AmnezjaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

Byłem kilkanaście kroków od domu, kiedy oślepiły mnie światła reflektorów samochodowych. Opuściłem broń, rozpoznawszy mercedesa Marka. Brat wysiadł i popatrzyliśmy na siebie przez chwilę. Za sprawą jakiejś tajemnej energii wiedziałem dokładnie, o czym myślał, i nie mog­łem mieć mu tego za złe.

Podszedł do mnie i łagodnie, bez słowa, wyjął mi pistolet z ręki.

– Wejdźmy do środka – zaproponował, obejmując mnie ramieniem za szyję.

Mark – starszy ode mnie o pięć lat – od dzieciństwa był moim opiekunem, zwłaszcza po śmierci rodziców. Kochałem go bardzo i, uczciwie mówiąc, gdyby nie on, gdyby nie jego zaangażowanie i pomoc, na jaką mogłem liczyć w każdej sytuacji, nie wiem, co by się ze mną stało. Kiedy on studiował, zakładał Meditek – uznane laboratorium farmaceutyczne o profilu naukowo-badawczym – i rodzinę u boku Darli, ja rzuciłem studia i wdałem się w niebezpieczny romans z alkoholem, trwający już ponad siedem lat, i chociaż od jedenastu miesięcy byłem trzeźwy, wiedziałem doskonale, że to kruche zawieszenie broni w każdej chwili może zostać zerwane. Mark zawsze stał u mego boku, żeby mnie chronić.

– Co ci się stało w wargę?

Dotknąłem ust opuszką palca. Z prawej strony poczułem wypukłość.

– Potknąłem się o gałąź, trochę mi napuchła, nic wielkiego.

Mark kiwnął głową ze zrozumieniem. Patrzył na mnie dobrze mi znanym, zasnutym mgiełką współczucia wzrokiem, który wzbudzał we mnie sprzeczne emocje. Spojrzał na zbity klosz, ale nic nie powiedział. Nie było zresztą takiej potrzeby. Podszedł do stołu i położył pistolet. Robił to wszystko niezwykle spokojnie, jakby w zwolnionym tempie.

– Usiądźmy na chwilę, Johnny. Musimy porozmawiać.

Dopiero teraz zwróciłem uwagę na jego ubranie: miał na sobie dresową bluzę i wytarte dżinsy. Wyobraziłem go sobie siedzącego z Darlą przed sześćdziesięciocalowym telewizorem, oglądającego jakiś film w Netfliksie w spokojną sobotnią noc. A teraz znowu jest tutaj, niańcząc poczciwego Johnny’ego.

– Nie mogę usiąść, Mark – rzuciłem nerwowo, chodząc jak nakręcony. – Nie wiem, co tutaj do kurwy nędzy się dzieje! Tu leżało ciało! Dokładnie w tym miejscu!

W czasie słuchania mnie wyraz jego twarzy uległ zmianie.

– Musisz mi uwierzyć, Mark!

– Jasne, że ci wierzę, Johnny. Ale opowiedz mi spokojnie, co się tutaj wydarzyło.

Zamknąłem oczy. Prawdę mówiąc, nie wiedziałem, od czego zacząć. Dlaczego nie potrafiłem zapamiętać nawet tej cholernej rejestracji?

I wówczas otaczający mnie zewsząd mrok przecięła błyskawica pytania, na które cały czas czekałem.

– Piłeś, Johnny?

Zdesperowany przysiadłem na poręczy jednego z foteli.

– Pamiętam tylko, że koło piątej, szóstej po południu byłem w pracowni i siedziałem nad ilustracjami. Potem chyba zasnąłem. Obudziłem się na podłodze. Tam, na stoliku, stała butelka po wódce.

– Butelka…?

– Kupiłem ją kilka tygodni temu – przyznałem się natychmiast. – Nie układało się nam z Lilą i kupiłem wódkę… nie wiem, może żeby się sprawdzić.

– Co się stało potem?

– Zobaczyłem ciało kobiety leżące na podłodze, pistolet i wpadłem w panikę. Pomyślałem, że się naprułem i nawywijałem, tym razem poważnie. Ale ja tej wódki nie wypiłem, Mark, możesz mi wierzyć. Wiem, jak boli kac, a to uczucie było całkiem inne… Ktoś ją tam postawił, żeby mnie zdezorientować.

