Jan Sehn

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Filip Gańczak
Jan Sehn
Tropiciel nazistów


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by UPI / Süddeutsche Zeitung Photo

Copyright © by Filip Gańczak, 2020

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Magdalena Błędowska

Korekta Jadwiga Makowiec, Gabriela Niemiec

Skład Ewa Ostafin / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-995-9

Spis Treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Oświęcim 1945

Drobner

Wojna

Wiesbaden

Göth

Höss

Liebehenschel i inni

Norymberga

Bühler

Maurer

Profesor

Katyń

Frankfurt

Śmierć

Pamięć

Podziękowania

Nota edytorska

Bibliografia

Przypisy

Kolofon

Krakowowi

Jestem […] zdecydowanym przeciwnikiem kary śmierci, a rzecz jasna – tym bardziej zdecydowanym wrogiem zabijania i bestialskiego mordowania ludzi bez jakiegokolwiek powodu i sądu, jak to robili masowo faszyści hitlerowscy […]. Z tych przesłanek wynika dla mnie wewnętrzny obowiązek współdziałania z tymi, którzy dążą do ujawnienia takich zbrodni i ukarania ich sprawców, a całym moim postępowaniem kieruje sam głęboki szacunek dla życia […], jak to określił w liście odręcznym do mnie Wielki naszych czasów Albert Schweitzer.

Jan Sehn, 31 marca 19601

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Oświęcim 1945

W gabinecie dyrektorskim podano kawę. Telefon dzwoni niecierpliwie. Za oknem widać krakowskie Planty, wciąż jeszcze zielone, choć to już październik. Profesor Jan Sehn, szef Instytutu Ekspertyz Sądowych, podejmuje dziennikarza Leopolda Marschaka. Rozmowa, która początkowo miała zająć chwilę, przeciąga się do dwóch godzin. Wypełnia je właściwie jeden temat – Auschwitz.

Gospodarz spotkania, „wysoki, szczupły, o energicznych ruchach”2, cofa się pamięcią o dwadzieścia lat, do wiosny 1945 roku. Największa niemiecka fabryka śmierci – zrazu miejsce kaźni Polaków, a z czasem przede wszystkim ośrodek masowej zagłady Żydów – już wówczas nie pracuje. Teren poobozowy częściowo zajmowany jest przez sowieckie władze wojskowe. Sędzia śledczy Sehn to jeden z pierwszych Polaków, którzy prowadzą dochodzenia w tym miejscu. Ten zdolny krakowski prawnik doskonale wie, że czas działa na jego niekorzyść. Trzeba zabezpieczyć dokumenty obozowe, nim zostaną wywiezione do Związku Sowieckiego lub trafią na makulaturę. Przesłuchać zagranicznych świadków – byłych więźniów – nim się rozjadą po świecie. Ocalić, jeśli się da, baraki Auschwitz przed pożarami i rozbiórką.

Swą opowieść o roku 1945 Sehn ilustruje fotografiami. „Tak wyglądała – mówi Marschakowi, pokazując grupę osób na czarno-białym zdjęciu – pierwsza społeczna Komisja Oświęcimska, w której pracach uczestniczyłem”. Komisja dla Badania Zbrodni Niemiecko-Hitlerowskich w Oświęcimiu – bo tak brzmi jej pełna nazwa – pierwszy raz zbiera się w Krakowie 29 marca 1945 roku, w Wielki Czwartek. W jej skład wchodzą politycy, naukowcy, a także znani ludzie kultury, tacy jak pisarka Zofia Nałkowska.


Sito do przesiewania ludzkich popiołów, w tle ruiny krematorium II, Brzezinka, 29 maja 1945 roku. Pierwszy z lewej Hewlett Johnson, dziekan Canterbury; pierwszy z prawej Jan Sehn

fot. Stanisław Kolowca

Sędziego Sehna nie ma początkowo w tym gronie. Wiadomo jednak, że już 28 marca rozmawia o Komisji Oświęcimskiej z Lucjanem Szulkinem, naczelnikiem Wydziału Propagandy i Popularyzacji Prawa w Ministerstwie Sprawiedliwości. Dzień później przygotowuje dla Szulkina notatkę, w której apeluje o zachowanie urządzeń obozowych Auschwitz jako dowodów winy.

