Nina, prawdziwa historia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ewelina Rubinstein

"Nina, prawdziwa historia"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o. 2014

Copyright © by Ewelina Rubinstein, 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Arkadiusz Woźniak INFOX e-booki Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o. Zdjęcie okładki: © Andrea Veneziano – Fotolia.com Korekta: Paulina Jóźwiak

ISBN: 978-83-7900-247-4

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 665-955-131

wydawnictwo.psychoskok.pl e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

Ewelina Rubinstein

Nina

prawdziwa historia


Wydawnictwo Psychoskok

Konin

Mamie...

Rozdział I Początek. Z pamiętnika

Byłem zbyt zajęty, by widzieć to samo, co wszyscy dookoła. Zbyt ślepy, łatwowierny i emocjonalnie niedojrzały, by dostrzec załamującą się rzeczywistość i narastające we mnie wątpliwości. Nie zauważałem czy też - jak zapewne powiedzieliby inni - nie dbałem o własne dobro i poczucie wewnętrznego spełnienia. Błądziłem po omacku, co pewien czas potykając się o meandry własnej podświadomości. Byłem niewidzialny. Lustro było nic nieznaczącym odbiciem twarzy mężczyzny pokrytej rzadkim, już nieco siwiejącym zarostem, z głęboko osadzonymi błękitnymi oczami, długim, szczupłym nosem i czołem pokrytym grubymi bruzdami. Miesiąc temu skończyłem 53 lata. Czy byłem stary? Oczywiście, że nie, ale dobrze pamiętam swego ojca (choć z trudem przychodzi mi te słowo), który będąc w tym wieku, co ja teraz, wydawał mi tak bardzo zniszczony przez życie i pracę na Pomorzu, że z lękiem wyczekiwałem aż to nieszczęście dosięgnie także i mnie. A kiedy nadeszło, nie czułem nic. Ani złości, ani rozczarowania, ani buntu. Całkowita pustka, całkowite wyjałowienie. Dojrzałość była cicha i skryta. Pojawiała się bez zapowiedzi i zbędnych przygotowań. Ba, człowiek budził się pięknego, jesiennego dnia, spoglądał przez okno i dopiero wówczas uświadamiał sobie, że to wszystko, co ma, czy też to wszystko na co czeka, jest tylko cywilizacyjnym, złudnym wytworem skomercjalizowanej współczesności. Świat był oszustem. Wielkim kłamcą, dla którego tacy jak ja, nie mieli najmniejszego znaczenia. Mijały wieki i lata, zmieniały się epoki i moda, a jedno wciąż pozostawało takie samo. Ludzka marność i poczucie tęsknoty za rzeczami, które nie miały znaczenia w ponadczasowym wszechświecie. Zmienność była zmiennością, a strach zwykłym strachem. Zapachy mieszały się, jak na arabskim bazarze, a myśli przeplatały z hamletowskimi wątpliwościami. Czas nie miał znaczenia ani dla mnie, ani dla niej. Był względny i z wiekiem dochodziłem coraz częściej do wniosku, że zupełnie niewiele warty. Czasami nawet miałem wrażenie, że był istotną przeszkodą w realizacji moich celów i wielu życiowych planów. Zdawało mi się, że wszystko to było tylko złudnym dążeniem do stworzenia rzeczywistości, w której nie było już dla mnie miejsca. Miejsca, którego tak bardzo pragnąłem dla siebie. Nieraz marzyłem o dalekich podróżach - tych za Atlantyk czy na daleką Syberię. Tylko po to, by uciec, by uwolnić swój umysł od braku wrażliwości. Chciałem zabić stagnację, której marazm - niczym bluszcz na murach starych budynków - oplatał całe moje, ponad pięćdziesięcioletnie ciało. Zamierzałem w końcu zrzucić niewygodne jarzmo i stać się kimś zupełnie innym. Tak bardzo pragnąłem być wolnym człowiekiem. Do tego stopnia, że często upijając się do nieprzytomności, bezwładnie leżałem na podłodze swego dwupokojowego mieszkania i wędrowałem. Unosiłem się w innej, nieznanej mi czasowej przestrzeni, w której to ja byłem Bogiem - Panem Przeszłości, Teraźniejszości i Przyszłości. Ulegałem wyobrażeniom, które czasami pojawiały się w najmniej oczekiwanych chwilach. Pamiętam, jak biorąc prysznic, w marcowe, niedzielne popołudnie poczułem ogromne podniecenie i niewytłumaczalną chęć zrobienia czegoś niezwykłego i głupiego. Czegoś, co nie przystawało robić człowiekowi w moim wieku, ani nawet młodszemu. Ogarnięty błogim szaleństwem wyszedłem zupełnie goły i mokry na korytarz klatki schodowej. Stałem tak na progu swego mieszkania przez kilka dobrych minut. Schizofrenicznym wzrokiem wpatrywałem się w sąsiednie drzwi, nasłuchując jednocześnie głosów, których nie mogłem w żaden sposób rozpoznać. Drżałem z zimna, czując jednocześnie niewytłumaczalną gorąc, która zalewała mnie od środka. Podniecenie nie ustępowało. Było tak silne i intensywne, że nie wytrzymałem napięcia… Zupełnie tak, jak przed wielu laty, kiedy po raz pierwszy znalazłem jej erotyczne ogłoszenie w lokalnej gazecie…