Mark wysunął krzesło spod stołu i usiadł.

– Kto, twoim zdaniem?

– Wyszedłem z domu, żeby się pozbyć butelki – odparłem wymijająco. – Nie mogłem zebrać myśli. Po drodze uderzyłem się w wargę. Byłem niedaleko cypla jaszczurczego i usłyszałem jakieś odgłosy. Natknąłem się na starą, zajeżdżoną furgonetkę. Stała pusta, więc zajrzałem do środka i z tyłu na pace odkryłem sprzęt do inwigilacji.

Mark westchnął, przypuszczam, że z ulgą, bo taki nonsens nie mógł być prawdą.

Zerwałem się z fotela i pokazałem zapalczywie na regał.

– Ustawili kamerę dokładnie tam, zobaczyłem obraz w furgonetce. Pobiegłem do domu, ale kamery już nie było. Ciała też.

Mark milczał. Z jego twarzy nie można było wyczytać, o czym myśli. Po chwili poszedł do kuchni i wrócił ze szklanką wody. Postawił ją na stole i zaczął czegoś szukać w portfelu. Wydobył jakąś pastylkę.

– Co to jest?

– Coś, co pozwoli ci się odprężyć – odparł i położył ją obok szklanki.

– Nie mam zamiaru łykać żadnych tabletek. Nie uwierzyłeś w ani jedno moje słowo!

– Johnny, jestem z tobą na dobre i na złe.

Wstrzymałem na sekundę oddech.

– Mark, wiem, że to, co powiedziałem, brzmi jak brednie wariata, wiem. Wróciłem jeszcze raz na cypel i furgonetki już tam nie było, ale mówię ci, ja ją widziałem, a na tym regale była ukryta kamera. Ktoś mnie obserwował!

– Weź pastylkę i popij wodą.

– Nie! Musimy zawiadomić policję – przerwałem mu. – Albo Harrisona, on powie nam, co robić.

Harrison to były komendant policji i bliski przyjaciel mojego ojca.

Mark pokręcił głową.

– I co im powiesz? Twoja historia nie ma sensu. – Mark bardzo rzadko tracił cierpliwość. Jego reakcja wytrąciła mnie z równowagi.

– Myślisz, że o tym nie wiem?

– W porządku – powiedział pojednawczo, unosząc w górę dłonie. – Przepraszam za tę historię bez sensu. Ale, Johnny, pomyśl tylko przez chwilę, nie możemy powiedzieć, że nie pamiętasz, co wydarzyło się pomiędzy szóstą a dziewiątą, i że gdy odzyskałeś świadomość, zobaczyłeś zwłoki, które teraz zniknęły. Jesteś pewny, że ta dziewczyna była martwa?

– Jak tego, że widzę ciebie!

I wówczas poczułem nagły skok adrenaliny. Wybiegłem do kuchni odprowadzany zdumionym spojrzeniem Marka.

W rogu stał kosz na brudną bieliznę. Podszedłem wolno, wiedziałem bowiem, że jeśli nie będzie tam mojej zakrwawionej koszulki…

Mark obserwował mnie od progu. Odwróciłem głowę na sekundę przed osiągnięciem celu i dostrzegłem w jego oczach niepokój.

Padłem na kolana, objąłem kretyński kosz i wybuchnąłem płaczem, jaki nie zdarzył mi się od dawna.

Mark zaczekał, aż odreaguję i ochłonę. Płacz wyzwolił we mnie poczucie winy i wściekłość.

– Koszulkę też zabrali – jęknąłem bezradnie.

Opadłem plecami na ścianę i z całej siły kopnąłem w kosz.

6

Usiedliśmy – ja na sofie, Mark na jednym z foteli. Dzieliła nas ława. Butelka pozostawiła na drewnianym blacie wilgotny okrąg.

– Johnny, spróbujmy jeszcze raz. Opowiedz mi wszystko, co pamiętasz, od wczorajszej nocy zaczynając, nie pomijaj niczego.

– Od wczorajszej nocy?

– Nie zajmie nam to dużo czasu.

Poddałem się.