Nowe komunistyczne władze, zabiegające o jak najszersze poparcie społeczne i uznanie międzynarodowe, chcą pokazać, że zależy im na sprawiedliwym rozliczeniu krwawej niemieckiej okupacji. Początki pracy Komisji Oświęcimskiej to jednak wielka improwizacja. Z pierwszej wizji lokalnej, przeprowadzonej 5 kwietnia na terenie byłego obozu, nie zostaje sporządzony protokół. „Nie zabezpieczono też wówczas […] żadnych dokumentów ani dowodów rzeczowych”3 – napiszą później we wspólnym raporcie Jan Sehn i prokurator Edward Pęchalski. Ci dwaj prawnicy, solidnie wykształceni jeszcze przed wojną, dołączają do komisji 6 kwietnia.

Tego dnia w gmachu Sądu Apelacyjnego przy ulicy Grodzkiej 52 w Krakowie ruszają publiczne przesłuchania byłych więźniów Auschwitz. I znów – improwizacja. Komisja nie ma jasnego planu działania. Minister sprawiedliwości Edmund Zalewski co chwilę spogląda na zegarek i ogranicza zadawanie pytań. Te zresztą bywają przypadkowe. Co gorsza, zeznania nie są układane chronologicznie ani podpisywane przez świadków. Taki materiał stanowi wprawdzie łakomy kąsek dla prasy, ale przed sądem nie ma większej wartości.

Sehn i Pęchalski nalegają, by przesłuchania przenieść do podkomisji prawniczej, w której zasiadają, i prowadzić zgodnie z polskim Kodeksem postępowania karnego. W połowie kwietnia udaje im się postawić na swoim. Do zespołu dołącza Wincenty Jarosiński, kolejny prokurator z przedwojennym doświadczeniem, a przy tym były więzień Auschwitz. Protokoły zeznań wreszcie są profesjonalnie sporządzane – i do dziś chwytają za gardło. W dużej mierze to także zasługa świadków gotowych obszernie opowiedzieć o swych koszmarnych przeżyciach.

Luigi Ferri podwija rękaw tyrolskiej kurtki i odsłania przedramię, by pokazać wytatuowany numer obozowy: B 7525. Ten ciemnowłosy chłopak nie ma jeszcze trzynastu lat, ale wydarzenia ostatniego roku brutalnie wyrwały go z wieku niewinności. „Między innymi widziałem trupy małych dzieci, nawet bardzo małych, całe we krwi”4 – mówi po niemiecku Sehnowi i Jarosińskiemu. Gdy w czerwcu 1944 roku w Trieście włoscy policjanci przychodzą po jego babcię, z pochodzenia Żydówkę, Luigi decyduje się iść z nią, choć jemu, wychowanemu w katolickiej rodzinie, mundurowi pozwalają zostać. W pociągu towarowym oboje są jeszcze w jednym wagonie; w obozie szybko zostają rozdzieleni. Po kilku miesiącach chłopak się dowiaduje, że babcia zginęła w komorze gazowej. Sam przeżyje dzięki opiece, którą roztacza nad nim doktor Otto Wolken, wiedeński Żyd, w Auschwitz więzień-lekarz.

Roman Goldman to prawie rówieśnik Ferriego – jest od niego starszy raptem o półtora roku. Pochodzi z Tomaszowa Mazowieckiego, ale w chwili, gdy przesłuchują go Sehn i Jarosiński, mieszka w krakowskim sierocińcu przy ulicy Długiej. Z rodzicami i siostrą stracił kontakt w Auschwitz, dokąd w wagonie bydlęcym przewieziono ich wszystkich z Treblinki w lipcu 1943 roku. Młody Goldman właściwie nie powinien już żyć. Pewnego dnia lekarz Josef Mengele, „Anioł Śmierci”, kwalifikuje go do grona stu osiemdziesięciu osób przeznaczonych do zagazowania. Chłopak ucieka jednak z bloku, gdzie ludzie ci czekają na swój los. Później pracuje między innymi przy przewożeniu zwłok do krematorium. „[N]iejednokrotnie widziałem różne transporty, które przychodziły do obozu – zeznaje. – Bezpośrednio po wyładowaniu wagonu lekarz obozowy przeprowadzał selekcję i najzdrowszych, bardzo nielicznych, odstawiał do obozu, reszta zaś szła wprost do komór gazowych. Miałem możliwość dokładnego obserwowania, jak się to wszystko odbywało”5. Więźniowie tacy jak Goldman korzystają z żywności pozostałej po zagazowanych. Niemiec pełniący funkcję blokowego łaskawie przymyka na to oko.

