Taybeh

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

LI­STO­PAD

Trzy Tay­beh

Po­nie­dzia­łek, drugi li­sto­pa­da. Dziś ob­cho­dzi­my Świę­to Zmar­łych. Dies irae: bu­rza nie od­pusz­cza. Wiatr, deszcz, a chwi­la­mi tak­że grad bu­dzą gro­zę we wsi.

Od siód­mej rano Abu­na Raed peł­ni dy­żur na cmen­ta­rzu. Ota­cza­ją go rze­sze spo­wi­tych w czerń ko­biet, któ­re pro­wa­dzą ka­pła­na od gro­bu do gro­bu z proś­bą o bło­go­sła­wień­stwo zmar­łych. Fio­le­to­wy or­nat Abu­ny Ra­eda błysz­czy w pięk­nym je­sien­nym słoń­cu: „Ist­nie­ją trzy Tay­beh: Tay­beh dol­ne, czyli wio­ska; Tay­beh, na te­re­nie któ­re­go te­raz się znaj­du­je­my, czyli cmen­tarz, i Tay­beh gór­ne, czyli nie­biań­skie. Wszyscy ro­dzą się w wio­sce i wszyscy koń­czą ziem­ską piel­grzym­kę na cmen­ta­rzu. Mó­dl­my się, aby wszyscy tra­fi­li do nie­ba!”. Abu­na Raed oka­dza i skra­pia wodą świę­co­ną każ­dy grób. Od­czytuje wszyst­kie imio­na wy­kute w ka­mie­niu, każ­de­go bło­go­sła­wi. W sce­nie tej jest coś z an­tycz­nej tra­ge­dii: pod­nio­sły na­strój ko­biet odzia­nych w ża­łob­ne stro­je przy­po­mi­na, że życie nie jest grą ani par­tią po­ke­ra. Ta­jem­ni­ca śmier­ci. Pod­czas wie­czor­nej mszy za zmar­łych, a mó­wiąc ści­śle – pod­czas mo­dli­twy eu­cha­rystycz­nej – Abu­na Raed he­ro­icz­nie od­czyta peł­ną li­stę zmar­łych pa­ra­fian. Bę­dzie to trwa­ło nie­mal pół go­dzi­ny. Każ­de imię, każ­de na­zwi­sko od­sy­ła do je­dynej w swo­im ro­dza­ju ta­jem­ni­cy. Ta­jem­ni­cy każ­de­go, każ­dej oso­by – je­dynej w oczach Boga i żyją­cej na za­wsze.

Za­ma­chy an­ty­chrze­ści­jań­skie

Dzi­siej­szej nie­dzie­li pod­czas mszy abu­na mówi o ofia­rach za­ma­chów an­ty­chrze­ści­jań­skich na Środ­ko­wym Wscho­dzie. „Od­kryłem, że jest trzech Bo­gów w nie­bie: pierw­szy to Bóg ter­ro­rysta – Bóg is­la­mi­stów; drugi to Bóg ra­si­sta – Bóg sy­jo­ni­stów; i wresz­cie trze­ci – Bóg Mi­ło­ści – Bóg chrze­ści­jan…”.

Wie­czo­rem je­dzie­my do ła­ciń­skiej pa­ra­fii pod we­zwa­niem Naj­święt­szej Ro­dzi­ny w Ra­mal­lah, gdzie mszę w in­ten­cji ofiar an­ty­chrze­ści­jań­skich za­ma­chów na Wscho­dzie spra­wuje pro­boszcz Abu­na Fay­çal. Czer­wo­ny or­nat ku czci mę­czen­ni­ków. Wień­ce i szar­fy z na­pi­sa­mi w ję­zyku arab­skim i an­giel­skim: Stop kil­ling in­no­cents. Obec­ni są skau­ci w ga­lo­wych mun­du­rach. Za­wie­szo­no fla­gi pa­pie­skie i pa­le­styń­skie. Po­śród zgro­ma­dze­nia – w któ­rym uczest­ni­czą głów­nie Pa­le­styń­czycy, ale i cu­dzo­ziem­cy przy­byli, aby dać wy­raz swej so­li­dar­no­ści i przy­jaź­ni – pa­nuje na­strój skupie­nia i ża­ło­by. Ofia­ro­wa­niu to­wa­rzyszy pro­ce­sja świec – po jed­nej dla każ­dej z ofiar. Fala za­ma­chów an­ty­chrze­ści­jań­skich ude­rza we wspól­no­ty chrze­ści­jań­skie na Wscho­dzie.

Po mszy – pro­ce­sja z wer­bla­mi i lam­pio­na­mi, z pie­śnia­mi na Wiel­ki Pią­tek. Po­tem pro­jek­cja zdjęć uka­zują­cych za­ma­chy i ich ofia­ry oraz wspól­ne roz­mo­wy i mo­dli­twy. Ból wisi w po­wie­trzu, at­mos­fe­ra jest cięż­ka, prze­nik­nię­ta cier­pie­niem. Głos za­bie­ra Na­bil Cha­af, przed­sta­wi­ciel władz Pa­le­styny:

Prze­ma­wia prze­ze mnie smu­tek i złość. Wszyscy je­ste­śmy brać­mi na­le­żą­cymi do jed­ne­go na­ro­du arab­skie­go, tak więc to, co rani na­szych bra­ci Ara­bów, rani tak­że i nas. Nie mo­że­my dać swe­go przy­zwo­le­nia na to, aby is­lam­scy fun­da­men­ta­li­ści za­bi­ja­li nie­win­nych, a zwłasz­cza chrze­ści­jan, któ­rych Ko­ran na­ka­zuje chro­nić jako na­szych bra­ci. W Pa­le­stynie chrze­ści­ja­nie są na­szymi brać­mi, bio­rą udział w tej sa­mej wal­ce, zno­szą te same cier­pie­nia, dla­te­go też bę­dzie­my chro­nić chrze­ści­jan na­szą du­szą i krwią.