– Wczoraj po południu odwiedziłem Lilę, posiedzieliśmy u niej chwilę i postanowiliśmy pójść na kolację do Matzuki. Po kolacji przyjechaliśmy tutaj i spędziliśmy noc razem.

Lila to moja dziewczyna, chodziliśmy ze sobą od kilku miesięcy. Była rozwiedziona, jak ja, i miała półtorarocznego synka, Donniego. Ja miałem Jennie, nieco starszą od Donniego, ale nie na tyle, bym mógł sądzić, że już nauczyłem się być ojcem. Właściwie tylko to nas łączyło.

– Zamierzałem z nią zerwać – wyznałem.

– Co się stało?

– Przy kolacji jak zwykle zaczęła smęcić o Donniem, o problemach z byłym facetem, z matką, a ja, nie chcąc być typowym gnojem, który się zmywa, bo ma po dziurki w nosie problemów swojej dziewczyny, nie miałem odwagi powiedzieć jej, że odchodzę, i zostawiłem temat do następnego dnia. Ale to tylko pogorszyło sprawę, bo została u mnie na noc, rano nie miała jak dojechać do pracy, więc ją zawiozłem. Przez całą drogę nie powiedzieliśmy do siebie słowa. Jaki ma teraz sens mówienie o tym?

– Ma – stwierdził Mark. – Twój umysł potrzebuje koncentracji.

– Lila przyjęła to całkiem spokojnie; spytała, czy to już postanowione, na co odparłem, że tak. Mam wrażenie, że w gruncie rzeczy spodziewała się tego.

– Co zrobiłeś, gdy odstawiłeś ją do pracy?

– Do południa siedziałem w pracowni nad ilustracjami.

Nie była to do końca prawda. Faktem jest, że byłem w pracowni i że miałem zamiar poślęczeć nad ilustracjami do nowego projektu, ale ostatnio jakoś mi nie szło. Zrobiłem parę szkiców, które wyrzuciłem do kosza, i dałem sobie spokój. Pograłem trochę w pokera online, pobuszowałem w internecie i tak przebimbałem przedpołudnie. Tak naprawdę przez cały czas myślałem o butelce, którą schowałem w piwnicy, ale o tym Markowi nie wspomniałem.

– Zjadłem coś szybko i poszedłem do sklepu Donovana. Wróciłem gdzieś koło trzeciej i ponownie zamknąłem się w pracowni, może na godzinę. I od tego momentu moja pamięć jakby wpadła do dołu z wapnem. Zasnąłem, a gdy się obudziłem, zobaczyłem martwą dziewczynę. Ktoś mnie poczęstował jakimiś prochami, Mark, jestem pewny.

Przenikliwe oczy brata przeszywały mnie na wylot.

– Nie patrz na mnie jak na kłamcę.

Dziwne. Przez lata nim byłem, parszywym kłamcą, a jednak oburzałem się za każdym razem, gdy mi to zarzucano.

– Słuchaj, Johnny, wiem, że się zmieniłeś. Staram się tylko zadawać niewygodne pytania. A co z pistoletem taty?

– Leżał na podłodze, kiedy się ocknąłem. Po powrocie do domu… – Zarumieniłem się mimo woli. – Był na swoim zwykłym miejscu.

Mark popatrzył na mnie ze współczuciem dorosłego, który nie chce odebrać iluzji małemu dziecku.

Ścisnąłem rękami głowę, gapiąc się tępo w podłogę.

– Co się mogło stać?

– Powiem ci, co się nie stało: nie zrobiłeś nikomu krzywdy. Spójrz na mnie.

Podniosłem wzrok. Mark świdrował mnie spojrzeniem.

– Zrozumiałeś?

Przytaknąłem.

– Miałeś zły dzień, czasem głowa potrafi nam płatać paskudne figle.

 

Już otwierałem usta, żeby coś powiedzieć, ale się powstrzymałem.

– Nie jestem specjalistą w tej materii, ale być może mamy tu do czynienia z przypadkiem urojeń onirycznych.

Zmarszczyłem czoło.

– To nie był sen.