 

Eugenię Halbreich, rocznik 1919, do Auschwitz przetransportowano wraz z rodzicami w styczniu 1943 roku. Wcześniej, w getcie krakowskim, miała jeszcze pracę pozwalającą wychodzić za bramę. Teraz trafia do obozu ze świadomością, że „z Oświęcimia żaden Żyd wyjść nie może”6. Już pierwsze zderzenie z nową rzeczywistością jest brutalne: bicie, szczucie psami, fatalne warunki sanitarne. „Codziennie wieczorem więźniarki przynosiły na apel po kilka czy kilkanaście kobiet zmarłych, względnie zabitych” – opowiada później Sehnowi i Jarosińskiemu. Niektóre, by skrócić swoje cierpienia, rzucają się na druty pod napięciem. Halbreich też myśli o odebraniu sobie życia. „Od popełnienia samobójstwa chroniła mnie tylko moja matka” – zeznaje potem. Mimo dramatycznych wysiłków dziewczyna nie jest w stanie ocalić jej przed komorą gazową. Na Halbreich spada w tym czasie jeszcze jeden cios: dowiaduje się, że jeden z jej braci został rozstrzelany przez Gestapo na żydowskim cmentarzu w Krakowie. Eugenia ma więcej szczęścia: udaje się jej przeżyć kilkanaście selekcji do gazu. Z czasem dostaje lżejszą pracę szrajberki (pisarki) w podobozie Raisko, gdzie między innymi uprawia się warzywa na potrzeby SS. Wciąż jednak widzi dymiące kominy krematoryjne.

Zeznania świadków są bezcenne, ale nie może się obejść bez profesjonalnej wizji lokalnej w Oświęcimiu. Sehn i jego koledzy z podkomisji prawniczej chcą jak najszybciej zobaczyć teren byłego obozu. Choć dziś trudno w to uwierzyć, długo nie mogą się doprosić samochodu. Wyjazdy zostają zorganizowane dopiero w maju.

Nieostre zdjęcia z tego okresu pokazują członków podkomisji w drodze. Odkrytą ciężarówką wyposażoną w ławki podróżują Sehn, Pęchalski, Jarosiński oraz trzy protokolantki: Krystyna Szymańska, „która znała doskonale język niemiecki, a nieco »kaleczyła« język polski”7, Stefania Setmajer i Jadwiga Wojciechowska. „[D]orywczo korzystaliśmy z auta ciężarowego – gruchota dostarczonego przez władze administracyjne – będzie po latach wspominał Jarosiński. – Później weszliśmy w porozumienie z prywatnym właścicielem auta, który w zamian za to, że sam miał możność używania wozu, zgadzał się na to, by komisja eksploatowała go w połowie czasu, a w drugiej połowie on”8. „Nierzadko opuszczaliśmy Kraków w poniedziałek, w sobotę powracaliśmy do domu i znów w następny poniedziałek udawaliśmy się do byłego obozu”9 – zapamięta Szymańska.


Posiedzenie Komisji Oświęcimskiej, Kraków, kwiecień 1945 roku.Jan Sehn widoczny z lewej, obok Zofia Nałkowska

