Taybeh

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lu­dzie sym­pa­tyzo­wa­li z tymi wszyst­ki­mi bo­jow­ni­ka­mi – czy to za cza­sów An­gli­ków, Jor­dań­czyków czy Izra­el­czyków. Ge­ne­ral­nie, kie­dy ktoś był wzywa­ny na prze­słucha­nie, mó­wił, że nic nie wie, ni­ko­go nie zna i ni­cze­go nie wi­dział. Jak zwykle wszę­dzie byli jed­nak i tacy, któ­rzy mó­wi­li, co wie­dzą, spro­wa­dza­jąc na in­nych zgubę.

Ża­ło­ba

Ko­niec wrze­śnia przy­niósł dłu­go ocze­ki­wa­ne przez wszyst­kich ochło­dze­nie i deszcz. Woda omyła gaje oliw­ne z let­niej kurza­wy i na­sy­ci­ła wie­czor­ne po­wie­trze chło­dem i wil­go­cią.

Wczo­raj, w pierw­szy dzień paź­dzier­ni­ka, w wie­ku osiem­dzie­się­ciu je­den lat zmarł na­gle Man­so­ur, Abou Wil­liam. Uro­czysto­ści po­grze­bo­we za­czyna­ją się w pią­tek o szes­na­stej. Przy­szła cała wio­ska: ko­ściół pęka w szwach. Tak­że dzie­dzi­niec, któ­ry wy­ło­żo­no dzie­siąt­ka­mi wień­ców. Abu­na Raed, bę­dą­cy pro­bosz­czem w Jor­da­nii, i Abu­na As­sam, krew­ny zmar­łe­go, wspól­nie od­pra­wia­ją na­bo­żeń­stwo ża­łob­ne. W pre­zbi­te­rium obec­ny jest Abu­na Jack, ka­płan mel­chic­ki, a wśród wier­nych – Abu­na Da­oud, pro­boszcz pra­wo­sław­ny. Tay­beh jest jed­ną wiel­ką ro­dzi­ną (a wła­ści­wie dwie­ma, bo wio­skę dzie­lą mię­dzy sie­bie dwa kla­ny), w któ­rej prak­tykuje się lu­do­wy ekume­nizm. Po ce­re­mo­nii męż­czyź­ni for­mu­ją dłu­gi kon­dukt ża­łob­ny i po­wol­nym kro­kiem od­pro­wa­dza­ją zmar­łe­go na cmen­tarz. Przed kon­duk­tem nie­sio­ny jest duży uło­żo­ny z kwia­tów krzyż. Tym­cza­sem spo­wi­te w czerń, two­rzą­ce uro­czysty i do­stoj­ny tłum ko­bie­ty zo­sta­ją na dzie­dziń­cu ko­ścio­ła. Po­chó­wek w ści­słym tego sło­wa zna­cze­niu jest tu do­me­ną męż­czyzn – nie­wąt­pli­wie cho­dzi o to, aby unik­nąć za­wo­dze­nia pła­czek. Po od­mó­wie­niu zwycza­jo­wych mo­dlitw, męż­czyź­ni roz­cho­dzą się, by od­wie­dzić gro­by swo­ich bli­skich, da­jąc ka­mie­nia­rzom czas na za­mu­ro­wa­nie gro­bu, któ­ry na­stęp­nie przy­stra­ja się kwia­ta­mi i wień­ca­mi. Po­tem wszyscy opusz­cza­ją cmen­tarz, skła­da­jąc sto­ją­cym przy wyj­ściu bli­skim zmar­łe­go kon­do­len­cje: Al­lah ir­ra­mu! („Niech Bóg się nad nim zmi­łuje!”). Cmen­tarz – naj­lud­niej­sza dziel­ni­ca wio­ski. Pa­trząc z tego miej­sca, wi­dzi się dzwon­ni­ce wszyst­kich trzech ko­ścio­łów. To wzgó­rze jest wspól­ną pa­ra­fią wszyst­kich: pa­ra­fią zie­mi i nie­ba. Su­per­pa­ra­fią, nad­pa­ra­fią, me­ta­pa­ra­fią. Pa­ra­fią Pana Boga – naj­więk­szą i naj­waż­niej­szą pa­ra­fią w Tay­beh.