Głos za­bie­ra też Ja­net Mi­kha­ïl, chrze­ści­jan­ka na­le­żą­ca do Ko­ścio­ła pra­wo­sław­ne­go, bur­mistrz Ra­mal­lah: „Po­tę­pia­my wszel­ką prze­moc zro­dzo­ną z sek­ta­ryzmu i wy­mie­rzo­ną w nie­win­nych w ogó­le, nie tyl­ko w chrze­ści­jan”. Świa­dec­two daje też chrze­ści­jan­ka z Ira­ku. Po­dzię­ko­wa­nia, kon­do­len­cje. Gorz­ka kawa i po­że­gna­nie po­śród mro­ku nocy.

Dro­ga Abra­ha­ma

W ko­lej­ny we­ekend pa­ra­fia go­ści przed­sta­wi­cie­li or­ga­ni­za­cji The Abra­ham Path (Dro­ga Abra­ha­ma). Ideą, któ­ra przy­świe­ca jej za­ło­życie­lom, jest zor­ga­ni­zo­wa­nie szla­ku wę­drów­ko­we­go śla­da­mi pa­triar­chy Abra­ha­ma, ojca trzech wiel­kich re­li­gii mo­no­te­istycz­nych. Frédéric, je­den z or­ga­ni­za­to­rów, wy­ja­śnia nam za­ło­że­nia pro­gra­mu:

Dro­ga Abra­ha­ma to pie­szy szlak śla­da­mi pa­triar­chy Abra­ha­ma. Szlak ten zo­stał wy­zna­czo­ny zgod­nie z tra­dycją bi­blij­ną, ko­ra­nicz­ną i ust­ną. Wy­tycza­jąc go, trze­ba było zlo­ka­li­zo­wać bar­dzo wie­le miejsc, kie­rując się jak naj­szer­szą, a za­ra­zem jak naj­wier­niej­szą wi­zją dro­gi Abra­ha­ma. Na Za­chod­nim Brze­gu Jor­da­nu szlak bie­gnie z pół­no­cy na po­łu­dnie, z Dża­ni­nu do He­bro­nu przez Na­blus i Je­ro­zo­li­mę. Mu­sie­li­śmy wy­tyczyć hi­po­te­tycz­ny szlak, któ­rym mógł iść Abra­ham. Były trzy moż­li­wo­ści: via ma­res – szlak wzdłuż wy­brze­ża; szlak gór­ski – przez Na­blus i Ra­mal­lah oraz szlak do­li­ną Jor­da­nu. Wy­da­wa­ło się, że naj­wła­ściw­szy bę­dzie szlak gór­ski, ale zwa­żyw­szy na ko­niecz­ność usta­le­nia punk­tów kon­tro­l­nych, obec­ność osie­dli etc., było­by to dość skom­pli­ko­wa­ne. Po­sta­no­wi­li­śmy więc wy­tyczyć szlak rów­no­le­gły, bar­dziej na wschód. Cho­dzi­ło o to, aby mo­gli nim wę­dro­wać za­rów­no tury­ści pa­le­styń­scy, jak i cu­dzo­ziem­cy. Abra­ham nie szedł sam, wspie­ra­jąc się o la­sce. Szedł z całą ro­dzi­ną, ze swymi sta­da­mi, na­mio­ta­mi, sprzę­ta­mi. Mó­wiąc krót­ko, z ca­łym swo­im kla­nem, jak Be­du­i­ni. Był ko­czow­ni­kiem. Po dro­dze tu i ów­dzie roz­bi­jał obóz i zo­sta­wał tam na dłu­żej, za­pew­ne po­zna­jąc oko­li­cę. Moż­na za­tem przy­jąć, że cała tutej­sza zie­mia nosi śla­dy stóp Abra­ha­ma i jego bli­skich. Kul­mi­na­cją szla­ku jest He­bron, ostat­nia sie­dzi­ba pa­triar­chy. Tu znaj­du­je się grób Abra­ha­ma. He­bron (hebr. ha­ber – „przy­ja­ciel”) w ję­zyku arab­skim brzmi Al-Kha­lil, co tak­że zna­czy „przy­ja­ciel”. W tra­dycji mu­zuł­mań­skiej jest to przy­do­mek Abra­ha­ma: Abra­ham Al-Kha­lil.