fot. Józef Rosner

Ponieważ tak zwany obóz macierzysty (Auschwitz I) znajduje się pod nadzorem sowieckich władz wojskowych, podkomisja z Krakowa musi liczyć na ich dobrą wolę. Początkowo współpraca układa się znośnie. Polska ekipa nocuje w budynku zajmowanym wcześniej przez administrację obozu. Sehn dzieli pokój z Pęchalskim; przez najbliższe lata będą blisko współpracować. Teraz – od 11 do 25 maja 1945 roku – wspólnie wizytują szpital obozowy. Towarzyszy im Stanisław Łuczko, fotograf z Instytutu Ekspertyz Sądowych. W szpitalu wciąż przebywa prawie czterystu chorych – byłych więźniów. „Wszyscy […] są niedożywieni, wychudzeni, większość obłożnie chora pozostaje w łóżkach”10 – dyktuje do protokołu Sehn. Klara Chełmicka, trzydziestoletnia Polka, waży zaledwie dwadzieścia pięć kilogramów, trzy razy mniej niż w chwili aresztowania w 1943 roku. Starsza o kilka lat Betty Spinoza, holenderska Żydówka – dwadzieścia trzy kilogramy. Sama nie może nawet usiedzieć na łóżku. O pacjentów troszczą się lekarze i siostry z Polskiego Czerwonego Krzyża, byli więźniowie z wykształceniem medycznym, a także lekarze sowieccy wraz z personelem pomocniczym. Mimo ich wysiłków nie wszystkich udaje się uratować. Janette Aparicio, rocznik 1903, w chwili wizyty Sehna jest przytomna, ale skrajnie wycieńczona. Umiera kilkanaście dni później, niespełna cztery miesiące po wyzwoleniu obozu. To niejedyny taki przypadek.

Krystyna Szymańska przyzna potem, że byli więźniowie, okropnie wynędzniali, zrobili na niej niezwykle przygnębiające wrażenie. Ale nie tylko oni. Także szubienica, ruiny krematoriów, góry włosów zagazowanych kobiet. „To, co zobaczyłam, przekraczało granice wytrzymałości. Miałam wrażenie, że chodzę po krwi – czytamy w jednej z jej relacji. – Gdy zobaczyłam Brzezinkę, byłam całkowicie przerażona. Stosy popiołów ludzkich, zwłaszcza w okresie ocieplania się powietrza, z uwagi na bagnisty teren – buzowały i miało się wrażenie, że się gotują. Widok był niesłychany”11. Wstrząsające jest też jedno ze zdjęć Sehna, które zrobił w tym czasie Łuczko. Podpis: „Brzezinka – teren krematorium nr 5, niedopalone szczątki zwłok ludzkich”12.

Brzezinka, czyli Birkenau, to miejsce masowej eksterminacji w komorach gazowych. Teraz tej części obozu mają pilnować Polacy, straż obozowa zorganizowana na polecenie wojewody krakowskiego. Strażnicy – nieliczni, niedostatecznie wyposażeni w broń i nieopłacani – nie są jednak w stanie wywiązać się z zadania. „Na skutek tego ludność okoliczna splądrowała wszystkie baraki, niszcząc znajdujące się w nich dokumenty i przedmioty mogące mieć dla prac Komisji znaczenie dowodowe oraz wartość o znaczeniu muzealnym”13 – raportują kilka miesięcy później Sehn i Pęchalski.

Mimo trudnych warunków krakowskiej komisji ostatecznie udaje się zrobić bardzo dużo. Prawnicy oglądają obiekty obozowe, starają się zabezpieczyć dokumenty pozostawione przez Niemców. Poszukują ich, jak zapamięta Szymańska, „w przeróżnych zakątkach byłego obozu. Leżały rozrzucone na ziemi, po podłogach w różnych pomieszczeniach, w dużej ilości zwłaszcza w budynku byłej administracji obozu. Sędzia Sehn mówił, że trzeba zbierać wszystkie zapisane kartki papieru, a potem dopiero ocenimy, czy będą one przydatne. Tak też czyniliśmy. Wydobywaliśmy akta obozowe nawet ze śmietników i kloaki. Wkładaliśmy je do dużych papierowych worków. Od czasu do czasu były one przewożone naszą ciężarówką do Krakowa”14. Tam, w Instytucie Ekspertyz Sądowych, są oczyszczane z brudu i kału, a następnie odczytywane w podczerwieni.

Udaje się pozyskać między innymi wykazy, korespondencję i rozkazy niemieckich władz obozowych. Na strychu bloku jedenastego, nazywanego blokiem straceń lub blokiem śmierci, Sehn i Pęchalski znajdują kartotekę więźniów. „Poszukiwania prowadziły mnie do rozwalonych baraków, do zalanych wodą piwnic, skąd trzeba było dosłownie poniewierające się papiery zbierać – opowiada Marschakowi Sehn. – Na pogorzelisku jednego baraku znalazłem na przykład kwestionariusze z przesłuchiwania więźniów, gdzie indziej znowu natrafiłem na plany obozu. Dokumenty trzeba było starannie segregować, gdyż każdy z nich mógł być dokumentem zbrodni”.