Początek nowego stulecia nie wydawał się zbyt obiecujący. Tempo życia, które coraz mocniej wciągało mnie w wir różnych, często nie przynoszących żadnego pożytku obowiązków, sprawiało, że zapominałem o wartościach, jakie wyniosłem z rodzinnego domu. Mimo, że wychowałem się na warszawskim Mokotowie, to emocjonalnie daleki byłem od krzewienia czy też propagowania regionalnego patriotyzmu. Dwadzieścia lat swego życia spędziłem w starej kamienicy na ulicy Olszewskiej. I to tam dorastałem; poznawałem dobro i zło. Odkrywałem nie tylko wielkich, światowych prozaików czy nieznane dzieła Wilde’a, ale także piękno i najskrytsze zakamarki kobiecego wdzięku. Nigdy nie zapomniałem pierwszego dotyku, jakim obdarzyła mnie rudowłosa dziewczyna, którą poznałem w chwili, w której tak naprawdę nie chciałem. Tamtego dnia - będąc jeszcze w klasie maturalnej - wracałem z dodatkowych zajęć wuefu. Spocony, w brudnej, pomiętej koszulce, w rozwalających się trampkach, biegłem wzdłuż ulicy Puławskiej. Wówczas ujrzałem jej delikatną twarz, która niczym najszlachetniejsza perła mieniła się w złotych promieniach wiosennego słońca. Była jak anioł. Jak astronomiczne zjawisko, dla którego zaprzedałbym duszę samemu diabłu. Spotkałem ją jeszcze raz, kilka tygodni później. Dotykałem jej włosów, próbując zapamiętać każdą nutę zapachu, jaka ją otaczała. Nie mogłem nacieszyć się widokiem jej gładkiej szyi, aksamitnych, krągłych piersi, płaskiego brzucha i ud, widokiem, który pamiętam do dzisiaj. Byłem jak oszalały, kiedy ujrzałem ją całkiem nagą. Przeszywały mnie miliony dreszczy, które na zmianę raz paraliżowały moje ciało, a innym razem wprawiały w nieznane mi dotąd reakcje. Wtedy zrozumiałem, na czym polega męskość - ta zwierzęca, nadpobudliwa, w której testosteron miesza się z endorfinami, a stężenie dopaminy osiąga najwyższy wynik. Byłem, jak w transie - całkowicie pozbawiony świadomości i zdolności do obiektywnego ocenienia otaczającej mnie rzeczywistości. Z dzisiejszej perspektywy wiem, że to ona, a nie ktoś inny, na zawsze ukształtowała moją wrażliwość i sposób, w jaki przez ponad trzydzieści kolejnych lat postrzegałem kobiety. Czy była moim ideałem, bóstwem piękna i kobiecego szyku? Nie wydaje mi się - choć wcześniej zapewne uważałem inaczej. Ale to – paradoksalnie - nie ona śniła mi się każdej nocy, ani nie była w moich marzeniach, kiedy sam, leżąc nocą na niewielkim łóżku, rozładowywałem napięcie. To Nina, która niczym gruzińska niewolnica zmieniła losy nie tylko mojej marnej egzystencji, ale również tych wszystkich, których znałem, szanowałem i lubiłem. Zmieniła to wszystko, do czego sam nigdy bym się nie zmusił. Czasami prowadziła mnie za rękę, bym szedł równo z nią, bym nie oddalił się zbyt daleko. A kiedy myślałem, że spełniam jej wszystkie oczekiwania, że daję jej bezgraniczną miłość i pieniądze, jakie uczciwie zarabiałem, wykładając na polskim, niemieckim czy francuskim uniwersytecie, ona nagle znikała. Nie chciała mego ciepła ani pocałunków. Zupełnie nic. Jakby w ogóle mnie nie znała i nigdy w sobie nie miała. A przecież tak wiele, zbyt wiele było chwil, podczas których chciałem skonać, klękając przed nią i obsesyjnie całować jej szczupłe, filigranowe łydki. Tak wiele wydarzyło się w jej i w moim życiu, że sam nie jestem pewien, od czego miałbym zacząć swoją opowieść... Opowieść, która jak sen miesza się z rzeczywistością. I choć dla wielu moja historia wyda się nieprawdopodobna, to jednak zdarzyła się naprawdę...