– Wiem. Urojenia oniryczne występują na jawie, z reguły umysł nie odróżnia jednego stanu od drugiego. Trup i furgonetka mogą być produktem twojej wyobraźni, ale w realnym kontekście. Znam kilku specjalistów w Lindon Hill, którzy mogliby…

Zaśmiałem się gorzko.

– Do diabła, Mark… jeśli to nie był real… niech mnie zamkną w Juniper Hill.

– To nic groźnego… odosobniony incydent. Gdyby się powtórzyło, wtedy zastanowimy się, co robić. Na razie staraj się o tym nie myśleć.

– Łatwo ci mówić.

– Obiecaj, że dasz mi znać, gdyby przydarzyło ci się coś dziwnego, cokolwiek.

– Masz moje słowo.

Mark potaknął głową, lecz naraz wyraz jego twarzy uległ zmianie, jakby coś sobie przypomniał. Przez kilka sekund zdawał się toczyć ze sobą walkę: mówić czy trzymać język za zębami.

– Co jest?

– Zmieńmy temat. Muszę ci coś powiedzieć. Czekałem, żeby sprawa posunęła się trochę naprzód, ale…

Mark i Darla nie mieli dzieci, pomyślałem więc od razu, że…

– Nie, to nie to – uprzedził mnie Mark. – Chodzi o Meditek.

Mój brat nie mówił zbyt dużo o swojej pracy, przynajmniej mnie, więc ewidentnie chciał odwrócić moją uwagę.

– Sprzedajemy laboratorium.

Oniemiałem.

Sprzedaż Mediteku przez Marka była mniej prawdopodobna niż znalezienie trupa w salonie. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to to, że brat zapadł na jakąś nieuleczalną chorobę, w przeciwnym razie trudno było pojąć, że ktoś taki jak on mógł podjąć decyzję o pozbyciu się własnej firmy. Założył Meditek ze swoim przyjacielem Ianem Martinsem. Sprzedali jeden patent i bum! Od tego czasu wszystko potoczyło się w zawrotnym tempie. Mark kochał swoją pracę. Nawet za bardzo.

– W gruncie rzeczy przymierzamy się do tego z Ianem od jakiegoś czasu.

Patrzyłem na niego szeroko rozwartymi oczyma. Mark i Darla lubili luksusy, drogie samochody, mieli duży dom, jednak pieniądze nigdy nie były dla mojego brata najważniejsze.

– Jestem w szoku, ale całkowicie ci ufam. Wierzę, że wiesz, co robisz.

– Dziękuję, Johnny. Ja i Ian mamy odmienne poglądy na temat idealnego nabywcy, mimo to myślę, że znajdziemy porozumienie. Nie mam najmniejszych wątpliwości.

Nie wyobrażałem sobie Marka bez Mediteku. Byłem jednak pewien, że założy nową firmę i raz-dwa doprowadzi ją do rozkwitu.

Kilka minut później żegnaliśmy się w drzwiach. Mark uścisnął mnie, domagając się, bym ponownie obiecał, że jeśli przytrafi mi się nowy epizod, od razu do niego zadzwonię. Chociaż zapewniłem go, że tak zrobię, wiedziałem, że to, co wydarzyło się w domu tego wieczoru, nie było żadnym epizodem i że było tak realne jak samochód za siedemdziesiąt pięć tysięcy zielonych, którego opony chrzęściły teraz na żwirowym podjeździe.

Zwłoki, pusta butelka, broń, wszystko było urządzone w taki sposób, aby winą za śmierć tej kobiety obarczyć mnie. Inscenizacja. Dyrygowali tym pasażerowie furgonetki.

Mój brat pokiwał mi ręką przez szybę, a ja odwzajemniłem pozdrowienie, siląc się na uśmiech.

Coś poszło nie tak.

Mercedes oddalał się.

Kto chciał wrobić mnie w śmierć tej dziewczyny? Kim ona była?

Czerwone światła pozycyjne zniknęły już między drzewami, a ja wciąż tkwiłem na progu. Dręczyło mnie jeszcze jedno pytanie.

Czy telefon Marka był przypadkowy?

