Dziadek Władek. O Broniewskim, Ance i rodzinie

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Ewa Zawistowska, 2019

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

Archiwum rodzinne autorki (w zbiorach Muzeum Władysława Broniewskiego)

Zdjęcia w tekście

Archiwum rodzinne autorki

Archiwum Marii Broniewskiej Pijanowskiej

Muzeum Władysława Broniewskiego

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Wydawca specjalne podziękowania kieruje

do pani Krystyny Pytlakowskiej.

Redakcja

Michał Koźbiel

Korekta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8169-839-9

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Warszawa 2019

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Czyś ty naprawdę była?


Przez większość życia nie uświadamiałam sobie zbyt jasno, że poeta Władysław Broniewski oraz mój dziadek Władek to ta sama osoba.

Dziadek prywatny to był ktoś, kogo znałam i pamiętam.

Dziadka Poetę wytaczano w mojej szkole na scenę w charakterze pomnika z brązu z okazji święta 1 Maja albo kolejnych rocznic rewolucji październikowej.

Nie lubiłam i nie rozumiałam jego serwowanych w szkole podstawowej wierszy. Nie przemawiały do mnie cela Ludwika Waryńskiego, piece Magnitogorska ani most Poniatowskiego. W domu lubiłam czytać przetłumaczone przez dziadka bajki Czukowskiego z ilustracjami Olgi Siemaszkowej.

Anka, córka Broniewskiego, była moją mamą. Umarła nagle, w niewyjaśnionych do końca okolicznościach, 1 września 1954 roku. Dwa tygodnie przed moimi szóstymi urodzinami. Miała 24 lata (do skończenia 25 zabrało jej trzech miesięcy). Nie mogłam poradzić sobie z bólem. Zapomniałam mamę jako mamę. Została postać literacka – Anka (dziadek ją kochał tyleż wielką co jedyną wierną miłością) – tytułowa bohaterka tomiku siedemnastu wierszy Broniewskiego, zwanych współczesnymi trenami, które powstały po jej śmierci.

Nie czułam się wnuczką znanego poety. W dzieciństwie nikt mi nie uświadomił, że dziadzio Władzio jest sławny. W szkole nie podobał mi się sposób, w jaki był sławny. Bawiłam się z mieszkającymi w okolicy dziećmi, miałam przyjaciółki i to był mój świat.

Wychowywałam się w domu babci Jasi, czyli Janiny Broniewskiej, pierwszej żony Broniewskiego, matki Anki.

Wszyscy w rodzinie mówili na mamę Anka. Kiedy umarła, zaczęłam – z czasem – też tak mówić.

Po śmierci dziadka w 1962 roku jego prywatny obraz stopniowo zaczął mi się zamazywać. Został poeta Broniewski. Znałam już wtedy jego liryki. Niektóre na pamięć. Ale – choć pełno w nich osobistych przeżyć i faktów – słabo kojarzyły mi się z własnym życiem, z rodziną, z mamą…

Mama i dziadek odrealniali się coraz bardziej.

Ich powrót do świata rzeczywistego zaczął się od tomiku Anka, który z dedykacją „Matce naszego najukochańszego dziecka, tego dziecka ojciec” leżał u babci na półce przy fotografii Anki. Zaglądałam czasem do tych wierszy. Kiedyś natknęłam się na fragment, który trafił w to, co sama czułam:

Na Powązkach ośnieżona mogiła,

brzozy coś mówią szelestem…

Powiedz, czyś ty naprawdę była,

bo ja jestem…

Właśnie: „czyś ty naprawdę była…”

Że była na pewno, udowodniło mi zdjęcie (to umieszczone na okładce). Zostało zrobione w kwietniu 1954 roku, czyli pięć miesięcy przed jej śmiercią. Dziadek, mama i ja z kokardą. Siedzimy na schodach frontowych domu przy Dąbrowskiego 51 w Warszawie. Dziś tam jest Muzeum Broniewskiego. Uświadomiłam sobie, że pamiętam znakomicie tamten dzień. Że to się działo naprawdę. Nareszcie udało mi się dziadka i mamę odzyskać, uprywatnić i połączyć w jedną całość z Anką i Poetą.

