Zielona mumiaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

IV. Straszna niespodzianka.

W kilka dni po owym proszonym obiedzie, Archibald Hope przechadzał się znów ze swą narzeczoną po ścieżkach parku otaczającego »Willę pod piramidami« (tak nazwał profesor dom w którym mieszkał wraz ze swojemi mumiami). Rozmawiając z Łucyą Hope wyraził znowu obawę, że profesor zechce ofiarować jej rękę Frankowi Random wzamian za nową pożyczkę. Słysząc to dziewczyna, poczerwieniała z oburzenia, a oczy jej pałały gniewem.

— Mój ojczym robić może co mu się podoba, jest mi to zupełnie obojętne, nie pozwolę frymarczyć sobą dla zadowolnienia jego wstrętnych manii, a jeśli zechcę to dziś jeszcze zostanę twoją żoną. No a teraz chodź ze mną patrzyć na rozpakowanie mumii.

— Więc przyjechała wreszcie?

— Jeszcze nie, ale nadjedzie niebawem. Ojczym mój oczekuje jej o trzeciej.

— To znaczy za kwadrans — rzekł Archie, patrząc na zegarek. — Byłem wczoraj w Londynie, ale nie przyszło mi na myśl udać się do portu dla dowiedzenia się czy Nurek już przypłynął. Wszakże to na Nurku odbywał Bolton swoją podróż. A cóż Bolton? ma się zapewne zupełnie dobrze.

Łucya zmarszczyła brwi.

— To właśnie dręczy mnie że Sidneja dotąd niema.

— Jak to niema?

— Ojczym mój otrzymał wczoraj od niego list donoszący, że statek na którym płynął wraz z mumią, zawinął do portu o 4-ej popołudniu. List przyszedł tu expresem o 6-ej, to jest we dwie godziny po przybyciu statku.

— Cóż więc? — pytał Hope.

— Sidnej pisał w swym liście, że zapóźno by już było wyprawiać mumię tego samego dnia i że z tego powodu zabierze ją do hotelu i przenocuje wraz z nią w Londynie.

— Nie widzę w tem nic zatrważającego.

— Tak, ale dziś rano nadszedł znowu list, ale już nie od Boltona, tylko od właściciela hotelu. W liście tym ów pan donosi — że stosownie do rozporządzeń zostawionych przez Boltona, mumia przewiezioną dziś będzie do nas i stanie na miejscu dziś o trzeciej.

— A więc? — pytał Hope.

— A więc, czyż nie widzisz sam jak dziwnem jest, że Bolton, który czuwał nieodstępnie nad mumią przez cały ciąg podróży, a także przez ostatnią noc w hotelu, pozwala jednak wyprawić ją bez siebie i nie towarzyszy jej do Piramid.

— Wyjaśni nam to sam skoro się tu ukaże.

— Tymczasem ojczym jest wściekły, boi się aby mu kto nie ukradł mumii.

— Kto by się tam łakomił na takie rzeczy!

— Ma to przecież wartość najmniej tysiąca funtów — odrzekła Łucya.

— Chodźmy więc na spotkanie sławetnego gościa — zaproponował Archie.

Przeszli ogród i obeszli dom na około, aż zatrzymali się przed gankiem. Ogromny wóz, zaprzężony dwoma końmi, stał już tam, ale nie było widać żadnego pakunku. Widocznie wniesiono już do domu skrzynię zawierającą mumię.

— Czy pan Bolton przyjechał ze skrzynką? — spytała Łucya woźnicy.

— Nikt nie przyjechał miss, prócz mnie i dwóch jeszcze ludzi, którzy znieśli pakę do domu.

— Ale pan Bolton był w hotelu gdyście wyjeżdżali?

— Nie widziałem go miss, to jest nie wiem kto jest pan Bolton. Nasz pan, właściciel hotelu »Spoczynek marynarzy« kazał nam przywieźć tu pakę. Tak też i zrobiliśmy. Więcej nic nie wiem.