Co to zna­czy iść śla­da­mi Abra­ha­ma? Przede wszyst­kim jest to wę­drów­ka du­cho­wa, zgod­nie z du­chem Abra­ha­ma. Jak wie­my, głów­ną ce­chą pa­triar­chy była go­ścin­ność. Go­ścin­ność nie po­le­ga je­dynie na ak­cep­to­wa­niu drugie­go czło­wie­ka, ale na oka­za­niu mu czci. Przy­jąć go­ścia, to wyjść mu na­prze­ciw, otwo­rzyć się na nie­go i uczynić wszyst­ko, aby on ze­chciał otwo­rzyć się na cie­bie. Bóg udzie­lił Abra­ha­mo­wi pew­nej obiet­ni­cy. Pa­triar­cha wy­ruszył jed­nak w dro­gę bez rosz­czeń, z po­ko­rą, z całą ludz­ką krucho­ścią. Z taką sy­tua­cją mamy do czynie­nia na szla­ku: wę­dro­wiec jest zda­ny na to, co go ota­cza, na lu­dzi, któ­rych spo­tyka po dro­dze. Za­czę­li­śmy or­ga­ni­zo­wać szlak rok temu, cho­dząc od wio­ski do wio­ski, od mia­sta do mia­sta, pyta­jąc lu­dzi, czy są go­to­wi nas przy­jąć i czy chcą uczest­ni­czyć w na­szym pro­jek­cie. Je­śli oka­zywa­ło się, że nie, mu­sie­li­śmy ro­bić krok wstecz, szukać in­nej dro­gi… Trze­ba więc fi­zycz­nie przyjść do każ­de­go miej­sca i po­roz­ma­wiać z ludź­mi: „To wa­sza dro­ga… Ona nie na­le­ży do nas: to wy spra­wi­cie, że ożyje. To wy je­ste­ście spad­ko­bier­ca­mi Abra­ha­ma…”. Pierw­szy etap wie­dzie z Na­blus do Je­rycha. Otwo­rzyli­śmy go ubie­głe­go lata pod­czas wę­drów­ki pi­lo­ta­żo­wej. Zo­sta­li­śmy bar­dzo do­brze przy­ję­ci w wio­skach i mia­stach. Mi­nio­nej wio­sny na­stą­pi­ła ofi­cjal­na in­au­gura­cja, w któ­rej udział wzię­ło oko­ło dwustu pie­chu­rów: po­ko­nywa­li po­szcze­gól­ne eta­py szla­ku, ko­rzysta­jąc z go­ścin­no­ści miesz­kań­ców, znaj­du­jąc u nich noc­leg. Jest to wę­drów­ka kul­turo­wa o wy­mia­rze du­cho­wym. Nie jest to jed­nak piel­grzym­ka w ta­kim sen­sie, w ja­kim poj­mu­je to więk­szość piel­grzymów przy­bywa­ją­cych do tego re­gio­nu, a upra­wia­ją­cych tak zwa­ną turystykę re­li­gij­ną. Roz­wi­nię­cie turystyki kul­turo­wej w re­gio­nie, w któ­rym 95 pro­cent sek­to­ra turystyki ma cha­rak­ter re­li­gij­ny, jest nie lada wy­zwa­niem. Nie chce­my ni­ko­mu ro­bić kon­kuren­cji, chce­my po pro­stu za­pro­po­no­wać inne po­dej­ście. Cho­dzi o to, aby pie­chur – lub piel­grzym – na­wią­zał bez­po­śred­ni kon­takt z miej­sco­wą lud­no­ścią i kul­turą. Chce­my to osią­gnąć wła­śnie za spra­wą ho­me­stay, to zna­czy noc­le­gów w po­ko­jach go­ścin­nych, u miej­sco­wej lud­no­ści. Pie­nią­dze prze­cho­dzą z ręki do ręki, a nie z or­ga­ni­za­cji do or­ga­ni­za­cji. Póki co, szlak zo­stał wy­tyczo­ny w wy­mia­rze du­cho­wym, ale nie fi­zycz­nym. Trze­ba jesz­cze nad nim pra­co­wać, trze­ba po­cze­kać, aż wszyst­ko się do­trze. Fi­zycz­ne wy­zna­cze­nie szla­ku, ozna­ko­wa­nie go – bę­dzie ostat­nim eta­pem na­szych dzia­łań. Na­szą rolą jest za­ini­cjo­wa­nie pew­nej idei, otwar­cie dro­gi, któ­ra bę­dzie żyć wła­snym życiem…

Tay­beh jest jed­nym z eta­pów tej dro­gi. Eta­pem bar­dzo waż­nym. Eta­pem spo­tka­nia i wy­po­czyn­ku. Chwi­lą wy­tchnie­nia po pierw­szych czter­dzie­stu ki­lo­me­trach wę­drów­ki. To nie­sa­mo­wi­te, jak bar­dzo róż­no­rod­na jest ta zie­mia: pod wzglę­dem spo­łecz­nym, re­li­gij­nym i nade wszyst­ko kul­turo­wym. Wi­dać to pod­czas wę­drów­ki od wio­ski do wio­ski. No i jesz­cze Be­du­i­ni… I fau­na, i flo­ra. Geo­gra­fia, geo­lo­gia, hi­sto­ria, ar­che­olo­gia, re­li­gia… Pod tym wzglę­dem to nie­zwykle bo­ga­ta i za­sob­na zie­mia!