***

Lato było upalne. W powietrzu unosił się kurz i śmierdzący zapach spalin. Upał w mieście był przerażającym doświadczeniem, zwłaszcza, kiedy mieszkało się w otoczeniu betonowych skupisk bloków i niskich, postkomunistycznych zabudowań. Marzyłem wówczas o stypendium naukowym, które umożliwiłoby mi wyprowadzkę z Warszawy i zamieszkanie w jednym z europejskich, dużych miast, które dotychczas znałem tylko z opowiadań znajomych matki bądź też z „Klubu sześciu kontynentów” Ryszarda Badowskiego. Byłem miłośnikiem turystyki, kochałem archeologię, kryminały i sztukę współczesną, jeżeli w tamtym - smutnym dla Polski okresie - w ogóle można było o czymś takim mówić. Często spotykałem się z Jackiem Różyckim, którego poznałem, będąc jeszcze na III roku studiów. Był specyficznym człowiekiem. Palił, pił, a naukę traktował jak zło konieczne. Nie rozumiałem jego osobowościowego niechlujstwa, choć po części zazdrościłem mu hipisowskiego luzu, prostackich manier czy przygodnego seksu. Tak, byłem odmieńcem, który próbował odnaleźć swoją tożsamość w świecie pełnym niespodzianek i zaskakujących zwrotów akcji. Czasami nieco nieporadny, zagubiony, a inny razem zbyt porywczy i nerwowy. Miałem jeden cel - karierę i to daleko, daleko stąd. Nie uciekałem, choć tak bardzo pragnąłem wolności - nie tyle fizycznej, co duchowej. Jackowi się udało, choć nigdy nie obronił pracy magisterskiej na temat ewolucyjnych zmian we władzy ustawodawczej na mocy postanowień konstytucji kwietniowej. Wyjechał do Nowego Jorku. Nie mając pracy, ani bogatej rodziny - zaryzykował. Z biletem w jedną stronę wsiadł do samolotu na Okęciu i zniknął… Jego twarz ponownie ujrzałem 23 lata później, kiedy pojawił się na jednym z moich wykładów w Paryżu razem z ówczesnym, bułgarskim ministrem obrony - Anju Angełowem. Nie był już tym Jackiem, jakiego pamiętałem. Nie nosił rozciągniętego swetra, wytartych sztruksów i ciągle przetłuszczonych włosów. Wyglądał jak prawdziwy biznesmen. Stalowy garnitur od samego Alexandra Mcgueena, skórzane, brązowe oksfordki projektu Fratelliego Rossettiego i zegarek z ogromnym, pozłacanym cyferblatem prezentował się wyśmienicie. Kiedy patrzyłem na niego i z wielkim skupieniem wsłuchiwałem się w każde słowo zrozumiałem, że to on był szczęściarzem… nie ja i aż trudno mi było uwierzyć, że ten niski, krnąbrny szatyn, niemalże z zegarmistrzowską precyzją zaplanował swoje życie. Życie, które na początku tak niewiele mu oferowało…

 

Nic bowiem nie zapowiadało, iż Jacek stanie się tym, kim ja zawsze chciałem być. Żyłem przeciętnie, aby nie powiedzieć nudno i monotonnie. Byłem jak prostytutka, która choć ma imię, to żyje w świecie, w którym imiona w ogóle nie istnieją. Powrót do przeszłości nie kojarzył mi się z czymś dobrym. Był raczej samooczyszczeniem i próbą zrozumienia faktu, iż moją największą miłością i zagadką jednocześnie była kobieta, która nigdy nie istniała…W czasie mojej życiowej podróży spotkałem też własne sumienie. Sumienie, które miało ciało, barczyste ramiona i sokoli wzrok. Nazywało się Ernestem Schneiderem...

Zacznę jednak swą opowieść od momentu, w którym wyjechałem z Warszawy, kiedy transformacja ustrojowa już na dobre zagościła w polskiej świadomości i kiedy Michaił Gorbaczow otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla. Zawsze bowiem wiedziałem, że pewnego dnia powrócę na te ulice, by opowiedzieć historię człowieka, który stracił duszę, wewnętrzną wolność z powodu własnej słabości, ciekawości i chęci poznania tego, czego nigdy wcześniej nie zaznał. Człowieka owładniętego grzeszną miłością, pełną perwersji i wysublimowanych słów. Mężczyzny zdolnego do największych poświęceń i wyrzeczeń w imię własnych, często szaleńczych, fantazji. Zbyt wiele zaryzykował i zbyt wiele zła uczynił, by czas mu przebaczył, by nauczył pokory i by zrozumiał, że dziwka to nie zawód. To po prostu moralność. Gdyby nie tajemnica pewnego rodu, dziś nie znałbym własnej tożsamości i duszy - dziś już krystalicznie czystej i wolnej od wszelkich perwersji.

