Greenpoint

Tekst
Z serii: Amerykańska
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Petycja

MIESZKO: Przyjechałem do Ameryki 21 lipca 1983 roku, a dzień później w Polsce zniesiono stan wojenny. W 1986 roku prezydent Ronald Reagan zapowiedział abolicję: przyznanie prawa pobytowego nielegalnym imigrantom z krajów, w których trwa wojna. Pojawiła się szansa, że prezydent uwzględni Polskę, w której stan wojenny trwał prawie dwa lata. Polacy na Greenpoincie wstrzymali oddech. Przynajmniej ci, którzy mieli czas na czytanie gazet.

BEATA: „Nowy Dziennik” wydrukował wzór listu, który trzeba było przepisać, wsadzić do koperty i wysłać do senatorów i kongresmenów.

MIESZKO: Usiedliśmy któregoś wieczora przy stole. Zrozumieliśmy, że to jest dla nas wielka szansa. Przepisaliśmy list na maszynie.

BEATA: Ja z tym listem poszłam do pracy, do gabinetu dentystycznego. Właścicielki nigdy nie było, stała za to kserokopiarka. Wydrukowaliśmy pierwsze dwieście kopii, kupiliśmy koperty, zaadresowaliśmy i poszliśmy do księdza. W następną niedzielę zapowiedział na kazaniu: przed kościołem stoją młodzi ludzie z kopertami zaadresowanymi do Senatu. Macie kupić znaczek, podpisać i wysłać. Na następnej mszy też staliśmy. Tydzień później poszliśmy pod kościół Świętego Stanisława Kostki.

Znów poszłam sprzątać. Zmywałam podłogę, a maszyna drukowała. Zużyliśmy cały tusz, biegliśmy odkupić.

MIESZKO: Oglądaliśmy potem dziennik, a tam senator z Nowego Jorku pokazuje kosz z listami poparcia dla amnestii. Miło było zobaczyć nasze koperty.

Władek

BEATA: Zapytałam Władka, czy ma pracę dla mojego męża. On był szefem dwudziestu ośmiu złotych rączek, które krzątały się po budynku. Miał, ale potrzebny był ten cholerny numer Social Security.

MIESZKO: Musiałem sobie go w końcu kupić na Geenpoincie.

BEATA: Wszyscy wtedy kupowali.

MIESZKO: Zacząłem sprzątać budynek. Wynosiłem stare gazety, zmiatałem pety, odkurzałem dwadzieścia osiem pięter, myłem lustro przy windach. Raz w miesiącu zmywałem schody przeciwpożarowe, kiedy trzeba było – wpuszczałem ekipę cyklinującą. Z Polski zresztą. Wynajmowaliśmy właśnie mieszkanie, więc ich zapytałem, czy po drodze na zlecenie nie wycyklinowaliby podłóg w naszym mieszkaniu. Tak zrobili.

Właściciel naszego domu, Polak, a właściwie niemówiący po polsku Amerykanin polskiego pochodzenia, nie mógł uwierzyć, że nam się chciało o to zadbać. Nikomu przed nami się nie chciało. U Władka zarabiałem osiem i pół dolara na godzinę, trzysta pięćdziesiąt dolarów tygodniowo. Po pracy sprzedawałem kartki okolicznościowe na Lower East Side, u żony Władka, Beaty.

Chrzest

MIESZKO: Zadzwonił do babci znajomy ksiądz z parafii Cyryla i Metodego, że potrzebują nas na chrzestnych rodziców dla małej dziewczynki. Trochę byliśmy zaskoczeni, ale babcia powiedziała, że takiej prośbie nie można odmówić, zwłaszcza gdy prosi ksiądz. Ubraliśmy się i poszliśmy na drugą stronę ulicy. Rodzice byli bardzo mili, trochę nieśmiali, dziewczynka spokojna. Nasz ksiądz zachowywał się tak, jakby nie było to nic dziwnego, że ściągnął chrzestnych z ulicy.

BEATA: Jesteśmy sympatyczni, więc się uśmiechaliśmy, a po nabożeństwie poszliśmy na proszony obiad. Ona była urodzona na Greenpoincie, on przyjezdny, Polacy. Zaczęliśmy się spotykać, polubili nas. On opowiadał o tym, że planuje handlować nieruchomościami.


Mieszko, między 1988 a 1992 r.

Archiwum prywatne Beaty i Mieszka Kalitów

BEATA: Nie spodziewaliśmy się, z kim mamy do czynienia, naprawdę.

MIESZKO: Mogliśmy dzięki nim zostać milionerami.

BEATA: Odwiedzaliśmy ich w New Jersey.

