Miasto ArchipelagTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Licz­ba miesz­kań­ców

na pod­sta­wie rocz­ni­ków sta­ty­stycz­nych GUS


MIA­STO197519992015
BIA­ŁA POD­LA­SKA31 76558 59957 414
BIEL­SKO-BIA­ŁA120 907179 639172 591
CHEŁM45 47970 75964 270
CIE­CHA­NÓW27 34947 58844 506
CZĘ­STO­CHO­WA200 324256 487228 179
EL­BLĄG97 338130 014121 642
JE­LE­NIA GÓRA58 78093 40781 010
KA­LISZ87 302107 957102 808
KO­NIN49 79283 46275 875
KO­SZA­LIN77 620112 660107 970
KRO­SNO33 11349 19546 775
LE­GNI­CA82 070109 215100 886
LESZ­NO37 52962 59764 559
ŁOM­ŻA29 00664 91562 737
NOWY SĄCZ48 64383 91183 903
OSTRO­ŁĘ­KA28 04055 51152 571
PIŁA49 34576 81074 140
PIOTR­KÓW TRY­BU­NAL­SKI64 19081 40275 183
PŁOCK87 827130 904121 731
PRZE­MYŚL57 39268 34562 720
RA­DOM175 274231 553216 159
SIE­DL­CE44 28576 26976 942
SIE­RADZ21 79545 53342 890
SKIER­NIE­WI­CE26 92248 87548 388
SŁUPSK77 611102 17692 496
SU­WAŁ­KI30 55868 81569 370
TAR­NO­BRZEG26 81951 29147 816
TAR­NÓW97 805121 439110 644
WAŁ­BRZYCH128 064135 733115 453
WŁO­CŁA­WEK90 555123 439113 041
ZA­MOŚĆ39 14368 68264 788


„Była to naj­lep­sza i naj­gor­sza z epok, wiek ro­zu­mu i wiek sza­leń­stwa, czas wia­ry i czas zwąt­pie­nia, okres świa­tła i okres mro­ków, wio­sna pięk­nych na­dziei i zima roz­pa­czy. Wszyst­ko było przed nami i nic nie mie­li­śmy przed sobą. Dą­ży­li­śmy pro­sto w stro­nę nie­ba i kro­czy­li­śmy pro­sto w kie­run­ku od­wrot­nym. Mó­wiąc zwięź­le, były to lata tak bar­dzo po­dob­ne do obec­nych, że nie­któ­rzy z naj­ha­ła­śliw­szych znaw­ców owej ery wi­dzą w niej do­bro i zło ta­kie samo jak dzi­siaj, tyl­ko w nie­po­rów­na­nie wyż­szym stop­niu”.


Char­les Dic­kens, Opo­wieść o dwóch mia­stach,

przeł. Ta­de­usz J. Deh­nel

Pro­log

– A może mi pan po­wie­dzieć – za­bul­go­tał głos w słu­chaw­ce – na cho­le­rę to panu?

– Wy­ru­szam w po­dróż – od­po­wie­dzia­łem – więc po­trze­bu­ję mapy.

– Aha, to po­wo­dze­nia ży­czę. Ju­tro wy­sy­łam.

Prze­sył­ka przy­szła kil­ka dni póź­niej, w zwy­kłej sza­rej ko­per­cie, wy­ło­żo­nej od środ­ka kil­ko­ma war­stwa­mi fo­lii bą­bel­ko­wej. To było tro­chę dziw­ne, prze­sad­ne. Cho­dzi­ło prze­cież tyl­ko o sta­rą, pod­nisz­czo­ną mapę war­tą rap­tem kil­ka zło­tych, może na­wet mniej niż na­kle­jo­ny na ko­per­tę zna­czek. Po pro­stu ja­kąś cenę trze­ba było po­dać.

Wy­dru­ko­wa­no ją w 1976 roku. Na okład­ce jest kon­tur kra­ju po­dzie­lo­ne­go na czter­dzie­ści dzie­więć wo­je­wództw. Ty­tuł Pol­ska Rzecz­po­spo­li­ta Lu­do­wa. Mapa ad­mi­ni­stra­cyj­na. Na­tych­miast przy­kle­iłem ją do ścia­ny i za­czą­łem uważ­nie oglą­dać.

Roz­po­czy­nam po­dróż, tak jak trze­ba, od mapy. Tak lu­bię naj­bar­dziej. Moc map tkwi w tym, że nie za­zna­czo­no na nich lu­dzi. Prze­strzeń jest w nich spro­wa­dzo­na do dwóch wy­mia­rów, ale moż­na ją so­bie przy­naj­mniej wy­obra­żać bez prze­szkód. Nikt nie za­bu­rza ob­ra­zu. Dro­gi, uli­ce, pla­ce, całe wsie, a na­wet mia­sta są ide­al­nie pu­ste, a przez to czy­tel­ne. Ob­co­wa­nie z mapą to ob­co­wa­nie z prze­strze­nią, któ­rą ma się cał­ko­wi­cie na wła­sność. Moż­na z nią zro­bić, co się chce. Mapa łu­dzi wol­no­ścią, obie­cu­je swo­bo­dę, zwal­nia z obo­wiąz­ków. Im jest do­kład­niej­sza, tym ła­twiej jej uwie­rzyć.

