Wyklucie

Tekst
Z serii: Wyklucie #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału

The Hatching

Copyright 2016 © Ezekiel Boone

First published by Emily Bestler Books / Atria Books

An Imprint of Simon & Schuster, Inc.

1230 Avenue of the Americas

New York, NY 10020

Przekład

Michał Jóźwiak

Redakcja i korekta

Dominika Rychel, Tomasz Brzozowski oraz Justyna Charęza

Skład

Tomasz Brzozowski

Konwersja do wersji elektronicznej

Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-66071-04-9


Insignis Media

ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków

tel. +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Snapchat: insignis_media

Dla Sary i Sandy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Prolog

Pogranicze Parku Narodowego Manú, Peru

Przewodnik miał ochotę powiedzieć Amerykanom, których prowadził, żeby się zamknęli. Nic dziwnego, że żadne zwierzęta im się nie pokazały – pewnie odstraszyli je ciągłym narzekaniem. W zasięgu wzroku zostały tylko ptaki, które zresztą wyglądały na spłoszone. Przewodnik znał jednak swoje miejsce, więc się nie odzywał.

Amerykanów było pięcioro. Trzy kobiety i dwóch mężczyzn. Przewodnika ciekawiło, kto jest z kim, zwłaszcza że wydawało mu się mało prawdopodobne, by grubas Henderson miał wszystkie trzy kobiety dla siebie. Nieważne, jak bardzo był bogaty – dwie chyba mu powinny wystarczyć? Pomyślał, że może jedna kobieta była z tym drugim, wysokim mężczyzną, ale przewodnik zaraz uznał to za mało prawdopodobne. Z tego, co widział, dryblas szedł z nimi tylko po to, by służyć Hendersonowi za ochroniarza i kamerdynera. Taszczył jego wodę i przekąski, a Henderson najwyraźniej pilnował, by nie zawieszał wzroku na którejkolwiek z kobiet. Bez wątpienia wysoki facet był jego podwładnym – tak samo jak przewodnik.

Westchnął. Uznał, że kiedy rozbiją obóz, przyjrzy się, jak mężczyźni rozdzielą między siebie kobiety. Tymczasem zamierzał zająć się tym, za co mu płacono, czyli prowadzeniem klientów przez dżunglę i odkrywaniem przed nimi wszystkiego, co mogło im zaimponować. Rzecz w tym, że ta grupa była wcześniej na Machu Picchu, po którym każdy turysta nabierał przekonania, że nie zobaczy już w Peru nic ciekawszego, a na domiar złego zwierzęta, które zwykle by im pokazywał, gdzieś się zaszyły. Zerknął przez ramię na Hendersona i uznał, że czas na kolejny postój. Niepokoiło go, że bogacz zaczyna zdradzać objawy przemęczenia, jakby niedostatecznym utrudnieniem było to, że od początku zatrzymywali się co dwadzieścia minut, by mógł pobiec w krzaki i się wypróżnić.

Henderson nie był może koszmarnie otyły, ale nie należał też do szczupłych i z trudem dotrzymywał kroku reszcie. Pozostali mieli dobrą kondycję, szczególnie kobiety – były wysportowane, co aż rzucało się w oczy, i dwadzieścia albo trzydzieści lat młodsze od miliardera, który na ich tle robił wyjątkowo żałosne wrażenie. Henderson wyraźnie przegrywał walkę z upałem. Twarz miał czerwoną i co chwilę przecierał czoło wilgotną chusteczką. Mimo różnicy wieku pomiędzy nim a kobietami wyglądał zbyt młodo na zawał, przewodnik jednak uznał, że nie zaszkodzi zadbać, by się nie odwodnił. Przed wyjazdem dano mu jasno do zrozumienia, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, Henderson prawdopodobnie da się przekonać do przekazania pokaźnej sumy na rzecz parku i pracujących w nim naukowców.

Dzień nie był bardziej upalny niż zwykle, ale członkowie grupy, dopiero co zszedłszy z Machu Picchu, nie rozumieli chyba, że wciąż znajdują się na znacznej wysokości. Najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy również z tego, że dżungla, przez którą idą, nie należy do Parku Narodowego Manú. Przewodnik mógł im wytłumaczyć, że technicznie rzecz biorąc, wolno im było przebywać jedynie w biosferze otaczającej park, natomiast do samego parku wpuszczano tylko badaczy, pracowników i rdzennych Matsigenka. Nie chciał jednak, by się poczuli jeszcze bardziej zawiedzeni.

– Miggie, a jest szansa, że zobaczymy lwa? – spytała jedna z kobiet.

