AmnezjaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

AMNESIA

Copyright © by Federico Axat, 2018

By Agreement with Pontas Literary & Film Agency

All rights reserved

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Clayton Bastiani/Trevillion; tar9/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Małgorzata Grudnik-Zwolińska

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-896-2

Warszawa 2020

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Mierzymy się z przejmującym chłodem,

gdy dzień błaga noc o litość.

One Tree Hill, U2

1

Martwa dziewczyna z dziurą w piersi leżała w moim salonie.

Ocknąłem się z potwornym zamętem w głowie, jak zawsze gdy się naprułem i ścinało mnie z nóg w miejscu, które nie było moim łóżkiem. Pierwszy kontakt z rzeczywistością to dalekie poskrzypywanie huśtawki na frontowej werandzie; drugi, uderzenie ręką w stojącą lampę, gdy chciałem się przeciągnąć, wciąż jeszcze z zamkniętymi oczami. Pech, który stał się moim nieodłącznym towarzyszem, tym razem sprawił, że lampa runęła na podłogę i szklany klosz rozbił się w drobny mak.

W końcu dotarło do mnie, że jestem w salonie. Leżałem na brzuchu, dotkliwy ból przewiercał moją pierś, zdrętwiała mi lewa ręka i odgniotłem sobie policzek. Gdy zdołałem rozchylić powieki, zobaczyłem obły kształt butelki po wódce stojącej na ławie, metr ode mnie. Z tej perspektywy wydała mi się monstrualnym posągiem, pomnikiem na miarę mojego upadku. Skrzywiłem się z niechęcią i ponownie zapadłem w ciemność, do której ostatnio zaczynałem się przyzwyczajać. Oskarżycielski głosik odezwał się we mnie niemal natychmiast. Pogodziłem się już, że mam problem z alkoholem, i nauczyłem się go słuchać w tych pierwszych chwilach, otępiały i dręczony wyrzutami sumienia. Słucham go w milczeniu, jak dziecko, które otrzymuje zasłużoną burę, i myślę, jak odległe są czasy, kiedy wydawało mi się, że sprawuję kontrolę nad swoim życiem. I nieważne, ile obietnic złożyłem już mojej byłej żonie, córce (chociaż ona nic o tym nie wie) czy nawet mojej adwokatce, bo i tak wpadnę znowu w ten sam potrzask jak ostatni kretyn. Mam dwadzieścia siedem lat. Donald, mój opiekun z Anonimowych Alkoholików, mówi, że przejrzałem na oczy w samą porę, bo on w moim wieku był durniem, którego czekało jeszcze dziesięć lat pijackich ciągów i bezdennej głupoty. Niezbyt to pocieszające.

Gdy spróbowałem się podnieść, poczułem, jakby stalowy grot strzałki wbijał się w sam środek mojego czoła. Drżały mi ręce i już miałem opaść z powrotem, ale cudem zdołałem je wyprostować w łokciach, wykonując najbardziej żałosną pompkę w życiu. Nauczyłem się ignorować lekkiego kaca, a nawet tolerować umiarkowanego, ale w obliczu kaca giganta byłem bez szans. Nie potrafiłem stwierdzić, z którym z nich miałem do czynienia tym razem.

Otworzyłem oczy.

Przede mną rozpościerał się czarny prostokąt okna; jakimś cudem teleportowałem się do przyszłości i zapadła już noc. Czy to możliwe, by w mojej pamięci nie uchował się choćby drobny ślad ostatnich godzin? Nie byłby to pierwszy raz, lecz mimo wszystko nie mogłem wyjść ze zdziwienia. W tym miejscu głos rozpoczynał zwykle drugą część standardowej mowy, nie koncentrując się już na umoralniających wyrzutach, lecz na wpędzeniu mnie w poczucie winy i zwątpienie; zapalczywość i wściekłość ustępowały smutnej akceptacji przegranej sprawy. Tym razem jednak nie było czasu na jałową rozpacz, bo gdy mój wzrok koncentrował się na butelce, jakiś lśniący kształt na podłodze przykuł moją uwagę i to, co przez krótką chwilę było błyskiem układającym się w literę L, nagle okazało się pistoletem Ruger P85, który kiedyś należał do mojego ojca.