— Czy nie znajdujesz, że to wszystko jest bardzo dziwne? — spytała Łucya Archibalda.

Hope potwierdził skinieniem głowy.

— Bolton przyjedzie jeszcze zapewne — rzekł, byle coś powiedzieć.

I weszli oboje do wnętrza domu. Znaleźli profesora karmazynowego ze złości i klnącego na czem świat stoi. Przed nim stała duża drewniana paka, obok której klęczał Kakatoes, trzymając w ręku narzędzia potrzebne do odpakowania przywiezionego skarbu.

— Sidnej powinien był więcej uważać na przedmiot powierzony sobie z takiem zaufaniem. Paka jest zniszczona, zepsuta, połamana, roztrzęsiona! — krzyczał Bradock.

Wytoczę proces kapitanowi »Nurka« jeżeli tylko moja mumia została uszkodzoną.

— Cóż na to Bolton? — pytał Archie, szukając wzrokiem delikwenta.

— Co na to Bolton? — krzyczał profesor, wydzierając młotek z rąk Kakatoesa — cóż ma łotr mówić kiedy go niema.

— Niema go? — zawołała Łucya coraz bardziej zdumiona nieobecnością sekretarza. — Gdzież jest w takim razie?

— Nie wiem — grzmiał profesor — ale jak się tylko dowiem, oddam go w ręce policyi za niedbalstwo i nieuczciwość, a jeżeli się tu pokaże, to go wypędzę i zabronię mu wstępu do mego domu, niech idzie do starej czarownicy, która jest jego matką.

Mówiąc to Bradock, wbijał ostry nóż pomiędzy spojenia paki i tłukł w nie młotkiem tak zażarcie, jakby miał pod ręką czaszkę Boltona. W chwili, gdy Bradock podważał przykrywę paki z pomocą Kakatoesa, jakiś głos żałośny dał się słyszeć od progu. Archie i Łucya odwrócili się i zobaczyli wdowę Bolton, bardziej jeszcze obszarpaną i brudną i zawsze równie grobową.

Dygnęła nizko wchodząc do sali.

— Przepraszam panienko — jęknęła nad głową Łucyi — proszę mi powiedzieć czy Sid przyjechał?

— Widziałam już trumnę — ale gdzież mój chłopiec?

— Trumnę! jaką trumnę? — ryczał Bradock, nie przestając walić młotkiem po skrzyni. — Dlaczego pani nazywasz tę pakę trumną?

— A czyż nie leży w niej zakamfarowany nieboszczyk? — odrzekła wdowa Bolton z nowym dygiem. — Przecie Sid mówił mi wyjeżdżając, że jedzie po trumnę.

— A widziałaś go pani po powrocie?

— Nie widziałam i pewnie nie zobaczę — mówiła żałośnie wdowa.

— Nie mówże głupstw kobieto! — krzyknął na nią Archie.

— Kobieto! proszę. O Jezu! jakże mnie pan przestraszył — krzyknęła wdowa Anna odskakując w tył, na widok odbitej pokrywy upadającej na podłogę.

Bradock nie słyszał już nic, tylko wyjmował sam pełnemi garściami słomę i wióry użyte do opakowania mumii.

Wkrótce cała podłoga zasłana była trocinami, mimo to nie było widać zielonej skrzynki zawierającej mumię.

Nagle wdowa Bolton krzyknęła rozdzierającym głosem:

— Sid! mój syn, nieżywy! umarł! umarł!

Mówiła prawdę. Przed nią leżało martwe ciało Sidneja Bolton umieszczone w pace na miejscu mumii.

V. Tajemnica.

Na ten widok zapanowało głuche milczenie, przerywane tylko jękami Anny Bolton. Straszliwa zawartość paki, budziła przestrach i grozę wśród obecnych osób. Łucya blada i drżąca chwyciła się kurczowo ramienia narzeczonego, aby nie paść na ziemię jak matka zabitego. Archie nie mógł oderwać wzroku od martwego ciała Sidneja, przerażającego swą sztywną nieruchomością. Profesor zdawał się nierozumieć tego co miał przed oczyma.