Druga, idąca obok niej, przywodziła na myśl modelki z magazynów, które przewodnik trzymał pod łóżkiem jako nastolatek, zanim pojawił się Internet. Zsunęła plecak z ramienia i postawiła go na ziemi.

– Boże, Tina – powiedziała i pokręciła głową w taki sposób, że włosy omiotły jej twarz i ramiona.

Przewodnik z trudem oderwał wzrok od jej głębokiego dekoltu, kiedy pochyliła się, żeby wyciągnąć butelkę wody.

– To nie jest Afryka, tylko Peru. Przez ciebie Miggie pomyśli, że wszyscy Amerykanie to idioci. W Peru nie ma lwów. Ale może zobaczymy jaguara.

Przewodnik przedstawił się jako Miguel, ale chyba potraktowali to wyłącznie jako niezobowiązującą sugestię, bo z miejsca zaczęli zwracać się do niego „Miggie”. Poza tym nie uważał wcale wszystkich Amerykanów za debili, bo kiedy nie prowadzał turystów na „ekowycieczki”, zwykle zatrudniali go pracujący w parku naukowcy, którzy w większości pochodzili z amerykańskich uniwersytetów. Zaczynał jednak dochodzić do wniosku, że mimo obecności Hendersona, który niewątpliwie był geniuszem, odsetek idiotów w tej grupie przekraczał normę. Nie zobaczą lwa. Jaguara, niezależnie od tego, co powiedziała ta druga kobieta, też nie. Nawet Miguel nigdy nie spotkał jaguara, a oprowadzał wycieczki po tym obszarze niemal od trzech lat. Inna sprawa, że ekspert był z niego żaden. Urodził się i wychował w Limie, mieście liczącym ponad osiem milionów mieszkańców, a w dżungli spędzał czas wyłącznie ze względu na dziewczynę. Razem studiowali, a kiedy jej udało się zdobyć doskonałe stanowisko asystenta badawczego, załatwił sobie pracę, która pozwalała mu od czasu do czasu pomagać w parku. Ostatnimi czasy jednak sprawy między nimi miały się kiepsko. Kiedy się spotykali, jego dziewczyna była rozkojarzona, a Miguel zaczął podejrzewać, że sypia z jednym z kolegów z pracy.

Przyjrzał się, jak Amerykanie wyjmują z plecaków wodę i batoniki w szeleszczących papierkach, po czym odszedł kilka kroków ścieżką. Obejrzał się za siebie i napotkał wzrok kobiety od lwa, Tiny, która uśmiechała się w sposób sugerujący, że dzisiejszej nocy, kiedy Henderson uda się do swojego namiotu, będzie wolna. Turystki składały mu takie propozycje już wcześniej, choć zdarzało się to rzadziej, niżby oczekiwał, i dotychczas zawsze odmawiał. Tej nocy jednak, gdyby Tina zaproponowała seks, nie odmówiłby, bo jeśli jego dziewczyna go zdradza, mógł przynajmniej odpłacić jej pięknym za nadobne. Tina nie przestawała się uśmiechać i Miguel zaczął się lekko denerwować.

Jednak to dżungla bardziej go stresowała. Po przeprowadzce z Limy potrzebował kilku miesięcy, żeby przestać jej nienawidzić, ale w końcu jakoś się przyzwyczaił i teraz jej bliskość zasadniczo mu nie przeszkadzała. Nieustające bzyczenie owadów, ruch, upał, wszędobylskie życie. Nauczył się ignorować to wszystko i minęło wiele czasu, od kiedy ostatni raz się bał. Ten dzień był jednak jakiś inny. Odgłosy, do których przywykł, zniknęły. Zastąpiła je niepokojąca cisza przerywana paplaniem turystów, które dobiegało zza jego pleców. Narzekali na brak zwierząt. Gdyby miał być szczery – a nie był, bo nie za to płacono przewodnikom – zdradziłby im, że sam też jest niezadowolony. Zwykle natykał się na tych wycieczkach na tyle zwierząt, że nie było czasu wszystkim się przyjrzeć. Leniwce, kapibary, mazamy, małpy. Boże, turyści uwielbiali małpy. Małp nigdy za wiele. No i pająki, wiadomo. Zwykle były na wyciągnięcie ręki, więc kiedy trafiał na grupę, której nic nie interesowało, korzystał z tego, że sam nigdy nie bał się pająków. Podnosił je na gałązce i znienacka podtykał kobietom pod twarz. Uwielbiał słuchać panicznych krzyków, które to wywoływało, ale tak samo dobrze bawił się, obserwując, jak mężczyźni udają, że się nie boją.