Dopiero wtedy dostrzegłem kątem oka jej ciało. Wszystko to musiało się wydarzyć w niespełna trzydzieści sekund, ale w moim umyśle zdarzenia następowały po sobie w niewiarygodnie ślamazarnym tempie. Odwróciłem głowę przeświadczony, że coś tu nie gra, i ujrzałem dziewczynę leżącą twarzą do podłogi, przykrytą białym prześcieradłem. Jej głowa zwrócona była nieznacznie w prawo, w moją stronę, oczy miała otwarte i wpatrywała się w nieskończoność.

Uważam się za silną osobę. Kiedy miałem jedenaście lat, znalazłem martwą moją matkę – odeszła po długiej agonii spowodowanej nieuleczalną chorobą. Ojca aresztowano i oskarżono o zabójstwo, którego miał dokonać, dusząc ją poduszką; krótko potem strzelił sobie w głowę, która rozprysła się na tysiąc kawałków. Tego już nie widziałem, ale byłem sam w domu, kiedy policja zapukała do drzwi, żeby mnie o tym powiadomić. Trup dziewczyny, którą nazywał będę dziewczyną z naszyjnikiem – chociaż wówczas nie miała na sobie żadnego naszyjnika – wstrząsnął mną jednak w inny sposób, już bowiem w samym jego pojawieniu się na podłodze w moim domu było coś potwornego, coś, co jednoznacznie mnie obciążało.

Zbliżyłem się do ciała, zapominając na chwilę o dudnieniu w głowie. Mój wzrok wędrował od dziewczyny do broni. Od broni do dziewczyny. Strach ścisnął mnie za gardło, a wraz z nim pojawiło się nieuchronne pytanie.

Coś ty zrobił?!

Widziałem tę dziewczynę pierwszy raz w życiu, mógłbym przysiąc, a jednak było w niej coś, co wydawało mi się dziwnie znajome.

2

Bez namysłu szarpnąłem za prześcieradło. Odwróciłem dziewczynę na plecy i stwierdziłem brak tętna. Skóra była jeszcze ciepła, ale wiedziałem, że już jej nie wskrzeszę. Mimo to kilka razy ucisnąłem jej klatkę piersiową, wdmuchnąłem powietrze w usta, jeszcze kilkanaście ucis­ków, aż w końcu sumienie zawyrokowało, że spełniłem swój obowiązek. Klęczałem przy niej, dłonie i twarz miałem umazane krwią. Dopiero teraz przyjrzałem się dziewczynie uważnie. Była piękna urodą z gatunku tych, które olśniewają. Nie miała więcej jak dwadzieścia lat. Miała na sobie białą koszulkę z krótkimi rękawami, błękitne szorty w białe serduszka i adidasy DC. Kula ugodziła ją w plecy na wysokości serca.

Spojrzałem na prześcieradło zwinięte w bezkształtny kłębek. Pełzł ku niemu wolno ciemny strumień krwi. Odsunąłem je stopą.

I wtedy puściły mi nerwy. Do tej pory kierowałem się zdrowym rozsądkiem – zrobiłem wszystko, co było w mojej mocy, żeby ją uratować. A teraz co? Trzęsły mi się ręce. Obrzuciłem salon przerażonym spojrzeniem, jakbym czuł, że jestem obserwowany; skupiłem się na pustej butelce, na moich rękach, wreszcie na broni. Chodziłem w tę i z powrotem, mamrocząc coś niezrozumiale. Powinienem zadzwonić na policję.

– Dzwoń natychmiast, Johnny – powiedziałem do siebie, przecinając salon niemal biegiem.

Minąłem trupa i nie odważyłem się nawet przykryć go na powrót prześcieradłem. Wpadłem do kuchni i gorączkowo zacząłem myć twarz i ręce.

– Kurwa!

Tarłem skórę, aż woda w zlewie stała się znowu przezroczysta. Ściągnąłem koszulkę upapraną krwią i cisnąłem ją do kosza z brudną bielizną. W pralce były świeżo uprane ciuchy; po krótkiej szamotaninie wyłuskałem czysty T-shirt i go włożyłem.

Policja zapyta, dlaczego zmieniłeś ubranie.

– Bo nie mogę ścierpieć pierdolonej krwi! – wybuchnąłem do pustych ścian.