Okto­ber­fest

Gdy się po­wie­dzia­ło paź­dzier­nik, trze­ba po­wie­dzieć Okto­ber­fest! Tay­beh bo­wiem, po­dob­nie jak Mo­na­chium, jest pro­du­cen­tem piwa. A w Mo­na­chium, po­dob­nie jak w Tay­beh, do­żyn­ki chmiel­ne są pre­tek­stem do hucz­nej za­ba­wy. Nie myśl­my jed­nak, że jest to wy­łącz­nie wiel­ka po­pi­ja­wa z kieł­ba­ska­mi: to praw­dzi­wy piw­ny fe­sti­wal, któ­ry ob­cho­dzi się w pierw­szy we­ekend paź­dzier­ni­ka, i któ­ry – od po­cząt­ku XXI wie­ku – rok­rocz­nie dre­nuje kie­sze­nie ty­się­cy osób. Głów­nie Pa­le­styń­czyków wszyst­kich wy­znań przy­bywa­ją­cych na to lo­kal­ne wy­da­rze­nie z Ra­mal­lah i z ca­łej Pa­le­styny, ale też zjeż­dża­ją­cych się z ca­łe­go świa­ta cu­dzo­ziem­ców, eks­pa­trian­tów, wo­lon­ta­riu­szy i turystów, któ­rych obec­ność na­da­je lo­kal­nym ob­cho­dom wy­miar mię­dzyna­ro­do­wy. Moż­na tu spo­tkać na­wet Izra­el­czyków, któ­rzy na czas Okto­ber­fe­stu za­wią­zują na szyjach ara­fat­ki i wspól­nie ze wszyst­ki­mi dzie­lą ra­dość tych dni.

Kil­ka dni temu całe mia­stecz­ko ogar­nę­ło wrze­nie. Dziś pierw­sza so­bo­ta paź­dzier­ni­ka. Pró­ba ge­ne­ral­na. Skau­ci do­pi­na­ją na ostat­ni guzik swo­ją uro­czystą de­fi­la­dę, tan­ce­rze pró­bu­ją tra­dycyj­ny ta­niec dab­ke etc.

Abu­na Raed za­czyna dzień mi­ni­kon­fe­ren­cją pra­so­wą, bo­wiem do Tay­beh przy­byli ko­re­spon­den­ci dwóch fran­cu­skich dzien­ni­ków: „La Cro­ix” i „Le Mon­de”. Szyb­ki wy­wiad w kan­ce­la­rii pa­ra­fial­nej: w kil­ku sło­wach Abu­na Raed przed­sta­wia hi­sto­rię Tay­beh i ca­łej Pa­le­styny, prze­cho­dząc od wiel­kiej geo­po­li­tyki do lo­kal­nych aneg­dot. Po­wo­łuje się na wspo­mnia­ne w Ewan­ge­lii roz­mno­że­nie chle­bów: „Tu, w Tay­beh, zro­bi­li­śmy jak ten mały chło­piec z Ewan­ge­lii: da­li­śmy Panu pięć chle­bów i dwie ryby, a On uczynił resz­tę… A cud trwa do dziś!”. W prze­lo­cie opo­wia­da dyk­te­ryj­kę. Ja­ser Ara­fat, któ­re­go Jan Pa­weł II przy­jął w 1982 roku na au­dien­cji, pyta Ojca Świę­te­go: „Czy pa­pież wie, że je­stem drugim Pa­le­styń­czykiem, któ­ry za­wi­tał w Wa­tyka­nie?”. Na to Jan Pa­weł II: „Tak? A kto był pierw­szym?”. Pada od­po­wiedź: „Świę­ty Piotr”.