Rozdział II Moguncja

Ból z minuty na minutę stawał się coraz dotkliwszy. Gotyckie sklepienia Kościoła św. Szczepana pochylały się nade mną z wrogością, a twarz oświetlały jasnożółte promienie słońca, które przedzierały się przez wielobarwne witraże wielkich okiennic. I choć nie byłem zagorzałym katolikiem, to jednak tego dnia postanowiłem wejść do Kościoła i się pomodlić. Byłem tam zupełnie sam. Mój płytki, nieco przyspieszony od obolałych kolan oddech unosił się mgliście w powietrzu. Patrzyłem na ołtarz. Prawdziwe dzieło sztuki. Złoto i srebro mieszało się z wysokogatunkowym marmurem, wywołując u mnie podziw dla przepychu i bogactwa, które duchowieństwo uwielbiało od stuleci. W środku panował chłód. Zima tego roku była surowa i dawała się we znaki wszystkim. Nieczynne lotniska, zasypane śniegiem drogi i pozamykane szkoły stanowiły smutną rzeczywistość. Owego miesiąca, wszystkie dni poprzedzające święta Bożego Narodzenia jakby się zmówiły, że będą świtać ołowianą szarością i szronem. Miasto tonęło w niebieskawym półmroku, a ludzie owinięci w płaszcze szli spiesznie, ze wzrokiem wbitym w chodnik, zostawiając w powietrzu marznące obłoki oddechu. Niewielu w owych dniach zatrzymywało się przed sklepowymi witrynami, a jeszcze mniej zdobywało się na odwagę, by przekroczyć próg jakiegokolwiek księgarni, piekarni czy pracowni zegarmistrzowskiej i zakupić cokolwiek, by podreperować budżet mogunckich handlowców. Wyszedłem z Kościoła i kierowałem się na północny wschód. Chciałem, jak najszybciej wejść do ciepłego mieszkania, wziąć gorący prysznic i napić się grzańca. Od Kościoła św. Szczepana do mojej wynajmowanej kawalerki dzieliło mnie jakieś 600 metrów. Niby nie dużo, ale tamtego dnia przy temperaturze dochodzącej do minus piętnastu stopni Celsjusza, był to kawał drogi. Szedłem zdecydowanym krokiem. Nie rozglądałem się wokół ani nie przyglądałem świątecznym ozdobom, które widoczne były w każdym oknie. Migające światełka, mieniące się kolorami drzewka bożonarodzeniowe i ogromne banery przesłaniające większość witryn sklepowych, informowały o nieubłagalnie zbliżających się świętach. Weihnachtmarkt, jak co roku, miał się dobrze i przyciągał tłum ludzi, a wśród nich krzyczące i płaczące dzieci, które próbowały wymusić na swych rodzicach kupno jakiegoś adwentowego gadżetu czy też kolejnego kilograma czekoladowych cukierków z marcepanowo- waniliowym nadzieniem. Unikałem takich miejsc. Wiedziałem, że tego roku święta spędzę sam. Z dala od rodziny i przyjaciół, z którymi, mieszkając jeszcze w Warszawie, spotykałem się w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Mimo konsumenckiego blichtru nie czułem magii ani wyjątkowości zbliżających się dni. Zupełna pustka. Tydzień temu wysłałem jedynie kilka kartek z życzeniami świątecznymi do Polski. Nic poza tym. Nie kupiłem też choinki, nie zamówiłem u sprzedawcy ryb karpia ani nawet ziemniaków, by- zgodnie z tutejszą tradycją - zjeść sałatkę kartoflaną. Zaopatrzyłem się jedynie w kilka butelek win, które kochałem ponad życie. Szczególnie uwielbiałem Eiswein Gau Oderheimer Petersburg - słodkie, czerwone i wyprodukowane z selekcjonowanych gron zbieranych w ujemnej temperaturze. Od czasu do czasu piłem także Burgerschoppen'a, które zawsze nabywałem od sąsiada z naprzeciwka - Herberta Huhna. Smakowało dostojnie - mógłbym rzec - albo jak kto woli - wyrafinowanie. Bądź co bądź, to właśnie wino stało się wiernym towarzyszem wieczorów, które samotnie spędzałem po wyczerpującym dniu pracy. I choć nie byłem pustelnikiem, to wejścia do swego mieszkania pilnowałem z wielkim fanatyzmem. Nie lubiłem, jak ktoś - „mając po drodze”- nachodził mnie bez zapowiedzi i natarczywie pukał do drzwi. Kiedy nie otwierałem, udając, że nie ma mnie w domu i mając świadomość, że ten ktoś widzi palące się w moim pokoju światło, kładłem się w bezruchu na zielonej sofie i cierpliwie czekałem, aż sobie pójdzie. Trwało to czasem nawet dziesięć minut zanim przestał natarczywie pukać, ale i tak zawsze to ja wygrywałem. A kiedy spotykałem tę osobę następnego dnia, udawałem bardzo zdziwionego, że ktoś w ogóle wczoraj próbował zastać mnie w domu. Teatralnie wzruszałem ramionami, wykrzywiałem lekko twarz w prawą stronę i nerwowo pocierałem podbródek lewą ręką. Zawsze żałowałem, że tamtego wieczora nie było mnie w mieszkaniu, a zapalona lampkę tłumaczyłem przyzwyczajeniami z dzieciństwa. Mama, kładąc mnie do łóżka, nigdy nie gasiła światła. Nieraz, bojąc się potworów i przerośniętych smoków, krzyczałem przez sen. Paląca się, nieduża lampeczka na biurku, dodawała mi odwagi. Nie lękałem się wyimaginowanych postaci czy dużych, jadowitych pająków. Byłem bezpieczny. Oczywiście, nie opowiadałem tego wszystkiego swojemu intruzowi, który próbował wedrzeć się do mojego 34-metrowego azylu, lecz zmyślałem wówczas niesamowite historie. Raz opowiadałem o mojej znajomości i częstym, wieczornym piciu piwa z dozorcą, który zimą, codziennie o piątej rano odśnieżał chodnik pod mym oknem, a innym razem o moich potajemnych spotkaniach ze studentką - piękną, szczupłą brunetką, którą co środę widziałem w uniwersyteckiej bibliotece. Ot, kłamstwo miałem we krwi. Wówczas jednak nigdy bym nie przypuszczał, że kiedykolwiek spotkam na swej drodze kobietę, która w tej dziedzinie była znacznie lepsza ode mnie.