Je­sień w Pa­le­stynie

W Tay­beh na­sta­ła je­sień. Czuć już zimę, któ­ra wy­cią­ga ku wio­sce swe lo­do­wa­te pal­ce. Jak mówi tutej­sze przy­sło­wie: „ślub bie­rze się la­tem, a umie­ra zimą”. Rze­czywi­ście, kil­ka osób ode­szło ostat­nio i ża­ło­ba ogar­nę­ła wio­skę, w któ­rej wszyscy two­rzą jed­ną ro­dzi­nę – do­tknię­tą bó­lem w każ­dym ze swych człon­ków. Wśród tych, któ­rzy ode­szli, Geo­r­ges, Abou Skan­dar, wiel­ka in­dywi­du­al­ność. Parę zaś ty­god­ni póź­niej zmar­ła tak­że jego żona Geo­r­get­te. Geo­r­ge był bi­ga­mi­stą. Po­nie­waż Geo­r­get­te nie dała mu dzie­ci, Geo­r­ge po­jął drugą żonę, mu­zuł­man­kę. W tym celu pod­czas ce­re­mo­nii za­ślu­bin zmie­nił wy­zna­nie na is­lam. Jako że w Pa­le­stynie nie ma ślu­bów cywil­nych, a tyl­ko ko­ściel­ne, i jako że pra­wo ka­no­nicz­ne i ko­ra­nicz­ne wza­jem­nie się igno­rują, z praw­ne­go punk­tu wi­dze­nia Geo­r­ge nie był bi­ga­mi­stą ani dla Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go, ani dla is­la­mu. Każ­da z żon Geo­r­ge’a mia­ła w ziem­skim domu wła­sne pię­tro, Geo­r­get­te jed­nak wy­prze­dzi­ła swo­ją rywal­kę, do­łą­cza­jąc do swe­go męża w nie­bie.

 

Pola tak­że pusto­sze­ją. Opusto­sza­ła, naga, czer­wo­na zie­mia uka­zuje nie­bu swe ob­li­cze. W desz­czu zbyt ską­pym, aby moż­na go było uznać za zba­wien­ny, tu i ów­dzie wy­ra­sta świe­ża, de­li­kat­na tra­wa, nie­śmia­ła za­po­wiedź wio­sny. Tę świe­żut­ką zie­lo­ną su­kien­kę skubią owce i kozy. Stad strze­gą pa­ste­rze ze swymi owczar­ka­mi i spo­koj­ny, acz ma­ją­cy na wszyst­ko ba­cze­nie, ba­ran. Ra­dość oka­zują tak­że pi­ja­ne ze szczę­ścia osioł­ki, a na­wet koń, któ­ry wy­rwał się z za­gro­dy i wdycha po­wiew wol­no­ści. Po­łyskują­ce me­ta­licz­nym bla­skiem li­ście oliw­ne, omyte z let­niej kurza­wy przez je­sien­ne desz­cze, drżą na wie­trze ni­czym ła­wi­ce srebr­nych rybek. Nie­wi­dzial­ne, acz upar­te kre­ty ryją pod zie­mią re­gular­ne ko­ryta­rze. Tu i ów­dzie wśród ka­mie­ni wy­ra­sta­ją ich ciem­no­czer­wo­ne, wil­got­ne kop­ce. Wśród za­ro­śli prze­myka lis – czer­wo­no-srebr­na błyska­wi­ca. Je­żo­zwierz roz­sy­pał wo­kół swo­je kol­ce. Wszę­dzie mnó­stwo pta­ków: tur­kaw­ki, ma­zur­ki i sój­ki fruwa­ją i świer­go­czą po­śród ga­łą­zek. Gdzie­nieg­dzie daje się słyszeć cha­rak­te­rystycz­ne stuka­nie dzię­cio­ła.

Wy­kute w ska­łach ja­ski­nie, schro­nie­nia po­śród skał i sza­ła­sy no­szą śla­dy wie­lu­set­let­nie­go użyt­ko­wa­nia. Świad­czą o tym skle­pie­nia osma­lo­ne sa­dzą czy kle­pi­ska po­kryte nie­zgłę­bio­ną sko­rupą owcze­go łaj­na. Są tu tak­że mo­un­tar, okrą­głe ka­mien­ne sza­ła­sy po­dob­ne do pro­wan­sal­skich bo­ries – daw­niej sta­no­wi­ły one schro­nie­nie dla ca­łej ro­dzi­ny na czas żniw. Te, któ­re zdo­ła­ły prze­ciw­sta­wić się nisz­czą­ce­mu dzia­ła­niu cza­su, wzno­szą się dum­nie ku nie­bu ni­czym mi­nia­turo­we zig­gura­ty.

GRU­DZIEŃ

Boże Na­ro­dze­nie dla wszyst­kich

Po­czą­tek grud­nia. Na dzień Świę­tej Bar­ba­ry, któ­ra na Wscho­dzie ota­cza­na jest szcze­gól­ną czcią, wszyst­kie ko­bie­ty z mia­stecz­ka przy­go­to­wują bur­ba­rę – tra­dycyj­ny słod­ki de­ser z psze­ni­cy, cu­kru z do­dat­kiem przy­praw ko­rzen­nych i mig­da­łów – któ­rą na­stęp­nie ofia­ro­wują są­sia­dom.