Bawiłam się w kącie ogrodu dziadka, kiedy podbiegła mama i mówi: „Chodź szybciutko, przyjechał pan, który zrobi nam zdjęcie”. Jęknęłam: „Najpierw muszę rozwinąć pończochy” (zrolowałam je w obwarzanki przedszkolnym zwyczajem, bo w dziadka ogrodzie było gorąco). Mama rzuciła okiem i powiedziała: „Nie ma czasu, może tak zostać”. Podała mi rękę i popędziłyśmy na schody od frontu domu. Na zdjęciu minę mam zawstydzoną, bo cały czas przeżywam te nieelegancko zrolowane pończochy. Mama natomiast pochyla się i próbuje obciągnąć moją krótką spódniczkę. Ale i tak na zdjęciu widać wystające spod spodu majtki. Zapewne ta fotografia dziadka z rodziną miała być – jak większość pozowanych zdjęć – nobliwie poważna. Wyszła niesforna, czyli prawdziwa.

Niesforny jest też wierszyk o mnie ze wspólnych wakacji w 1950 roku w Ustce:

Drabina,

Ewa się wspina.

Doszła do połowy,

popatrzcie no się:

dłubie w nosie.

Dlaczego?

Nie powiem tego.

Dziadek umieścił wierszyk na odwrocie kartki noszącej ślady jego „męki twórczej” przy kolejnej nieudanej próbie napisania przedmowy do wydania Majakowskiego (dla wydawnictwa Prasa Wojskowa). O tej przedmowie wspomina wcześniej w liście do Anki, że „od dawna kością mu stoi w gardle”. Tragikomiczna ta kość:

Włodzimierz Majakowski jest pisarzem, którego śmiało możemy postawić w jednym szeregu z takimi pisarzami jak Adam Mickiewicz, jak Aleksander Puszkin, jak Lew Tołstoj. Wszyscy ci pisarze żyli we wcześniejszej epoce i nie mogli tak jak on być aktywnymi pisarzami socjalistycznymi.

W listach i na zdjęciach mam więcej tej naszej dwustronnej, publiczno-prywatnej rodzinności. Ona nie zawsze była tak śmieszna jak na kawałku maszynopisu z wierszykiem na odwrocie albo tak pogodna jak na fotografii ze schodów domu przy Dąbrowskiego, gdzie dziadek jest trzeźwy, a mama uśmiechnięta, ale prawdziwa była – na pewno.

Archiwum rodzinne zapakowane w dwie skrzynie trafiło do mnie po śmierci babci Jasi. Listy babka pieczołowicie układała i przewiązywała wstążeczkami.

Skrzynię (później już jedną – z listami, zdjęciami, dokumentami i paczuszką książek, w których były dedykacje) zabrałam ze sobą, przeprowadzając się do Grecji.

Stała długo nieruszana, z zatrzaśniętą wewnątrz rodzinną przeszłością i zapomnianym dzieciństwem. Powinnaś coś z tym zrobić, orzekły moje dorosłe dzieci. Najlepiej napisz. Później już nikt się w tym nie połapie.

„Później”, hm… babka mówiła „po najdłuższym życiu”. No dobrze, ja dla dzieci zrobię wszystko, choćby skrzynia po babce miała okazać się puszką Pandory.

Bo dzieci i wnuki ludzi uwikłanych w komunizm najczęściej nie chcą do tych czasów wracać. Też tak miałam. Teraz racjonalizuję, że przynajmniej dowiem się, jaka była moja zapomniana mama; jaki ojciec, którego pamiętam, ale z czasów późniejszych; co dziadek wtedy robił i myślał; jaka była babcia Jasia w roli matki i babki. Że właśnie po to wracam do stalinowskich czasów, które przesiedziałam w przedszkolu i z których niewiele pamiętam.

W kopertach z połowy ubiegłego wieku tkwią opisy życia rodziny, wtedy prominentnej, zaangażowanej w budowę komunizmu. To była pierwsza połowa lat 50. Broniewskiego ówczesna władza nosiła na rękach i dopieszczała, jak mogła. Zawłaszczyła sobie tę część jego twórczości, która pasowała do obrazu „proletariackiego poety”, wycinając starannie przeszłość legionową, pobyt w sowieckim więzieniu i przynależność do armii Andersa. Domagała się też nowych wierszy, zagrzewających do „budowy socjalizmu”, i hojnie je wynagradzała.