Uro­czysty prze­marsz za­czyna się o go­dzi­nie je­de­na­stej. Do­bo­sze ude­rza­ją w wer­ble, skau­ci nio­są po­wie­wa­ją­ce na wie­trze fla­gi. Za nimi idą przed­sta­wi­cie­le władz świec­kich i du­chow­nych. Pa­le­styń­ska po­li­cja w nie­bie­skich i czar­nych mun­du­rach czuwa nad bez­pie­czeń­stwem za­ba­wy. Na pięk­ną uro­czystość otwar­cia skła­da­ją się mo­dli­twy, prze­mó­wie­nia osób du­chow­nych i po­li­tyków oraz wy­stę­py folk­lo­rystycz­ne. Przez mia­stecz­ko prze­ta­cza się ka­wal­ka­da aut: z au­to­ka­rów, au­to­bu­sów, sa­mo­cho­dów, tak­só­wek nie­ustan­nie wy­le­wa­ją się tłumy go­ści. Nie­któ­rzy przy­bywa­ją tu na cały dzień, inni spę­dza­ją tu je­den wie­czór lub cho­ciaż go­dzi­nę… Ty­sią­ce osób – Pa­le­styń­czycy z Za­chod­nie­go Brze­gu Jor­da­nu, Ara­bo­wie z Izra­ela i cu­dzo­ziem­cy ze wszyst­kich stron świa­ta – z roku na rok co­raz licz­niej przy­bywa­ją do Tay­beh, aby po­dzi­wiać sto­iska i ko­lo­ro­we kra­my ofe­rują­ce lo­kal­ne pro­duk­ty: piwo, miód, oli­wę z oli­wek… ale też ha­fty, drew­nia­ne rzeź­by i fi­gur­ki, i inne wy­ro­by lo­kal­ne­go rze­mio­sła ar­tystycz­ne­go. Dla go­ści przy­go­to­wa­no bo­ga­ty pro­gram ar­tystycz­ny, licz­ne spek­ta­kle i kon­cer­ty za­pla­no­wa­no na cały we­ekend. Obok tra­dycyj­nej pa­le­styń­skiej mu­zyki i tań­ca, tak­że wy­stę­py bar­dziej no­wo­cze­sne – w tym roku świę­ci tryum­fy pa­le­styń­ski rap re­pre­zen­to­wa­ny przez ka­pe­le: DAM, G-Town, O-C Sol­diers, MMD i Cul­ture­shoc. Ze wzgórz Go­lan przy­była na­wet arab­ska ka­pe­la Toot Ard, gra­ją­ca mu­zykę reg­gae. Po­nad dzie­sięć ty­się­cy go­ści przy­bę­dzie na te dwa dni do Tay­beh: na kon­cert, sza­war­mę[8] i oczywi­ście na kufel piwa.

Ce­re­mo­nia otwar­cia. Jako pierw­si ma­sze­rują Pa­le­styń­scy skau­ci w pa­rad­nych mun­du­rach, z chu­s­ta­mi na szyjach, ozna­cze­nia­mi stop­ni na na­ra­mien­ni­kach i li­lij­ka­mi na pier­siach. To­wa­rzyszy im ło­pot flag, war­kot wer­bli i dźwięk trą­bek. Tuż za skau­ta­mi idą przed­sta­wi­cie­le Ko­ścio­łów – w usta­lo­nym po­rząd­ku! Do­stoj­ni­cy i ka­pła­ni wszyst­kich wy­znań w czar­nych su­tan­nach – wśród nich Sa­ïd­na Mi­chel Sab­bah, eme­ryto­wa­ny ła­ciń­ski pa­triar­cha Je­ro­zo­li­my. Za nimi przed­sta­wi­cie­le władz świec­kich z mi­ni­strem go­spo­dar­ki Bas­si­mem Kho­ury na cze­le. Za chwi­lę w wy­gło­szo­nym przez sie­bie prze­mó­wie­niu przy­po­mni on, że na skutek blo­ka­dy izra­el­skiej w cią­gu dzie­się­ciu mi­nio­nych lat go­spo­dar­ka pa­le­styń­ska od­no­to­wa­ła 32-pro­cen­to­wy spa­dek. Oskar­ży też eu­ro­pej­skie i fran­cu­skie ban­ki o to, że wspie­ra­ją nie­le­gal­ną dzia­łal­ność go­spo­dar­czą izra­el­skich osad­ni­ków. Wcze­śniej jed­nak zo­sta­je od­mó­wio­na ekume­nicz­na mo­dli­twa i od­śpie­wa­ny hym na­ro­do­wy. Na­stęp­nie głos za­bie­ra Da­vid Ca­na­an Kho­ury, bur­mistrz Tay­beh, po­mysło­daw­ca Okto­ber­fe­stu i współ­za­ło­życiel bro­wa­ru. Wy­gła­sza in­au­gurują­ce fe­sti­wal prze­mó­wie­nie: „Obyśmy kie­dyś mo­gli ob­cho­dzić to świę­to w wol­nej Pa­le­stynie!”. W uro­czysto­ściach uczest­ni­czy też Ra­fiq Hus­se­ini, dy­rek­tor ga­bi­ne­tu Mah­mo­uda Ab­ba­sa, a tak­że wie­lu in­nych przed­sta­wi­cie­li władz pań­stwo­wych i sa­mo­rzą­do­wych – nie tyl­ko z Pa­le­styny, ale z ca­łe­go świa­ta. W tym tak­że kon­sule ge­ne­ral­ni i inni przed­sta­wi­cie­le róż­nych kra­jów i or­ga­ni­za­cji.