Jeden tylko Kakatoes przykucnięty swoim zwyczajem na piętach nie odniósł żadnego wrażenia. Wodził obojętnie oczyma po twarzach obecnych, to znowu przenosił wzrok na trupa, nie zdradzając najmniejszego wzruszenia. Bradock, który w zdziwieniu swojem upuścił na ziemię młotek i nożyce odzyskał już zimną krew, a pierwsze jego słowa zdradziły potworny egoizm uczonego, pochłoniętego jedyną namiętnością.

— Gdzież jest mumia Inka-Kaksasa? — spytał półgłosem.

Słysząc to Anna Bolton, która leżąc na podłodze wyrywała sobie włosy z rozpaczy, zawołała ochrypłym głosem:

— Słuchajcie tylko, czego on żałuje? O czem myśli? On, który zamordował mego syna!

— Jak śmiesz tak mówić — przerwał jej szorstko Bradock. — I pocóź bym miał mordować twego syna? Nie przyniosło by mi to żadnej korzyści.

— A to już Bóg jeden wie, na co to panu było przydatne, ale to pan...

— Bredzicie matko Bolton — przerwał jej żywo Hope, usiłując podnieść ją z ziemi — odejdźcie stąd najlepiej, a i ty Lucy oddal się, to widok nie dla ciebie.

Łucya niema z przerażenia przyzwoliła skinieniem głowy i wyszła słaniając się prawie, ale Anna Bolton nie chciała się ruszyć z miejsca.

— Mój syn zabity! — jęczała — leży tak, jak go widziałam w moim śnie, pocięty na kawałki.

— Co za niedorzeczność — przerwał Bradock, badając uważnym wzrokiem wnętrze paki — niema nawet śladu żadnej rany.

Wdowa Bolton zerwała się z szybkością zadziwiającą u kobiety w tym wieku.

— Puśćcie mnie — zawołała — już ja znajdę miejsce rany na ciele mojego chłopca.

Hope wstrzymał ją silną ręką, a ująwszy pod ramię usiłował wyprowadzić.

— Nikt niema prawa dotknąć trupa do czasu przybycia policyi — rzekł stanowczo.

— Policya! ach prawda — zawołał żywo Bradock. — Trzeba posłać natychmiast do Pierreside po policyę, uwiadomić inspektora o kradzieży mojej mumii.

— Przedewszystkiem o morderstwie — zauważył Hope z pewnym naciskiem.

— Co go to obchodzi, że zamordowano mego syna! — krzyczała wdowa Bolton, wznosząc groźnie pomarszczoną dłoń i usiłując wyrwać się z rąk Archibalda. — Stary szatan zabił mojego syna, bo Sid nie byłby umarł, gdyby go nie był posyłał do tych zagranicznych krajów. Odwołam się do sądu i będę go póty oskarżać, aż go powieszą! Tak! powieszą go!

Bradock stracił wreszcie cierpliwość pod tym gradem zarzutów i rzucił się na starą wlokąc za sobą Kakatoesa. Z pomocą karła wypchnął prawie kobietę wraz z Archibaldem na korytarz, gdzie stała jeszcze Łucya.

Na rozkaz profesora Kakatoes zamknął na klucz drzwi od muzeum.

— Nikt się nie dotknie paki do czasu przybycia inspektora, ty jesteś świadkiem Hope, że nie zbliżyłem się do trupa. Byłeś obecny przy rozpakowaniu skrzyni i możesz zaświadczyć, że znalazłem w niej bezwartościowe zwłoki, zamiast kosztownej mumii, na którą wydałem tysiąc funtów. Zabierzcie mi teraz z oczu, tę starą czarownicę która śmie...

Bradock nie skończył, bo dusił się z wściekłości.

 

Archie próbował go uspokoić.

— Biedna kobieta jest nieprzytomna z bolu i sama nie wie co mówi. Pójdę zaraz na policyę a wtedy...