7

Tamtej nocy jakiś niepojęty koszmar wżarł się w mój sen niczym pasożyt. Kaskada niespójnych, okropnych obrazów wepchnęła mnie w stan półświadomości, a stamtąd na leśną ścieżkę. Szedłem za potężnym snopem światła latarki. Ktoś skradał się za mną, czułem czyjąś obecność. Gdy obudziłem się w swoim pokoju, wciąż jeszcze dławił mnie strach na myśl o miejscu, do którego zmierzaliśmy.

Przez dłuższą chwilę siedziałem na łóżku. W świetle dnia wydarzenia poprzedniego wieczoru wydały mi się nieprawdopodobne i absurdalne.

W slipach i starej koszulce zszedłem na dół i przystanąwszy w salonie, przyjrzałem się uważnie podłodze. Przed pójściem do łóżka zmiotłem odłamki szkła z rozbitego klosza i wszystko wyglądało jak zawsze.

Już miałem wracać na górę, by odprawić mój poranny rytuał, kiedy przypomniało mi się coś, co zeszłej nocy umknęło mojej uwadze. Zszedłem pośpiesznie do piwnicy. Mój mózg zaczynał pracować na zwykłych obrotach. Była tam mała bodega, w swoim czasie duma mojego ojca, ciasna klitka z regałami na przeciwległych ścianach. Z dzieciństwa pozostał mi obraz regałów pełnych drogich alkoholi, które ojciec rezerwował na spotkania z przyjaciółmi, paczką dobrych kumpli, z którymi znał się od podstawówki; raz w miesiącu grali tu w pokera, palili papierosy i wspominali stare czasy. Ludzie nazywali ich klubem Bilderberg albo klubem B. Ja i znajome dzieciaki podchwyciliśmy ochoczo to określenie.

Kiedy matka zachorowała, spotkania stawały się coraz rzadsze. Półki pustoszały, a zapasów nikt nie uzupełniał. Pieniądze szły na lekarstwa i pielęgniarki, a ojciec przestał poświęcać firmie tyle czasu co kiedyś i sprawy zaczęły iść źle. Niekiedy schodziliśmy razem do bodegi i ojciec, który zawsze dotąd z wielką dbałością wybierał butelkę – jakby rzeczywiście tylko ta jedna jedyna przeznaczona była na konkretną okazję – brał pierwszą z brzegu, prawie na chybił trafił, i robił to coraz częściej. Nie był alkoholikiem, ale w tamtym czasie alkoholem znieczulał rozpacz.

Regały stały teraz puste i niszczały – niemi świadkowie dramatu, jaki wydarzył się w domu, którego nie miałem odwagi opuścić i w którym każdy kąt mówił o upadku i tragicznym losie. Mark był dostatecznie mądry, by odejść; poszedł swoją drogą, która zaprowadziła go do sukcesu. Ja tymczasem byłem na tyle głupi, żeby dać się wciągnąć fatum wiszącemu nad tym miejscem.

A teraz jeszcze trup dziewczyny. Czego ci więcej trzeba, żeby rzucić to wszystko w diabły raz na zawsze? Deszczu meteorytów?

Na najniższej półce jednego z regałów ojciec trzymał trunki specjalne. Przez dobrą chwilę gapiłem się w pusty kąt. Butelki, którą kupiłem po idiotycznej kłótni z Lilą, już nie było.

Pomysł zakupu alkoholu, by sobie udowodnić, że wcale go nie potrzebuję, był głupi, ale z wszystkich moich pomysłów wcale nie najgłupszy. Człowiek uzależniony może wytrzepać z rękawa dziesięć pretekstów na sekundę i być święcie przekonany, że są to prawdy przepojone najgłębszym sensem.

Przez następne pół godziny przeczesywałem dom, koncentrując się głównie na moim pokoju, a potem na salonie. Szukałem ukrytych kamer, mikrofonów, czegokolwiek, co mogłoby potwierdzić obecność intruzów w domu. Stopniowo jednak ogarniało mnie coraz większe zawstydzenie. W końcu się poddałem. Postanowiłem, że zastosuję się do rady Marka, przynajmniej na razie: spróbuję zapomnieć o całej sprawie do czasu, kiedy będę w stanie spojrzeć na nią z odrobiną dystansu. W duchu przyznałem też, że w dzień wyjaśnienia brata na temat onirycznych urojeń nie brzmiały już tak absurdalnie.