Henderson, który stał za Tiną, znów zgiął się w pasie i chwycił za brzuch. Miguel musiał przyznać, że wcześniej go nie rozpoznał, choć oczywiście słyszał o nim i wiedział, że jest bardzo bogaty. Wszyscy parkowi badacze pracowali na małych srebrnych komputerach z logo Henderson Tech. Ogólne wrażenie robił jednak dość nijakie, a cały poranek spędził, narzekając. Nie odpowiadał mu ani stan dróg, ani dostęp do internetu w noclegowisku, ani jedzenie. Przede wszystkim jedzenie. Henderson narzekał na nie do znudzenia, ale teraz Miguel, widząc, jak tamten zgina się z obolałą miną, uznał, że w tej kwestii bogacz chyba miał rację.

– Wszystko w porządku, szefie? – spytał ochroniarz, nie zwracając uwagi na kobiety, które wciąż dyskutowały, gdzie właściwie występują lwy.

– Ten brzuch mnie wykończy – pożalił się Henderson. – To przez wczorajsze mięso. Znowu muszę się wysrać. – Podniósł wzrok na Miguela, który pokazał mu kciukiem, w którą stronę zejść ze ścieżki.

 

Miguel przyjrzał się, jak bogacz znika wśród drzew, po czym ponownie obrócił się w kierunku, w którym szli. Firma wycieczkowa wykarczowała pas dżungli buldożerem i utrzymywała ścieżkę w stanie na tyle dobrym, by bez większych przeszkód prowadzać po niej turystów – o ile sprawy nie utrudniał ktoś w rodzaju Hendersona, kto musiał się często zatrzymywać. Przewodnicy mieli za zadanie trzymać się trasy i pilnować, żeby nikt się nie zgubił. Raz na kilka tygodni firma ponownie przepuszczała maszynę, bo las deszczowy, gdy ludzie wydzierają mu teren, zawsze stara się odzyskać to, co stracił. Pod wieloma względami ścieżka bardzo ułatwiała Miguelowi pracę. Pozwalała mu widzieć drogę, którą miał się poruszać, na prawie sto metrów w przód. Jej istnienie oznaczało też, że kiedy unosił głowę, jego oczom ukazywało się błękitne niebo. Aktualnie nie było na nim ani jednej chmurki i Miguelowi przemknęła przez głowę myśl, że wolałby siedzieć na plaży, niż prowadzić tę grupę.

Nad szczeliną w sklepieniu drzew pojawił się ptak. Miguel obserwował go przez chwilę i w momencie, w którym postanowił obrócić się i sprawdzić, czy Henderson już się załatwił, dotarło do niego, że z ptakiem jest coś nie w porządku. Szaleńczo uderzał skrzydłami i poruszał się w nieskoordynowany sposób. Z trudem utrzymywał się w powietrzu. Ale to nie wszystko. Miguel pożałował, że nie ma lornetki, bo pióra ptaka wyglądały jakoś dziwnie. Jakby falowały, jakby coś…

Ptak spadł. Przestał walczyć i zwyczajnie runął na ziemię.

Miguela przeszedł dreszcz. Kobiety wciąż trajkotały za jego plecami, ale poza tym z dżungli nie dochodziły żadne odgłosy zwierząt. Zamilkły nawet ptaki. Zaczął uważniej nasłuchiwać i wtedy do jego uszu dotarło rytmiczne dudnienie. I szelest zgniatanych liści. Mniej więcej w chwili, gdy domyślił się, co to za odgłos, zza zakrętu ścieżki wybiegł mężczyzna. Nawet ze stu metrów widać było jak na dłoni, że jest w opałach. Dostrzegł Miguela i coś do niego krzyknął, ale Miguel nie zrozumiał. Chwilę później mężczyzna zerknął do tyłu i potknął się, po czym ciężko upadł.

Za nim nadciągało coś, co z odległości, w której stał Miguel, wyglądało jak czarna rzeka. Nieznajomy nie zdążył wstać. Był na czworakach, kiedy ciemna masa przetoczyła się po nim.

Miguel zrobił kilka kroków wstecz, ale z jakiegoś powodu nie mógł się odwrócić. Czarna rzeka zatrzymała się na mężczyźnie, gotując się i narastając, jakby coś ją tamowało, a ukryta pod nią zgarbiona sylwetka wciąż się poruszała. Mężczyzna walczył. Nagle garb się zapadł. Czarna woda rozlała się po ścieżce. Z perspektywy Miguela wyglądało to tak, jakby mężczyzna po prostu zniknął.

