Greenpoint

Tekst
Z serii: Amerykańska
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dynamitersi, 420 Manhattan Avenue

Wiosną otwiera się wielki most nad East River. Łączy on Brooklyn i dzielnicę Lower East Side na Manhattanie, lecz przede wszystkim stanowi dowód wyższości myśli inżynierskiej nad żywiołem. Trwająca czternaście lat budowa mostu Brooklińskiego okupiona jest śmiercią kilkudziesięciu robotników, przede wszystkim irlandzkich i włoskich. W końcu z plątaniny żelaznych umocnień i pylonów wyłania się cud architektury i techniki. Po raz pierwszy nie tylko Nowy Jork, ale i Brooklyn są na ustach całego świata.

Jeśli chodzi o Brooklyn – nie tylko z powodu pięknego mostu.

Thomas Gallagher przypływa na Greenpoint w 1868 roku. Za ocean – jego, brata Michaela, siostrę Jane i matkę – wypycha bieda po śmierci ojca. Wszyscy trafiają do odlewni żelaza. Thomas jest ambitny, po pracy studiuje medycynę i z sukcesem otwiera gabinet w mieszkaniu przy Manhattan Avenue. Pacjenci mówią: melancholijny, ale silnej postury, budzi zaufanie. W przeciwieństwie do brata, który zapuszcza korzenie w barach, Thomas wspiera matkę i siostrę. Nie omija mszy u Świętego Antoniego. Mówi, że pasjonuje go nauka. Wczesną wiosną 1883 znika i słuch po nim ginie – aż do 6 kwietnia, kiedy policjanci londyńskiego Scotland Yardu dokonują aresztowania czterech mężczyzn, którzy mają przy sobie materiały wybuchowe wystarczające do skonstruowania wielkiej bomby. Są Irlandczykami. Najstarszy z nich podaje się za lekarza, młodsi za studentów medycyny. Mówią, że chcieli wysadzić Westminster, ale ponieważ był zbyt dobrze chroniony, szukali innego ważnego celu. Następnego dnia wychodzi na jaw, że najstarszy nazywa się Gallagher; zanim przypłynął do Londynu, szkolił młodzież, jak budować bomby.

Ślady spisku prowadzą do Bractwa Fenian, zafascynowanych dynamitem irlandzkich bojowników. Chcą wysadzić w powietrze zaborcze imperium brytyjskie i zbudować na jego gruzach niepodległą Irlandię. Dążą do tego, by w tanie i łatwe do wykonania bomby wyposażyć zwerbowanych na obczyźnie robotników. Wynalazek Alfreda Nobla z 1866 roku wydaje się im najlepszym narzędziem do osiągnięcia celu[17].

Autorami konceptu bomb codziennego użytku są uchodźcy polityczni Jeremiah O’Donovan Rossa i Patrick Crowe. Swoją kampanię zaczynają około 1880 roku. W irlandzkich dzielnicach Nowego Jorku i Brooklynu nacjonalizm można wzniecić jedną zapałką, także wśród urodzonych w Ameryce. Powstają gazety, które wzywają do zbrojnych akcji. Najpopularniejsza nazywa się po prostu „Dynamite Monthly”. Rok później to między innymi amerykańscy wyznawcy Rossy podkładają przemycone ładunki wybuchowe w Liverpoolu, Londynie i Salford.

Ich centrum logistyczne znajduje się na Greenpoincie. W czerwcu 1882 roku brytyjskie służby konsularne informują, że fenianie z Nowego Jorku uczęszczają na regularne szkolenia z konstrukcji bomb. Oprócz zajęć praktycznych rewolucjoniści z Nowego Jorku i okolic organizują cykl wykładów pod wspólnym tytułem Nauka w służbie wyzwolenia Irlandii. Odbywają się między innymi przy York Street w Nowym Jorku, w istocie są kolejną okazją do opowiadania o dobroczynnych skutkach dynamitu. Przedmowę daje O’Donovan Rossa, a techniczne instrukcje – profesor Mezzeroff, samozwańczy konstruktor i megaloman z Brooklynu. Skarży się, że wygnano go z kraju, bo nie skłonił się przed królową Wiktorią. Na wykładach można się dowiedzieć, że najlepsza bomba ma „prostą zewnętrzną obudowę z blachy o powierzchni około dziesięciu cali kwadratowych; zapalnik zawiera mechanizm zegarowy, który w ustalonym czasie uwolni nóż, ten przetnie linkę i pozwoli spaść sprężynce na kapiszon, powodując eksplozję”. Wykłady służą jednak przede wszystkim zbieraniu funduszy na walkę narodowowyzwoleńczą. Chwilę po pierwszym meldunku służb konsularnych imperium wysyła na Greenpoint swoich szpiegów.