Ostatnimi czasy trwa mozolne przetaczanie Broniewskiego z szufladki „poeta rewolucyjny ” do szufladki „poeta żołnierz i patriota”. Tymczasem – jakby na przekór – listy w moim archiwum wywołują powojenne upiory z wierszem o Stalinie włącznie. Trudno, to też Broniewski… Może – zamiast go ideologicznie ćwiartować – zostawić mu jedną, acz niejednolitą szufladę.

Dziadek, mimo wyraźnie deklarowanych lewicowych i komunistycznych sympatii, nigdy – ani przed wojną, ani po wojnie – nie należał do partii komunistycznej. Należała za to do niej babcia Jasia. W latach 50. była legendarnym strasznym sekretarzem ZLP, wierzącą komunistką, która do końca życia nie zmieniła politycznych poglądów.

Mama Anka – reżyser dokumentalista – i mój ojciec Stefan Kozicki – dziennikarz reporter – jak większość twórców ich pokolenia ulegli powojennemu komunizmowi. Nie tworzyli spektakularnych produkcyjniaków. Wyjechali w 1949 roku na dwa lata do Paryża. Mama na studia reżyserii filmowej w IDHEC, ojciec jako pracownik polskiej ambasady. Ja zostałam u babci Jasi.

Najwięcej listów pochodzi z tego właśnie okresu, bo co tydzień wędrowały w obie strony sprawozdania z rozdzielonego terytorialnie rodzinnego życia i z rozwoju zostawionego w kraju dziecka (czyli mnie). Dziadek też w tej wymianie listów uczestniczył.

Ruszam zatem na wyprawę w głąb powiązanych staroświeckimi wstążeczkami spłowiałych kopert, w których są oni wszyscy – zatrzymani w odległych stalinowskich czasach. Tacy, jacy byli wtedy. Zwykli, codzienni, prywatni. W rolach ojców, córek, matek, dziadków.

Jak mieszkali, pracowali, spędzali wakacje. O czym myśleli, w co wierzyli. Jakie mieli problemy i kłopoty.

Jest o dziadka alkoholizmie, o Słowie o Stalinie. O tym, jaka była prywatnie babka komunistka, u której się wychowywałam. O Paryżu moich rodziców. O ich małżeństwie, o mnie, o chorobie mamy. O pracy z dziadkiem nad filmem Wisła. O romansie z Bohdanem Czeszką. O okolicznościach śmierci mamy i o życiu rodzinnym potem…

 

Jeśli ktoś chce się ze mną na tę wyprawę zabrać – zapraszam.

1947–1948


Anka i Stefan

Poznali się w 1947 roku w redakcji powstającego właśnie miesięcznika „Po prostu”. Siedemnastoletnia Anka, która studiowała jednocześnie socjologię na UW i dziennikarstwo na Akademii Nauk Politycznych, została skierowana do „Po prostu” na staż. Pełnił tam funkcję sekretarza redakcji i zarazem redaktora technicznego Stefan Kozicki – starszy od niej o 6 lat – dziennikarz oddelegowany z „Walki Młodych”.

Nie wiem, czy to była miłość od pierwszego wejrzenia. Wiem tylko, że pierwszy numer „Po prostu” wyszedł 1 lipca, a 17 lipca mama wyjechała na wakacje do Sopotu i napisała tak:

Stefan!

Te dwa czy trzy tygodnie przed moim wyjazdem z Warszawy wydają mi się jakieś zupełnie nierealne i nieprawdopodobne. Bardzo się boję, że wygram we wrześniu te dwie tabliczki czekolady – i to nie z mojej winy [założyli się na początku znajomości, że to z nich dwojga, które pierwsze się wycofa, funduje dwie tabliczki czekolady – opowiadał mi ojciec – przypis ten i kolejne EZ].

Mówiłeś, że przyjedziesz w środę, tzn. pojutrze, ale przecież właśnie w środę masz jechać do Łodzi łamać numer, a potem wyjeżdżasz do Pragi. Cholera jasna. Ale jednak postaraj się przyjechać – bardzo mi na tym zależy. Nie wiem, co z tym wyjazdem do Francji [Anka złożyła podanie do Ministerstwa Oświaty o wyjazd na letnie kursy językowe na Sorbonie], ale nie przypuszczam, żeby coś z tego było. W takim razie co robimy z drugą połową sierpnia? Daj znać, jakie masz plany.

Ciekawa jestem, jak tam w redakcji i „we w ogóle”. Czy kupiłeś maszynę, co z numerem itp. Jeżeli nie chcesz pisać o sprawach osobistych, to napisz przynajmniej o urzędowych. Wszystko jedno zresztą o czym, ale napisz.