Komisji brakuje jednak ludzi i środków transportu. Ciężarówka, dostarczana doraźnie przez wojewodę krakowskiego, nie kursuje codziennie. Sehn i Pęchalski alarmują, że „spakowane w workach dokumenty czekające na przyjazd samochodu zostały w dwóch wypadkach zabrane przez sowieckich żołnierzy”15. Sędzia śledczy każe interweniować w tej sprawie, ale materiałów nie udaje się odzyskać. Ekipa krakowska słyszy tylko: „Nie! To są łupy wojenne i nie oddamy ich”16.

Co gorsza, już pod koniec maja sowieckie władze wojskowe poważnie ograniczają Polakom możliwość poruszania się po terenie dawnego obozu i wykonywania zdjęć. Tymczasem niektóre baraki są rozbierane lub niszczeją. Znika szubienica stojąca przed blokiem jedenastym. Na dachu bunkra, gdzie mieściły się komora gazowa i krematorium I, zostaje urządzony plac taneczny.

Krakowscy prawnicy zwracają się o pomoc do Jerzego Kornackiego, posła do Krajowej Rady Narodowej, następnie do nowego ministra sprawiedliwości Henryka Świątkowskiego – notabene byłego więźnia Auschwitz – i do wicepremiera Stanisława Janusza. Bezskutecznie. W tej sytuacji 30 maja Sehn i Pęchalski kierują dramatyczne pismo do prezydium tworzonej wówczas Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, „wnosząc na końcu między innymi o należyte zabezpieczenie obozu oświęcimskiego i swobodę ruchów po obiektach”17. Samozwańczy Rząd Tymczasowy RP, powołany kilka miesięcy wcześniej pod okiem Józefa Stalina, nie ma jednak odwagi, a może i ochoty, by się o to upomnieć.

W Auschwitz i Birkenau Sowieci tworzą przejściowe obozy dla jeńców niemieckich, a także cywilów z Górnego Śląska i Opolszczyzny – i wkrótce całkowicie zabraniają tam wstępu. Sehn i Pęchalski piszą o „rozkopywaniu terenu w poszukiwaniu za złotem i innymi kosztownościami, co do których przypuszczano, że zostały ukryte przez byłych więźniów w ziemi lub w ścianach baraków. Zmieniło to tak dalece wygląd obozu, że obecnie nawet długoletni więźniowie jego z trudnością się w nim orientują”. Dwaj prawnicy ponownie domagają się „spowodowania przez centralne władze polskie zwolnienia obozu oświęcimskiego przez wojska sowieckie i należytego zabezpieczenia go”18. To jednak naiwne oczekiwania. Poseł Kornacki już wcześniej się irytuje, że ani minister sprawiedliwości, ani premier Edward Osóbka-Morawski, ani najważniejsi komuniści, z Bolesławem Bierutem i Władysławem Gomułką na czele, „nikt z tak zwanego Rządu Polskiej Władzy Ludowej nie kiwnie palcem w bucie, by skarby z Birkenau zabezpieczyć przed radzieckim zarządem obozu…”19.

Nie pomaga argument, że do Oświęcimia coraz częściej przyjeżdżają delegacje zagraniczne. Joseph Bech, minister spraw zagranicznych Luksemburga, 26 września może zostać oprowadzony tylko po części Birkenau, bo na zwiedzanie głównego obozu Sowieci nie dają zgody. Sehn i Pęchalski notują, że mimo to „był do głębi wstrząśnięty ogromem dokonanych tam zbrodni niemieckich i zapowiedział, że poczyni odpowiednie kroki, […] by obóz oświęcimski w obecnym stanie zabezpieczyć dla świata jako krzyczący dowód potwornych zbrodni hitlerowskich, a zarazem jako pamiątkę i miejsce powszechnego kultu należnego pomordowanym tam ofiarom z całej Europy”20.

Muzeum na części terenu dawnego obozu uda się otworzyć w roku 1947. Na razie, w połowie 1945, Sehn robi, co może, by wygrać wyścig z czasem. „Działając zgodnie z zasadami kryminalistyki, dwoił się i troił, zabezpieczając z jak największym pośpiechem ogromne ilości materiałów dowodowych”21 – stwierdzi później Jan Markiewicz, jego długoletni współpracownik w Instytucie Ekspertyz Sądowych.