Kiedy wszedłem do domu, zastałem wszystko w idealnym porządku. I choć pokój mieścił się w budynku z 1986 roku, to jego wystrój nawiązywał do tego z lat 20 i 30. XX wieku. Sofa wraz z szerokimi, pikowanymi fotelami stała na środku salonu, obok niewielki, ciemnobrązowy, okrągły stolik, na którym stała porcelanowa filiżanka i kieliszek w stylu art deco. Pod oknem, po lewej stronie, umieściłem masywne biurko z litego drewna, do którego zasiadałem każdego dnia. Służyło mi nie tylko do pisania publikacji naukowych, ale także - a może przede wszystkim - do jedzenia, rozwiązywania krzyżówek i czytania codziennej prasy. Jednakże najważniejszym meblem jaki wówczas posiadałem, była ogromna z rzeźbionymi frontami półka na książki. Wszystkie ułożone były alfabetycznie, od najwyższej do najniższej. Miałem nie tylko zbiór klasyki polskiej literatury, ale także najwybitniejsze dzieła niemieckich pisarzy. Od Bertolda Brechta i Hansa Fallada, poprzez Rainalda Goetz'a, a na Friedrichu Schillerze kończąc. Włączyłem radio. ARD odtwarzało właśnie amatorskie nagranie koncertu noworocznego filharmoników wiedeńskich pod batutą Carlosa Kleiberga z ubiegłego roku. Ściągnąłem gruby sweter, dżinsy, których nogawki przemokły od zamarzającego śniegu i skarpetki, które od razu zaniosłem do łazienki. Wróciłem do pokoju i usiadłem w fotelu. Butelka czerwonego wina stała na podłodze tuż obok nogi stołu. Nalałem cały kieliszek i powoli sączyłem alkohol. Czułem, jak ogarnia całe moje ciało, jak rozluźnia mięsień za mięśniem. Było mi dobrze - tak swobodnie i radośnie.