MIESZKO: Kiedyś powiedział, że chce kupić trzy działki budowlane i na każdej wybudować dom. Wielkie mansions, żadne małe klocki. Potrzebował czterdzieści tysięcy dolarów. Chciał wejść z nami w spółkę, wybudować i sprzedać domy, potem kupić następne. Nie mieliśmy tych pieniędzy, więc poszliśmy do babci zapytać, czyby nam nie pożyczyła oszczędności swojego życia. Babcia powiedziała, że to lipa.

BEATA: Za rok zarobili na czysto dwa miliony dolarów.

MIESZKO: Ciągle zadawaliśmy sobie pytanie: jak to możliwe, że żyją wśród Polaków, a nie mieli nikogo, żeby ochrzcić dziecko? Kiedy nas odwiedzali, zawsze pytali, kto będzie. Woleli, żeby nikogo nie było.

BEATA: Kiedyś, już po latach, ona dzwoni do mnie, że odchodzi. Pojechałam do New Jersey ją pocieszyć.

MIESZKO: Okazało się, że on był księdzem oddelegowanym do Stanów Zjednoczonych. Nigdy nie dotarł do żadnej polskiej parafii, tylko zaczął robić interesy. Sam sobie drukował listy w imieniu proboszcza i biskupa diecezji brooklińskiej i wysyłał do Polski. Kiedy wzywano go do kraju – wkładał sutannę i odprawiał mszę. Wracał do Ameryki, gdzie był bogaty, miał żonę i córkę.

David

BEATA: Zorientowałam się, że jestem w ciąży. Mówię do Mieszka, że teraz to naprawdę musimy się wziąć do roboty. Nie wiem, co miałam na myśli, bo pracowaliśmy ponad siły.

MIESZKO: Zdrętwiałem. O kurwa. Byliśmy wciąż bez oszczędności, nielegalnie, teraz dodatkowo z dzieckiem.

BEATA: Wzięłam kolejny gabinet do sprzątania, trzy razy w tygodniu, umowa o dzieło, u fajnych Żydów. Zapytali, czy w weekendy nie mogłabym sprzątać ich mieszkania. Pracowałam do terminu porodu. Musiałam tylko przespać się w ciągu dnia, wystarczyło pół godziny. Kładłam się na podłodze w zakładzie dentystycznym. Wstawałam i szłam do następnej pracy.

Kończyliśmy na Manhattanie oboje o dwudziestej drugiej i jechaliśmy razem do domu. O siódmej szłam na swoje sprzątanie, Mieszko na swoje.

Zarabiałam czterysta dolarów tygodniowo, w 1986 roku to były straszne pieniądze. Odłożyliśmy dziesięć tysięcy dolarów. Kupiliśmy auto i sprzęt elektroniczny. Sprzęt stereo był fetyszem dla przyjeżdżających do Ameryki. Pierwsza potrzeba.

MIESZKO: Minął termin porodu, a ona z wielkim brzuchem targała przez miasto materacyk do łóżeczka. Myślałem, że mnie szlag trafi.

BEATA: Byłeś bardzo wtedy kategoryczny, a potem zemdlałeś przy porodzie. Urodził się David. Miał takie kolki, że myślałam, że sąsiedzi będą wzywać policję. Wariowałam, bo Mieszko wracał z pracy o północy. Po sześciu tygodniach powiedziałam: „Mieszko, muszę choć na pół etatu do pracy, ludzie dają mi sprzątania, mogę jeździć z nosidełkiem”.

MIESZKO: Nawet z nią nie walczyłem, tylko zastanawiałem się, jak to zrobić, żeby zaczynała wcześniej i nie tkwiła w wieczornych korkach między Brooklynem i Manhattanem.

BEATA: Wpadliśmy na superpomysł, że ja w środy i poniedziałek, kiedy mam sprzątania, wsiadam do auta, zabieram mleko, pieluchy, jadę na Manhattan, podjeżdżam na piętnastą pod budynek Władka, wyskakuje Mieszko, podjeżdżamy pod moją pracę, ja wyskakuję, a Mieszko wraca, stoi w korku, więc swobodnie może napoić Davida. W tych dniach nie bierze sklepu z kartkami.

MIESZKO: W ten sposób Beata już o dwudziestej drugiej była w domu.

Niespodzianka

BEATA: Miałam sprzątanie w sobotę. Pojechaliśmy z Mieszkiem, dwumiesięczny David w nosidełku. Mieszko miał mi pomóc, mielibyśmy wolny dzień. Nasz samochód był bardzo wygodny, ale nie znaliśmy się na amerykańskich autach, a szczególnie nie odczytaliśmy właściwie wskaźnika ilości paliwa. Korek był potworny, bo w sobotę miał się odbyć mecz Metsów, czyli nowojorskiej drużyny bejsbolowej, i cały Brooklyn jechał na Manhattan.