Brooklińska prasa komentuje działalność dynamitersów w tonie pobłażliwym – aż do kwietnia 1883 roku, kiedy Gallagher z Manhattan Avenue trafia na czołówki gazet w Stanach, Anglii, Kanadzie i Australii. Być może on sam uważa się za samotnego wilka, ale jeden z jego uczniów należy do Bractwa Fenian, drugi zgadza się na współpracę z policją kilka godzin po aresztowaniu, a trzeci jest od dawna tajnym agentem policji. Czwarty zaś nazywa się Tom Clarke i w Wielkanoc 1916 roku jako jeden z liderów poprowadzi w Dublinie powstanie przeciwko Brytyjczykom.

Kiedy sąsiedzi Gallaghera załamują ręce nad osamotnioną starą matką doktora, na Greenpoincie zaczyna się kolejna rewolucja.

Antoni:

Ja, Antoni, urodzony w Polscze 1876 roku pod zaborem Rosijskim byłem trzecim synem w Rodzinie, było nas 5 i jedna siostra na gospodarstwie 36 morgowej z polem i pastwiskiem na drobnych zagonach blisko stacji kolejowej Łapy. Starsi Bracia chodzili na robotę, w domu się stołowali. Zacząłem na gospodarce od pasienia giensi. Za kilka lat starszy brat miał iść do wojska a ja miałem zastąpić jego i przy ojczu pomagać, jakem się bał tysiącze paciorki odmawiał, żeby mi się robota darziła, żebym nie robił z Ojcem, któregom się bał, bo bił i mścił się strasznie.

Tez wzięli mnie do Petersburga.

Po roku wziął mnie młody oficer na posługę, ale znienawidziłem te czarską służbę. Po 4 latach wróciłem do domu tam było źle a jeszcze młodszy brat już w 19 roku też był następujący do wojska i nam dwom nie było wiele do roboty.

Było już kilku chłopaków w Amerycze z naszej wioski, ale niktowy czenta nie przisłał rodzinie. Piszali, że im dobrze, ale że muszą ciężko pracować, że chłop robi za konia a koń za diabła.

Napisałem list do jednego kolegi, on przisłał karte okrentowo, naradziliśmy sie, że on jako nastepujący do wojska pojedze do Ameryki, jak bendze dobrze to zostanie, jak nie to powróci, no i przesło 2 lata nie przisłał ani grosza.

Wybuchła wojna Rusko Japońska. Zaczęli powoływać wysłużonych żołnierzi.

Ja wiedzonc jak w pokojowy czas obchodzą się z żołnierzamy i to pod bokiem Czara Batuski, to czo dopiro na wojnie czeka i czas się zaczęło w Polscze ruszać przeciw rzondowi, zaczeliśmy dostawać Gazetki z zagranicy, w ten czas zaczela się uciecka gromadnie do Ameriki.

Zapłaciwszy żidowi Agentowi 115 Rubli za czało podróż wyruszyłem w podróż w grudniu 1905 roku z Łap do Ostrołenki z kosykiem dla niepoznania ze jedze się w dalszo podróż. W Ostrołencze u Zida na przedomu zebrało się nas 30, za jaką chwilę prziśli strażnicy nas aresztować jako uciekinierów. Żidostwo się krenciło, żeby jako uwolnić. Ale nie, musieliśmy iść pod eskorto żołnierzi do arestu. Tam odebrali nam wszystko pieniadze jakie kto miał nie zasyte gdze w ubraniu paska i wpakowali nas po 15 do jednej czeli, na drugi dzień dali herbaty, chleba, zupę i siedz. Na trzeci dzień zawołali do kanczelarij i nas z pow. Mazowieckiego 16 ze stróżamy odprowadzili, tam znów do Zyda w nocy. Ten zbudził pisarza i stróża, przynieśli wpisowe ksiąnski, ten wszystko załatwił i nazad w podróż.

Jeszcze tegoż dnia wyrusyliśmu do granicy z Ostrołenki. Zebrało się nas 150 ja przed wyjazdem pytałem się proboszcza przi spowiedzi cy warto jechać do Ameriki z powodu wojny. Ten – oj może cię nie bendo wołać. W Amerycze bezrobotnych tysionce, czo i w Gazetach piszali, toteż jechaliśmy smutni przygnembieni.

Z Ostrołenki jechaliśmy na wozach, reszta piechotą, miejscowi Kurpie prawie cały czas prowadzili po lesie do Gminy. Nareście zobaczyliśmy Ruskiego żołnierza, który wołał „poskorej rebjata” no i przedostaliśmy się do Prostek, na niemiecką stronę, stamtąd do Iławy tam byliśmy przeszło tydzień. Z Iławy do Hamburga, tu znów przysło tydzień. Wrescie na upragniony okrent wsiadaliśmy w wieczór. Był to stara grata najpewniej towarowy Graf Walderse po 80 chłopów w kajucie.