Wresz­cie na wzgó­rze Efra­im za­wi­ta­ła zima: jest jed­nak zde­cydo­wa­nie bar­dziej ła­god­na i spóź­nio­na niż ubie­głe­go roku. Po­go­da w krat­kę: ule­wy i prze­ja­śnie­nia, mróz i ocie­ple­nia na zmia­nę. Jak zie­le­nie­je kieł­kują­ca w bia­łej wil­got­nej pie­rzyn­ce psze­ni­ca, któ­rą na Świę­tej Bar­ba­ry wy­sie­wa się we Fran­cji w wy­ło­żo­nych watą na­czyniach, tak samo zie­le­nie­je pa­le­styń­ska zie­mia zra­sza­na ob­fi­cie przez zi­mo­we desz­cze, wy­grze­wa­na zi­mo­wym słoń­cem. Po­wo­li, w zgo­dzie ze spo­koj­nym ryt­mem na­tury, przy­go­to­wuje się na wio­sen­ną eks­plo­zję życia.

Przy­go­to­wa­nia do świąt ruszyły peł­ną parą. Tay­beh prze­kształ­ci­ło się w je­den wiel­ki plac bu­do­wy pod go­łym nie­bem. Świą­tecz­ne ilu­mi­na­cje roz­świe­tli­ły mia­stecz­ko: dzwon­ni­ce, uli­ce, domy – wszyst­ko aż do Al-Kha­der ozdo­bio­no świe­tli­stymi krzyża­mi, anioł­ka­mi, życze­nia­mi we­so­łych świąt. Lo­te­ria i jar­mark bo­żo­na­ro­dze­nio­wy w pa­ra­fii pra­wo­sław­nej oraz wszyst­kie skle­py ofe­rują de­ko­ra­cje i pre­zen­ty na każ­dą kie­szeń. Na sto­iskach z de­wo­cjo­na­lia­mi ki­czo­wa­te, pla­sti­ko­we fi­gur­ki Chrystusa i Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­ny kon­kurują z za­baw­ka­mi dla dzie­ci, bomb­ka­mi i świą­tecz­nymi łań­cu­cha­mi. Ogrom­na cho­in­ka ufor­mo­wa­na z łań­cu­chów lam­pek za­wi­sła nad ła­ciń­skim ko­ścio­łem (Deir La­tin), prze­sła­nia­jąc wi­ta­ją­cą przy­jezd­nych sta­tuę Świę­te­go Je­rze­go. Uli­ce roz­błysły nie­zli­czo­ną ilo­ścią lam­pek, a na do­mach usta­wio­no świe­tli­ste krzyże roz­pra­sza­ją­ce mrok nocy.

Rok­rocz­nie Abu­na Raed przy­go­to­wuje na Boże Na­ro­dze­nie spe­cjal­ny wy­strój ko­ścio­ła, praw­dzi­wą sym­bo­licz­ną ka­te­che­zę. I tak: było już nie­bo – „nowa zie­mia i nowe nie­bo” – z wy­pi­sa­nymi na gwiaz­dach imio­na­mi wszyst­kich pa­ra­fian. Było drze­wo pa­ra­fii, bo­żo­na­ro­dze­nio­we drzew­ko, drze­wo życia – na któ­re­go ko­rze­niach wy­pi­sa­no imio­na ka­pła­nów i za­kon­nic, na ga­łę­ziach na­zwi­ska pa­ra­fian, a na li­ściach imio­na każ­dej z osób. Był most nad oł­ta­rzem, prze­rzuco­ny nad skruszo­nym mu­rem: „Zie­mia Świę­ta po­trze­bu­je nie mu­rów, lecz mo­stów![10]”. Je­zus, Naj­wyż­szy Bu­dow­ni­czy Mo­stów (Pon­ti­fex Ma­xi­mus), most łą­czą­cy nie­bo i zie­mię, most łą­czą­cy lu­dzi, oba­la­ją­cy mury nie­na­wi­ści. W ze­szłym roku było słoń­ce: Je­zus, Słoń­ce Spra­wie­dli­wo­ści, Świa­tłość świa­ta, dzień, któ­ry nie zna koń­ca. W tym roku bę­dzie woda, woda życia. Abu­na chce, aby z oł­ta­rza – no­we­go Ede­nu – wy­płynę­ło źró­dło wody żywej! Dla­te­go ka­zał zbu­do­wać w pre­zbi­te­rium praw­dzi­wą fon­tan­nę: ze stą­gwi umiesz­czo­nych na ska­łach w głę­bi pre­zbi­te­rium bę­dzie się lała woda, któ­ra na­stęp­nie opływać bę­dzie sto­ją­cy po­środ­ku oł­tarz. Obieg wody za­pew­ni dys­kret­nie ukryta pom­pa elek­trycz­na. Do­peł­nie­niem raj­skie­go ob­ra­zu będą żywe ro­śli­ny.