Jest tyl­ko je­den pro­blem – wszyst­kie mapy kła­mią. Tak było od ich sa­me­go po­cząt­ku.

To oczy­wi­ste, bo prze­cież nie da się prze­nieść po­wierzch­ni kuli na płasz­czy­znę w taki spo­sób, by unik­nąć znie­kształ­ceń. Wie­dział o tym już sta­ry do­bry Pto­le­me­usz. Swo­je naj­waż­niej­sze dzie­ło – Geo­gra­phi­ke hy­phe­ge­sis („Wpro­wa­dze­nie do kre­śle­nia map”) – po­dzie­lił na osiem ksiąg. W pierw­szej szcze­gó­ło­wo omó­wił me­to­dę pro­jek­cji po­wierzch­ni zie­mi na płasz­czy­znę i wy­zna­cza­nia siat­ki współ­rzęd­nych. W ko­lej­nych sze­ściu opi­sał świat. W ostat­niej wy­ło­żył za­sa­dy przy­świe­ca­ją­ce mu przy kre­śle­niu map kon­kret­nych re­gio­nów. Za­uwa­żył, że po­szcze­gól­ne kra­iny na­le­ży opi­sy­wać ina­czej niż cały świat, uży­wa­jąc in­nych me­tod i go­dząc się na inne kom­pro­mi­sy.

Że spoj­rze­nie z bli­ska rzą­dzi się in­ny­mi pra­wa­mi niż spo­glą­da­nie z da­le­ka.

Dla te­re­nu Pol­ski szcze­gól­nie waż­na jest Księ­ga III. Opi­su­je ona Bry­ta­nię, Hisz­pa­nię, Ga­lię, Ger­ma­nię, Re­cję, Pan­no­nię, Ili­rię i Dal­ma­cję. Tam, na kar­cie po­świę­co­nej Ger­ma­nii, w mię­dzy­rze­czu Istu­la flu­uius, Via­dus flu­uius i Su­enus fu­uius (bie­gną­cych rów­no­leż­ni­ko­wo) umiej­sca­wia Pto­le­me­usz kil­ka miast. Są to: ru­gium, stur­gium, astu­alis, se­ti­da i ca­li­sia1. To była pierw­sza mapa tych ziem, żad­nych wcze­śniej­szych nie mamy.

Jest jed­nak kil­ka pro­ble­mów ze świa­tem Pto­le­me­usza. Na­uka od lat zaj­mu­je się wy­ty­ka­niem mu błę­dów. Po pierw­sze – to, czym dys­po­nu­je­my, to śre­dnio­wiecz­ne in­ter­pre­ta­cje jego dzie­ła, ża­den ory­gi­nał mapy skon­stru­owa­nej na pod­sta­wie jego opi­su nie za­cho­wał się bo­wiem do na­szych cza­sów. Wczy­tu­jąc się w dzie­ło alek­san­dryj­skie­go geo­gra­fa, i tak uda­ło się jed­nak spo­ro usta­lić. Jed­nym z jego naj­więk­szych grze­chów było znacz­ne po­więk­sze­nie Mo­rza Śród­ziem­ne­go (w osi rów­no­leż­ni­ko­wej). Mo­rze Pto­le­me­usza roz­le­wa się po pro­stu za­chłan­niej niż w rze­czy­wi­sto­ści. To po­cią­gnę­ło za sobą dal­sze znie­kształ­ce­nia ob­ra­zu ca­łej Eu­ro­py (na jego roz­grze­sze­nie moż­na je­dy­nie po­wie­dzieć, że to znie­kształ­ce­nie prze­trwa­ło na wie­lu ma­pach aż do XVII wie­ku).

Po­nad­to uj­ścia rzek czar­no­mor­skich prze­su­nął Pto­le­me­usz o całe dwa stop­nie ku pół­no­cy. Po­dob­nie zro­bił z uj­ściem Istu­la flu­uius, w któ­rej ba­da­cze dość zgod­nie roz­po­zna­li Wi­słę. Co wię­cej, Pto­le­me­usz nie miał po­ję­cia o ist­nie­niu Mo­rza Bał­tyc­kie­go, za­mknię­te­go od pół­no­cy Pół­wys­pem Skan­dy­naw­skim. Scan­dia to u nie­go rap­tem czte­ry małe wy­spy rzu­co­ne na bez­miar bez­i­mien­ne­go oce­anu. Wschod­nią część Ger­ma­nii i znaj­du­ją­cą się na wschód od Wi­sły Sar­ma­cję wy­peł­nił gó­ra­mi Alań­ski­mi, Ry­fej­ski­mi i Hi­per­bo­rej­ski­mi. Do­praw­dy do dziś nie spo­sób dojść, któ­re gór­skie łań­cu­chy miał na my­śli.