W tej samej chwili czerń zaczęła płynąć w jego stronę, pokonując ścieżkę z prędkością dorównującą człowiekowi biegnącemu ile sił w nogach. Miguel zdawał sobie sprawę, że powinien uciekać, ale w ciszy, z jaką poruszała się struga, było coś hipnotyzującego. Nie huczała jak rzeka. Zdawała się raczej absorbować dźwięk. Do jego uszu dobiegało tylko coś jakby szept – delikatny szelest przywodzący na myśl odgłos lekkiego deszczu. Rzeka poruszała się w zachwycający sposób, pulsując i gdzieniegdzie rozszczepiając się w kilka strumieni, które kilka metrów dalej znów splatały się z głównym nurtem. Kiedy ta płynna ciemność zbliżyła się do Miguela, on zrobił kolejny krok w tył, ale zanim zdał sobie sprawę, że to, co widzi, nie jest strumieniem ani w ogóle wodą, było już za późno.

Minneapolis, Minnesota

Agent specjalny Mike Rich nienawidził dzwonić do swojej byłej żony. Absolutnie, kurwa, nienawidził, szczególnie gdy wiedział, że słuchawkę może podnieść jej mąż – tak, jej nowy, kurwa, mąż. Mike nie miał jednak wyboru, wiedział, że się spóźni, a jeśli było coś, czego jego eksżona nie znosiła bardziej od jego spóźnialstwa, kiedy miał przyjechać po córkę, było to, że nie dzwonił, kiedy już wiedział, że nie będzie na czas. Szlag, całkiem możliwe, że gdyby lepiej sobie radził w obu tych sprawach, wciąż byliby z Fanny małżeństwem. Wgapił się w telefon.

– Weź to załatw, i już.

Jego partner Leshaun DeMilo też był rozwiedziony, ale bezdzietny. Zawsze powtarzał, że uciekł z czystym kontem. Inna sprawa, że powrót do kawalerskiego życia chyba nie do końca sprawiał mu przyjemność, bo randkował z jakąś ponurą determinacją, a na dodatek Mike odnosił wrażenie, że Leshaun ostatnio trochę zbyt często i zbyt długo przesiaduje w pubach. Od czasu rozwodu Leshaunowi DeMilo już kilka razy zdarzyło się przyjść do pracy w stanie świadczącym, że ma za sobą ciężką noc.

– Wiesz, że im dłużej będziesz czekał, tym gorzej – doradził Leshaun.

– Weź spierdalaj – żachnął się Mike, ale odblokował telefon kciukiem i wybrał numer byłej żony.

Oczywiście odebrał jej mąż.

– Zakładam, że dzwonisz poinformować, że znowu się spóźnisz?

– Rozgryzłeś mnie, Dawson – odparł Mike.

– Mike, prosiłem przecież, żebyś do mnie mówił Rich.

– Wybacz, ale wiesz, kiedy słyszę Rich, to myślę o sobie. Agent Rich. Takie tam. Dziwnie się czuję, zwracając się do ciebie moim nazwiskiem. A Richard by ci odpowiadało?

– Przeżyję. O ile nie będziesz do mnie mówił Dick, w każdym razie nie prosto w twarz.

To była kolejna rzecz, która wkurzała Mike’a w nowym mężu Fanny. Rich Dawson był adwokatem – co samo w sobie było irytujące – ale poza tym okazywał się pod wieloma względami świetnym gościem. Gdyby nie zarabiał kroci, broniąc przed więzieniem sukinsynów, na których aresztowanie Mike poświęcał swój czas, i gdyby nie posuwał jego byłej żony, Mike całkiem chętnie poszedłby z nim na piwo. Z pewnością byłoby mu łatwiej, gdyby Dawson był zatwardziałym dupkiem. Miałby powód, żeby go nienawidzić, zamiast żyć ze świadomością, że może się złościć wyłącznie na siebie. Mike nie potrafił zdecydować, czy powinien się doszukiwać dobrych stron i docenić, że Dawson świetnie opiekuje się Annie, czy raczej uznać to za kolejny powód, dla którego nowy mąż jego byłej żony zasługuje na niechęć. Mike’a dobijało, że jego córka tak dobrze dogadywała się z Dawsonem, ale wiedział też, że ma to na nią pozytywny wpływ. Przez rok, który minął od ich rozstania, do chwili gdy Fanny związała się z Dawsonem, Annie zamknęła się w sobie. Nie była smutna, a w każdym razie nie dawała tego po sobie poznać, ale stroniła od rozmów. Z kolei przez ostatnie półtora roku, od kiedy na horyzoncie pojawił się Dawson, zachowywała się tak jak dawniej.

– Daj mi po prostu porozmawiać z Fanny, okej?

– Jasne.