Całą uwagę koncentrowałem w tej chwili na dziewczynie, ale gdzieś z tyłu głowy błąkała się myśl o butelce. To ona komplikowała wszystko.

Chwyciłem butelkę i uniosłem w górę, tłumiąc w sobie dziki wrzask i nieprzepartą chęć, by roztrzaskać ją o podłogę. Co ja z nią teraz zrobię?

Mieszkasz w lesie. Coś wykombinujesz.

Myśli krążyły mi w głowie jak w zaklętym kręgu, z którego nie było ucieczki. Wyszedłem przez frontowe drzwi i okrążyłem dom, żeby dać nura w las, który ciąg­nął się za moją posesją w stronę New Hampshire. Puściłem się biegiem, potrząsając butelką jak szaleniec. Dwa razy potknąłem się i tylko cudem nie zaryłem nosem w ziemię. Następnym razem limit szczęścia się wyczerpał i wylądowałem na korzeniu świerka, rozcinając sobie dolną wargę.

Wspaniale, możesz już szukać wytłumaczenia, jak policja zapyta, co ci się stało.

Znajdowałem się jakieś pięćdziesiąt metrów od domu na leśnym dukcie, który od dzieciństwa przedeptałem tysiące razy. Wtedy usłyszałem huk. Zamarłem, rozciągnięty na ziemi, czując w ustach metaliczny smak krwi. Czyżby to był wystrzał? Chyba nie, ale wszystko wydarzyło się tak szybko. Stąd niedaleko było do miejsca, które przed wielu laty nazwaliśmy z bratem cyplem jaszczurczym.

To dziwne, bo dotąd nie brałem w ogóle pod uwagę możliwości, że to ja mógłbym zabić dziewczynę, a jednak nie myślałem również, że zabójca może ukrywać się gdzieś w pobliżu. Co za paradoks.

Powinienem pozbyć się butelki i jeszcze raz przemyśleć sytuację.

Szybkim truchtem pokonałem resztę drogi do Union Lake, około pięciuset metrów. Zatrzymałem się nad urwis­kiem – olbrzymia masa wody przypominała czarne oko, w którego centrum świeciła źrenica księżyca. Na przeciwległym brzegu, na szczycie wzgórza, nad drzewami górowała opuszczona elektrownia wodna.

Cisnąłem butelkę z całych sił, jakbym wraz z nią mógł się uwolnić od prawdziwego problemu. Jezioro wchłonęło ją krótkim chlupnięciem i po chwili tafla wody stała się gładka jak przedtem. Owej nocy sowy były szczególnie pobudzone.

 

Tkwiłem w bezruchu, nie wiedząc, co robić. Zaczynała puchnąć mi warga i miałem świadomość, że muszę wracać. W domu leżała martwa dziewczyna i sytuacja wymagała obecności kogoś lepszego ode mnie, miernoty rozpaczającej, że jej świeżo reaktywowane zamiłowanie do alkoholu wyjdzie na jaw.

Właśnie się odwracałem, gdy ujrzałem coś na brzegu jeziora. W krzakach mignął blady owal twarzy. Gałęzie poruszyły się i zdołałem dostrzec postać niknącą w mroku.

Postanowiłem pójść na skróty i zszedłem ze ścieżki. Przy okazji mogłem rzucić okiem na cypel jaszczurczy. Byłem już prawie pewien, że muszę wrócić do domu i zadzwonić na policję.

3

Na cyplu wznosił się kamienny murek, na którym można było usiąść. Gdy tylko tam dotarłem, moją uwagę przykuło dziwne wyszczerbienie w kamieniu. Podszedłem bliżej i rzekome wyszczerbienie okazało się rozgniecionym niedopałkiem. Wpatrywałem się weń, przypisując mu być może większe znaczenie, niż miał w rzeczywistości, po czym pomacałem kieszeń, żeby wyciągnąć komórkę i przy zapalonej latarce poszukać innych śladów. Zakląłem, gdy okazało się, że zostawiłem telefon w domu. W blasku księżyca, mojego jedynego sprzymierzeńca, próbowałem wypatrzyć więcej niedopałków, ale nic nie znalazłem, tylko ten pojedynczy dowód, że ktoś tam był.