— Nie trzeba — przerwał szorstko Bradock. — Kakatoes uprzedzi policyę i sprowadzi sędziego pokoju z Gartleg. Pan weźmiesz tymczasem klucz i będziesz go trzymał u siebie. — Mówiąc to wsunął klucz od muzeum do kieszeni Archibalda. — Gdy policya nadejdzie będziesz mógł poświadczyć, że nikt nie dotknął się zwłok Boltona. Ty zaś stara czarownico — dodał, zwracając się do Anny Bolton — wynoś się stąd natychmiast i żeby tu twoja noga nie postała!

— Chciałabym zostać przy ciele mego Sida — prosiła stara. Niech się pan na mnie nie gniewa, nie chciałam powiedzieć...

— Ale powiedziałaś jędzo, precz mi z oczu natychmiast!

Wdała się w to Łucya i zabrała biedną matkę do swych pokoi na górze, gdzie otoczyła ją szczerą pieczołowitością. Profesor pienił się z gniewu.

— Nie dość, że straciłem tak cenną mumię, olbrzymiej wartości historycznej i archeologicznej, trzeba jeszcze żebym zmuszony był słuchać obelżywych skarg tej starej waryatki.

Tymczasem Łucya i Hope znikli gdzieś wraz z Anną Bolton. Profesor szukać zaczął Archibalda w ogrodzie, gdzie obaczył nagle idącego po gościńcu wiejskiego doktora z Gartleg.

— Hola panie doktorze — wołał profesor zasapany i spocony — proszę chodź pan tutaj, obecność pańska jest konieczną w Piramidach.

Doktor, który znał dziwactwa profesora zbliżył się z uśmiechem.

Był to człowiek młody jeszcze, o twarzy sympatycznej, nie zdradzającej jednak nadprzyrodzonej inteligencyi.

— Cóż się to stało profesorze — rzekł spokojnie — mam nadzieję, że nie grozi panu atak apoplektyczny, mimo że czerwony pan jesteś jak pomidor. Uspokój się drogi panie, bo wzruszenie może ci zaszkodzić.

— Rozumujesz pan jak głupiec, doktorze — warknął oburzony Bradock — ja jestem zupełnie zdrów, ale Bolton...

— Bolton — przerwał z zajęciem doktor — więc przyjechał już z mumią?

— Z mumią! — ryknął doktor — właśnie, że mumii wcale niema, a Bolton jest nieżywy. — Mówiąc to, wlókł za sobą doktora, zmuszając go do przeskakiwania po kilka stopni naraz.

— Bolton nieżywy! cóż się to stało, czy umarł nagle? — pytał doktor coraz bardziej zdumiony.

— Właśnie, że nie umarł. Zamordowano go, a ciało jego przysłano mi w pace, w której powinna się była znajdować zielona mumia.

Chodź pan zobaczyć trupa, chociaż nie — wołał, odpychając doktora równie gwałtownie jak go był wciągnął — musimy czekać na policyę i sędziego pokoju — oni pierwsi muszą go widzieć.

— Czyż to możliwe profesorze? może się panu wydało?

Bradock chodził wielkimi krokami po pokoju wznosząc ręce ku niebu, na znak oburzenia.

— Wydało mi się? Chodź pan obacz sam, że jest zamordowany.

— Ale przez kogo?

— Skądże u dyabła mogę wiedzieć?

— Czemże go zabito? nożem czy może strzelono do niego?

— Nie wiem, nic nie wiem. Matka jego przyszła tu wyprawiać awanturę. Ale otoż i Hope! wraz z sędzią pokoju Painterem. Chodźcie panowie, doktor już jest. Hope dawaj klucz. Otwórzcie panowie muzeum, a może uda się nam odkryć motyw tej nikczemnej kradzieży.

— Kradzieży panie? — spytał zdziwiony Painter.

— Oczywiście kradzieży — jak możesz pan stawiać mi tak idyotyczne pytanie? Skradziono mi mumię.