Na tym jed­nak pro­ble­my się nie koń­czą. Pto­le­me­usz wy­mie­nił po­nad osiem ty­się­cy sto nazw geo­gra­ficz­nych. Po­ło­że­nie tyl­ko kil­ku­na­stu z nich, tych naj­bliż­szych jego ro­dzin­nej Alek­san­drii, po­tra­fił okre­ślić na pod­sta­wie dłu­go­ści i sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej. Były to mię­dzy in­ny­mi Mar­sy­lia, Rzym, Sy­re­ne (Asu­an) i Ro­dos. Na­niósł je więc na swo­ją siat­kę kar­to­gra­ficz­ną, a póź­niej przy­stą­pił do za­zna­cza­nia na niej ty­się­cy in­nych to­po­ni­mów. Ich po­ło­że­nie wy­ty­czał, ob­li­cza­jąc od­le­głość i kie­ru­nek od miejsc wcze­śniej opi­sa­nych. Za jed­nost­kę od­le­gło­ści na lą­dzie uznał krok, na mo­rzu były to dni że­glu­gi. W ten spo­sób prze­strzeń na ma­pie Pto­le­me­usza zmie­sza­ła się z cza­sem.

Na­kre­ślo­ny przez alek­san­dryj­czy­ka świat ma jesz­cze jed­ną kło­po­tli­wą ce­chę. Im bar­dziej od­da­la­my się od jego cen­trum, tym sta­je się mniej do­kład­ny. Swo­je wia­do­mo­ści o da­le­kich kra­inach czer­pał Pto­le­me­usz nie tyl­ko od swo­je­go wiel­kie­go mi­strza Ma­ri­no­sa z Tyru, ale też od kup­ców od­wie­dza­ją­cych Alek­san­drię. Prze­strzeń na jego ma­pie nie jest więc wy­ni­kiem pre­cy­zyj­ne­go po­mia­ru, ale ra­czej po­wta­rza­ną z ust do ust opo­wie­ścią. Jak­by tego było mało, do­wie­dzio­no, że Pto­le­me­usz w swo­im dzie­le du­blu­je na­zwy nie tyl­ko miej­co­wo­ści, ale i ca­łych kra­in. Dzie­je się tak dla­te­go, że dla ziem po­łu­dnio­wych przyj­mu­je opi­sy i opo­wie­ści idą­cych od po­łu­dnia, a dla pół­noc­nych – tych, któ­rzy wę­dro­wa­li z pół­no­cy. W ten spo­sób Pto­le­me­usz kreu­je sztucz­ne geo­gra­ficz­ne byty, któ­re nie znaj­du­ją po­twier­dze­nia w rze­czy­wi­sto­ści. Zo­sta­ły mu po pro­stu opo­wie­dzia­ne dwa razy.

 

Wąt­pli­wo­ści tra­wią tak­że ba­da­czy po­chy­la­ją­cych się nad mapą obej­mu­ją­cą swym za­się­giem te­ren dzi­siej­szej Pol­ski. Nie miał ich wpraw­dzie Jan Dłu­gosz – czy­ta­jąc ją, bez wa­ha­nia roz­po­znał w ca­li­sii po pro­stu Ka­lisz, czy­li Po­lo­niae ci­vi­ta­tum ve­tu­stis­si­ma. Inni po­szli za nim. Zna­leź­li się jed­nak i scep­ty­cy. Prze­li­cza­no więc z mo­zo­łem Pto­le­mej­skie stop­nie na ki­lo­me­try, po­tem zaś wy­zna­cza­no od­le­gło­ści od punk­tów bar­dziej pew­nych (ta­kich jak wy­brze­że Bał­ty­ku czy mia­sto Ke­la­man­tia nad Du­na­jem). Pró­bo­wa­no też wią­zać za­zna­czo­ne na ma­pie miej­sco­wo­ści z ple­mio­na­mi, o któ­rych pi­sał Ta­cyt.

Nie ma więc pew­no­ści, czy to, co zna­la­zło się w dzie­le Pto­le­me­usza, rze­czy­wi­ście jest od­wzo­ro­wa­niem prze­strze­ni. Nie­któ­rzy uwa­ża­ją, że kon­kret­ne, wy­mie­nio­ne przez Pto­le­me­usza mia­sta i kra­iny są ra­czej ar­chi­pe­la­giem by­tów za­wie­szo­nych nie tyl­ko w prze­strze­ni, ale rów­nież w cza­sie. Tak ro­zu­mia­na i czy­ta­na mapa Pto­le­me­usza sta­no­wi­ła­by ob­raz nie­zli­czo­nych opo­wie­ści, ja­ki­mi ob­da­ro­wy­wa­li geo­gra­fa kup­cy przy­by­wa­ją­cy do Alek­san­drii.