MIESZKO: Na wjeździe na most Brookliński nasz samochód się rozkraczył. Zabrakło nam paliwa. Zablokowaliśmy ruch, zaczęli na nas trąbić. Fakt, że mieliśmy niemowlaka, ochronił nas przed linczem. Przyjechała policja. Powiedzieli, że mieliśmy dużo szczęścia, że nam ktoś nie rozbił samochodu. Za pół godziny usłyszeliśmy o sobie w lokalnym radiu, że zablokowaliśmy most. Policjanci wezwali lawetę.

BEATA: Właśnie wtedy nasz syn, który miał od tygodnia problem z wypróżnieniem, zrobił tę tygodniową kupę, której nie mieliśmy jak wyciągnąć.

MIESZKO: Przyjechał wściekły facet z lawetą. Wściekły, bo chciał zdążyć na mecz. Zapytał: „Gdzie cię zawieźć? Pamiętaj, warsztaty już zamknięte, miasto czeka na występ Metsów”. „Na stację benzynową”, odpowiedziałem.

BEATA: Boże, z jaką pogardą na nas spojrzał!

MIESZKO: Powiedział, że gdyby policjanci zadzwonili kwadrans później, toby nie wyjechał. Rozszarpaliby nas na tym moście.

BEATA: Na stacji okazało się, że mamy przy sobie pięć dolarów. Zatankowaliśmy i wróciliśmy do domu. A potem z powrotem na sprzątanie.

Dom

MIESZKO: Brałem u Władka wszystkie nadgodziny. Latynosom się nie opłacało, prawie wszyscy mieli dzieci z różnymi partnerkami, więc jeśli zarobili więcej, sąd im ściągał z czeku alimenty.

BEATA: Dawaliśmy z siebie wszystko. Ale koszty życia rosły.

MIESZKO: Władek powiedział: „Zróbmy biznes, kupmy dom wielorodzinny. Zamieszkacie w tym domu, a resztę pięter wynajmiemy”.

BEATA: Chodziliśmy po Greenpoincie, oglądaliśmy domy.

MIESZKO: Wtedy do babci przyszła koleżanka z informacją, że na Manhattan Avenue właściciele sprzedają sklep i budynek. Koleżanka pracowała w mięsnym obok, więc miała oko na to, co się dzieje na ulicy.

BEATA: Poszliśmy zobaczyć. Sceptycznie, bo chcieliśmy tylko dom, a nie sklep.

MIESZKO: To był, można powiedzieć, zwykły osiedlak w trzypiętrowym budynku. Sklep w tym miejscu istniał od lat trzydziestych. Prowadzili go Żydzi. W latach sześćdziesiątych kupili go pan Konopka i pan Łaszewski. Dowiedzieliśmy się potem, że zanim przyjechali na Greenpoint, jeden z nich był w Polsce dyrektorem szkoły podstawowej, a drugi nauczycielem wuefu w tej samej szkole. W latach siedemdziesiątych znaleźli się wśród założycieli Polsko-Słowiańskiej Unii Kredytowej. Sprzedali nieruchomość Ludwikowi Wiskiemu, ale ten osiedlak na Manhattan Avenue ledwo zipiał.

 

BEATA: Powiedział, że sprzeda dom ze sklepem albo wcale.

MIESZKO: I w tym momencie wydałem na siebie wyrok. Powiedziałem: „Czemu nie?”.

BEATA: Znów poszliśmy do babci po pożyczkę, bez wielkich nadziei.

MIESZKO: Na co babcia powiedziała, że jak na Greenpoincie i z Żydem, to tak. Pożyczyła nam pieniądze, ku zgrozie całej rodziny. Zapłaciliśmy pięćdziesiąt tysięcy pod stołem, a resztę oficjalnie, na pół. W sumie dwieście tysięcy dolarów.

Wiatraczek

MIESZKO: Oczywiście nie mieliśmy pojęcia, jak się prowadzi sklepy.

BEATA: Zaczęliśmy się rozglądać. Na wystawie stał zakurzony wiatraczek ze złamanym ramieniem z napisem „Heineken”. Mieszko spojrzał na wiatraczek i wrzucił go do śmieci. Zaraz zadźwięczał dzwonek przy drzwiach, ktoś wszedł do sklepu.