A Stefan Kozicki, siedząc w Warszawie, pisał tego samego dnia do Anki żartobliwie aluzyjną epistołę na papierze z odręcznie narysowanym nagłówkiem „Redakcja «Po prostu», Dworkowa 3. Nasz znak…” – Tu widnieje fakir, który zamiast węża zaklina unoszącą się zalotnie w górę warszawską syrenkę.

Szanowna Koleżanko

List piszę już cztery dni.

Maszyny do pisania nie kupiłem, bowiem fundusz stypendialny zmniejszył się do nieprzewidzianych w żadnym rozporządzeniu rozmiarów. Wskutek tego, nie chcąc narażać na obniżenie prestiżu tak poważnego ciała redakcyjnego, jakim jest grupa „Po prostu” (po prostu grupa?) (po prostu grypa?) (kompleks Edypa), stylem Gałczyńskiego: jednego! cyk!

Więc siedzę, czytam i jestem trochę zły. Z wielu powodów. Bo na przykład Arnold Słucki ani rusz nie chce zrozumieć, że cytat z przemówienia Togliattiego – w polemicznym artykule z OMTUR – wcale nie jest potrzebny w momencie, kiedy mówi się o „naszym obliczu”. A na to Majewski (major) mówi: zmień artykuł Arnolda, a jak będzie burczał, to go wsadzimy na dwa dni (dyscyplina organizacyjna, która, jak określił Lenin – polega na zrozumieniu słuszności tzw. linii).

Gdyby któreś z moich wnucząt albo ich rówieśników przez nieuwagę oraz pomyłkę zajrzało do tej książki, a nawet bohatersko dobrnęło aż do tego miejsca, powinnam na ich użytek wyjaśnić nazwiska oraz skróty. Chociaż, paradoksalnie, właśnie dla młodszych roczników nie ma sensu umieszczać przypisów, bo – jeśli coś młodych zainteresuje – i tak sobie wygooglują, i będą wiedzieli, że Arnold Słucki to „polski poeta, prozaik i publicysta, 1920–1972”, Togliatti – „włoski polityk i antyfaszysta, przywódca włoskich komunistów”, zaś OMTUR to „Organizacja Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego związana z PPS, istniejąca od 1926 do 1936, reaktywowana w 1944, w 1948 weszła w skład ZMP”. No i tylko tego majora od „dyscypliny organizacyjnej” nie znajdą. Utonął w odmętach historii.

Wracając zaś do listu Stefana:

A co do życia mojego post Joanna …… (szkoda, że zapomniałem, jak jest odjazd po łacinie) – powiedział mi ktoś niedawno:

– Dlaczego jest pan sam?

– Sam nie jestem. Ze mną jest ktoś.

– Jak to (z przerażeniem ogląda się) – jest pan sam.

– Nie, jest ktoś ze mną.

(złożył to na karb wódki)

Dziwisz się metafizyczną wstawką? Nie dziw się. Sam się dziwię: „skąd to u mnie ?” – zdziwił się uczony przyrodnik z filmu „Podrzutek”, który to film mieliśmy zaszczyt oglądać w TPPR.

Piękne jest tegoroczne lato – prawda? Noce ciepłe. Ćma, która kołuje wokół lampy, wydaje się być uciekinierem z czarnej, otaczającej krąg światła nocy. Całe szczęście, że ludzie wymyślili lampy.

Zakończenie zgoła leninowskie. Socjalizm i elektryczność!

Całuję Twój pyszczek

Stefan

Jak wyglądał pyszczek, widać na fotografii, którą Anka podarowała Stefanowi z dedykacją: „Czcigodnemu szefowi. Anka. 12.07.1947”.

25 lipca odpisała:

„Lepiej późno niż nigdy” – jak powiedział staruszek, wracając z pogrzebu żony. […] Bardzo żałuję, że nie zostałam w Warszawie – i to nie tylko dlatego, że nie zobaczę festiwalu w Teatrze Polskim. Z Twojego listu wynika, że nie zamierzasz przed wyjazdem do Pragi zawitać na tzw. Wybrzeże, więc chyba jednak to Ty kupisz mi we wrześniu dwie tabliczki czekolady…

A 28 lipca przyszło do Anki zawiadomienie: „W związku z przyznaniem Obywatelce stypendium rządu francuskiego proszę o natychmiastowe zgłoszenie się do Ministerstwa Oświaty”.