I właśnie w takich chwilach najczęściej tęskniłem za bliskością, za zapachem ciała, za delikatnością i miękkością kobiecych włosów. Poczułem lekkie podniecenie. Zamknąłem oczy i powoli zacząłem dotykać wypukłości, jaka pojawiła się w moim kroku. Na początku robiłem to delikatnie, nie spiesząc się w ogóle. Z minuty na minutę mój oddech stawał się coraz szybszy i energiczny. Miałem wzwód. Nieopisana siła przetaczała się przez każdą tkankę mojego organizmu. Byłem jak zahipnotyzowany i całkowicie zniewolony przez biologiczną fizjologię. Byłem bliski szczytowania, kiedy coś odwróciło moją uwagę. Natychmiast podciągnąłem majtki, odsunąłem od siebie kieliszek i udałem się w stronę drzwi. Spojrzałem przez wizjer. Klatka schodowa ogarnięta ciemnością, niczego nie zdradzała. Mimo, że niczego nie widziałem, słyszałem nieznany mi głos, który, jakby szeptem, wypowiadał moje imię: „Danielu, Danielu...”. Chciałem już przekręcić klucz w drzwiach, gdy nagle ktoś zapalił światło. Klatka wypełniła się mętną, mlecznożółtą poświatą. Wysoka, pochyła postać zbliżała się w moim kierunku. Jej ociężałe kroki odbijały się echem od ściany do ściany. Usłyszałem pukanie. Mocne i intensywne. Wiedziałem, że czekanie aż sobie pójdzie, niczego nie zmieni. Myśli kołatały się w mojej głowie, a dłonie oblały się zimnym potem. Po chwili jednak zebrałem się na odwagę i nacisnąłem mosiężną, szaroburą klamkę. Stanąłem w progu swego mieszkania, zupełnie zapominając, iż właśnie paradowałem w białych slipach i czarnym, pogniecionym podkoszulku. Nieznajomym, przerażającym osobnikiem okazał się starszy, tęgi mężczyzna, który ze względu na swoją siwą i długą brodę, przypominał św. Mikołaja. Miał duże, okrągłe, niebieskie oczy, wydatne, popękane usta i gruby, czerwony od mrozu, nos. Brzuch wylewał się zza ciasnych spodni, a rozpięta kurtka eksponowała spraną, flanelową koszulę, która niezdarnie opasała jego tors. Światło żarówki wiszącej na suficie przed wejściem do mojego mieszkania wydobyło z szarości zmęczoną i smutną twarz. Gość przyglądał mi się z wielką uwagą. Czułem jak mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów.

- Pan Daniel? Daniel Maciejczyk?- zapytał łamaną polszczyzną.

- Tak, to ja. W czym mogę panu pomóc?

Nieznajomy puścił mimo uszu moje pytanie. Przecisnął się przez lukę w drzwiach, machinalnie popychając mnie w głąb pokoju. Zaczął kuśtykać po moim mieszkaniu, wszystkiemu przyglądając się badawczo, właściwie zachłannie. Nie był skrępowany ani nieśmiały. Obserwowałem każdy jego ruch. Lekko utykał na prawą nogę; był pochylony, a zmarszczki na jego czole świadczyły o nadmiarze trudów życia.

- Wojenne pamiątki z czasów dobrego wujka Fuhrera - zażartował mężczyzna, ukradkiem spoglądając na swą nie w pełni sprawną kończynę.

Śledziłem wzrokiem jego drobiazgową inspekcję pokoju, choć przewidywałem, gdzie się w końcu zatrzyma. I rzeczywiście: przybysz stanął przed hebanowym biurkiem, moją rodzinną pamiątką zdobiącą to mieszkanie od dnia, w którym się tutaj wprowadziłem. Starzec podsunął rękawy kurtki, wyciągnął z kieszeni okulary i zaczął się przyglądać książce, którą kupiłem na jednej z większych wyprzedaży w malutkiej księgarni u państwa Grunbergów. Pochylił się nad meblem tak, iż wyglądał niczym hiena, szukając kawałka padliny.

 

- Ładny mebelek – mruknął. - Swoje musiał kosztować...

- To stara rodzinna pamiątka. Ma przede wszystkim wartość sentymentalną - odparłem mocno zirytowany bezceremonialnością z jaką ów nieznajomy szacował i wartościował coś, co nie należało do niego.

Po dłuższej chwili schował okulary do lewej kieszeni spodni i spojrzał mi prosto w oczy.

- Zdaje się, panie Danielu, że mieszka tutaj od niedawna, czyż nie? Zresztą nie musi pan odpowiadać. To dla mnie bez znaczenia. Zapewne chciałby pan wiedzieć, kim właściwie jestem i co tutaj robię?

Nie zdążyłem nic powiedzieć, kiedy ten zaczął mówił dalej.

- O ile wiem, pracuje pan jako wykładowca akademicki na Uniwersytecie Johanna Gutenberga na wydziale prawa? I też, o ile mi wiadomo, jest pan Polakiem, doskonałym specjalistą i znawcą prawa rzymskiego, cichym alkoholikiem, niezdolnym do stworzenia zdrowego i trwałego związku z kobietą? Czy się pomyliłem, a może o czymś zapomniałem?