Na północny wschód od cypla ciągnie się nieuczęszczana od wielu lat droga gruntowa. Jeśli ktoś dotarł tu samochodem, to bardzo prawdopodobne, że przyjechał z tego kierunku, pomyślałem. Zbiegłem z pagórka na łeb na szyję. Rosną tam gęste krzaki i biegłem prawie na oślep, ale było mi wszystko jedno. Znam te lasy jak własną kieszeń i mogę się po nich poruszać na pamięć.

Jeszcze zanim dotarłem do drogi, poczułem, że coś jest nie tak. Pomiędzy liśćmi ujrzałem wielką, ciemną, nieruchomą bryłę: musiała to być furgonetka albo mała przyczepa kempingowa. Instynktownie wytężyłem uwagę i zwolniłem kroku, starając się nie deptać po gałęziach i liściach, żeby nie zdradzić swojej obecności.

Kiedy znalazłem się na skraju drogi, przycupnąłem za drzewem i stwierdziłem, że faktycznie owym pojazdem był szary volkswagen – leciwa mała furgonetka, prawdopodobnie z lat dziewięćdziesiątych. Był w opłakanym stanie, miał pordzewiałą karoserię i brudne szyby. W pierwszej chwili pomyślałem, że ktoś go tu porzucił, zauważyłem jednak blachy z numerem rejestracyjnym, co zbiło mnie z tropu. Powtórzyłem kilkakrotnie siedem cyfr, starając się je zapamiętać.

Miałem zamiar podejść od tyłu, ale zatrzymałem się w połowie drogi, pośród wysokich zarośli, kilka metrów od furgonetki. Doznałem tego samego ucisku w piersi jak wówczas, gdy ujrzałem zwłoki przed dwudziestoma, może trzydziestoma minutami. Co ja najlepszego wyrabiam? Ciało martwej dziewczyny ukazało mi się przed oczyma niczym kiczowaty obraz z filmowego horroru. Nie można było wykluczyć związku furgonetki z ciałem, zgoda, ale czy nie był to właśnie jeszcze jeden powód, żeby zadzwonić na policję? Dlaczego wyszedłem z domu bez telefonu?

W gruncie rzeczy wcale nie chcesz dzwonić na policję i świetnie o tym wiesz.

Z miejsca, w którym się znajdowałem, nie widziałem przodu furgonetki, a z tyłu miała tylko malutkie szybki, czarne jak oczy kalmara. Podszedłem ostrożnie, okrążając pojazd. Kabina była pusta. Zajrzałem od strony pasażera i zobaczyłem dwa kubki termiczne stojące na desce rozdzielczej pod szybą. Wydało mi się, że na krawędzi jednego z nich widać było ślad szminki, ale szyby tak zarosły brudem, że pewności mieć nie mogłem.

Wróciłem na tył. Stojąca w tym miejscu furgonetka sama w sobie była podejrzana, a do tego niedopałek i kawa kazały przypuszczać, że dwie osoby postanowiły zabawić dłużej w pobliżu mojego domu. A jeśli jedna z nich leżała bez życia w moim salonie, gdzie podziała się druga? Przetarłem z grubej warstwy brudu tylne szybki i próbowałem zajrzeć do środka. Bez powodzenia. Stanąłem przy bocznych, przesuwnych drzwiach; jeśli ktoś ukrył się wewnątrz, byłem o krok od popełnienia najgorszej głupoty w życiu.

Z całej siły szarpnąłem za klamkę przekonany, że drzwi będą stawiać opór, tymczasem ustąpiły z zaskakującą łat­wością. Przenikliwy ból przeszył mi całą rękę aż do barku. Drzwi grzmotnęły z impetem w ogranicznik szyny. Z przestrachu zacisnąłem zęby. Wewnątrz pojazdu panował mrok. Nikt się na mnie nie rzucił, co przyjąłem z wielką ulgą, lecz gdy moje oczy nawykły do ciemności, dostrzegłem niepokojące światełka. Furgonetka wyglądała na przystosowaną do przewożenia ładunku, usunięto z niej wszystkie siedzenia. Na podłodze stał składany turystyczny stolik, a na nim komputer.

Wślizgnąłem się do środka. Ekran komputera był wygaszony. Obok leżały prostokątne okulary i myszka bezprzewodowa. Dotknąłem myszki czubkiem palca i komputer ożył. Na ekranie ukazał się salon w moim domu.