Ekipa krakowska wyjeżdża nie tylko do Oświęcimia, lecz także na tak zwane Ziemie Odzyskane, gdzie mieszka jeszcze wielu Niemców. „W tym czasie ulice miast w przeważnej mierze zmieniły swe nazwy, a że były zasypane gruzem, chcąc wyjechać z miasta, trzeba było krążyć i nie wiadomo było, gdzie jechać. Tubylcy – Niemcy, widząc na masce [samochodu] białego orła, odpowiadali zawsze, że takiej ulicy tu nie ma, a jeżeli w ogóle udzielali jakiej[ś] informacji, to wskazywali zawsze ulicę o nazwie niemieckiej” – napisze potem Jarosiński. Gdy w Mysłowicach szofer nie zauważa żołnierza kierującego ruchem, robi się gorąco: „[…] zdjąwszy karabin, skierował go w kierunku naszego auta z zamiarem oddania strzału i dopiero gdy na skutek naszego krzyku kierowca auto zatrzymał – żołnierz karabin założył na ramię i przystąpił do pełnienia swych czynności. Takich przypadków było więcej, a raz kierowca […] tak prowadził wóz, że omal nie spadliśmy z autem z mostu do rzeki”22.

 

Bardzo owocna okazuje się wyprawa do Katowic i Wrocławia w lipcu 1945 roku. Sehn ze współpracownikami przeczesuje tam opuszczone siedziby firmy budowlanej Hoch- und Tiefbau AG. „Musiałem z towarzyszącymi osobami wejść do gmachu, który w każdej chwili mógł się zawalić do reszty – relacjonuje Marschakowi chłodnym, opanowanym tonem. – Błądziliśmy wśród rumowisk i cegieł, ale trud nasz tym bardziej się opłacił. W pewnym momencie zauważyłem na ziemi zwitek papierów. Podniosłem go, rozwinąłem: miałem przed sobą dokładne plany czterech wielkich krematoriów w Brzezince”.

Późną wiosną 1945 roku podkomisja prawnicza jest już krakowskim oddziałem wojewódzkim Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce. Zajmuje on trzy pokoje na pierwszym piętrze budynku sądu przy Grodzkiej. Sehn i Pęchalski mają teraz do pomocy nie tylko prokuratora Jarosińskiego, lecz także sędziego Stanisława Żmudę. Czwórka prawników zabezpiecza akta rządu Generalnego Gubernatorstwa, NSDAP, wykazy więźniów KL Mauthausen, robotników przymusowych i tym podobne. Prowadzone są ekshumacje ofiar niemieckiego terroru, między innymi w forcie Krzesławice na obrzeżach Krakowa.

Na Sehnie najsilniejsze wrażenie robi jednak Auschwitz. „Wiatr i nurty rzek – głosi w kipiącym od emocji odczycie z sierpnia 1945 roku – rozniosły popioły męczenników oświęcimskich po całej Polsce, zapłodniły nimi jej ziemię i z prochów tych wydała ona ducha mściciela, który raz na zawsze w proch i w pył rozpędzi krzyżacką zawieruchę”23. Mówi to on, mający niemieckie korzenie. Kilkanaście lat później, przesłuchiwany przed Sądem Krajowym w Münsterze, oświadczy zaś: „Wina w skali obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau rozsadza wszystkie przyjęte w stosunkach międzyludzkich kryteria dobra i zła, prawdy i fałszu, prawa i bezprawia, tego, co słuszne i niesłuszne – i dlatego przekracza granice zdolności osądu przez pojedynczego sędziego śledczego”24.

Leopoldowi Marschakowi nie udaje się o wszystko zapytać, gdy w październiku 1965 roku spotyka się z Sehnem. Liczy na kolejną rozmowę, „aby omówić inne jeszcze aspekty hitlerowskich działań w Oświęcimiu. Niestety. Następnego spotkania już nie będzie”. Kilka tygodni później Sehn umiera przedwcześnie we Frankfurcie nad Menem. Także ten wyjazd ma związek z Auschwitz. Krakowski prawnik poświęcił mu kawał swojego powojennego życia.