Łóżka jedne nad drugiemy. Jechaliśmy 13 dni w smrodze i brudze. Mieliśmy na drugi dzeń Burze czo nas dobrze wychuśtała i na 10 dzeń na nowy rok. Bardzo była przikra ta podróż, byłem przyzwyczajony do pracy a to czekaj siedz bezcynnie. A po drugie baliśmy się ze jest tam bezrobocie a jak tyle ludzi zajedze czo wtenczas? Narescie zobaczyliśmy światło nie wiedzieliśmy cy się cieszyć cy smucić. Radzi, że podróż się skończyła, ale co teraz bendze. Przibycie do New Yorka, ponieważ miałem adresy znajomych w Brooklynie i 20 dolarów w gotówcze. Zupełnie zdrów przepuścili zajrzawszy w oczy w Kasyngardze.

Zjawił się agent z dobrocynnego domu św. Józefa i mówił kto zna miasto to może sam pójść, a kto nie zna gdzie znaleźć wskazanego adresu to prosze za nim do przitułku a my odprowadzimy podług tego adresu jaki sobie żicycie. Ostałem się na drugi dzeń dawali zupe ale ja się nie pchałem się wstydziłem korzystać z dobrocynności za to z noclegu. Zaprowadziła nas zakonnica na góre pomodliliśmy się w czystej kapliczce i na cysto pościel to mi sie wydawało bardzo rzewnie, że za tyle podróży tysioncze mil usłysyć wszystkie nasze dzienne sprawy. No i te łożecko wydawało mi się Rajem.

Na drugi dzen przijechał mój kolega zożyliśmy niewielką ofiarę taki przitułek na obczyźnie dobrze działa na Imigranta. Znajomi robili w różnych fabrykach. Prace mieli cienżko, jacyś przignebieni każdy rachował ile godzin wyrobił ile ma nagrodzone płacy ile na wypłate. Nie było pogadanek jak to młodzi, byle czo i sczego śmiech dowcipy tu każdy się cuł jakby chwilowo tylko miał być jak mieli wienczej czasu to sli do karczmy i każdy kazał dać dla wszystkich a ci czo nie robili to nie musieli kupować piwa.

Poszedłem parę razy jak mnie wołali ale mi to się nie podobało, żeby cudze pić a swego nie postawić. Wyjść nie było gdze nie znajome jenzyka z obawo żeby nie zbłondzić trzeba było zawse mieć adres to w razie zabłondzenia pokazać policjantowi to odprowadził, a jak do kogo się zasło to trzeba było dać 10 centów na dzbanek piwa, liche to było piwo za 10 centów.

New York wydał się mnie miastem brzidkim domy budowane z czerwonej cegły różnej wysokości do 5 pienter mieskalne jak skrzinie. Ulicze brukowane też czerwono czegło nierówne pełno słupów telegraficznych, drutów porozpinanych jak sieć na ryby. Ruch jakiś pospieszny wszystko prędko, tramwaje elektrycne goro na słupach, po bruku furmanki, pod ziemio znów tramwaje, na głównych uliczach ani drzewka ani trawki nawet w mieskaniach nie widziałem doniczek z kwiatkamy. U jednych ludzi znajomych mieli kaktus ze 4 czale wysoki zapewne z 5 lat stary i takiego karzełka nazywali wazonem.

 

Starałem się o robotę, ale nicz podobnego nie było[18].

Little Poland (2)
Mariusz, 1981

Mieszkamy na granicy, jeden z ostatnich domów, potem hajłej i dawna dzielnica mafijna. Gotti tu przyjeżdżał. Przysięgam, że go widzieliśmy. Potem jeden zabity leżał na rogu, potem drugi, co chwilę ktoś leżał.

A współcześnie?

Znajoma Polka tu pracuje dla lekarza, właściciela przychodni. Ten lekarz to Włoch, jego żona to córka tych, co założyli nad rzeką studia filmowe. Nazwisk nie będę wymieniał na wszelki wypadek, lepiej dla ciebie, żebyś nie wiedziała. Ta dziewczyna pracowała w recepcji, przodem do klienta. Ale raz i drugi przyszła z podbitym okiem, nie w formie. Dopytywali ją w tej przychodni, a ona, że nic, nic. Ale po tygodniu lub dwóch, kiedy znów przyszła z fioletowym okiem, powiedziała w końcu, że mąż ją bije. Aha, powiedział ten pracodawca, to już cię nie będzie bił. Następnego dnia przyjechało pod ich dom dwóch na motorach i zapytali o męża. Był w domu. Zabrali gościa do funeral home, wepchali do trumny i zabili trumnę gwoździami. Po sześciu godzinach go otworzyli. Poinformowali, że jak jeszcze raz uderzy żonę, to już z tej trumny nie wyjdzie. I wiesz, co się stało? On już tej babki nigdy nie uderzył. Nie ma żartów.