Za­ba­wa jed­nak pręd­ko bie­rze górę nad po­li­tyką. Zwień­cze­niem uro­czystej in­au­gura­cji są wy­stę­py ze­spo­łów ar­tystycz­nych – przed­smak tego, co przy­go­to­wa­no na naj­bliż­sze dwa dni. Zo­ba­czymy mię­dzy in­nymi: tra­dycyj­ny ta­niec ja­poń­ski, bra­zylij­skie fado i oczywi­ście pa­le­styń­ski ta­niec deb­ka! Pro­gram fe­sti­wa­lu jest bar­dzo róż­no­rod­ny – prze­wi­dzia­no: i wy­stę­py grec­kiej ka­pe­li, i ze­spo­łu gra­ją­ce­go arab­ski rap, i mecz rug­by, i błyska­wicz­ny kurs ję­zyka nie­miec­kie­go, i po­ka­zy ka­ra­te. Wiel­ka roz­ma­itość atrak­cji! Od rana do nocy tań­ce i kon­cer­ty, czyn­ne non stop kra­my z pro­duk­ta­mi lo­kal­nymi, wszel­kiej ma­ści bary piw­ne i prze­ką­sko­we. Na pla­cu przed ra­tuszem, gdzie za­ba­wa trwa w naj­lep­sze, kłę­bi się wie­lo­barw­ny tłum. Lu­dzie przy­cho­dzą z przy­ja­ciół­mi, z ro­dzi­na­mi, z ma­łymi dzieć­mi. Wszę­dzie peł­no dzie­cię­cych wóz­ków!

Tym­cza­sem zbli­ża się peł­nia księ­życa. Żyją­cy w oko­li­cy Be­du­i­ni – sma­gli i wy­so­cy – wę­drują przez mia­stecz­ko ze swymi sta­da­mi.

We­se­le w Sin­jil

Na­za­jutrz Sa­ïd­na Sab­bah, kie­dy od­wo­zi­my go do Je­ro­zo­li­my, po­dej­mu­je te­mat nie­usta­ją­cej pro­pa­gan­dy, któ­ra wy­pa­cza pa­le­styń­ską rze­czywi­stość:

Kłam­stwo po­wtó­rzo­ne po wie­le­kroć sta­je się praw­dą. Opo­wiem wam hi­sto­rię Johy, to zna­na po­stać z tutej­szych lu­do­wych le­gend. Otóż pew­ne­go razu głod­ny i spra­gnio­ny Joha przy­był do Jif­neh, le­żą­ce­go nie­opo­dal mia­stecz­ka. Po­sta­no­wił po­zbyć się miesz­kań­ców, żeby spo­koj­nie móc splą­dro­wać ich domy. Roz­gło­sił więc w ca­łym mia­stecz­ku:

– W Sin­jil jest we­se­le, wszyscy je­ste­ście za­pro­sze­ni!

Lu­dzie tłum­nie wy­rusza­ją w dro­gę.

– Do­kąd bie­gnie­cie? – pyta Joha.

 

– Do Sin­jil, na we­se­le. Wszyscy zo­sta­li za­pro­sze­ni!