Cofnąłem się, jakby mnie ktoś zdzielił w pierś. Jedną stopą trafiłem w próżnię i niewiele brakowało, a wypadłbym na zewnątrz. W ostatniej chwili złapałem się krawędzi drzwi.

Był to obraz z kamery monitoringu wycelowanej w fotele. Gdyby kadr był nieco szerszy, ujrzałbym nieruchome ciało.

Wpatrywałem się w ekran, nie wierząc własnym oczom.

Nie wiem, jak długo siedziałbym tam jak urzeczony, nadaremnie próbując zebrać w logiczną całość wydarzenia tego surrealistycznego wieczoru, gdy nagle obraz zniknął i pojawił się komunikat „brak sygnału”.

Odwróciłem się i wyskoczyłem jak oparzony. Nie zatrzymałem się nawet, żeby zamknąć drzwi. Rzuciłem się pędem w stronę domu; przez pięć minut serce galopowało mi w piersi jak szalone. Zostawiłem dom otwarty na oścież z zapalonymi światłami. Wpadłem do środka wyzbyty wszelkiej trwogi, strach i konfuzję zaczynała wypierać wściekłość. Wiedziałem dokładnie, w którym miejscu znajdę kamerę.

Stanąłem jak wryty. Zwłoki zniknęły.

Pistolet również.

Stałem jak słup soli, słuchając własnego oddechu. Na podłodze pozostały jedynie resztki klosza. Wolno odwróciłem głowę w kierunku regału przy drzwiach, gdzie musiała być ukryta kamera. Doskoczyłem tam dwoma długimi susami, wyciągnąłem rękę i gorączkowo przejechałem dłonią po górnej krawędzi półki, ale wygarnąłem jedynie trochę kurzu. Kamera wyparowała również, ale zważywszy na cały ciąg zdarzeń, wcale mnie to nie zdziwiło.

Sprawdziłem skrytkę na rugera na najwyższej półce, za wazonem – standardowy schowek, niedostępny dla mojej córki, ale w razie potrzeby znajdujący się w zasięgu ręki. Moje palce namacały charakterystyczny kształt pistoletu.

Przed chwilą leżał na podłodze.

Wyjąłem kulę z komory nabojowej i sprawdziłem magazynek. Był pełny. Odłożyłem pistolet na miejsce.

Żałobnym krokiem skazańca powlokłem się tam, gdzie wcześniej leżało ciało dziewczyny. Nie pozostał po niej najdrobniejszy ślad, ani krwi, ani zakrwawionego prześcieradła… Opadłem na kolana i dotknąłem dłonią powierzchni płytek, nie pojmując niczego. Czułem, jak dotykam ustami jej ust, jak moja dłoń uciska rytmicznie jej klatkę piersiową…

Wówczas przeraźliwie zadzwonił telefon domowy.

Było już po dziewiątej wieczór, poza tym prawie nikt nie dzwonił do mnie na ten numer.

Podniosłem słuchawkę z niezbitą pewnością, że ów telefon jeszcze bardziej skomplikuje sytuację.

– Johnny, wszystko w porządku?

To był mój starszy brat. Mark zawsze miał szósty zmysł, jeśli chodzi o moją osobę, swoisty radar wykrywający niebezpieczeństwo na odległość.

Wyemitowałem dźwięk, który miał oznaczać słowo tak.

– Masz przy sobie komórkę?

– Komórkę… nie wiem, chyba gdzieś ją posiałem.

Nawet z drugiej strony telefonu Mark potrafił wyczuć moje zdenerwowanie.

– Stało się coś? Przez ostatnich parę godzin wysłałem ci kilka wiadomości, nie przeczytałeś ich…

Ostatnich parę godzin, pomyślałem. Jedyną rzeczą, jaką pamiętałem z tego dnia, była…

– Źle trafiłeś, Mark. Muszę zadzwonić na policję.

Ciągnąca się w nieskończoność cisza. Znam wystarczająco dobrze mojego brata, żeby wiedzieć, co przeszło mu przez głowę w tamtej chwili: poczciwy Johnny znowu zassał. Nie mogłem go za to winić.

– To nie to, co myślisz, Mark.