Wynajmowaliśmy garaż naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy, bo mieliśmy dwa samochody. Raz zdarzyło się, że jacyś ludzie przyszli w nocy, wyłamali kłódki i zabrali te dwa samochody. Zadzwoniliśmy do właściciela garażu. Była siódma rano. Za godzinę przyszli do nas posłańcy, dwaj faceci w marynarkach, chociaż upał był okropny. No ale pod marynarkami mogli schować broń. Gdybyś ich zobaczyła, tobyś zemdlała, coś niesamowitego, jakie straszne twarze. Nie wiem, skąd oni takie twarze biorą. Jak jestem waleczny, tak bym z nimi nie walczył. Powiedzieli, że o czternastej będą pod domem. I były. Ktoś w dzielnicy nie wiedział po prostu, że nie można okraść tego garażu.

Pochodzimy z południowej Polski. Ujście Dunajca do Wisły, major Sucharski stąd pochodzi. Region prawie dwieście lat związany z Ameryką.

Wujkowie byli w Ameryce, mamusia była, potem dojechał tatuś. Oboje wrócili do Polski. Mamusia nawet szybciej, bo w Chicago ją złapali i deportowali. Potem trudno jej było do Ameryki wrócić. Długo jej nie puszczali.

Miałem dziewiętnaście lat, jak „Solidarność” nastała. Zajadły byłem tak, że Wałęsa to był dla nas chujem, że się z komuchami w sierpniu 1980 roku dogadał. Do zabicia był. Zdrajca. Dlatego po sierpniu ja z braćmi i kolegami, tak samo radykalnymi, postanowiliśmy walczyć dalej, z bronią w ręku. Z jednostek się karabiny odkupywało, mundury też. Ćwiczenia organizowaliśmy z bronią, w lesie i po domach.

Szesnastu gnojków w mundurach polowych biegało po nocy po klatkach schodowych. Mój tata, kiedy przyjechał do Polski w roku 1981 i zobaczył, co my robimy, to się za głowę złapał. Tak się złapał, że cztery tygodnie potem wylądowaliśmy z bratem na Greenpoincie.

Dzikusami byliśmy, bez zawodu i języka. Pierwszy tydzień wóda codziennie, łażenie po mieście i oczywiście Atlantic City. Nie wiem, po co mi był potrzebny ten Atlantic City. Brat załatwił wycieczkę do kasyn, to pojechaliśmy.

Jakaś dziewczyna się w autokarze dosiadła. Z Łomży. Rozmowa się nie kleiła, słabo rozumiałem, co ona do mnie mówi. Ale z tyłu siedziała kobieta i mężczyzna. Głośno rozmawiali i ich akurat rozumiałem. „Zbyszek, ten mój, to taki skurwysyn i pijak, co dzień pił, a raz w tygodniu rękę podnosił”. On odpowiadał: „Moja Marysia to taka kurwa, jaka ona kurwa, to sobie nie wyobrażasz”. I tak jechali i się gładzili po rękach. A ja siedziałem i myślałem: o, to jest chyba małżeństwo amerykańskie. Ludzie wyrwani ze swoich wiosek, szukali nowych ścieżek, nowych koleżanek, nowych partnerów. Potem się zorientowałem, jak to działa, bo sam byłem w obiegu.

O Boże, jak na tym Greenpoincie było mało kobiet, jaka tragedia! Do dziś krąży powiedzenie, że na Greenpoincie nawet koza ma chłopaka. Amerykanki nie wchodziły w grę. Granica językowa i mentalna nie do przekroczenia. Nie było mowy.

Chodził człowiek po tych ulicach i ciągle musiał udowadniać, że mu się należy szacunek. Ciągle. Raz z kolegą poszliśmy do baru na Manhattan Avenue. Chińczyk to był. Wzięliśmy po zupie i poszliśmy do stolika, który zajęliśmy wcześniej. A tam siedzi już chłopak z dziewczyną, Amerykanie. Nie wiemy, co mówią, ale nie wstają. Zaczęliśmy im tłumaczyć na migi, że my siedzieliśmy tam wcześniej, oni nic. Wreszcie chłopak wstał i włożył palec do talerza kolegi. Śmiał się, miał zabawę. Dwóch półgłówków z Polski, frajerów znalazł, przed dziewczyną chciał się popisać. Publika zamarła, podbiegł właściciel, bo dotarło do niego, że będzie awantura, i powiedział, tak zrozumieliśmy, żebyśmy usiedli gdzie indziej, a on nam da nową zupę za darmo. Czyli mieliśmy ustąpić. Nie było mowy.