Zwlekałem z odpowiedzią, całkowicie zmieszany. Poczerwieniałem. Nie wiem tylko czy ze wstydu, czy ze złości. Miałem wrażenie, iż w czasie tych kilku minut postarzałem się o dobrych, kilka lat.

- Proszę natychmiast wyjść z mojego mieszkania - powiedziałem spokojnym i wyważonym tonem. Na ustach przybysza pojawił się uśmiech, o ile ów mało przyjazny grymas można było w ogóle nazwać uśmiechem.

- Widzę, że prawda jest trudna do zaakceptowania. Cóż… - rzekł wolno. - A „Nędznicy” to dobry wybór. Mówiąc to, spojrzał na książkę, która już na początku wizyty zwróciła jego uwagę.

- Tak, zwłaszcza że to dość unikatowe wydanie. Ten egzemplarz, jak poinformowano mnie przy jej zakupie, pochodzi z roku 1928 i prawdopodobnie należał do Marii Krystyny Habsburg. Dlatego ją nabyłem.

Gość bardziej udawał, że słucha, niż słuchał naprawdę, skupiając uwagę na nieco chropowatej strukturze lekko połyskującego blatu biurka, nie kryjąc przy tym znużenia moimi słowami.

- Dla mnie wszystkie książki są podobne, a kto je wcześniej miał to bez różnicy. W tej podoba mi się okładka. Jest ciemnobrunatna. Ładna. Chcę ją od pana odkupić. Ile mnie to będzie kosztowało? – zapytał, patrząc na moją reakcję. W ogóle go nie rozumiałem. Najpierw wszedł do mojego domu, aby pooglądać wszystkie rzeczy, jakie w nim posiadałem, potem mnie obraził, a na koniec chce odkupić starą książkę Grunbergów. To wszystko nie miało najmniejszego sensu.

- Nie jest na sprzedaż. To nie księgarnia tylko, nie wiem, czy pan zauważył, prywatne mieszkanie. Dlatego raz jeszcze proszę stąd wyjść - wskazałem ręką na frontowe drzwi, potwierdzając gestem słowną sugestię. Jego zimny wzrok spoczął na mojej twarzy. Spojrzenie przeszywało mnie od stóp do samego czubka głowy. Po chwili przestał i z trudem otworzył książkę na stronie tytułowej. Dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, że zamiast prawej ręki ma źle dopasowaną protezę. Wyjął posrebrzany długopis i zaczął coś pisać. Oddał mi „Nędzników” i odwrócił się na pięcie. Przyglądałem się, jak niezdarnie kieruje się do wyjścia. Milczałem. Gość mocno zatrzasnął za sobą drzwi. Natychmiast otworzyłem książkę i natrafiłem na stronę, na której mężczyzna skreślił własnoręcznie następujący tekst:

„Aby to, co było we mnie,

nie umarło razem ze mną.

Dla Daniela, Nina”.

***

Do końca dnia nie wychodziłem z domu. Usnąłem około północy - zamroczony winem i własnymi myślami. Wierzyłem, że jutro będzie lepsze. Prostsze, nieskomplikowane i zrozumiałe.

Ranek był mroźny i rześki. Obudziłem się z ogromnym bólem głowy. W ustach czułem metaliczny smak, a żołądek zaciskał się w rytm tykającego obok zegarka. Dzień zapowiadał się pracowicie. Wiedziałem, że nie mogę pozwolić sobie na żadne niedopatrzenie, a sińce pod zapuchniętymi od nadmiaru wina oczami kamuflowałem odrobiną pudru w kremie. O dziewiątej rozpoczynałem swój cotygodniowy wykład na temat prawa spadkowego w starożytnym Rzymie i - rzecz jasna - nie mogłem się na niego spóźnić. Dziekan Kuhle był perfekcjonistą. Mimo, że niedawno skończył sześćdziesiąt pięć lat, nadal cieszył się dobrym zdrowiem i tężyzną fizyczną, którą zapewne najbardziej eksponował w czasie intymnych spotkań z Barbarą - asystentką jednego z tutejszych profesorów. Ubrałem się w pośpiechu. Założyłem granatową marynarkę, białą, wykrochmaloną koszulę i czarne, skórzane buty. Do torby schowałem notes, kalendarz, pióro, książkę „Ius Romanium” i piersiówkę. Nie rozstawałem się z nią na krok. Nie trzymałem w niej wódki ani koniaku, jak większość. Zawsze napełniałem ją czeskim rumem. Idealnym na takie dni, jak te. Podszedłem do biurka, by wyłączyć radio, w którym teraz nadawano najświeższe informacje z kraju i ze świata. Miałem już je odłączyć od prądu, kiedy spojrzałem na ciemnobrunatną książkę. Dla upewnienia się, że wczorajszy gość był tylko pijackim wytworem mojej chorej wyobraźni, otworzyłem stronę tytułową. Zaniemówiłem. Po raz kolejny, jak ogłupiały wpatrywałem się w starannie napisaną dedykację. „Nina…”- powtarzałem to imię jak we Freudowskim transie. Idąc na uczelnię. nie myślałem o niczym innym, jak tylko o niesamowitej wizycie opieszałego starca. „Kim on był? Kim była Nina?!”