– Tak? Po­cze­kaj­cie na mnie, idę z wami!…

Kłam­ca uwie­rzył w swo­je wła­sne kłam­stwo…

Czas oli­wek

Paź­dzier­nik to tak­że mie­siąc zbio­ru oli­wek. Tego roku oliw­ko­bra­niu to­wa­rzyszy dość po­sęp­ny na­strój, po­nie­waż pa­nują­ca od dwóch lat su­sza spusto­szyła sre­brzysto-zie­lo­ne gaje oliw­ne. Niz­zar, któ­ry ma sto trzydzie­ści drzew na rów­ni­nie Jub­bas, opo­dal lasu Abou Souf, ma dość mar­kot­ną minę. Nie bar­dzo wi­dzi sens za­trud­nia­nia ro­bot­ni­ków se­zo­no­wych z są­sied­niej wio­ski, Deir Ja­rir, aby ze­brać owo­ce i zgod­nie z tra­dycją po­dzie­lić zysk „pół na pół”. Do­ko­nuje in­spek­cji swo­ich trzydzie­stu ta­la­kah zie­mi i zło­rze­czy na trak­to­ry, któ­re wy­par­ły tra­dycyj­ną orkę ra­dłem i wo­ła­mi: cią­gnik orze zbyt głę­bo­ko, wy­do­bywa na po­wierzch­nię gle­by ka­mie­nie. Świe­że bob­ki wska­zują na obec­ność peł­nych wdzię­ku ga­ze­li, któ­re – wszyst­ko na to wska­zuje – mno­żą się bez ogra­ni­czeń (za­prze­sta­no po­lo­wań, po­nie­waż od cza­su ostat­niej in­ti­fa­dy lu­dzie nie mają bro­ni). Żona Niz­za­ra, Olga, wspo­mi­na, że daw­niej na tych te­re­nach upra­wia­no głów­nie drze­wa fi­go­we i że pod­czas zbio­rów ro­bot­ni­cy spę­dza­li w sa­dach całe dnie i noce, śpiąc w ka­mien­nych schro­nie­niach zwa­nych mo­un­tar, dziś bę­dą­cych w rui­nie (przy­po­mi­na­ły one pro­wan­sal­skie ka­mien­ne cha­tyn­ki, tak zwa­ne bo­ries). Na zie­miach Niz­za­ra tam­te cza­sy pa­mię­ta za­le­d­wie sie­dem stulet­nich drzew oliw­nych, przy któ­rych nowy, sześć­dzie­się­cio­let­ni dziś gaj, zda­je się być mło­dzie­niasz­kiem! W od­da­li wi­dać osie­dle żydow­skie Rim­mo­nim, zbu­do­wa­ne na te­re­nach na­le­żą­cych do Tay­beh: „Ukra­dli mi je­de­na­ście du­num zie­mi” – skar­ży się Niz­zar. To po­nad hek­tar.

Na wszyst­kich plan­ta­cjach, we wszyst­kich oliw­nych ga­jach i za­gaj­ni­kach po­rusze­nie. Wszyscy, całe ro­dzi­ny, ze­rwa­li się przed świ­tem i te­raz uwi­ja­ją się przy zbio­rach. Pod drze­wa­mi roz­ło­żo­no wiel­kie zie­lo­ne płach­ty, na któ­re strzą­sa się doj­rza­łe zie­lo­ne lub czar­ne owo­ce: bez­cen­ne, cierp­kie, ole­iste… Na­stęp­nie owo­ce sor­tuje się i zbie­ra do wiel­kich wor­ków z bia­łe­go płót­na. Naj­bar­dziej do­rod­ne, naj­pięk­niej­sze zie­lo­ne oliw­ki od­kła­da­ne są na bok – te pój­dą na stół. Po­zo­sta­łe tra­fią do tłocz­ni. Ktoś na­zbie­rał ga­łą­zek oliw­nych i roz­pa­lił ogni­sko. Kto inny za­go­to­wał wodę na her­ba­tę. Wspól­ne śnia­da­nie w cie­niu oliw­ne­go drze­wa przy­wra­ca siły lu­dziom, któ­rym dały się we zna­ki upał i cięż­ka pra­ca. W menu fa­sze­ro­wa­ne cu­ki­nie i li­ście wi­no­gron, ma­ryno­wa­ne oliw­ki z po­przed­nie­go zbio­ru, owczy ser, chleb…

Dziś so­bo­ta. Dzień wol­ny od na­uki szkol­nej. Nikt jed­nak się nie leni. Wszyscy są w ga­jach oliw­nych. Dziś tak­że za­czyna pra­cę tłocz­nia No­tre-Dame-d’Éph­ra­ïm[9], za­ło­żo­na sta­ra­niem Abu­ny Ra­eda. Przed­się­wzię­cie od­nio­sło nie­pod­wa­żal­ny suk­ces: wszyscy oko­licz­ni plan­ta­to­rzy oli­wek wła­śnie tu tło­czą oli­wę. W wy­ni­ku drugiej in­ti­fa­dy i blo­ka­dy Za­chod­nie­go Brze­gu Jor­da­nu pro­du­cen­ci oli­wek stra­ci­li wszyst­kie tra­dycyj­ne ryn­ki zbytu, tak­że ten w Je­ro­zo­li­mie. Nie ma­jąc pie­nię­dzy, pła­ci­li za szko­łę oli­wą – w krót­kim cza­sie ko­ryta­rze szko­ły ła­ciń­skiej były za­sta­wio­ne set­ka­mi li­trów zło­ci­ste­go płynu! Abu­na Raed prze­kuł po­raż­kę w suk­ces. Na­wią­zał kon­takt z or­ga­ni­za­cją spra­wie­dli­we­go han­dlu, Al­ter Eco. Nie­ste­ty! Oli­wa z oli­wek nie speł­nia­ła eu­ro­pej­skich stan­dar­dów. Aby ob­ni­żyć po­ziom kwa­so­wo­ści i tym sa­mym po­pra­wić ja­kość oli­wy, abu­na, ko­rzysta­jąc z po­mo­cy wło­skie­go przed­się­bior­cy, wy­bu­do­wał nową tłocz­nię. Dzię­ki niej plan­ta­to­rzy mogą tło­czyć oli­wę w dniu zbio­ru oli­wek – na tym po­le­ga ta­jem­ni­ca ja­ko­ści fi­nal­ne­go pro­duk­tu, od­tąd god­ne­go mia­na extra vir­gin.

