rynku nad sklepem (numer 93/94) zachwyt wzbudzają liczne poroża, z których na honorowym miejscu wisi piękny dwunastak, najcenniejsze trofeum myśliwskie kupca Gottera.

W 1904 roku Georg Franzky po ukończeniu edukacji i odbyciu obowiązkowej służby wojskowej na stałe wraca do Kupferbergu. Jest już wykształconym browarnikiem, jednak jego ojciec Ewald Franzky jeszcze przez trzy lata będzie sobie doskonale radził w zarządzaniu browarem. Georg znajduje więc zatrudnienie w tutejszym magistracie jako urzędnik państwowy. Cieszy się tak wielkim zaufaniem burmistrza Schnabla, że ten powierza mu coraz bardziej odpowiedzialne zajęcia. Ze swoich powinności nie zawsze wywiązuje się jednak należycie. Raz zapomina nawet o zaplanowanym na konkretną godzinę ślubie pewnego pogromcy zwierząt. W czasie, w którym młoda para oczekuje na rozpoczęcie ceremonii przed drzwiami urzędu, Georg zabawia się strzelaniem do drobnicy w okolicach starej wieży prochowej. Gdy przypomina sobie o obowiązkach, w ciągu kilku minut jest już na dole i lekko zdyszany może poprowadzić skromną ceremonię.