Mike poprawił się w fotelu. Nigdy nie narzekał, że musi przesiadywać godzinami w samochodzie, pić zimną kawę i wdychać duszący smród skarpet i potu, który wypełniał wnętrze, kiedy sytuacja zmuszała ich do smażenia się w słońcu. Na zewnątrz było prawie trzydzieści stopni. Nietypowo ciepło jak na kwiecień w Minneapolis. Pamiętał lata, w których dwudziestego trzeciego kwietnia na ulicach leżał jeszcze śnieg. Poza latem trzydzieści stopni oznaczało w Minneapolis upał. Kiedyś nie gasili z Leshaunem silnika i ustawiali na cały regulator klimatyzację, a zimą grzanie, ale córka Mike’a, z której szkoła podstawowa zrobiła młodą wojowniczkę na rzecz ochrony przyrody, wymusiła na nich obietnicę, że siedząc na czatach, będą wyłączać silnik. Gdyby był sam, Mike prawdopodobnie złamałby się i włączył klimę, ale partner mu nie pozwalał.

– Słuchaj, obiecałeś, i to jeszcze swojemu dzieciakowi, to się tego trzymaj – zarządził Leshaun i nawet kupił do samochodu metalowe kubki do kawy.

Całe szczęście, że nie posunął się do tego, żeby zmuszać Mike’a do mycia i wielokrotnego używania butelek, do których sikali, kiedy stali za daleko od McDonalda albo Starbucksa. W gruncie rzeczy nie prowadzili już obserwacji tak często, jak kiedyś. Mike’owi, jeśli miał być szczery, trochę tego brakowało. Dni takie jak dzisiejszy były przecież tradycyjnie częścią tej roboty. Było coś romantycznego w siedzeniu i czekaniu. I czekaniu. I czekaniu. Dziś jednak koszmarnie bolały go plecy. Kisnęli w samochodzie od dziewięciu godzin, a poprzedni dzień spędził w YMCA, pływając, goniąc się z córką i podrzucając ją w powietrze. Annie miała dziewięć lat i zaczynała robić się ciężka, ale co miał na to poradzić? Nie wygłupiać się na basenie?

Wyprężył plecy i lekko się przeciągnął, szukając wygodniejszej pozycji. Leshaun podsunął mu opakowanie ibuprofenu, ale Mike pokręcił głową. Brzuch też mu dokuczał, a przez tę kawę, pączki, tłuste burgery, frytki i inny szajs z dnia na dzień coraz trudniej mu było przebiec i podciągnąć się na drążku w zakresie wystarczającym, żeby nie zawalić okresowych testów sprawności fizycznej. Nie chciał się dodatkowo truć z powodu bólu pleców. Ja pierdolę, pomyślał. Miał zaledwie czterdzieści trzy lata. Nie powinien jeszcze robić się stary.

– Ile się spóźnisz, Mike? – Fanny przejęła słuchawkę i z miejsca przypuściła atak.

Mike zamknął oczy i spróbował wziąć oczyszczający oddech. Tak to nazywał jego terapeuta. Oczyszczający oddech. Kiedy otworzył oczy, Leshaun, który gapił się na niego, uniósł brew i ułożył usta w słowo „przeproś”.

– Przepraszam, Fanny. Naprawdę mi przykro. Prowadzimy obserwację, a zmiana się spóźnia. Daj mi, proszę, pół godziny, maksymalnie czterdzieści pięć minut.

– Mike, miałeś ją zabrać na piłkę. Teraz ja będę musiała pojechać.

Mike wziął kolejny oczyszczający oddech.

– Nie wiem, co jeszcze powiedzieć. Przepraszam, naprawdę. Zobaczymy się na boisku.

Chciał tam być. Było coś szczególnego w zapachu świeżo skoszonej trawy i widoku córki uganiającej się za piłką. Nędzne drewniane trybuny przypominały mu dzieciństwo – te chwile, kiedy grając w baseball czy futbol, sięgał wzrokiem za linię boczną ku ojcu, który przyglądał mu się z poważną miną. Obserwowanie Annie wygłupiającej się z innymi dzieciakami albo uczącej się – w skupieniu i z grymasem na twarzy – nożyc czy innego ćwiczenia było jedną z najprzyjemniejszych części jego tygodnia. Boisko stanowiło odrębny świat. Krzyki dzieci i gwizdki trenerów działały jak reset, sprawiały, że przestawał myśleć o pracy, o byłej żonie, o czymkolwiek. Inni rodzice w większości plotkowali, czytali książki, starali się pracować, rozmawiali przez telefon, ale Mike po prostu się przyglądał. Nic więcej. Patrzył, jak Annie biega, kopie i śmieje się i na tę godzinę piłki zapominał o reszcie świata.