Go­dzi­na zero. Pierw­si plan­ta­to­rzy są już na miej­scu. Wy­ła­do­wują z cią­gni­ków i fur­go­ne­tek wor­ki peł­ne czar­nych i zie­lo­nych owo­ców. Abu­na, ze stułą na szyi i kro­pi­dłem w dło­ni, bło­go­sła­wi świe­żo od­ma­lo­wa­ną i wy­puco­wa­ną tłocz­nię i błysz­czą­ce ma­szyny. Wszyst­ko go­to­we na przy­ję­cie pierw­szej par­tii owo­ców. Moż­na za­czynać. Jesz­cze tyl­ko ostat­ni rzut oka i pierw­sze wor­ki oli­wek lą­du­ją w gar­dzie­li sta­lo­we­go po­two­ra, któ­ry już hu­czy, ryczy, dy­go­cze i tyl­ko cze­ka, aby za­ci­snąć na zdo­byczy swo­je sta­lo­we, smo­cze szczę­ki. Przy­byli pierw­si ob­ser­wa­to­rzy: osłuchu­ją, ob­ser­wują, świad­kują, dys­kutują. Pora za­czynać: czas zmiaż­dżyć oliw­ki i wy­tło­czyć oli­wę. Abu­na kro­pi każ­dą ma­szynę wodą świę­co­ną, w imię Ojca i Syna, i Du­cha Świę­te­go. Amen.

Do ma­szyny tra­fia pierw­sza par­tia oli­wek! Na li­nii pro­duk­cyj­nej, któ­rą moż­na by śmia­ło po­rów­nać z gór­ską ko­lej­ką, owo­ce są sor­to­wa­ne, myte, miaż­dżo­ne, od­są­cza­ne etc. Ale jaz­da! Nie spo­sób prze­krzyczeć ogłusza­ją­ce­go ryku tło­czar­ki. Trze­ba do­słow­nie krzyczeć na całe gar­dło, aby roz­mów­ca co­kol­wiek usłyszał. Me­cha­nik do­ko­nuje ostat­nich re­gula­cji – jak­by stro­ił for­te­pian. Ma­szyna trak­to­wa­na jest nie­mal jak ro­dzą­ca ko­bie­ta, któ­rej na­le­ży się czuła i tro­skli­wa opie­ka le­kar­ska. Każ­dy etap pro­duk­cji od­bywa się pod ści­słym nad­zo­rem. Ma­szyny nie­ustan­nie się mo­ni­to­ruje, dia­gno­zuje i – w mia­rę po­trzeb – na­pra­wia. Na twa­rzach peł­na kon­cen­tra­cja i skupie­nie. Wszyscy z uwa­gą wsłuchu­ją się w ryk sta­lo­we­go po­two­ra. W po­wie­trzu uno­si się cu­dow­na woń roz­tar­tych oli­wek – bli­skiej ser­cu Pro­wan­sal­czyków ta­pe­na­dy. Abu­na trzyma rękę na pul­sie. Bie­ga od ma­szyny do ma­szyny. Wszyst­ko spraw­dza, wszyst­kie­go do­glą­da, pe­łen nie­po­ha­mo­wa­ne­go en­tuzja­zmu. Wszyst­ko ma cho­dzić jak w ze­gar­ku. Za­pach oli­wy wy­peł­nia całą tłocz­nię. Co­raz wię­cej osób zbie­ra się, aby po­dzi­wiać cud oli­wy: nie­sa­mo­wi­ty zło­to­zie­lo­ny płyn – owoc szczo­dro­ści su­ro­wej na­tury i po­mysło­wo­ści czło­wie­ka.