Moja mapa też kła­mie. Nie tyl­ko dla­te­go, że przed­sta­wia po­dział na tych nie­szczę­snych czter­dzie­ści dzie­więć wo­je­wództw. Pro­blem tkwi o wie­le głę­biej. W la­tach sześć­dzie­sią­tych XX wie­ku lu­do­we Woj­sko Pol­skie usi­ło­wa­ło ukryć po­ło­że­nie i praw­dzi­wy kształt Pol­ski. Cho­dzi­ło o to, by utrud­nić wro­gom in­wa­zję z cza­ją­ce­go się na za­cho­dzie złe­go NATO. Naj­wy­raź­niej za­kła­da­no, że na­jeźdź­cy będą ko­rzy­stać z kra­jo­wych wy­daw­nictw kar­to­gra­ficz­nych i po­sta­no­wio­no ich prze­chy­trzyć. Wy­ci­na­no więc z map całe frag­men­ty prze­strze­ni, wpro­wa­dza­no też pew­ne za­fał­szo­wa­nia w od­le­gło­ściach i ukła­dzie za­zna­czo­nych na nich punk­tów. W roku 1965 zde­cy­do­wa­no się dzia­łać w tym wzglę­dzie sys­te­mo­wo i pójść o krok da­lej. Uzna­no, że praw­dzi­we mapy Pol­ski po­trzeb­ne są wła­ści­wie tyl­ko woj­sku. Kraj po­dzie­lo­no więc na pięć ob­sza­rów, któ­rych gra­ni­ce bie­gły z grub­sza wzdłuż gra­nic ów­cze­snych wo­je­wództw. Każ­dy z tych ob­sza­rów od­wzo­ro­wa­no w zu­peł­nie in­nym ukła­dzie współ­rzęd­nych, a współ­czyn­ni­ki tych współ­rzęd­nych utaj­nio­no. W re­zul­ta­cie po zło­że­niu pię­ciu ta­kich ge­ne­ral­nych map Pol­ski nic do sie­bie nie pa­so­wa­ło i nic się z sobą nie łą­czy­ło. Wróg, gdy­by tyl­ko zde­cy­do­wał się na atak, miał nad taką ukła­dan­ką wpaść w głę­bo­ką kon­fu­zję i za­rzą­dzić od­wrót.

Dzie­sięć lat po wpro­wa­dze­niu w ży­cie „ukła­du 1965” Edward Gie­rek dość spon­ta­nicz­nie i ku za­sko­cze­niu wszyst­kich po­dzie­lił Pol­skę na czter­dzie­ści dzie­więć wo­je­wództw. Nie­któ­re z nich zna­la­zły się w dwóch, a na­wet trzech stre­fach od­wzo­ro­wa­nia. Wy­my­ślo­ny przez woj­sko­wych for­tel dzia­łał – żad­na z pu­bli­ko­wa­nych wów­czas map po­dzia­łu ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go Pol­ski nie od­da­wa­ła fak­tycz­ne­go kształ­tu wszyst­kich wo­je­wództw. Wśród nich była z pew­no­ścią moja mapa z 1976 roku. Uka­za­ny na niej kształt był pew­ną wa­ria­cją – kom­pro­mi­sem po­mię­dzy pię­cio­ma róż­ny­mi sys­te­ma­mi od­wzo­ro­wa­nia.

Mam więc przed sobą efekt cho­re­go snu ge­nial­nych ko­mu­ni­stycz­nych stra­te­gów. Pla­nu­jąc tę po­dróż, go­dzi­na­mi ga­pi­łem się na mo­zai­kę ko­lo­ro­wych plam, pró­bu­jąc po­łą­czyć jed­ną lo­gicz­ną li­nią wszyst­kie te mia­sta, któ­re były sto­li­ca­mi wo­je­wództw, a dziś już nimi nie są. Nic o nich nie wiem, a bar­dzo chcę się do­wie­dzieć. Żyją w nich pra­wie trzy mi­lio­ny Po­la­ków. Po kil­ku­na­stu pró­bach daję so­bie spo­kój. Za­czy­nam ro­zu­mieć, że mam do czy­nie­nia z ar­chi­pe­la­giem – nie tyl­ko opo­wie­ści, ale i sa­mych miast. Nie da się ich po­łą­czyć jed­ną li­nią. Po­sta­na­wiam po­dzie­lić je na gru­py i po­łą­czyć okrę­ga­mi. Wy­cho­dzi tak so­bie, ale wy­glą­da już bar­dziej obie­cu­ją­co. Mam więc coś na kształt pla­nu (któ­ry wkrót­ce się roz­pad­nie) i coś na kształt mapy. Wszyst­ko, cze­go trze­ba, aby wy­ru­szyć w coś na kształt po­dró­ży.