– Wiadomo, że ją zawiozę, ale nie o to chodzi. Denerwuje mnie, że wciąż to robisz. Wiesz, ja mogłam od ciebie odejść. Mogłam się rozwieść. Ale ona jest na ciebie skazana, Mike. Nieważne, jak bardzo lubi Richa, to ty jesteś jej ojcem.

Mike zerknął na Leshauna, który całym sobą pokazywał, że nie słucha. Zajmował się tym, po co tu przyjechali, czyli wpatrywaniem się w boczną uliczkę. Prawdopodobieństwo, że dupek, na którego czekali, Two-Two O’Leary, się pojawi, było niewielkie, ale jeśli zważyć, że koleś bez oporu bierze metamfetaminę, którą handluje, a tydzień wcześniej postrzelił agenta podczas nieudanego nalotu, to dobrze by było, żeby przynajmniej jeden z nich zwracał uwagę, co się dzieje dookoła.

– Nic na to nie poradzę, mogę tylko w kółko przepraszać.

Jeszcze raz spojrzał kątem oka na Leshauna. Uznał, że nie obchodzi go, czy partner się przysłuchuje czy nie. Przecież i tak wiele razy rozmawiali o swoich nieudanych małżeństwach. Leshaun znał myśli Mike’a lepiej niż jego terapeuta, nie mówiąc o samej Fanny. Może gdyby rozmawiał z nią o tych sprawach tyle samo, co ze swoim partnerem, wciąż byliby razem.

– Wiesz przecież, że mi przykro. Za wszystko. Żałuję wszystkiego. Nie tylko tego, że nigdy nie jestem na czas. – Mike czekał, aż Fanny coś powie, ale w słuchawce panowała cisza. Ciągnął więc to, co zaczął: – Rozmawiałem o tym z terapeutą i wiem, że się z tym spóźniłem. To znaczy, spóźniłem się pewnie ze wszystkim… Chcę po prostu powiedzieć, że powinienem był przeprosić cię już dawno temu. Nie chciałem, żeby między nami się posypało, i chociaż właściwie jest mi przykro, to naprawdę się cieszę, że ty się cieszysz. No i wiesz, z Dawsonem… Richem… Wygląda na to, że jest ci z nim dobrze, i wiem, że Annie go uwielbia. Tak że… no… wiesz… przepraszam. Bardzo się staram być innym człowiekiem, lepszym facetem, ale pewna część mnie nigdy się nie zmieni. Moja praca też nie.

– Mike, słuchaj – głos Fanny był niewyraźny i Mike znów poprawił się w fotelu. Nie potrafił ocenić, czy jego gówniany telefon tracił sygnał, czy to ona mówiła łagodniejszym tonem. – Mike – powtórzyła – chcę z tobą o czymś porozmawiać.

– O czym? Chcesz jeszcze raz się rozwieść?

Leshaun przestał się garbić i lekko wychylił się przez otwarte okno. Mike też się wyprostował. W uliczkę wjeżdżał samochód, pierwszy od dłuższego czasu. Honda, czyli raczej nic, czym chciałby jeździć Two-Two. Samochód zatrzymał się z bagażnikiem wystającym na chodnik, po czym czarnoskóry nastolatek, może piętnasto- albo szesnastoletni, otworzył drzwi po prawej stronie. Mike się odprężył, a Leshaun z powrotem rozparł się w fotelu. Two-Two handlował bronią i metamfetaminą, ale był też ważną figurą wśród neonazistów z Aryan Nations i raczej nie było mowy, by jeździł z nim czarnoskóry dzieciak.

 

– Chcę zmienić Annie nazwisko – oznajmiła Fanny.

– Co?

– Chcę, żeby nosiła to samo nazwisko co ja.

– Moment. – Mike położył telefon na udzie i potarł twarz wolną dłonią.

Pożałował, że już nie pali, chociaż Leshaun i tak nie pozwoliłby mu kopcić w samochodzie. W ogóle miał dość tego cholernego samochodu. Tej ciasnoty i upału. Na T-shirt miał nałożoną kamizelkę kuloodporną i był cały spocony. Naprawdę nie mogli odpalić silnika chociaż na kilka minut; włączyć na chwilę tej pierdolonej klimy? Musiał wyjść, rozprostować nogi, wciągnąć trochę tlenu. Otworzył drzwi. Potrzebował uderzenia zimnego powietrza jak w tych reklamach gumy do żucia. Tyle że na zewnątrz wcale nie było przyjemniej niż w środku.

Leshaun wbił w niego wzrok.