— Sądziłem z tego co mi opowiadał pan Hope, że popełniono morderstwo.

— A tak, tak, jest i morderstwo — mruknął profesor niechętnie, jak gdyby morderstwo biednego Boltona było faktem zupełnie drugorzędnym. — Zamordowano prawdopodobnie mego sekretarza, bo trudno przypuścić, aby się mógł sam zapakować i zagwoździć w skrzyni. Ale przedewszystkiem chodzi mi o mumię, za którą zapłaciłem tysiąc funtów. Czy rozumiesz panie Painter co to mumia? Chodźcie panowie proszę. Doktorze idź opatrz zwłoki, a Painter wyda opinię o przyczynach kradzieży.

— Z pewnością morderca musiał ukryć mumię i złożył na jej miejscu zwłoki Boltona — zauważył Hope.

— Mówisz rzeczy elementarne — syknął Bradock. — Wszyscy wiemy, że morderca Boltona musiał ukraść mumię — ale kto jest ów zbrodzień? jak się nazywa?

Tymczasem sędzia i lekarz dokonywali urzędowych oględzin. Twarz zabitego była sino-czarna, oczy wyszły mu na wierzch. Rozwiązawszy czerwoną chustkę, którą miał na szyi, odkryto pod nią sznurek zaciśnięty mocno dokoła szyi. Nie było wątpliwości, że Sidnej Bolton został uduszony.

— Uduszono biedaka — zauważył doktor — wartoby jednak przyjrzeć się dokładnie trupowi.

— Z tem zaczekać musimy na przybycie inspektora — rzekł Painter.

— Biedny Sid! znałem go gdy jeszcze do szkół chodził, kto by pomyślał, że tak skończy. Ale kto? kto go mógł zamordować?

Na pytanie to nie było odpowiedzi.

VI. Śledztwo.

Gartleg do niedawna jeszcze zapadła, mało uczęszczana wiosczyna, stała się naraz miejscem głośnem na wszystkie trzy królestwa, a nazwa jej nie schodziła ze szpalt wszystkich dzienników. Pomimo wszelkich usiłowań, ani przywołany na miejsce zbrodni inspektor Date, ani prywatny detektyw sprowadzony umyślnie przez profesora, nie odkryli żadnego śladu mordercy. Dzienniki zdały sprawę z toku dochodzenia w takich mniej więcej słowach:

»Parowiec Nurek, należący do kapitana Herwey przybił o godzinie 4-ej po południu do portu w Piereside. We dwie godziny później Sidnej Bolton, który odbywał drogę na tym parowcu wysiadł na ląd wraz ze skrzynką zawierającą zieloną mumię. Ponieważ było już zapóźno na udanie się w dalszą drogę, Bolton zatrzymał się w hotelu Spoczynek marynarzy. Hotel ten, a właściwie gospoda nawiedzana wyłącznie prawie przez marynarzy nie cieszy się zbyt dobrą sławą. — Boltona widziano po raz ostatni o godzinie 8-ej wieczorem pijącego piwo w restauracyi hotelowej. Udając się na spoczynek, polecił gospodarzowi, by tenże odesłał nazajutrz pakę z mumią profesorowi Bradock do Gartleg. Bolton zapowiadał przytem, że sam wyjedzie z hotelu wczesnym rankiem, aby uwiadomić profesora o szczęśliwem przybyciu nabytej przez niego osobliwości.

Bolton uregulował jeszcze z wieczora rachunek hotelowy i podług świadectwa tych, którzy go wtedy widzieli, nic nie zdradzało w nim zamiarów samobójczych lub też obawy jakiegoś grożącego mu niebezpieczeństwa.