No i 31 lipca pojechała do Paryża.


Anka – Czcigodnemu szefowi, 12.07.1947

Omladinska Pruga

Wyjazd na paryskie stypendium był konsekwencją pobytu szesnastoletniej Anki rok wcześniej przez sześć tygodni w Jugosławii z młodzieżową brygadą budującą tam drogę zwaną Omladinska pruga (czyli dziewięćdziesięciodwukilometrowy szlak kolejowy, przy którym pracowały grupy młodzieży z Jugosławii i innych europejskich krajów). Taki ówczesny wolontariat. Na listę paryską Anka trafiła w następnym roku niejako automatycznie.

Z budowy drogi napisała do swojego ojca:

Omladinska pruga 154, 26 lipca 1946, Bricko-Banovici/Bośnia

Władek! (Czcigodny Ojcze)

„…Dzień nam roboczy nastał.

Młot niesiemy, kilof i łom…”

[Anka cytuje fragment wiersza Robotnicy z pierwszego tomiku Broniewskiego Wiatraki wydanego w 1925 roku].

Ta zwrotka najbardziej pasuje do mojej obecnej sytuacji… Sześć godzin dziennie budujemy nasyp kolejowy. Robota jest raczej ciężka, ale ja się na razie trzymam bodajże najlepiej ze wszystkich dziewcząt. A nawet jeśli jest ciężko – nie żałuję, że pojechałam.

Kraj jest zupełnie nowy, nieco egzotyczny (kobiety w kwefach, kurne chaty, niesamowite upały i kukurydza do znudzenia)… Pracuje tu około 15 tysięcy młodzieży z najróżniejszych stron. Jest brygada grecka, bułgarska, rumuńska, albańska, włoska, francuska, no i polska.

A 10 sierpnia do matki i reszty rodziny:

Nasza brygada ma 104 osoby, 9 namiotów, 3 psy i głupiego komendanta. Pracujemy 6 godzin na dobę (od 4 rano do 10 – ze względu na 60-stopniowe upały w dzień) przy budowie nasypu kolejowego. Warunki więcej niż prymitywne – sypiamy na słomie w namiotach, za łazienkę służy nam górska rzeczka w odległości ok. 1 km. Kurz, upał, muchy, brak opieki sanitarnej, obrzydliwy klimat – w dzień upały trudne do zniesienia, w nocy zimno, jak u nas w październiku. […] Tęsknię już bardzo do łazienki, czystego łóżka, fryzjera, talerzy i widelców itp. drobnych przyjemności życia ludzi cywilizowanych […].

Błogosławię skórzane buty z cholewami, które zabrałam na ten wyjazd. Chodzę w nich do roboty i wszędzie, gdzie się da – na kurz i glinę są idealne. Poza tym będę wzbudzała po powrocie ogólną sensację, bo dzięki tym butom mam nogi opalone do pół łydki, co nieco oryginalnie wygląda. Tylko obawiam się, że do Warszawy przywiozę strzępki skór albo w ogóle nic – bo strasznie się tu rzeczy niszczą. Z forsą też jest ciężko, tzn. w ogóle jej nie dostajemy – więc jedyną pamiątką, jaką mogę Wam przywieźć, jest grudka gliny z „Omladinskiej prugi”. Jestem tu kompletnie odcięta od świata. Co się dzieje w Polsce i w naszej szanownej a licznej rodzinie? Co z Marysią, gdzie Władek, Majka? Czy Romek [Gadomski] już przyjechał? Co u Was nowego? Czy już przeprowadziliście się? Czy z dworca mogę walić prosto na Lenartowicza 15?

Powiedzcie Wernerowi [Henrykowi, dziennikarzowi], że jestem mu naprawdę wdzięczna za pomysł wyjazdu na tę „prugę” i choć jest mi bardzo ciężko – nie żałuję, że przyjechałam.

Całuję Was wszystkich bardzo serdecznie, dziwni ludzie jeżdżący tramwajami i kąpiący się w wannie.