– Mike? Co ty robisz?

– Jezu, nic. Nigdzie nie idę. Po prostu stanę na zewnątrz, okej? Chcę po prostu przez chwilę porozmawiać przez telefon, nie siedząc w samochodzie. Wolno mi? Masz coś przeciwko?

Zdał sobie sprawę, że jego głos zrobił się głośny i agresywny, i że kiedy skończy rozmawiać z Fanny, będzie musiał przeprosić Leshauna.

Leshaun był dobrym partnerem i przyjacielem i nie weźmie tego do siebie, ale Mike i tak poczuł się jak dupek. Jeszcze większy niż dotychczas. Leshaun skinął głową, więc Mike wysiadł. Zatrzasnął za sobą drzwi, chociaż przy opuszczonych szybach nie miało to większego znaczenia.

Przyłożył telefon z powrotem do ucha.

– Fanny, co ty opowiadasz?

– Rety, Mike, przecież na pewno się domyślałeś. Domyślałeś się, prawda?

– Nie, Fanny. Nie domyślałem się.

– No tak. Ty nigdy niczego się nie domyślasz.

Usłyszał delikatne szuranie telefonu o policzek Fanny, a następnie cichy pomruk – mówiła coś do Dawsona. Mocno docisnął telefon do skroni.

– Nie zmienisz nazwiska Annie. To jest moja córka, do kurwy nędzy. I będzie nazywała się Annie Rich, a nie Annie, kurwa, Dawson.

– Mike, Annie jest też moją córką. Dziwnie to wygląda, że ma inne nazwisko niż ja.

– Mogłaś go nie zmieniać – stwierdził Mike.

Połapał się, że nie powinien tego mówić, zanim słowa do końca opuściły jego usta, ale nie umiał się powstrzymać.

Fanny westchnęła.

– Możemy o tym jeszcze porozmawiać, ale to już postanowione. Przykro mi, Mike, naprawdę, ale pewne rzeczy się zmieniły.

– Też staram się zmienić – odparł Mike.

– I ja to doceniam. Naprawdę – zapewniła. Przez kilka sekund nic nie mówili. Ze słuchawki dobiegał odgłos oddechu Fanny, która w końcu spytała: – Chcesz porozmawiać z Annie?

– Tak, poproszę – odpowiedział.

Czuł się pokonany.

Mike odwrócił się w stronę uliczki, którą obserwowali, i oparł się o bok samochodu. Poszukał wygodnej pozycji, rozluźnił barki i pociągnął w dół wystający spod kamizelki T-shirt. Był kompletnie mokry od potu. Mimo wszystko lepiej było pomęczyć się w niewygodnym ubraniu, niż nie żyć. Agent, którego Two-Two postrzelił w Wisconsin, prawdopodobnie by zginął, gdyby nie kevlar. Trzy strzały zatrzymały się na kamizelce, czwarty pocisk przeszedł mu na wylot przez biceps. Inna sprawa, że strzelanina miała miejsce w Eau Claire, sto sześćdziesiąt kilometrów od Minneapolis, i nikt o zdrowych zmysłach nie sądził, że Two-Two, nawet jeśli nafaszerował się naziolską metą, wróci do swojego baru po takim fiasku. Mike poluzował paski przytrzymujące kamizelkę. Zwykle nosił jeszcze na wierzchu koszulę, ale uznał, że skoro i tak będą siedzieć cały dzień w samochodzie, nie miało to większego sensu. Poza tym z szyi zwisała mu odznaka. Dotknął łańcuch, na którym wisiała. Uwielbiał ją nosić. Uwielbiał zmianę w spojrzeniu rozmówców, kiedy przedstawiał się jako „agent specjalny Rich”. Czasami jednak odnosił wrażenie, że powinien ją częściej zdejmować.

– Cześć, tato.

– Cześć, ślicznotko. Zobaczymy się dopiero na boisku, okej?

– Okej.

– Jak było w szkole?

– Dobrze.

– Działo się coś ciekawego?

– Nie bardzo.

Tak wyglądały wszystkie ich rozmowy telefoniczne. Kiedy spędzali wspólnie czas, Annie nie zamykała się buzia, ale kiedy rozmawiali przez telefon i nie widzieli się nawzajem, coś sprawiało, że rzadko mówiła więcej niż kilka słów naraz. Tak jakby wyobrażała sobie, że telefonem rządzi jakaś złowroga magia, która wyssie jej duszę, jeśli przekaże zbyt wiele informacji. Mike uśmiechnął się na tę myśl. Przypomniały mu się książki Stephena Kinga.