Poszedłem do pracowni z mocnym postanowieniem wzięcia się ostro do pracy. Od tygodni nie potrafiłem stworzyć niczego ciekawego, więc łudzenie się, że miałoby mi dopisać szczęście akurat tego dnia, było nieco naiwne. Mimo wszystko usiadłem przy biurku – musiałem spróbować. Obiecałem sobie, że nie włączę komputera, przy którym trwoniłem czas koncertowo.

Przy oknie wisiał oprawiony w ramki rysunek Busy Lucy, postaci z książki dla dzieci, którą wymyśliłem przed trzema laty i która zyskała spore uznanie w branży ilustratorskiej. Busy Lucy była pracowitą pszczółką udzielającą drobnych porad milusińskim na temat tego, jak organizować i wykorzystywać czas. Najogólniej rzecz biorąc, mówiła o tym, jak ważna jest w życiu umiejętność łączenia czasu wolnego z obowiązkami. Busy Lucy pojawiła się w ponad dziesięciu tomikach, z których każdy poświęcony był innemu zagadnieniu: utrzymywaniu porządku w pokoju, wieczornej toalecie, szorowaniu zębów przed spaniem, szkole i tak dalej. Jednym słowem, pszczółka była przemądrzałą zołzą indoktrynującą dzieci. Ja sam znienawidziłem ją właściwie już na starcie. Tymczasem książki sprzedawały się całkiem dobrze i mój agent domagał się coraz więcej Lucy. Najwyraźniej rodzice szli na łat­wiznę, zostawiając brudną robotę przeklętemu owadowi.

Jednak przed kilkoma miesiącami gorączka związana z Lucy opadła. Musiałem nawet dogadać się co do bezkrwawego odstąpienia od ostatniej umowy, jako że wydawnictwo postawiło na mnie krzyżyk. Phil zadzwonił i rzucił: „Plaster wysechł, Johnny. Trzeba nam czegoś nowego”. Dawno się tak nie uśmiałem.

Spróbowałem z jeżozwierzem i mrówką… ale wszystko to było jakby na jedno kopyto.

Sięgnąłem po czysty arkusz i naszkicowałem Lucy kilkoma szybkimi kreskami. Chwilę na nią patrzyłem, po czym sięgnąłem po akwarele i pędzle i wziąłem się do roboty. Rysując miękkim ołówkiem pierwsze linie, zastanawiałem się, czy błąd nie polegał na próbie powielenia tej samej formuły z nowym zwierzakiem. A może należało iść dalej tą samą drogą, przyglądając się jednak Lucy z innej perspektywy… Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałem?

Przez pół godziny pracowałem bez wytchnienia. Nowa postać, która towarzyszyła Lucy, była dziewczynką o blond włosach i wielkich, zniewalających oczach. Ubrana była w błękitną sukienkę, na szyi miała naszyjnik i… rozpoznałem ją natychmiast.

8

Wzdrygnąłem się na dźwięk dzwonka. Nieoczekiwana wizyta w niedzielny poranek nie mogła wróżyć nic dobrego.

Z okna salonu dostrzegłem charakterystyczną wściekłą czerwień SUV-a Harrisona, dawnego komendanta policji w Carnival Falls. Harrison był jednym z najbliższych przyjaciół mojego ojca i odwiedzał mnie co najmniej raz w miesiącu. Jego wizyta nie była czymś nadzwyczajnym, mimo to nie mogłem jej nie skojarzyć z wydarzeniami poprzedniego wieczoru.

Otworzyłem drzwi.

– Jadłeś już śniadanie, Johnny?

Harrison był mężczyzną wzbudzającym respekt. Emerytowanego policjanta po sześćdziesiątce wciąż otaczała aura supermena. Od dziecka imponował mi tym, że mimo miłego usposobienia potrafił postawić na swoim i cieszyć się autorytetem jak mało kto. Z czasem zrozumiałem, że ta cecha jego osobowości niewiele miała wspólnego z mundurem; Harrison był facetem, którego nie odstępowało się na krok w sytuacji paniki, urodzonym przywódcą, osobą budzącą zaufanie, inteligentną i obdarzoną niepodważalną umiejętnością radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych. Carnival Falls było stosunkowo małym miasteczkiem o zadziwiająco wysokiej liczbie tragedii i pożałowania godnych zdarzeń, a długoletnia służba Harrisona odegrała bez wątpienia pierwszorzędną rolę w łagodzeniu tych wydarzeń. Po stracie ojca był osobą, która przypominała mi go najbardziej.