Zobaczyłem, że oni już zaczęli wychodzić, ci Amerykanie. Ubierali się i szli do drzwi. Bez przeproszenia. Jakiś inny Polak nad kotletem na to patrzył i to dla mnie było za dużo, wyszedłem za nimi. No, kurwa, nie. Powiedziałem jeszcze do kolegi: „Gdyby coś było, to powiedz, że myśmy się spotkali na ulicy, ja cię zaprosiłem na obiad. Rozumiesz? Nie znasz mnie”. Kumpel się wystraszył, ale ja nie chciałem się bić, tylko wyjaśnić. Podszedłem i jak umiałem, zapytałem: „Dlaczego ty wsadziłeś palec do zupy mojego kolegi?”. Ten Amerykanin złapał mnie za rękę i odepchnął. To ja złapałem za jego okulary słoneczne i je zgniotłem. On mnie uderzył, ja oddałem.

Zobaczyłem kątem oka, że dziewczyna wsadza rękę do torebki, wystraszyłem się, że ona sięga po pistolet, więc uderzyłem także tę dziewczynę. Zobaczyłem, jak ona wpada na szybę, szyba się ugina, a potem pęka. O Boże, co się zaczęło dziać! To był słoneczny dzień, niedziela, ludzie zaczęli wrzeszczeć, ja uciekać.

Miałem podrapaną rękę. Zakryłem ręką zranione ramię i zacząłem biec. Cały blok obiegłem, nikt mnie za bardzo nie gonił, więc wróciłem na miejsce z drugiej strony, żeby zobaczyć, co się dzieje. Mam taką obserwację: jak uciekasz z miejsca zadymy, to przez pierwsze cztery, pięć metrów pokazują cię palcem: to ten, to ten! Łapać go! Ale po dziesięciu i dwudziestu metrach już cię nie ma, zniknąłeś w tłumie, rozmyty. Jak zaszedłem z drugiej strony, to była już policja i zabierało ich pogotowie. Gdyby mnie złapali, to do dziś bym siedział. Wtedy byłem dziki i z Polski.

Po przyjeździe poznałem tego znanego pisarza, co wyjechał z Polski. Albo nie: jego się nie dało znać, bo on taki pijak był, że wstyd było do niego podejść, zresztą on i tak by nie zauważył. Kiedyś wysłali mnie do tego mieszkania na Green Street, ktoś do Polski jechał, zaproszenie trzeba było dowieźć. Poszliśmy z bratem, otwieramy drzwi, a tam ciemno, cicho, leży osiem chłopów na materacach, sami pijacy i ten pisarz. Nie miał prawa przeżyć, chlał na zabicie. Nie wiem, z czego żył. Myślę, że zbierali na niego. Nowy Jork nie da ci umrzeć z głodu.

Pisarz pił, nie ćpał, o ile wiem. Ćpał ten drugi pisarz, co tu przyjeżdżał z Manhattanu. Narkotyki dla zwykłych Polaków pojawiły się jakoś w tym tysiącleciu w postaci kokainy. Brało się po polsku. Najpierw na budowie, potem do Jadzi, do restauracji na Driggs. Zamawiało się na cały stół, jadło i piło, o jedenastej szło do kibla, po trzech minutach się wychodziło i od nowa: panowie, siadamy. Kelnerka: „Co tak powoli?”. Narkotyki były, żeby więcej wypić.

Czy ja miałem problem z piciem? Kto nie miał? W 1992 roku posłali mnie na badania psychiatryczne i prace społeczne. Uznali, że ktoś, kto jeździ pijany, nie może być zdrowy na umyśle. Nie wącham alkoholu. Ile miałem wypić, wypiłem.

Tych włoskich garaży naprzeciwko to już nie ma.

Żydzi przyszli i zaoferowali. Do nas też przychodzą i oferują. Wiedzą wszystko. Która nieruchomość ile warta. Do sąsiadów przyszli: masz milion dolarów i nie płacz. Zobaczyli tyle dolarów w walizce, więc trudno im było się oprzeć, zwłaszcza że dom w ruinie. A Żydzi wiedzieli lepiej: z dwupiętrowego domu zrobili pięciopiętrowy, sześć mieszkań, każde za półtora miliona dolarów. Dlatego ja Żydom nie sprzedam. Nie żebym miał coś przeciwko Żydom. Jak masz problem w Ameryce i jest ci źle, to idź do Żyda, on ci pomoże. Zatrudnia Polaka, bo go zna i rozumie, odczuwa tak samo jak Polak. Nie sprzedam Żydom, bo może sam zburzę i nowe mieszkania zrobię. Z drugiej strony: musiałbym się zapożyczyć, żeby zbudować. A to zawsze ryzyko dla detalisty.