Nazajutrz znaleziono pokój jego pusty, nie zdziwiło to jednak nikogo, ponieważ sam zapowiedział swój wczesny wyjazd. Pokojowa tylko zdziwiła się, że mógł tak wyjść przez nikogo niewidziany. Gospodarz domu, stosując się do zlecenia, jakie otrzymał od Boltona, wyprawił pakę z mumią do wsi Gartleg pod adresem profesora Bradock, mieszkającego w willi Piramidy. Łatwo wystawić sobie zdumienie i przerażenie uczonego, gdy w miejsce spodziewanej mumii, ujrzał zwłoki nieszczęśliwego swego sekretarza uduszonego sznurkiem od firanki«.

Tak brzmiały doniesienia dzienników.

Wdowa Bolton prosiła, aby złożono w jej mieszkaniu ciało zabitego jej syna. Profesor zgodził się na to chętnie, świeży nieboszczyk bowiem nie miał w jego oczach takiej wartości, jak starożytne szczątki peruwiańskich i egipskich władców. Umieszczono więc zwłoki młodego sekretarza w skromnem mieszkaniu jego matki, i tam oglądała je policya i sędziowie przysięgli.

Przewodniczący trybunału, wygłosił krótką przemowę, w której przypomniał wszystkie ważniejsze fakta, związane z tajemniczem morderstwem. — Przedłożono sędziom plan oberży Spoczynek marynarzy, a przewodniczący zwrócił uwagę dwunastu poczciwych ludzi, stanowiących skład trybunału, że ofiara zajmowała pokój na parterze z oknami wychodzącemi na Tamizę.

— Możecie sobie panowie łatwo zdać sprawę z faktu, że zabójca wymknąć się mógł bez trudności. Położenie to sprzyjało znakomicie ucieczce. Po prostu otworzył sobie okno wśród nocy, spuścił skrzynkę z mumią wspólnikowi swemu, który tam na niego czekał, a że musieli mieć łódkę w pogotowiu, odpłynęli natychmiast na środek rzeki, gdzie wszelki ślad po nich zaginął.

Inspektor Date, zauważył wtedy, że niema żadnej pewności, czy zbrodniarz miał wspólników.

— Być może, że to, co pan twierdzisz jest prawdą — mówił on tonem dowódcy rozkazującego podkomendnym — ale nie możesz pan przytoczyć żadnego materyalnego dowodu. Wobec tego przypuszczenie pańskie ma charakter czysto okolicznościowy.

— Właśnie to samo twierdziłem — odparł sucho przewodniczący. — Zamiast tracić czas na takie uwagi, zechciej pan raczej powołać świadków.

Date spiorunował wzrokiem przewodniczącego i prosił profesora Bradock o złożenie zeznania.

Bradock utrzymał się bardziej niż kiedykolwiek w roli gniewnego cherubina i składał zeznania z nietajoną irytacyą. Opowiedział, jak przeczytawszy w dziennikach anons o wystawionej na sprzedaż mumii, wysłał do Malty swego sekretarza z poleceniem kupienia jej i przywiezienia do Anglii.

To, co się stało po przybyciu statku do portu, znane już jest wszystkim, dzięki rozgłosowi nadanemu zdarzeniu temu przez prasę.

— Prasa — mówił Bradock — zachowuje się w tej sprawie bardzo niewłaściwie.

— Co pan przez to rozumie? — spytał kwaśno przewodniczący.

— Rozumiem przez to — odrzekł tymże tonem Bradock — że takie publikowanie wszystkich szczegółów zbrodni, jest doskonałą usługą dla złoczyńcy, który będąc ostrzeżony, mieć się będzie na baczności. Jest to najpewniejszy sposób ochronienia zabójcy.

— A czy pan jest pewien, że to nie była zabójczyni? — pochwycił przewodniczący.

— Głupstwa pan mówisz — kobieta nie ukradłaby mojej mumii. Cóż u dyabła kobieta mogłaby robić z taką rzeczą.

— Wyrażaj się pan oględniej! — zgromił go przewodniczący.

— A pan wyrażaj się rozumniej.

Zamienili z sobą kilka piorunujących spojrzeń, po chwili jednak atmosfera wypogodziła się i profesor odpowiedział stosunkowo spokojnie na kilka pytań dotyczących wyłącznie sprawy.