– Lauren upiekła ciasteczka – powiedział, unosząc w górę papierową torbę. W drugiej ręce trzymał butelkę lemoniady.

Zwykle zjawiał się o zmierzchu. Lubił siadywać ze mną na werandzie i rozmawiać całymi godzinami. Zawsze raczyliśmy się lemoniadą. Harrison nie tylko wiedział o moich problemach z alkoholem, lecz był jedną z osób, dzięki którym udało mi się pozbierać. Wiedziałem, że jego wizyty miały po części charakter kontrolny, ale nie dbałem o to.

– Jeszcze nie jadłem śniadania.

– Dlatego właśnie przyniosłem ciastka. – Poklepał mnie po ramieniu i wszedł do środka. Stawiał kroki wolno, rozglądając się z wielką uwagą, jakby nigdy wcześniej tu nie był. A może tylko mi się wydawało.

Wrócił, zanim zdążyłem zamknąć drzwi od ulicy.

– Czekasz na kogoś?

– Myślałem, że wolisz zostać na dworze – odbiłem piłeczkę na poczekaniu.

– Chodźmy do środka. – Harrison pokazał na stół w salonie.

Stał dokładnie w miejscu, gdzie wcześniej leżały zwłoki dziewczyny. Strach mnie obleciał i czym prędzej usiadłem.

Piętnaście lat wstecz przy tym samym stole Harrison przekazał mi jedną z najbardziej tragicznych wiadomości w moim życiu. Tamtego dnia rysowałem królika nowymi kredkami Caran d’Ache, które dostałem od ciotki Audrey. Zdarzenie to wyryło się w mojej pamięci na zawsze.

– Ile tutaj wspomnień – powiedział, przyglądając się wszystkiemu dookoła. Harrison był człowiekiem akcji, rzadko popadał w melancholię. Coś najwyraźniej go gryzło.

Poprawiłem się na krześle i pociągnąłem łyk lemoniady. Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, że bardzo chce mi się pić. Harrison nie usiadł.

– Pozwolisz, że… – Nie dokończył zdania. Wiedziałem doskonale, co miał na myśli.

 

– Tak, jasne.

Podszedł do starej wieży, prawdziwej relikwii, która należała jeszcze do mojego ojca i w swoim czasie kosztowała fortunę. Przebiegł wzrokiem grzbiety płyt winylowych i wybrał jedną z nich niemal bez zastanowienia – znał je lepiej ode mnie. On i ojciec uwielbiali brytyjski rock i tą miłością zarazili mnie od małego.

W salonie zabrzmiały dźwięki 905 The Who. Wieża może i była zabytkowa, ale odtwarzała te diabelskie płyty jak nowa. Harrison patrzył przez okno, kiwając głową w rytm muzyki. Czasem myślałem, że były glina słuchał tych piosenek wyłącznie u mnie. Sprawiał wrażenie, jakby przenosił się w inne miejsce. W inny czas.

Gdy wrócił do stołu, obrzucił mnie krótkim spojrzeniem – a może był jeszcze urzeczony muzyką. Ufałem temu człowiekowi, jak syn ufa ojcu, a jednak czasem nie potrafiłem odgadnąć, o czym myśli. Byłem pewien, że Harrison nie bawiłby się ze mną w ciuciubabkę, ale…

– Jak praca?

– Mam kilka obiecujących pomysłów – odparłem, myśląc o pozostawionym na biurku rysunku dziewczyny w błękitnej sukience.

– To świetnie! Lucy kaput? – Harrison uśmiechnął się. Wiedział o moich pszczelich rozterkach.

– Nie wiem…

– No, chłopcze, poczęstuj się ciastkiem. Powinny być jeszcze ciepłe.

Nie miałem na nic ochoty, ale wiedziałem, że gdy tylko ich posmakuję, zmienię zdanie.