1 Sto­su­ję na­zwy geo­gra­ficz­ne w wer­sjach ła­ciń­skich wy­stę­pu­ją­cych w pięt­na­sto­wiecz­nych opra­co­wa­niach mapy Pto­le­me­usza.

Ko­lor nie­ba

Ko­sza­lin


Na­zy­wam się Ru­dolf Ju­lius Ema­nu­el Clau­sius i to ja od­kry­łem en­tro­pię.

Uro­dzi­łem się 2 stycz­nia 1822 roku. Je­stem szó­stym z osiem­na­ścior­ga dzie­ci Car­la Ern­sta Got­tlie­ba Clau­siu­sa i nie­od­ża­ło­wa­nej He­le­ny Clau­sius. Oj­ciec mój był pa­sto­rem, okrę­go­wym rad­cą szkol­nym i za­ło­ży­cie­lem nie­wiel­kiej szko­ły. Mat­ka cał­ko­wi­cie po­świę­ci­ła się pro­wa­dze­niu domu. Umar­ła pod­czas po­ro­du, zo­sta­wia­jąc cię­żar wy­cho­wa­nia dzie­ci na bar­kach ojca i star­sze­go ro­dzeń­stwa. Trud­no mó­wić o ja­kim­kol­wiek nad­mia­rze w na­szym domu, lecz ni­g­dy ni­cze­go nam nie bra­ko­wa­ło.

Miesz­ka­li­śmy w Köslin, w ob­szer­nym, choć skrom­nym domu przy Müh­len­tor Stras­se i Te­ich Stras­se. Być może to dziw­ne, ale moje pierw­sze wspo­mnie­nie zwią­za­ne z tym mia­stem do­ty­czy nie­ba. Ma­jąc kil­ka lat, ca­ły­mi dnia­mi za­sta­na­wia­łem się nad przy­czy­ną, dla któ­rej w okre­ślo­nych po­rach dnia przy­bie­ra ono tę, a nie inną bar­wę. Za­dzie­ra­łem więc nie­ustan­nie gło­wę, roz­pa­tru­jąc roz­ma­ite wy­ja­śnie­nia tego sta­nu rze­czy. Mat­ka nie sta­wa­ła na prze­szko­dzie mo­jej cie­ka­wo­ści. Pod­czas spa­ce­ru po­zwa­la­ła mi trzy­mać swo­ją dłoń i za­miast pa­trzeć uważ­nie pod nogi, spo­glą­dać pro­sto w nie­bo. Za każ­dym zaś ra­zem, gdy na nie­rów­no­ści te­re­nu tra­ci­łem rów­no­wa­gę, pod­trzy­my­wa­ła mnie za rękę, nie po­zwa­la­jąc upaść. Pa­trzy­łem więc w nie­bo ca­ły­mi go­dzi­na­mi, bez prze­rwy, bez wy­tchnie­nia, aż do nie­zno­śne­go bólu kar­ku. Ką­tem oka wi­dzia­łem zaś prze­su­wa­ją­ce się z wol­na po­nad na­szy­mi gło­wa­mi bu­dyn­ki. To jest moje pierw­sze wspo­mnie­nie Köslin – nie­bo po­nad nim i pew­ność, że ni­g­dy nie upad­nę.

Po­tem, gdy nie­co pod­ro­słem, czę­sto­kroć wy­ru­sza­łem na wy­ciecz­ki w bliż­sze i dal­sze oko­li­ce. Z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią od­wie­dza­łem przede wszyst­kim nie­od­le­głe Gros­smöl­len. Zwy­kle moż­na się tam było do­stać brycz­ką albo na wo­zie któ­re­goś z tam­tej­szych kup­ców wra­ca­ją­cych z Köslin po dniu tar­go­wym. Spę­dza­łem noc na wy­dmach, a ran­kiem roz­po­czy­na­łem wę­drów­kę brze­giem mo­rza, po­szu­ku­jąc musz­li, bursz­ty­nów i in­nych ko­pa­lin. Przy­wo­zi­łem wszyst­kie te zna­le­zi­ska do domu i py­ta­łem ojca o ich po­cho­dze­nie. Jego od­po­wiedź za każ­dym ra­zem brzmia­ła tak samo:

– To po­zo­sta­łość po wiel­kim po­to­pie – mó­wił.

Dziś, gdy z per­spek­ty­wy cza­su wspo­mi­nam tam­te chwi­le, do­cho­dzę do gra­ni­czą­ce­go z pew­no­ścią po­dej­rze­nia, że to wła­śnie nie­zmien­ność i uni­wer­sal­ność tej od­po­wie­dzi wy­zwo­li­ła we mnie ży­wioł nie­po­ha­mo­wa­nej cie­ka­wo­ści. On zaś za­pro­wa­dził mnie tam, gdzie dzi­siaj je­stem.