W Wi­gi­lię chór, któ­re­mu to­wa­rzyszą sio­stra Vic­to­ire i Abu­na Raed, je­dzie do Malj, czyli Beit Afram, aby wraz z pen­sjo­na­riu­sza­mi świę­to­wać Boże Na­ro­dze­nie. Pod cho­in­ką, obok szop­ki, pię­trzy się góra pre­zen­tów. Trzech mi­ko­ła­jów dzwo­ni w dzwon­ki. Dzwo­nią jak na­ję­ci. Tym­cza­sem chór śpie­wa przed wy­peł­nio­ną po brze­gi wi­dow­nią ko­lę­dy: tra­dycyj­ne i bar­dziej no­wo­cze­sne. Wrę­cza­nie pre­zen­tów – w tym roku każ­dy otrzymu­je cie­płą koł­drę. At­mos­fe­ra sta­je się bar­dziej ser­decz­na i cie­pła. Lu­dzie klasz­czą w dło­nie, śpie­wa­ją, a naj­bar­dziej dziar­scy na za­pro­sze­nie Abu­ny Ra­eda i sio­stry Fra­nço­is-Xa­vier pod­ry­wa­ją się do tań­ca! Mi­ko­ła­je, któ­rzy nie prze­sta­ją dzwo­nić dzwo­necz­ka­mi, skła­da­ją wi­zytę tym pen­sjo­na­riu­szom, któ­rzy mu­sie­li po­zo­stać w łóż­kach. Boże Na­ro­dze­nie jest dla wszyst­kich, ni­ko­go nie moż­na po­mi­nąć! W Boże Na­ro­dze­nie nikt w Tay­beh nie może być sam. Po ca­łym mie­ście krą­żą ob­no­śni mi­ko­ła­je: dzwo­niąc dzwon­ka­mi, cho­dzą od domu do domu i roz­da­ją świą­tecz­ne pre­zen­ty pod cho­in­kę. Ist­na mi­ko­ła­jo­wa in­wa­zja. Je­den z mi­ko­ła­jów przy­wiózł trak­to­rem bez­cen­ny ła­du­nek: z ude­ko­ro­wa­nej przy­cze­py wy­sy­pują się… ko­lej­ni mi­ko­ła­je! Boże Na­ro­dze­nie, świę­to re­li­gij­ne i lu­do­we, chrze­ści­jań­skie i lo­kal­ne za­ra­zem, gro­ma­dzi całą miej­sco­wą lud­ność wo­kół Dzie­ciąt­ka, któ­re zło­żo­no w żło­bie.

Na­resz­cie! Oł­tarz go­to­wy do od­bio­ru! W tym roku jest to gro­ta, w któ­rej na­ro­dzi się Dzie­cię, a w niej – Ma­ryja i Jó­zef, trzej kró­lo­wie, owce, pa­ste­rze, osio­łek i wół. Wszyscy cze­ka­ją na Boże Na­ro­dze­nie. W głę­bi pre­zbi­te­rium dwie stą­gwie, z któ­rych wy­pływa­ją strumie­nie wody żywej. Rze­ka życia opływa oł­tarz i całą bo­żo­na­ro­dze­nio­wą aran­ża­cję: pięk­nie ude­ko­ro­wa­ne cho­in­ki, am­fo­ry, ska­ły i ro­śli­ny. Bra­kuje tyl­ko ryb. „To nowe stwo­rze­nie – wy­ja­śnia abu­na – cre­atio nova, za­po­cząt­ko­wa­na Wcie­le­niem Chrystusa. Po­środ­ku drze­wo życia, czyli oł­tarz-szop­ka. Opływa­ją go i ożywia­ją wody żywe: wody chrzciel­ne wy­pływa­ją­ce z boku świą­tyni”.

Dziś wie­czo­rem – msza wi­gi­lij­na dla dzie­ci z pa­ra­fii ła­ciń­skiej. Przy­szły na nią wszyst­kie dzie­ci z Tay­beh w ko­stiu­mach Świę­te­go Mi­ko­ła­ja. To ra­do­sna świą­tecz­na msza, pod­czas któ­rej abu­na wzno­si się na wy­żyny ka­zno­dziej­stwa. Po­ma­ga mu wspa­nia­ła drużyna pa­ra­fial­na: chór pod dy­rek­cją sio­stry Vic­to­ire, Le­gion Ma­ryi pod prze­wod­nic­twem mat­ki Al­phon­se, mi­ni­stran­ci – wier­nie trwa­ją­cy na po­ste­run­ku, a tak­że wszyscy lu­dzie do­brej woli. W wy­peł­nio­nym po brze­gi ko­ście­le są i dzie­ci, i mło­dzież – od kil­ku­mie­sięcz­nych no­wo­rod­ków po na­sto­lat­ków – wszyscy z ro­dzi­ca­mi. Naj­młod­si, w stro­jach Świę­te­go Mi­ko­ła­ja, przy­po­mi­na­ją kra­sna­li w czer­wo­nych, szpi­cza­stych czap­kach, za­koń­czo­nych bia­łymi pom­po­na­mi. Dzie­ci i mło­dzież – dziś to oni wzię­li we wła­da­nie ko­ściół, two­rząc ra­do­sną, cu­dow­ną i za­chwyca­ją­cą ciż­bę – nie kryją pod­eks­cyto­wa­nia. Uro­czystość osią­ga apo­geum pod­czas ka­za­nia: Abu­na Raed wy­pusz­cza do rze­ki ryb­ki i ni­czym Świę­ty An­to­ni do nich ad­re­suje swo­je na­ucza­nie. Na­wią­zuje też żywy dia­log z dzieć­mi, któ­re od­po­wia­da­ją mu po­śród okrzyków en­tuzja­zmu. Jed­no z dzie­ci od­krywa le­żą­ce w żłób­ku Dzie­ciąt­ko Je­zus, a pod ko­niec mszy przy­bywa­ją świę­ci mi­ko­ła­je z dzwon­ka­mi i za­czyna się roz­da­wa­nie pre­zen­tów ufun­do­wa­nych przez całą pa­ra­fię. Każ­da gru­pa wie­ko­wa cze­ka na swo­ją ko­lej.