Chyba żeby przyszli i dali trzy miliony. Tak, trzy miliony i bym sprzedał. Niby, jak widać, siedzę na pieniądzach, a na codzienne rachunki ich nie ma. Wiem, że pieniądze będą, ale na razie nie odczuwam bycia milionerem. Trzy miliony. Chętnie bym już je poodczuwał.

Daniel, 1981

Miałem dwadzieścia lat, wyjechałem z przyczyn muzycznych – chciałem bywać w sławnych klubach jazzowych, chodzić na koncerty. Zarobki mnie nie interesowały, nie myślałem o ciułaniu dolarów. Był wrzesień 1981 roku i towarzyszyła mi dziewczyna. Nasza amerykańska przygoda miała trwać kilka miesięcy. Mówiłem po angielsku, ale nie znałem realiów amerykańskich, co przejawiło się między innymi tym, że pojechałem z magnetofonem Grundig i zestawem kaset, bez których – jak mi się wydawało przed wyjazdem – nie mógłbym żyć nawet w USA. Były to nagrane płyty Marka Grechuty. Jak wiadomo, w USA prąd ma inne napięcie, więc mój grundig nie zadziałał.

Płynęliśmy Batorym i tam dowiedziałem się, że istnieje taka dzielnica jak Greenpoint, wcześniej nigdy o niej nie słyszałem. Ojciec dał mi na wyjazd sto dolarów, więc myślałem, że na początek wynajmiemy pokój w sympatycznym polskim hoteliku. Z Montrealu przejechaliśmy autobusem na dworzec Port Authority na Manhattanie i mignęła mi 42 Ulica, którą rozpoznałem z filmu Taksówkarz. Stamtąd elegancko taksówką na Greenpoint. Nasz kierowca musiał mieć niezły ubaw, kiedy usłyszał, że szukamy hotelu na Greenpoincie. Wysadził nas wieczorem na rogu Manhattan i Nassau, z tym grundigiem, walizkami i gitarą. Oczywiście nie ma tam żadnego hotelu, a w 1981 roku nie było go jeszcze bardziej. Polscy przechodnie przygarnęli nas do siebie. Dopiero w grudniu właściciel, też Polak, zorientował się, że w lokalu mieszka dwa razy więcej osób, niż myślał, i wyrzucił nas na bruk tuż przed świętami.

Kiedy zobaczyłem, że mój magnetofon nie działa na amerykańskim prądzie, za ostatnie pieniądze poszedłem kupić baterie do wielkiego sklepu elektronicznego na rogu Manhattan Avenue i Calyer. Natknąłem się w nim na Polaków, którzy chcieli kupić radiomagnetofon, ale nie mogli dogadać się po angielsku z właścicielem. Pomogłem im, doradziłem, choć nie miałem pojęcia, o czym mówię, i wyszedłem z bateriami. Za mną wybiegł właściciel. „A ty gdzie pracujesz?” „Nigdzie. Dopiero co przyjechałem”. „A chciałbyś tutaj?” I tak z marszu dostałem pracę, której nie zacząłem jeszcze szukać, i rzuciłem się na Manhattan, który przemierzałem na piechotę od rana do nocy. Wtedy akurat o pracę było trudno. Lata „Solidarności” przyniosły inwazję Polaków do Stanów, a kto lądował w Nowym Jorku, nieuchronnie trafiał na Greenpoint.

Na elektronice zupełnie się nie znałem, potrafiłem jednak przeczytać instrukcję i to wystarczyło. Właścicielami byli Żydzi sefardyjscy urodzeni na Brooklynie. Po pewnym czasie mieli na Manhattan Avenue trzy sklepy, ale nie byli specjalnie mądrzy, za to bezbrzeżnie chciwi. Myśleli tylko o tym, jak się wzbogacić, możliwie najszybciej. Wynikało z tego wiele kłopotów. Na okrągło rozmawiali o pieniądzach i tylko o pieniądzach, co dla mnie, studenta z Warszawy, było szokujące, bo u mnie w domu nigdy się o pieniądzach nie mówiło, co więcej, było to postrzegane jako przejaw braku kultury. Właściciele mieli do klientów stosunek taki, że chcieli wszystkich orżnąć. Polaków oczywiście też. Ale nie było w tym nic dyskryminującego – z upodobaniem „rżnęli się” nawzajem.

Szybko się okazało, że mam cechy dobrego sprzedawcy – to głównie kwestia kontaktu z ludźmi, znajomość towaru niewiele ma z tym wspólnego. Szef mi mówił, że dobry sprzedawca jednego dnia sprzedaje telewizory, a następnego opony, towar nie ma znaczenia. Wkrótce boss zaufał mi na tyle, że zacząłem bywać na ich rodzinnych grillach w New Jersey. I tylko ja znałem kod alarmu przy drzwiach, żeby jego rodzina, w tym synowie, nie okradała się nawzajem. Boss wiedział, że to przygłupy, że kochają się popisywać i zgrywają mafiosów.