Już miał spytać, co zjadła na lunch, kiedy dostrzegł kolejny samochód. W ich uliczkę skręcał czerwony pikap Forda z wielkimi oponami i przyciemnianymi szybami.

– Śliczności, muszę lecieć.

– Okej. Kocham cię, tato.

– Ja ciebie też, kochanie. – Poczuł ścisk w żołądku. Odruchowo chwycił wolną dłonią odznakę, która zwisała mu z szyi. – Bardzo, ale to bardzo cię kocham. Pamiętaj o tym, dobrze? Nieważne, co będzie się działo, pamiętaj, że cię kocham.

Pikap zatrzymał się. Mike schował telefon do kieszeni. Karoseria, o którą się opierał, lekko się poruszyła – to Leshaun otworzył drzwi i wysunął się na zewnątrz. Mike puścił odznakę. Jego dłoń powędrowała ku biodru i zacisnęła się na zimnej, metalowej rękojeści pistoletu. Poświęcił sekundę, by spojrzeć przez ramię na Leshauna. Jego partner stał wyprostowany, więc Mike wrócił wzrokiem ku czerwonemu pikapowi. Za późno zdał sobie sprawę, że przez to, iż stał na zewnątrz, Two-Two dawno go dostrzegł, że zobaczył kamizelkę kuloodporną i odznakę zawieszoną na szyi. Mike nie powinien był wychodzić z samochodu i rozmawiać przez telefon. Nie powinien był odrywać wzroku od pikapa. Powinien był siedzieć w środku z partnerem i uważnie obserwować, powinien był… Mógłby tu wymienić całą listę innych rzeczy.

Drzwi po stronie pasażera otworzyły się i wyskoczył zza nich, strzelając z pistoletu, ogolony na łyso chujek w podkoszulku, na oko nie starszy niż dwadzieścia lat. Mike nie potrafił później powiedzieć, czy w ogóle zarejestrował huk wystrzałów. Usłyszał za to metaliczny dźwięk pocisku uderzającego w drzwi ich samochodu i chrzęst pękającego szkła przedniej szyby. A potem stęknięcie i głuchy odgłos, z którym ciało Leshauna osunęło się na ziemię. Wszystko nastąpiło, zanim Two-Two zdążył opuścić samochód.

Umysł Mike’a wypełniła pustka. W bezruchu przyglądał się, jak chłopak, który wysiadł od strony pasażera, zwalnia pusty magazynek, sięga do kieszeni swoich workowatych spodni i wyciąga kolejny. Tymczasem otworzyły się drzwi, za którymi siedział Two-Two, i Mike dostrzegł, że też jest uzbrojony w pistolet. Dwóch mężczyzn, dwie sztuki broni, Leshaun trafiony, choć nie wiadomo jak groźnie, a Mike jeszcze nawet nie miał w dłoni swojego pistoletu. Miał świadomość, że powinien coś zrobić, ale stał jak słup, jakby nie wiedział co, nie wiedział co, nie wiedział co…

W końcu jednak się odblokował.

Najpierw załatwił dzieciaka. Trzy trafienia w klatkę, jedno przy drugim. Ani Two-Two, ani jego kumpel nie mieli kamizelek. Mike słyszał, jak niektórzy z jego kolegów, którzy mieli świra na punkcie broni, psioczyli na moc obalającą służbowych glocków 22, ale chłopak plasnął o ziemię jak mokra szmata, więc pociski kalibru .40 najwyraźniej spełniły swoje zadanie bez zarzutu. Tak naprawdę nigdy wcześniej nikogo nie postrzelił. Tylko raz zdarzyło mu się użyć broni na służbie. To był jeden strzał, ledwie rok po rozpoczęciu pracy, i wtedy nie trafił. Zaskoczyło go wiec, jak łatwe i naturalne wydało mu się to, co właśnie zrobił. Wszystkie trzy pociski sięgnęły celu i w chwili, gdy pod chłopakiem ugięły się nogi, przekręcił tułów, żeby wycelować do dilera.

Two-Two miał jednak ten sam zamiar co on, więc kiedy Mike zwrócił ku niemu wzrok, ujrzał wymierzony w siebie pistolet.

Mike nie był pewien, który z nich strzelił pierwszy. A może nacisnęli spust w tej samej chwili, bo dokładnie w momencie, gdy odrzut pistoletu popychał jego dłoń, poczuł pociągnięcie za rękaw. Nie miał jednak wątpliwości, kto lepiej wycelował. Z głowy Two-Two, którą raptownie odrzuciło w tył, wystrzeliła krwawa mgła. Mike spojrzał na swoje ramię. W rękawie T-shirtu znajdowała się okrągła dziura, ale skóra była nietknięta.