Przez kolejne dni żyłem tak, jakbym w ogóle nie istniał. Boże Narodzenie minęło niezauważenie, podobnie zresztą, jak pierwszy miesiąc Nowego 1991 Roku. W telewizji w kółko debatowano o zaletach ubiegłorocznego zjednoczenia Niemiec, o rozpoczętych militarnych działaniach w Zatoce Perskiej i o 15 zabitych na ulicach żydowskiego Tel Awiwu. I choć polityka nigdy wcześniej mnie nie interesowała, to jednak z wielkim zaangażowaniem i regularnością - każdego wieczoru - zasiadałem z butelką wina przed telewizorem. Bardzo żałowałem, że nie odbierałem w Moguncji polskiego programu. Z tego powodu miałem dość duże zaległości w bieżących wydarzeniach, jakimi wówczas żyła cała wolna Polska. Nie widziałem noworocznego przemówienia prezydenta Lecha Wałęsy ani powołania rządu na czele z Janem Bieleckim. O wszystkim głównie dowiadywałem się z prasy lub z listów, jakie dostawałem od matki. Czasami pisała:

„Synu, my z ojcem jakoś dajemy radę, mimo, że obniżyli nam pensję na Uniwersytecie (…) Teraz prezydentem został Wałęsa. Liczymy, że wszystko zmieni się na lepsze. Twój ojciec strasznie go krytykuje, ale ja w głębi serca wierzę, że niedługo Polska dorówna Europie i Zachodowi w ogóle. Nie wiem, czy słyszałeś o tej katastrofie śmigłowca w Bieszczadach, w której zginęło prawdopodobnie aż 10 policjantów (…)?”

Styczeń minął bardzo szybko. W lutym, na kilka dni, przyleciałem do Warszawy. Odwiedziłem dawnych znajomych, poszedłem do Opery Narodowej i na wystawny obiad do babci - matki mojego ojca, która- mimo swych 88 lat - miała się całkiem dobrze. Przez chwilę udało mi się nawet zapomnieć o irracjonalnych wydarzeniach, o nieznajomym w moim domu i o tajemniczej dedykacji z podpisem „Nina”. Wszystko to jednak trwało zbyt krótko, bym całkowicie skupił się tylko na bieżących wydarzeniach. Czasami zadawałem sobie pytanie, czy ja przypadkiem nie zwariowałem? Może cierpiałem na rozdwojoną osobowość albo dalece zaawansowaną schizofrenię? W takim przekonaniu żyłem jeszcze kilka tygodni, do czasu, w którym po powrocie z Polski, kupiłem gazetę. Czytałem ją każdego dnia. Strona po stronie. Zawsze rozpoczynałem przeglądanie prasy od końca. Najpierw z uwagą śledziłem tabelę z wynikami meczów koszykówki (kibicowałem oczywiście NBA), potem przechodziłem do światowych wydarzeń gospodarczych, a na samym końcu czytałem o politycznych doniesieniach. Wcześniej nigdy nie zwracałem uwagi na kolumnę z ogłoszeniami, ale tego dnia było inaczej. W górnym lewym rogu na żółtym tle i w czerwonej ramce dostrzegłem treść: „Nina, tel. 432769005”. Nie wierzyłem własnym oczom. Pospiesznie wyciągnąłem notes i z drżącą ręką zapisałem numer telefonu. W pierwszej chwili od razu chciałem chwycić za słuchawkę, wykręcić rząd cyfr i powiedzieć jej, że to ja, ten od „Nędzników”. Tak wiele miałem pytań, tak wiele niedopowiedzianych myśli i słów. Dopiero po upływie kilku minut zdałem sobie sprawę, że dzwonienie do niej nie ma najmniejszego sensu. Cóż właściwie chciałem jej powiedzieć? Nigdy jej nie widziałem, a poza tym może to wszystko sobie zmyśliłem, by wypełnić pustkę, jaką odczuwałem od dłuższego czasu? Musiałem się napić...

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?