Dla­te­go też we wspo­mnie­niu o mie­ście mo­je­go dzie­ciń­stwa mie­sza­ją się dwa prze­ciw­staw­ne od­czu­cia. Była to prze­strzeń, któ­ra ka­dro­wa­ła mi w pierw­szych, dzie­cię­cych la­tach ob­raz nie­zmie­rzo­ne­go w swej kom­pli­ka­cji świa­ta. To­wa­rzy­szy­ła mi też jed­nak cierp­ka iry­ta­cja zby­wa­ją­cy­mi od­po­wie­dzia­mi ojca spra­wia­ją­cy­mi, że od­bie­ra­łem Köslin jako miej­sce ogra­ni­cza­ją­ce mój ho­ry­zont. Dziś wiem, że od­po­wie­dzial­ne go­spo­da­ro­wa­nie tymi dwo­ma uczu­cia­mi wy­ma­ga ode mnie tej sta­ran­no­ści, któ­ra nie po­zwo­li jed­ne­mu z nich wziąć góry nad dru­gim.

W roku 1838 pierw­sze okrę­ty pa­ro­we po­ko­na­ły Atlan­tyk, a mo­je­mu ojcu za­pro­po­no­wa­no le­piej płat­ną po­sa­dę w Ucker­mün­de. Jak przez mgłę pa­mię­tam dzień wy­jaz­du – go­rącz­ko­wą krzą­ta­ni­nę, za­ła­du­nek ku­frów i ob­nie­sio­ne chmu­ra­mi sta­lo­we nie­bo. To mu­siał być po­czą­tek albo ko­niec se­zo­nu sztor­mów. Do dziś zo­stał we mnie żal, że nie było mi dane znów ru­szyć do Gros­smöl­len. Pla­że mu­sia­ły być bo­wiem tam­te­go dnia peł­ne no­wych, fa­scy­nu­ją­cych zna­le­zisk. Tłu­ma­czy­łem so­bie jed­nak, że w Ucker­mün­de będę miesz­kał nad sa­mym mo­rzem i jesz­cze nie­jed­na wę­drów­ka pla­żą przede mną.

Nie za­ba­wi­łem tam jed­nak dłu­go. Po ukoń­cze­niu gim­na­zjum ru­szy­łem do Stet­tin, by tam kon­ty­nu­ować edu­ka­cję. Świat wiel­kiej na­uki za­czy­nał się przede mną otwie­rać. Do­wie­dzia­łem się, co z pew­no­ścią nie spodo­ba­ło­by się mo­je­mu ojcu, że zie­mia nie po­wsta­ła sześć ty­się­cy lat przed Chry­stu­sem. I że gi­gan­tycz­ne zwie­rzę­ta nie zo­sta­ły jed­no­cze­śnie po­chło­nię­te przez wiel­ki po­top. Słu­cha­jąc wy­kła­dów z hi­sto­rii na­tu­ral­nej, po raz pierw­szy po­czu­łem się cał­ko­wi­cie wol­ny.

To był jed­nak tyl­ko przed­smak tego, co mia­ło się wy­da­rzyć. W 1840 roku pod­ją­łem bo­wiem stu­dia na uni­wer­sy­te­cie w Ber­li­nie i do­pie­ro one po­zwo­li­ły mi spre­cy­zo­wać krąg mo­ich za­in­te­re­so­wań. Nie­ma­ły udział miał w tym pro­fe­sor Gu­stav Ma­gnus, po­stać ze wszech miar wy­bit­na i nie­tu­zin­ko­wa, zna­ko­mi­ty che­mik i fi­zyk. Każ­dy jego wy­kład przy­cią­gał tłu­my stu­den­tów. Spo­śród nich pro­fe­sor co ja­kiś czas wy­bie­rał naj­zdol­niej­szych i za­pra­szał na za­mknię­te ko­le­gia po­świę­co­ne fun­da­men­tal­nym py­ta­niom z za­kre­su fi­zy­ki. Mia­łem za­szczyt brać udział w kil­ku­na­stu z nich. Nie spo­sób opi­sać głę­bi my­śli i sze­ro­ko­ści ho­ry­zon­tu pro­fe­so­ra. Mia­ło się wręcz wra­że­nie, że jego ro­zum nie znaj­du­je prze­szkód. Za każ­dym ra­zem, gdy zda­wa­ło nam się, że zna­leź­li­śmy w jego wy­wo­dzie lukę, pro­fe­sor uśmie­chał się i po pro­stu po­wta­rzał kil­ka ostat­nich zdań swo­je­go wy­kła­du. Tak, to zwy­kle on miał ra­cję, a my się my­li­li­śmy.