 

Mieliśmy tam niejedno włamanie. Kiedyś złodziej przebił się przez sufit z piętra dentysty, doktora Weissberga. Rano przyszedłem do pracy i wszyscy już na mnie czekali: policja, dentysta, synowie bossa. I ja im otworzyłem: nielegalny. Dentysta od razu zakablował policjantom, że jestem z Polski i mam klucze, rzucając na mnie podejrzenie. Nawet mój szef go wyśmiał.

Nie wiem, jak teraz to wygląda, ale włamania były wtedy na porządku dziennym. Kiedy szło się w nocy Manhattan Avenue, był to metalowy kanion, wszystkie biznesy zakrywano pancernymi roletami. Plus jedno całonocne deli, gdzie zamordowano później troje ludzi, a skradziono sto dolarów. Nikt nie chciał tam później pracować na nocną zmianę, aż zatrudnił się mój obecny przyjaciel z Polski. Uznał, że prawdopodobieństwo ponownego morderstwa w tym samym miejscu jest niewielkie. A tamtych sprawców nigdy nie ujęto.

Praca w atrakcyjnym sklepie dawała bezcenny wgląd w środowisko Polaków, odciętych od kraju przez stan wojenny. Ludzie snuli się i opowiadali o sobie. Wtedy była to zamknięta grupa, bo nikt nie wyjeżdżał i nie przyjeżdżał. Każdą nową osobę odróżniało się z kilometra: o, nowy Polak! Czy czasem nie ubek? Jeżeli Polak szedł ulicą wczesnym popołudniem, to już był podejrzany, bo powinien być w pracy. Ludzie mieli paranoję, ale całkiem uzasadnioną.

Poznałem rodaków, o istnieniu których wcześniej nie wiedziałem. Właściciele domów, czyli stara Polonia. Ich lokatorzy – emigracja zarobkowa z Polski klasy B, C i D. W większości ludzie w średnim wieku, sami mężczyźni, kobiety były wówczas na wagę złota. Niektórzy nawet nie postawili stopy na Manhattanie. Opowiadali niestworzone historie, że Amerykanie biegają tam na golasa albo strzelają do siebie w biały dzień. Oszczędzali na wszystkim, na zakupy chodzili do Key Food na McGuinness Boulevard po olbrzymie tace skrzydełek z kurczaka, cztery tuziny, na których gotowali potem rosół na cały tydzień. Bywało, że kupowali ocet winny, myśląc, że to tanie wino – widziałem to na własne oczy.

Nie poznawałem tam wielu ludzi, z którymi można było porozmawiać. Całą aktywność przekierowałem na Manhattan, tam było prawdziwe życie: kina, koncerty, sklepy płytowe i księgarnie, restauracje z kuchnią świata, o której mało wiedziałem. Na Greenpoincie mieszkał ciekawy typ zwany Bizonem, znany hippis, rozpolitykowany typ bieszczadzki z brodą do pasa; dowiedziałem się znacznie później, że zmarł jako bezdomny alkoholik w parku Tompkins Square na Alfabecie[19]. Czyli tam, gdzie toczy się akcja Antygony w Nowym Jorku.

Kiedy wybuchł stan wojenny, na patriotycznej fali zacząłem chodzić do klubu organizacji Pomost, który mieścił się niedaleko, przy Manhattan Avenue. To tam właśnie działał Bizon. Organizowano w nim koncerty i odczyty. W 1982 roku wystąpił Jacek Kaczmarski. Był to rodzaj polskiej samoobrony, nastroje bojówkarskie: komuniści nam zagrażają, Portorykanie nam zagrażają, jakieś pieprzenie zupełne. W grudniu 1981 roku zaczęli mówić, że „musimy się zjednoczyć”. Siwy dym, gadanie i wóda. A następnego dnia wszyscy do roboty. Typowy polski słomiany zapał, z którego nic nie wynika. Skończyło się na niczym.

Czy zagrażali nam Portorykanie? Trochę tak, Polacy się ich bali, bo zdarzały się napady rabunkowe. Najczęściej w okolicy metra w dniu wypłaty. Polacy nie tworzyli gangów i nie chodzili z bronią. Pamiętam, jak do sklepu przyszedł raz latynoski bandzior, przylizany piękniś, obejrzał radio i powiedział: „Let mi rob a couple of Polacks and I’ll be back” [Obrobię paru Polaczków i wrócę]. Puścił oko i poszedł. Nie wrócił.

Ja z nimi miałem spokój, znaliśmy się z widzenia i ze sklepu. Kiedyś kupowali u mnie wielkie radio, wiązałem im sznurkiem pudło, a że nie miałem pod ręką nożyczek, powiedziałem: „Dajcie nóż, muchachos”. „Nie mamy”. „Co? Nie macie noża? To co z was za Portoryki?” Kupowali wielkie ghetto blasters na baterie. Łazili z nimi po dzielnicy i grali na cały regulator, a po godzinie przybiegali z płaczem, że się baterie skończyły. Krążył o nich dowcip: ilu ludzi trzeba, by pochować Portoryka? Dziesięciu. Czterech niesie trumnę, a sześciu radio.