Wasza brudna i zakurzona

Anka

Paryż w sierpniu 1947

Z wanny i innych cywilizacyjnych wynalazków Anka mogła korzystać do woli rok później na letnich kursach językowych w Paryżu. Pierwsze paryskie sprawozdania wysłała trzy: do swojego ojca, do matki Janiny – a właściwie całej rodziny, mieszkającej wtedy w domu na Lenartowicza – i do Stefana Kozickiego, o którego istnieniu rodzina jeszcze nie wiedziała. Listy są bardzo podobne, więc zacytuję je hurtem. Różnią się głównie początkiem.

Do Stefana:

Stef (6 sierpnia)

Jak widzisz – dotrzymuję słowa – miałam podać Ci adres. List możesz traktować jako dodatek do adresu […].

Wiesz, całą drogę nie mogłam się pozbyć redakcyjnych kłopotów. Co z budżetem, a właściwie rozliczeniem za czerwiec i – co gorsza – lipiec? Naprawdę sumienie mnie gryzie, że to wszystko „niefrasobliwie” zwaliłam na Twoją głowę. Ale we wrześniu wezmę się solidnie do roboty – naprawdę.

Kiedy i czy w ogóle jedziesz do Pragi? Jeżeli tak, to koniecznie napisz do mnie przed wyjazdem i przyślij mi adres Julii Hartwig [Julia Hartwig, wtedy dziennikarka i początkująca poetka, pojechała do Francji w 1947 roku ze swoim pierwszym mężem Zygmuntem Kałużyńskim i pracowała w Ambasadzie RP w Paryżu do początku roku 1950] i lipcowy numer „Po prostu”.


Stefan czytający „Po prostu”

Do matki i reszty rodziny na Lenartowicza:

Rodzino Kochana (8 sierpnia)

List jest do Was wszystkich [Wtedy w domu babki przy Lenartowicza na warszawskim Mokotowie mieszkali również: matka Janiny, a Anki babcia – Jadwiga Weissenburgowa, partner życiowy Janiny generał Leon Bukojemski, czyli wg nazewnictwa rodzinnego po prostu mąż, oraz Anki przyrodni brat, 7-letni Staś Gadomski, syn Romka Gadomskiego, przedwojennego partnera, czyli męża Janiny]. Jestem już 5 dzień. Permanentnie zmęczona i permanentnie głodna, a mimo to strasznie się cieszę, że tu jestem.

Do swojego ojca:

Władeczku Kochany (13 sierpnia).

Tyle mam wrażeń i „sensacji” – że naprawdę nie wiem, od czego zacząć. Najlepiej od początku – prawda? Otóż początek – to był Gare de L’Est w dzielnicy la Chapelle – ten właśnie dworzec, gdzie Ty przed dwudziestu pięciu laty byłeś tragarzem.

Mieszkamy w Cité Universitaire, naprzeciwko parku Montsouris – właściwie na takim paryskim Żoliborzu. Cité – to spore miasteczko studenckie z przeszło trzydziestoma pawilonami, własną pocztą, szpitalem, stołówką – ba, nawet basenem – i kortami tenisowymi. Mimo wakacji jest tu masa studentów – dosłownie z całego świata, bo i Murzyni, i Chińczycy, Egipcjanie itp. egzotyczne typy, nie mówiąc już o Europejczykach. Inna rzecz, że dogadać się z nimi trudno – nie ze względu na język, bo z francuskim daję sobie zupełnie dobrze radę – a tzw. politykę. Wszyscy oni – z wyjątkiem tylko Murzynów i Indochińczyków – wierzą święcie, że Polska jest okupowana przez Rosjan, i w żaden sposób nie można im tego wyperswadować.

Zaś o Paryżu, tak jak o zieleni – „można nieskończenie”. Zwiedziłam już sporo rzeczy – pięknych, tylko ciekawych, a nawet i „oklepanych” – może za dużo jak na jeden tydzień i dlatego nie bardzo jeszcze wiem, co o tym wszystkim myśleć, taki mam natłok i mętlik we łbie.

W każdym razie te oficjalne wspaniałości – różne tam Eiffle, Etoile i Concordy nie bardzo mi imponują. Wolę małe uliczki, rybaków i bukinistów nad Sekwaną, i czarujący „Boul-Miel”…

 

Kursy w Sorbonie, na które nas skierowano, skończyły się trzy dni temu, czyli że przyjechaliśmy na gaszenie świec.

W liście do Stefana dodała:

Ale to nic dziwnego – ostatecznie nasze kochane Ministerstwo Oświaty istnieje po to, żeby wystawiać studentów do wiatru – widzisz – ja też zaczynam być antypaństwowa.