Zgłę­bia­nie za­gad­nień fi­zy­ki, choć pa­sjo­nu­ją­ce, po­wo­do­wa­ło jed­nak we mnie na­ra­sta­ją­ce po­czu­cie pust­ki. Dla­te­go też po roku po­by­tu w Ber­li­nie zde­cy­do­wa­łem, że jed­no­cze­śnie będę jesz­cze stu­dio­wać hi­sto­rię. Była to de­cy­zja słusz­na. Dzię­ki temu spo­tka­łem pro­fe­so­ra Le­opol­da von Ran­ke­go, któ­re­go dziś bez wa­ha­nia mogę na­zwać jed­ną z naj­waż­niej­szych, je­śli nie naj­waż­niej­szą fi­gu­rą hi­sto­rio­gra­fii tam­te­go okre­su. To bo­wiem pro­fe­sor von Ran­ke usta­no­wił wie­le stan­dar­dów warsz­ta­tu hi­sto­ry­ka oraz jako je­den z pierw­szych po­ło­żył na­cisk na nar­ra­cyj­ność hi­sto­rii. Mnie oso­bi­ście spo­tka­nie z nim po­zwo­li­ło zro­zu­mieć, że na­wet tak ści­słe za­gad­nie­nie jak re­gu­ła fi­zycz­na musi być opo­wie­dzia­ne, by mo­gło być zro­zu­mia­ne. My­ślę, że tak na­praw­dę opo­wieść ta nie musi się zbyt­nio róż­nić od po­ema­tu.

Dy­plom swój obro­ni­łem w roku 1844. Mia­łem wte­dy dwa­dzie­ścia dwa lata. Wkrót­ce po obro­nie otrzy­ma­łem pro­po­zy­cję od­by­cia stu­diów dok­to­ranc­kich na uni­wer­sy­te­cie w Hal­le. To tam wy­gło­si­łem swój pierw­szy pu­blicz­ny od­czyt – na te­mat ko­lo­ry­sty­ki nie­ba oraz po­la­ry­za­cji świa­tła. Już wte­dy jed­nak moim pod­sta­wo­wym te­ma­tem ba­daw­czym było cie­pło. Za­gad­nie­niu temu po­świę­ci­łem sześć ko­lej­nych lat, by w roku 1850 opu­bli­ko­wać na ła­mach „An­na­len der Phy­sik” dy­ser­ta­cję pod ty­tu­łem O po­tę­dze po­ru­sza­ją­cej cie­pła i o pra­wach, któ­re stąd moż­na wy­pro­wa­dzić dla na­uki o cie­ple. Sfor­mu­ło­wa­łem w niej za­sa­dę za­cho­wa­nia ener­gii, któ­ra gło­si, że w ukła­dzie izo­lo­wa­nym suma wszyst­kich ro­dza­jów ener­gii jest sta­ła w cza­sie. W ta­kim mo­de­lu lo­gicz­nie jest więc przy­jąć, że rów­nież ener­gia ca­łe­go Wszech­świa­ta jest sta­ła.

Ta pu­bli­ka­cja roz­po­czę­ła zu­peł­nie nowy roz­dział w moim ży­ciu. Spo­tka­ła się z en­tu­zja­stycz­nym przy­ję­ciem wśród mo­ich ber­liń­skich mi­strzów i ko­le­gów. W wie­ku dwu­dzie­stu ośmiu lat za­pro­po­no­wa­no mi po­sa­dę pro­fe­so­ra w szko­le Ar­ty­le­rii i In­ży­nie­rii w Ber­li­nie. Po pię­ciu zaś la­tach, w wie­ku lat trzy­dzie­stu trzech, zo­sta­łem kie­row­ni­kiem Wy­dzia­łu Ma­te­ma­ty­ki i Fi­zy­ki słyn­nej Eid­ge­nös­si­sche Tech­ni­sche Hoch­schu­le w Zu­ri­chu. Pi­szę o tym, nie aby pod­kre­ślać wła­sne osią­gnię­cia, a je­dy­nie by za­zna­czyć, że to, co osią­gną­łem, za­wdzię­czam tak­że uczel­niom, któ­re ob­da­rzy­ły mnie głę­bo­kim za­ufa­niem. Wa­run­kiem, jaki za­wsze sta­wia­łem przy po­dej­mo­wa­niu no­wej pra­cy, była bo­wiem moż­li­wość kon­ty­nu­owa­nia mo­ich ba­dań do­ty­czą­cych cie­pła. Wa­ru­nek ten mi za­pew­nia­no.

 

W Zu­ri­chu od­kry­łem, że tyl­ko ide­al­ny sil­nik jest w sta­nie prze­ro­bić sto pro­cent cie­pła na uży­tecz­ną pra­cę. Ta­kie sil­ni­ki jed­nak nie ist­nie­ją. Dzia­ła­nie wszyst­kich po­zo­sta­łych po­le­ga na tym, że dają pra­cę niż­szą niż ich mak­sy­mal­ny teo­re­tycz­ny po­ten­cjał. W ich dzia­ła­niu za­wsze wy­stę­pu­je ja­kaś stra­ta. Mia­rą nie­upo­rząd­ko­wa­nia ener­gii wy­ni­ka­ją­cej z tej stra­ty jest zaś en­tro­pia, któ­rą opi­sa­łem ma­te­ma­tycz­nym wzo­rem po raz pierw­szy w roku 1865.