— Czy nieboszczyk miał nieprzyjaciół?

— O nie, nie był ani dość uczony, ani dość sławny, ani dość bogaty, aby ściągnąć na siebie nienawiść swoich bliźnich. Był to sobie poprostu dość inteligentny chłopak, pracujący pod moim kierunkiem. Matka jego jest praczką — on zaś przynosił mi od niej bieliznę, gdy był jeszcze dzieckiem. Zauważywszy jego spryt i chęć wyniesienia się ponad sferę w której się urodził, wziąłem go do siebie i kształciłem na swego pomocnika. Z czasem wtajemniczyłem go w niektóre moje prace.

— Zapewne archeologiczne?

— A jakieżby inne? Nie trudniłem się przecie praniem bielizny, jak matka Boltona i po co pan zadajesz takie głupie pytania.

— Po raz drugi przywołuję pana do porządku — zawołał przewodniczący, czerwony jak piwonia z oburzenia. — Czy mógłbyś pan wskazać kogoś, komu by zależało na posiadaniu mumii?

— I owszem, znam przeszło tuzin kolegów moich archeologów, którzy bardzo chętnie dostaliby w posiadanie ciało Inki-Kaksasa.

Tu wymienił nazwiska kilku głośnych i ogólnie szanowanych uczonych.

— Co za niedorzeczność! — mruknął przewodniczący — ludzie tak znakomici i zasłużeni jak ci których nazwiska pan wymienił, nie popełniliby morderstwa, dla przywłaszczenia sobie mumii.

— To też nie powiedziałem wcale, że ją sobie przywłaszczyli, lecz tylko, że chcieliby ją mieć. Oto wszystko.

Przewodniczący udał, że nie słyszy tego usprawiedliwienia.

— A czy mumia nie miała na sobie jakich wartościowych klejnotów?

— Skądże mogę o tem wiedzieć skoro jej nigdy nie widziałem? O ile by je miała, znajdowałyby się pod spowijającemi ją opaskami.

Z kolei nastąpiło przesłuchanie młodego doktora, który oglądał trupa. Doktór — nazwiskiem Robenson, twierdził, że zmarły musiał być uduszony między drugą a trzecią w nocy, na dwanaście godzin przed rozpakowaniem skrzyni.

— Nie mogę zupełnie dokładnie określić czasu, w każdym razie śmierć nastąpić musiała na jakie trzy godziny przed świtem.

— A czy nie znaleziono na ciele jakich ran?

— Oględziny lekarskie nie wykazały żadnych.

Po doktorze przyszła kolej na wdowę Bolton. Wśród łez i wykrzykników opowiedziała trybunałowi, jakim dobrym i serdecznym chłopcem był jej Sidnej, nie przypuszczała, żeby mógł mieć nieprzyjaciół. Chciała opowiedzieć swój sen, ale przewodniczący nie dał jej dokończyć, gdyż jako człowiek wolnomyślny nie uznawał takich okultystycznych zjawisk.

Publiczność była za to zupełnie innego zdania, i ten epizod psychicznego jasnowidzenia wzbudził ogólne zainteresowanie.

 

Gospodarz oberży »Spoczynek marynarzy« wywarł wrażenie bardzo korzystne. Mimo, że zakład jego nie cieszył się dobrą sławą, on sam wyglądał na szczerego i uczciwego człowieka.

Zeznał, że nie wiedział nic o istnieniu mumii.

— A cóż pan myślałeś o zawartości skrzyni?

— Przypuszczałem, że zawiera rozmaite tkaniny wschodnie i inne osobliwości, jakie się zwykle przywozi z takich podróży.

— Czy to Bolton tak panu rzecz przedstawił?

— O nie! Bolton opowiadał mi wiele o Malcie, ale nic o skrzyni.

— Może wspominał o jakich osobistych w rogach?

— Nie.

— A czy nie robił wrażenia człowieka bardzo smutnego i przygnębionego?