Nie potrafiłem ustać spokojnie. Przenosiłem ciężar z jednej nogi na drugą, jednocześnie skręcając w palcach telefoniczny kabel.

– Co się stało? – spytał ponownie Mark, nie ukrywając już niepokoju.

Przełknąłem ślinę. Jak wytłumaczyć, co wydarzyło się w ciągu ostatniej godziny?

– Znalazłem martwą dziewczynę – rzuciłem histerycznie. Usłyszawszy własne słowa, przeraziłem się. Moja druga ręka drżała.

– Gdzie, w lesie?

– W salonie.

Kolejna przeciągająca się pauza.

– Znałeś ją? – spytał ostrożnie Mark.

Ktoś inny straciłby głowę albo zarzucił mnie lawiną pytań, ale nie Mark. On potrafił skoncentrować się na istocie. Była to jedna z licznych rzeczy różniących nas od siebie.

– Nie znam jej. Przysnąłem na kanapie, a kiedy się obudziłem, już tutaj była.

Przysnąłeś o dziewiątej wieczór? No, dalej, nie krępuj się, twój brat tylko czeka na takie rewelacje.

– Jesteś pewny, że nie żyje?

– Co?… Tak, sprawdziłem jej puls. Próbowałem ją reanimować!

– Johnny, proszę cię, weź się w garść. Co z nią zrobiłeś?

– Nie ma ciała, Mark! Ktoś je sprzątnął!

Brat mówił do mnie takim tonem, jakby rozmawiał z małym dzieckiem albo, jeszcze gorzej, z kimś, kto oszalał.

– Kto, Johnny?

– Nie wiem, Mark. Wyszedłem z domu, a gdy wróciłem, ciała już nie było. Myślę, że jestem obserwowany.

Wyobraziłem sobie, jak Mark łapie się za głowę. Sam miałem świadomość absurdalności moich tłumaczeń.

– Opisz mi tę dziewczynę.

Mark był facetem pragmatycznym i tą okrężną drogą chciał zmierzyć stopień mojej paranoi, toteż natychmiastowa odpowiedź musiała go zbić z tropu.

– Młoda dziewczyna, blond włosy, niebieskie oczy, szczupła…

– Johnny, posłuchaj mnie. Nie rób nic, dopóki nie przyjadę.

Nie po raz pierwszy brat przychodzi mi z pomocą. Było tak od dzieciństwa i jakaś część mnie zdążyła się już do tego przyzwyczaić. Ale inna część, o wiele głębsza i rozsądniejsza, mówiła mi, że to musi się kiedyś skończyć.

– Mark, wolę to załatwić po swojemu. Mordercy mogą być blisko. Jeśli nie zadzwonię na policję…

– Zaczekaj. Nie chodzi o to, żeby ci mówić, co masz robić. Proszę cię jedynie o czas na spokojne przemyślenie sytuacji.

I ledwie słyszalnym szeptem dodał:

– Proszę, Johnny.

4

Komórka utkwiła w szczelinie pomiędzy poduszkami sofy. Nie mogłem już popełnić ani jednego błędu więcej. Sięg­nąłem po rugera, sprawdziłem bezpiecznik i schowałem go do kieszeni.

Zamknąłem frontowe drzwi i poszedłem w stronę cyp­la jaszczurczego.

Poszedłem tą samą drogą, próbując sobie przypomnieć numer rejestracyjny furgonetki. Jedyne, co zdołałem odgrzebać w pamięci, to trzy pierwsze cyfry – 305 – reszta przepadła bezpowrotnie. Nigdy nie miałem dobrej pamięci do liczb, bardziej polegam na pamięci wzrokowej, usiłowałem więc odtworzyć obraz samochodu zaparkowanego na opuszczonej drodze. Ukazał mi się przed oczyma, jakby pochodził z filmu oglądanego w telewizji, ale zaraz rozpłynął się niczym zjawa, jak sny, które pierzchają zaraz po przebudzeniu. Straszne uczucie.

Kiedy znalazłem się na miejscu, furgonetki już nie było.

Starałem się zatrzymać w pamięci szczegóły: kubki z kawą w kabinie – jeden z nich ze śladami szminki, przesuwne drzwi otwierające się z niebywałą łatwością… Dotknąłem barku. Już nie bolał.