Co jed­nak naj­waż­niej­sze, uda­ło mi się, ku wła­sne­mu prze­ra­że­niu, usta­lić, że en­tro­pia, w prze­ci­wień­stwie do ener­gii, nie dąży do rów­no­wa­gi. En­tro­pia we wszech­świe­cie dąży do mak­si­mum. Na­wet po­zy­tyw­ne zmia­ny en­tro­pii pro­wa­dzą osta­tecz­nie do zmian ne­ga­tyw­nych, czy­li jej przy­ro­stu.

Zna­leź­li­śmy się więc w pu­łap­ce, w któ­rej wszyst­ko sta­rze­je się, umie­ra i pod­le­ga roz­kła­do­wi. Wi­zja wszech­świa­ta pod­trzy­mu­ją­ce­go ży­cie roz­sy­pa­ła się na mo­ich oczach jak do­mek z kart.

Po­czu­łem się sa­mot­ny.

Nie są to moje sło­wa, lecz pa­mię­ta­jąc na­uki pro­fe­so­ra von Ran­ke­go, po­zwo­lę so­bie ich użyć – ba­da­jąc ener­gię ciepl­ną i en­tro­pię, zdo­ła­łem opi­sać na­uko­we uza­sad­nie­nie koń­ca. Fe­no­men ży­cia i śmier­ci na­resz­cie mo­że­my roz­pa­try­wać nie w ka­te­go­riach emo­cji, ale w ka­te­go­riach liczb i rów­nań.

Wkrót­ce mia­łem się o tym bo­le­śnie prze­ko­nać. W roku 1869 Otto von Bi­smarck po­sta­no­wił przy­wró­cić god­ność na­ro­do­wi nie­miec­kie­mu i roz­po­czął przy­go­to­wa­nia do wiel­kiej woj­ny z Fran­cją. Po­czu­łem się we­zwa­ny do służ­by. Zło­ży­łem ka­rie­rę na­uko­wą i wstą­pi­łem do ar­mii. Wraz ze stu­den­ta­mi Uni­wer­sy­te­tu w Bonn utwo­rzy­li­śmy od­dział me­dycz­ny, któ­ry ofiar­nie niósł po­moc żoł­nie­rzom. Pod Vio­nvil­le i Gra­ve­lot­te wi­dzia­łem rze­czy, któ­rych nie po­wa­żył­bym się opo­wie­dzieć naj­gor­szym na­wet wro­gom. Okro­pień­stwo, su­ro­wość i bru­tal­ność woj­ny utwier­dzi­ły mnie w prze­ko­na­niu, że do­ko­na­ny prze­ze mnie na­uko­wy opis en­tro­pii, na­zwa­ny póź­niej dru­gą za­sa­dą ter­mo­dy­na­mi­ki, może być z po­wo­dze­niem sto­so­wa­ny jako smut­na me­ta­fo­ra na­szej byt­no­ści na zie­mi szum­nie na­zy­wa­nej ży­ciem.

Nie umiem jed­nak po­wie­dzieć, na ile moje od­kry­cie i dal­sze jego ba­da­nia wy­ni­ka­ją z czu­łej re­la­cji, jaka wią­że mnie z Köslin. My­ślę, że tego związ­ku nie na­le­ży prze­ce­niać. Od mo­je­go ro­dzin­ne­go mia­sta się nie od­wra­cam, sta­ram się by­wać tam w my­ślach tak czę­sto, jak to tyl­ko moż­li­we. Jego wspo­mnie­nie było szcze­gól­nie ko­ją­ce na fron­cie, po­ma­ga­ło po­ra­dzić so­bie z dła­wią­cą trwo­gą. W ta­kich chwi­lach przy­my­ka­łem zwy­kle oczy, a zgiełk bi­twy nik­nął gdzieś w tle. Zdej­mo­wa­łem hełm i za­dzie­ra­łem gło­wę. Kra­wę­dzie oko­pu na chwi­lę za­mie­nia­ły się w dwie pie­rze­je głów­nej uli­cy Köslin. Prze­su­wa­ły się z wol­na na tle błę­kit­ne­go nie­ba. Chwy­ta­łem dłoń mat­ki, wie­dzia­łem, że je­śli się po­tknę, ona nie po­zwo­li mi upaść.

Z tego sta­nu wy­ry­wał mnie zwy­kle wy­buch szrap­ne­la bądź rzę­że­nie prze­szy­te­go kulą to­wa­rzy­sza.

En­tro­pia jest wszech­moc­na i nie­po­ha­mo­wa­na. Świa­tem rzą­dzi roz­pad. Śmier­ci jest za­wsze wię­cej niż ży­cia.