— Bynajmniej, cieszył się, że powrócił do Anglii i wyglądał bardzo wesoło.

Najważniejsze były zeznania ostatniego świadka, którym była Eliza Flight, służąca hotelowa.

Opowiedziała ona, że wprawdzie Bolton udał się do swego pokoju o ósmej wieczór, ale nie rozbierał się wcale i widziano go w oknie w godzinę jeszcze później. Ona sama wyszła wtedy na ulicę dla widzenia się z narzeczonym. Otóż oboje zauważyli Boltona w otwartem oknie. Rozmawiał wtedy z jakąś starą kobietą owiniętą szalem. Twarzy owej kobiety nie widziała z powodu ciemności, zauważyła tylko, że była pochylona i wsunęła prawie głowę w okno dla rozmowy z Boltonem.

— A skądże panienka wie, że kobieta ta była stara?

— Tego nie wiem na pewno, ale zdawało mi się, że musi być stara, bo ubrana była ciemno. Prawdę mówiąc — mówiła dalej Eliza — nie zwróciłabym uwagi na te szczegóły, dopiero na drugi dzień, gdy dowiedziałam się o morderstwie, przyszły mi one na myśl.

Przypomniała sobie jeszcze Eliza, że o godzinie ósmej chciała wejść do numeru zajmowanego przez Boltona, aby mu posłać łóżko, ale znalazła drzwi zamknięte na klucz, a Bolton zawołał do niej z wewnątrz, że nie może jej otworzyć bo już znajduje się w łóżku.

— Otóż to było kłamstwo — zauważyła dziewczyna — bo przecież w godzinę później widziałam go w oknie całkiem ubranego.

— A co się tyczy tych drzwi zamkniętych na klucz? — pytał przewodniczący.

— Były zamknięte z wieczora, proszę pana, ale nazajutrz znalazłam je otwarte. Gdy weszłam, pokój był już pusty, okno zamknięte a story spuszczone.

— Niema w tem nic dziwnego — rzekł przewodniczący. — Po rozmowie z ową kobietą Bolton musiał zamknąć okno i zapuścić story, nazajutrz zaś wychodząc otworzył drzwi.

— Przepraszam pana, ale to było niemożliwe — rzekła Eliza. — Nazajutrz rano, był on już zamknięty w pace zabitej gwoździami.

Przewodniczący spostrzegł jakiego bąka strzelił.

— W każdym razie zabójca musiał wyjść przez owe drzwi — zauważył niepewnie.

— Nie wiem którędy wyszedł — rzekła Eliza. — Wstałam wtedy o szóstej z rana i chodziłam po korytarzach; oba wejścia do hotelu frontowe i tylne były jeszcze pozamykane na klucz.

Potem wstali moi państwo, służba chodziła wciąż po domu, jakimże sposobem zabójca mógłby wyjść przez nikogo niewidziany?

Na tem skończyły się zeznania świadków. — Skonfrontowano jeszcze wdowę Bolton z Elizą, która jednak oświadczyła, że nie rozpoznaje w niej wcale kobiety, która rozmawiała owej nocy z zamordowanym. Prócz tego, matka Boltona dowiodła z pomocą trzech sąsiadek, że w chwili, gdy się to działo, siedziała w karczmie w Gartleg zasilając się napitkiem. Nic zresztą nie wskazywało, aby kobieta owa pozostawała w jakim związku z zabójcą.

Co było najdziwniejszem w tej ciemnej sprawie to to, że nikt z mieszkających wówczas w hotelu nie słyszał najmniejszego hałasu w pokoju Boltona, a było przecie pewnem, że musiano stukać młotkiem, odbijając i zabijając pakę. Słowem rozprawa sądowa nie rzuciła najmniejszego światła na tajemnicze to zajście, wobec czego przysięgli wydali tylko zaoczny werdykt, stwierdzający fakt morderstwa popełnionego z rozmysłem przez uduszenie ofiary sznurkiem od story.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?