W krót­kim cza­sie pod tłocz­nią usta­wia się co­raz wię­cej fur­go­ne­tek i cię­ża­ró­wek wy­ła­do­wa­nych po brze­gi pę­ka­ją­cymi w szwach wor­ka­mi z dro­go­cen­nym ła­dun­kiem. Całe ro­dzi­ny cze­ka­ją na swo­ją ko­lej: sie­dzą na pace lub leżą wprost na ła­dun­ku. Mło­dzi mają na gło­wach no­wo­cze­sne czap­ki z dasz­kiem, sta­rzy – tra­dycyj­ne hat­ty lub ke­fi­je. Wą­sa­ci męż­czyź­ni, ko­bie­ty spo­wi­te w czerń, dzie­ci… Zwol­na wiel­kie pla­sti­ko­we bu­kła­ki o po­jem­no­ści osiem­na­stu li­trów na­peł­nia­ją się oli­wą. Co dzie­sią­ty z nich po­zo­sta­nie w tłocz­ni jako za­pła­ta.

W tym roku oliw­ki za­wie­ra­ją co praw­da wię­cej oli­wy niż w roku ubie­głym, ale wszyscy mają na­dzie­ję, że przy­szło­rocz­ny plon bę­dzie lep­szy. Pod ko­niec mie­sią­ca, kie­dy zbiór oli­wek trwa w naj­lep­sze, oka­zuje się, że uda­ło się wy­tło­czyć dwa razy wię­cej oli­wy niż w ubie­głym roku. Na­chu­kur’Al­lah! Bogu niech będą dzię­ki!

Jest co świę­to­wać. Wszyscy pa­trzą, opo­wia­da­ją, po­rów­nują, wspo­mi­na­ją, palą faj­ki. Nie­zna­ny mu­zuł­ma­nin mo­dli się w sa­mot­no­ści, bez wąt­pie­nia skła­da­jąc dzię­ki Al­la­ho­wi. To chwi­la spo­tka­nia wszyst­kich miesz­kań­ców re­gio­nu. Chwi­la roz­mo­wy po­śród ogłusza­ją­ce­go ryku tło­czar­ki – wiel­kie­go gra­na­to­we­go po­two­ra ro­dem z wło­skiej fa­bryki Pie­ra­li­si. Po­dry­gują­ce­go, po­hu­kują­ce­go, roz­tań­czo­ne­go smo­ka, któ­ry plu­je oli­wą. Zło­ci­sto­zie­lo­ny, pach­ną­cy płyn o po­sma­ku świe­żych owo­ców spływa do du­żej ema­lio­wa­nej wan­ny. Lu­dzie ma­cza­ją krom­ki chle­ba, wą­cha­ją, sma­kują. Cud, ra­dość, unie­sie­nie. Bu­kła­ki na­peł­nia­ją się: co dzie­sią­ty sta­no­wi za­pła­tę dla tłocz­ni, któ­ra w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku odda pią­tą część oli­wy swo­im trzem pra­cow­ni­kom. Oli­wa to nie tyl­ko po­karm. Oli­wa to skarb, śro­dek płat­ni­czy, tra­dycja, bal­sam na rany, na­masz­cze­nie du­szy. Abu­na Raed zwi­ja się jak w ukro­pie. Wszyst­ko kon­tro­lu­je, spraw­dza ma­szyny, krzą­ta się tu i tam, wszyst­kie­go do­glą­da, na wszyst­ko ma ba­cze­nie. Do­ra­dza, słucha, ko­men­de­ruje. Przy­pad­ko­wi piel­grzymi nie po­zo­sta­ją w tyle: z za­in­te­re­so­wa­niem po­dzi­wia­ją nie­mal ma­gicz­ną li­nię pro­duk­cyj­ną, któ­ra wy­ci­ska z ma­leń­kich zie­lo­nych i czar­nych owo­ców zło­ci­sty bal­sam.