Po wyj­ściu z ko­ścio­ła wszyscy ra­zem pusz­cza­ją się przez mia­sto w ra­do­snym ko­ro­wo­dzie. Po­chód otwie­ra­ją skau­ci. Biją w wer­ble z ca­łych sił i – po raz pierw­szy od daw­na – gra­ją na du­dach. Dziel­nie ćwi­czyli przez wie­le mie­się­cy i te­raz bra­wuro­wo wy­do­bywa­ją z in­strumen­tów ra­do­sne szkoc­kie brzmie­nia, co pa­ra­dzie pa­le­styń­skich skau­tów przy­da­je brytyj­skie­go kli­ma­tu. Te­raz czas na uro­czyste za­pa­le­nie bo­żo­na­ro­dze­nio­wej cho­in­ki i gwiaz­dy be­tle­jem­skiej, ofi­cjal­ne prze­mó­wie­nia przed­sta­wi­cie­li władz ko­ściel­nych i świec­kich. Wśród za­pro­szo­nych go­ści są trzej pro­bosz­czo­wie z Tay­beh i eme­ryto­wa­ny pa­triar­cha ła­ciń­ski Je­ro­zo­li­my – Mi­chel Sab­bah. Uro­czyste­mu otwar­ciu ob­cho­dów to­wa­rzyszą grom­kie bra­wa i żar­li­we de­kla­ra­cje: „Tay­beh jest chrze­ści­jań­skie od sa­me­go po­cząt­ku i bę­dzie chrze­ści­jań­skie do koń­ca! Po­zo­sta­nie­my chrze­ści­ja­na­mi aż do śmier­ci!”. Sztucz­ne ognie i świe­tli­ste krzyże wy­mow­nie ob­wiesz­cza­ją to ca­łe­mu świa­tu: lam­py nie za­pa­la się po to, aby cho­wać ją pod kor­cem.

O dwudzie­stej za­czyna się msza Wi­gi­lii, bar­dziej uro­czysta, bar­dziej pod­nio­sła. Ko­ściół pęka w szwach pod na­po­rem tłumu w świą­tecz­nych stro­jach. Wpusz­czo­ne do ba­se­nu zło­te ryb­ki mają się świet­nie w wo­dach świą­tyni, naj­wyraź­niej za­akli­ma­tyzo­wa­ły się w no­wym oto­cze­niu. Czyta­nia, psal­my, ko­lę­dy będą trwać aż do pa­ster­ki, któ­rej prze­wod­ni­czy Msgr. Sab­bah. Tu, w tym kra­ju, któ­ry już za cza­sów Je­zusa był pod okupa­cją, a któ­ry moż­na po­rów­nać do Chrystuso­wej tuni­ki bez szwów, dziś roz­dar­tej, pro­roc­two Iza­ja­sza na­bie­ra szcze­gól­ne­go wy­dźwię­ku:

Lud cho­dzą­cy w ciem­no­ści

wiel­ką Świa­tłość oglą­dał.

Nad prze­bywa­ją­cymi w kra­ju cie­nia śmier­ci

za­ja­śnia­ło świa­tło.

Zwięk­szyłeś ra­dość,

spo­tę­go­wa­łeś we­se­le.

Roz­ra­do­wa­li się przed Tobą

ra­do­ścią, jaka pa­nuje w czas żni­wa,

jak się we­se­lą przy po­dzia­le łupów.

Al­bo­wiem jarz­mo jego uci­sku,

ró­zgę chłosz­czą­cą jego bar­ki

i kij jego cie­mię­życie­la

zła­ma­łeś jak w dzień Mi­dia­nu.

Oto każ­dy but żoł­da­ka

tra­tują­cy ha­ła­śli­wie

i wszel­ki ubiór krwią zbro­czo­ny

sta­ną się pa­stwą pło­mie­ni,

po­żar­te przez ogień.

Al­bo­wiem Dzie­cię nam się na­ro­dzi­ło,

Syn zo­stał nam dany.

Na Jego bar­kach wła­dza spo­czywa.

I na­zwa­ne bę­dzie imie­niem:

Cu­dow­ny Do­rad­ca, Bóg moc­ny,

Oj­ciec wiecz­no­ści, Ksią­żę po­ko­ju –

aby roz­prze­strze­ni­ło się Jego pa­no­wa­nie i pokó bez koń­ca

na tro­nie Da­wi­da i w jego kró­le­stwie,

aby utwier­dzić go i wzmoc­nić

po­przez pra­wo i spra­wie­dli­wość

od­tąd i aż po wiecz­ność;

gor­li­wość Jah­we Za­stę­pów to spra­wi (Iz 9,1-6).