– Podziękuj Lauren ode mnie – powiedziałem, odgryzając kawałek ciastka.

– Bardzo tęskni za tobą, Johnny. Może wpadłbyś do nas na kolację któregoś dnia.

– Masz moje słowo.

Harrison spuścił wzrok, był to ledwie zauważalny ruch głową, który jednak nie uszedł mojej uwadze.

– Coś się stało?

Popatrzył na mnie i skrzywił się markotnie.

– Tak, nie będę owijał w bawełnę. Wstąpiłem, bo Dean Timbert mnie poprosił.

Na dźwięk nazwiska obecnego komendanta policji moja ręka unosząca szklankę do ust znieruchomiała w połowie drogi. Odstawiłem szklankę na stół.

– Stało się coś?

– Nie, chyba nie. Możliwe, że Dean jest zbyt ostrożny, ale nie winię go za to. Prawdę mówiąc, jedną z cech, które predestynowały go na moje miejsce, była właśnie przezorność. Może w naszym mieście przydałoby się nieco więcej podejrzliwości.

– Nie rozumiem. Ktoś zgubił się w lesie?

Harrison zaprzeczył ruchem głowy.

– Nie było żadnych zgłoszeń. Ale wczoraj ktoś zadzwonił na posterunek z informacją, że w lesie kręci się podejrzany mężczyzna.

Sparaliżowało mnie na ułamek sekundy. Nie wiedziałem, jak zareagować. Dźwięki piosenki The Who zatarły się z wolna i zaległa głucha cisza. Kiedy Sister Disco przyszedł z odsieczą, byłem przekonany, że zdradził mnie wyraz twarzy.

– Gdzie dokładnie?

– Nieopodal Union Lake. Tylko tyle. Może widziałeś albo słyszałeś coś podejrzanego zeszłej nocy?

– Nie. Nic.

– W ciągu całej mojej służby miałem zatrzęsienie fałszywych telefonów, ale rozumiem, że Dean nie chce niczego przeoczyć. Poprosił, żebym się tutaj rozejrzał i zasięgnął języka. Powiedziałem, że tak zrobię. Pomyślałem, że to doskonała okazja, żeby cię odwiedzić.

Mrugnął do mnie porozumiewawczo. A ja zmusiłem się do uśmiechu. Zacisnąłem palce na szklance z lemoniadą i uniosłem ją w jego stronę.

Przez resztę wizyty ledwie otworzyłem usta. Myślałem o twarzy, która mignęła mi w zaroślach nad Union Lake, po tym jak wyrzuciłem butelkę do jeziora. Wolałem o nic więcej nie pytać.

Potem rozmowa zeszła na starą sprawę, której nie mog­łem oczywiście nie znać: zaginięcie Benjamina Greena. Harrison powiedział, że przed kilkoma dniami zmarł sprawca tego horroru, lecz wiadomość ta zamiast przynieść mu ulgę i spokój, wprawiła go w przygnębienie; przypomniała mu bolesną porażkę, której czternaście lat temu był jednym z ojców. Gość umarł sobie spokojnie na dziedzińcu szpitala psychiatrycznego. Personel myślał, że zasnął. Boże, widzisz to i nie grzmisz.

Przez chwilę ponarzekaliśmy na ten niesprawiedliwy świat – niejedno mógłbym o tym powiedzieć – i przed samym wyjściem, niemal mimochodem, Harrison rzucił, że Maggie Burke jest w mieście. Maggie Burke to moja przyjaciółka z dzieciństwa, a później dziewczyna. Córka Boba Burke’a, członka klubu mojego ojca.

Maggie.

– Wczoraj zadzwonił do mnie Bob – powiedział Harrison. – Nie posiadał się z radości. Zdaje się, że Maggie zostanie tutaj kilka tygodni. Powinieneś się z nią spotkać, Johnny.

Policzyłem szybko w pamięci. Nie widziałem Maggie pięć lat.

Mojemu przyjacielowi Rossowi obiło się o uszy, że ponoć Maggie myślała o powrocie z Londynu na stałe, ale diabli wiedzą, ile było w tym prawdy. Nie po raz pierwszy zastanawiałem się, jak wielki wpływ miały te pogłoski na moją decyzję o zerwaniu z Lilą.