Na­za­jutrz na­stą­pi co­tygo­dnio­wa prze­rwa w do­sta­wie wody. Za­zwyczaj trwa trzy dni w ty­god­niu – w za­leż­no­ści od wi­dzi­mi­się Izra­el­czyków. Bez wody nie spo­sób za­pew­nić wa­run­ków dla nie­prze­rwa­ne­go funk­cjo­no­wa­nia tłocz­ni: woda jest bo­wiem jej du­szą! Na szczę­ście Abu­na Raed zma­ga­zyno­wał set­ki me­trów sze­ścien­nych wody w Mal­ja (tak zwycza­jo­wo na­zywa się dom spo­koj­nej sta­ro­ści Beit Afram). Te­raz wy­star­czy tyl­ko prze­pom­po­wać wodę do tłocz­ni. Dwaj au­to­rzy książ­ki Au coin de la rue l’aven­ture nie wy­ra­zi­li­by tego le­piej: tu, w Tay­beh, przy­go­da życia cze­ka na czło­wie­ka za każ­dym ro­giem. Za­zwyczaj tłocz­nia pra­cu­je czter­dzie­ści dni w roku. W tym se­zo­nie jed­nak może się oka­zać, że zbio­ry po­trwa­ją tyl­ko dwa ty­god­nie. Naj­święt­sza Ma­ryja Pan­na z Efra­im, któ­rej wi­ze­runek przy­kle­jo­no do ma­szyny i wy­ma­lo­wa­no nad wej­ściem, czuwa nad swo­im lu­dem. Naj­święt­sza Pa­nien­ko z Efra­im, ze­ślij nam deszcz!

Ta­niec desz­czu

Wszyscy cze­ka­ją na deszcz. Deszcz, któ­ry omywa, poi, przy­no­si ochło­dę. Deszcz któ­ry daje zie­mi życie. Od mie­się­cy, od mi­nio­nej wio­sny, ani kro­pla desz­czu nie spa­dła na Tay­beh. Pa­triar­chat ła­ciń­ski po­sta­no­wił zor­ga­ni­zo­wać pro­ce­sję. W tę cie­płą sło­necz­ną nie­dzie­lę uro­czysta pro­ce­sja przej­dzie do Al-Kha­der. Al-Kha­der da­ją­cy zie­leń, Eliasz Ti­szbi­ta, któ­ry na trzy lata za­trzymał deszcz. Eliasz, za­bra­ny do nie­ba wo­zem ogni­stym, za­sia­da­ją­cy te­raz gdzieś mię­dzy zie­mią a nie­bem. Eliasz, któ­ry do­ko­nał cu­dów na Gó­rze Kar­mel – do­kład­nie w tej chwi­li górę pusto­szą po­ża­ry – jest świę­tym pro­ro­kiem, ulu­bio­nym orę­dow­ni­kiem w kwe­stiach hydro­me­trii i me­te­oro­lo­gii.

Star­sze ko­bie­ty, któ­rych pa­mięć się­ga dość głę­bo­ko, in­to­nują w dia­bel­skim – lub bo­skim! – ryt­mie daw­ne pie­śni bła­gal­ne. Tłum po­dej­mu­je pieśń: „O, Kha­de­rze, nasz pa­tro­nie! O, Dzie­wi­co Ma­ryjo, na­sza pa­tron­ko! Zie­mia jest su­cha! Drze­wa spra­gnio­ne! Daj­cie nam wody pit­nej! Ze­ślij­cie deszcz na na­sze pola! Spraw­cie, aby znów za­zie­le­nił się Ji­bas!” etc. Wszyscy wspól­nie od­ma­wia­ją li­ta­nie, klasz­cząc w dło­nie przed i po każ­dym bło­go­sła­wień­stwie wy­po­wie­dzia­nym przez abu­nę.

Za­no­szo­ne do nie­ba mo­dli­twy zo­sta­ły wy­słucha­ne. Na­za­jutrz rano na wzgó­rza Tay­beh spa­da ulew­ny deszcz!

W so­bo­tę z ko­lei roz­pę­ta się bu­rza. Wiatr, ulew­ny deszcz, a chwi­la­mi na­wet grad runą na wio­skę – po­tę­ga żywio­łów za­wład­nie Tay­beh aż do po­nie­dział­ku, przy­wo­dząc na myśl apo­ka­lip­sę.

[6] Człon­ko­wie Hizb al-Baas al-Ara­bi al-Isz­ti­ra­ki – Par­tii So­cja­li­stycz­ne­go Od­ro­dze­nia Arab­skie­go (przyp. tłum.).

[7] Brytyj­ski Man­dat Pa­le­styny – wy­dzie­lo­na część te­ryto­rium byłe­go Im­pe­rium Osmań­skie­go na Bli­skim Wscho­dzie, ist­nie­ją­ca w la­tach 1922–1948 (przyp. tłum.).

[8] Sza­war­ma to po­tra­wa w Pol­sce zna­na jako ke­bab (przyp. tłum.).

[9] Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­ny z Efra­im (przyp. tłum.).