Chó­ral­ny śpiew na­da­je li­tur­gii szcze­gól­ny na­strój. Msza – roz­brzmie­wa­ją­ca nie­biań­ską mu­zyką i ko­lę­da­mi w wy­ko­na­niu dzie­ci – trwa nie­mal dwie go­dzi­ny, któ­re mi­ja­ją tak pręd­ko jak pięk­ny sen.

„Bo na­ro­dził się Zba­wi­ciel! Glo­ria in excel­sis Deo!” Na­stę­puje uro­czysta pro­ce­sja z fi­gurą Dzie­ciąt­ka Je­zus przez ko­ściół. Oka­dza­ną fi­gur­kę pa­triar­cha nie­sie przy ma­je­sta­tycz­nym akom­pa­nia­men­cie or­ga­nów. Wier­ni do­tyka­ją fi­gury, a na­stęp­nie że­gna­ją się zna­kiem krzyża. Po mszy każ­dy z nich po­bie­ży do szop­ki, aby na­boż­nie uca­ło­wać Dzie­cię. Na dzie­dziń­cu ko­ścio­ła i w sali pa­ra­fial­nej – przy­po­mi­na­ją­cej na­miot be­du­iń­skie­go szej­ka – lu­dzie skła­da­ją życze­nia pa­triar­sze, pro­bosz­czo­wi i so­bie na­wza­jem. W pa­ra­fial­nej sali ob­rad roz­brzmie­wa Ma­bruk[11], wszyscy życzą so­bie we­so­łych świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia i wzno­szą to­ast lamp­ką moc­ne­go słod­kie­go wina, prze­gryza­jąc cze­ko­lad­ka­mi.

 

Po Bo­żym Na­ro­dze­niu Abu­na Raed uda­je się do swe­go ro­dzin­ne­go mia­sta, Za­bab­deh, aby spo­tkać się z ro­dzi­ną, po­jeź­dzić kon­no, od­wie­dzić zna­jo­mych w oko­licz­nych mia­stach, mię­dzy in­nymi w Bur­ki­nie i Dże­ni­nie. Za­bab­deh, le­żą­ce na pół­no­cy Za­chod­nie­go Brze­gu, po­śród pól upraw­nych i gór, na któ­rych wy­pa­sa­ją się sta­da kóz, owiec i krów, li­czy czte­ry ty­sią­ce miesz­kań­ców, z cze­go trzy ty­sią­ce to chrze­ści­ja­nie.

Na­tura za­dba­ła o wszyst­ko: oko­licz­ne drze­wa po­ro­śnię­te są je­mio­łą. „Bez je­mio­ły ro­czek goły” – mówi przy­sło­wie. W syl­we­stro­wy wie­czór ro­dzi­ny i zna­jo­mi or­ga­ni­zują wspól­ne za­ba­wy. Sto­ły ugi­na­ją się od je­dze­nia: po­tra­wy gril­lo­wa­ne, szasz­ły­ki, klop­si­ki, ke­bab, ta­bu­le, sa­ła­ty, hu­mus, kuna­fa… I oczywi­ście gar­gan­tuicz­ny, prze­pysz­ny man­saf, na­ro­do­wa po­tra­wa pa­le­styń­ska: pie­czo­na cie­lę­ci­na po­da­na z jo­gur­tem i ryżem z mig­da­ła­mi. Do tego tra­dycyj­ny chle­bek mse­men z ce­bul­ką i kur­cza­kiem… Arak, słod­kie wina, piwo, szam­pan, kawa, her­ba­ta… Lu­dzie je­dzą, piją, roz­ma­wia­ją, prze­krzykują się, śmie­ją, palą, śpie­wa­ją, tań­czą, gra­ją w kar­ty… Gra­ją wszyscy – dla za­ba­wy albo na pie­nią­dze, sta­wia­jąc nie­kie­dy dość wy­so­kie staw­ki, ze śmie­chem albo na po­waż­nie.

Zbli­ża się pół­noc. Abu­na Raed od­pra­wia mszę, aby po­wie­rzyć Panu dzie­jów i cza­su rok, któ­ry wła­śnie mija, i ten, któ­ry nad­cho­dzi. O pół­no­cy dzwo­ny wszyst­kich trzech ko­ścio­łów roz­dzwa­nia­ją się jak osza­la­łe. Wy­bu­cha fe­eria sztucz­nych ogni, pe­tard, po­chod­ni, ogni ben­gal­skich. Nie­bo roz­błyska po­ka­zem fa­jer­wer­ków, któ­re roz­pryskują się z hu­kiem, wstrzą­sa­jąc po­sa­da­mi mia­stecz­ka. Miesz­kań­cy wy­cho­dzą na uli­ce, od­wie­dza­ją są­sia­dów, skła­da­ją so­bie no­wo­rocz­ne życze­nia, idą do Al-Kha­der – za­pa­lić dzie­siąt­ki świec, mo­dlić się i pro­sić Pana o bło­go­sła­wień­stwo na nowy rok. „Świa­tu po­kój – inch’Al­lah, je­śli Bóg po­zwo­li!”

[10] Jan Pa­weł II, Roz­wa­ża­nie przed mo­dli­twą Anioł Pań­ski, 16 li­sto­pa­da 2003 (przyp. tłum.).

[11] Ma­bruk – do­słow­nie: „Bło­go­sła­wio­ny” (przyp.tłum.).

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?