Procesja Bożego Ciała przed kościołem pod wezwaniem Świętego Stanisława Kostki na Greenpoincie

fot. Marcin Żurawicz

Blisko Pomostu był słynny sklep z materacami dla Polaków, którzy pod koniec lat osiemdziesiątych zaczęli falami przyjeżdżać na Greenpoint. Te materace zbierano z wystawek, na szybko odnawiano i wypychano. Szefem był Luis, Kolumbijczyk, a jego pracownikiem Juan, nazywany Jasiem. Nauczyliśmy go pytać klientów po polsku: „Materacyk gwarantowany czy zasikany?”.

Moja praca była lekka w porównaniu choćby z harówką na budowach. Do siedemnastej sterczeliśmy w sklepie nieomal bezczynnie. Oglądaliśmy filmy wideo, ja czytałem „New York Timesa” – szef go prenumerował, ale nie czytał. Po siedemnastej zaczynał się młyn, bo ludzie wracali z pracy. Nie miałem problemu, żeby pracować w niedziele, nie z powodów religijnych, żal mi tylko było wolnych weekendów. Akurat w niedzielę były tłumy. Trafiała w nas fala uderzeniowa wychodzących z kościoła, ze Stanisława Kostki, z Cyryla i Metodego. W przerwie pomiędzy sumą a schabowym wchodzili i zagadywali. I to całymi rodzinami, grupami. Większość tych ludzi tylko zawracała dupę i nic nie kupowała. Dla wielu z nich niedziela to był jedyny możliwy czas, bo pracowali przez sześć dni w tygodniu. Dla większości rodaków była to także jedyna dostępna rozrywka.

Polacy kupowali kalkulatory z funkcjami trygonometrycznymi dla dzieci w kraju. Obowiązkowo dwukasetowe „wieże” dla rodziny. Musiał to być sprzęt typu 110–220, multisystem, który był droższy od zestawów amerykańskich, co wkurzało kupujących. Warto przypomnieć, że w Stanach obowiązywał system koloru NTSC (nazywany złośliwie „Never The Same Color”), a w Europie był to PAL, z dodatkową komplikacją w postaci przejętego u nas od Francji SECAM. Utrudniało to zakup sprzętu do kraju, a cały towar multisystem i 110–220 volt należał do „szarej strefy” – te urządzenia nie miały amerykańskiej gwarancji.

Cenowo nie byliśmy w stanie konkurować ze sklepami na Manhattanie. Klienci szybko się uczyli. „Bo pójdę do Żyda na Delancey!” – straszyli nas. Tylko że tamten Żyd był na Manhattanie, gdzie nie każdy chciał się zapuszczać.

Przełomem stała się kamera na kasety VHS, szał połowy lat osiemdziesiątych. Na początku nie wiedziałem, co się dzieje, bo wszyscy dowiadywali się o kamery. Pytaliśmy z kolegami w ramach badania opinii publicznej: „Na ch… ci, człowieku, kamera?”. Klienci na to: „Panie, teraz bez kamery nie ma życia!”. Nagrywali się potem tymi kamerami VHS na ulicach Greenpointu i wysyłali rodzinom bajki o cudownym życiu w Ameryce. Z czasem zaczęły przychodzić kasety z Polski: błyszcząca toyota kupiona za przysłane ze Stanów dolary na tle stodoły i podwórka w błocie. Kiedy pojawiły się odtwarzacze kompaktowe, ponownie rozbudziło to apetyty uziemionych w kraju rodaków i rodziny z Polski prosiły o najnowsze miniwieże, koniecznie z kompaktem i z dwiema kasetami.

Starałem się pomagać naszym, żeby nie kupowali byle czego, a bossowi tłumaczyłem, że to nie jest highway store [sklep przy autostradzie]. Że ci ludzie nie odjadą, ponieważ mieszkają obok. I nie można ich rżnąć, bo więcej nic u nas nie kupią.

Zmieniały się towary, zmieniały się mody, tylko klienci niezmiennie przychodzili zobaczyć, co nowego. O, to sobie kupię, jak będę wracał. I to też, i jeszcze to – tak w kółko. Żyli powrotem do Polski. Dla sprzedawców to było frustrujące, bo szef pytał: „Dlaczego ci sami ludzie ciągle przychodzą i niczego nie kupują?”. „Mówią, że kupią, jak będą wracać” – odpowiadałem. „A kiedy będą wracać?” No właśnie, oni nigdy nie wracali.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?