MIESZKO: Jakiś facet. „O, zniknął wiatraczek!” Za nim następny klient. „Otwieracie na nowo?”

BEATA: Napisaliśmy, że mówimy po polsku. To było ważne, bo dziewięćdziesiąt procent ludzi na Greenpoincie nie mówiło po angielsku.

Sukces

BEATA: Kiedy powiedziałam mojej amerykańskiej dziennikarce, że już nie będę sprzątać, bo kupuję sklep, była zachwycona, że awansowałam. Po angielsku dukam, ale się pcham.

MIESZKO: Jeszcze u niej sprzątałaś, zanim sklep zaczął przynosić jakiekolwiek dochody.

BEATA: Może nie zostałam właścicielką korporacji – dla Amerykanki to byłby prawdziwy sukces – ale droga od sprzątaczki do własnego biznesu była dla niej dowodem, że American dream jak najbardziej się sprawdza.

Rozdział III. Fala
Pierwsza kostka domina

W latach siedemdziesiątych XIX wieku Brooklyn jest trzecim najbardziej zaludnionym miastem w USA. W odlewniach żelaza, hutach szkła, rafineriach ropy czy cukru na Greenpoincie i w przyległym Williamsburgu pracują Irlandczycy. Przyjeżdżają tu od lat czterdziestych, z kraju wygania ich głód i brytyjska imperialna polityka. Podobnie jak imigranci włoscy nie należą do elity.

Kiedy w kronice kryminalnej dziennika „Brooklyn Daily Eagle” pojawiają się relacje z sobotnich awantur ulicznych, ich uczestnikami są zwykle dmuchacze szkła nazwiskiem McGlinn, Shevlin, McGerner czy O’Neal.

Siłą Irlandczyków jest znajomość języka oraz ich liczba. Pod koniec XIX wieku stanowią większość mieszkańców Greenpointu.

Możni dzielnicowi przedsiębiorcy nazywają się Faber, Havemeyer i Liebmann. Pierwszy zakłada wielką fabrykę ołówków na ulicy Franklina. Havemeyerowie to cukrownicy. Ich Domino Sugar Refinery przerabia najwięcej trzciny cukrowej na całej kuli ziemskiej. Liebmann jest browarnikiem w czasach, gdy Brooklyn, a dokładniej Williamsburg, Bushwick i Greenpoint są największymi producentami piwa w całych Stanach Zjednoczonych. Piwo Rheingold nazywane jest piwem amerykańskiego robotnika.

Havemeyerowie, Faber i Liebmann przyjechali z Niemiec z fachem w ręku. Zajmują wysokie miejsce w społecznej hierarchii, obok anglosaskich i holenderskich właścicieli stoczni, fabryk porcelany i nafciarzy.


Pracownicy fabryki ołówków Eberhard Faber, 1920 r.

fot. Brooklyn Public Library

W połowie XIX wieku pojawiają się w dzielnicy pierwsi osadnicy z Polski. To uchodźcy wiosennoludowi, sfrustrowani upadkiem powstania poznańskiego. Są częścią emigracji politycznej, wyrzucanej za ocean przez kolejne powstańcze zrywy: wcześniejszy, listopadowy, i późniejszy, styczniowy. Inni to artyści i naukowcy zaciekawieni nowym światem i karierą. W całej Ameryce to wówczas nie więcej niż trzy tysiące osób. Wielu z tych i późniejszych emigrantów zaznaczy swoją obecność w życiu publicznym[13].

Kiedy tylko stawiają stopę w nowym świecie, wydają czasopisma, które mają za cel pomoc wzajemną, ale też informowanie Amerykanów o sprawie polskiej i agitowanie na jej rzecz. Pierwszy polski magazyn na zachodniej półkuli zakładają w 1842 roku Paweł Sobolewski i Eustachy Wyszyński. Nazywa się „Poland Historical, Monumental and Picturesque”. Pieniędzy wystarcza na cztery numery. 1 czerwca 1863 roku ukazuje się w Nowym Jorku pierwszy numer tygodnika „Echo z Polski”. Wydają go Romuald J. Jaworowski i Henryk Kałussowski. „Echo” ma ponadmiejski zasięg i dociera również do umiejących czytać pierwszych emigrantów zarobkowych. Upada, kiedy po klęsce powstania styczniowego Ameryka przestaje interesować się Polakami w stopniu wystarczającym do finansowania gazety. Dzięki liście prenumeratorów wiadomo, że „Echo” czytały osoby z Teksasu, Saint Louis oraz z Brooklynu.

Ludwik Krzywicki[14], 1893:

Brooklyn. Dziwne wrażenie wywarła na mnie Ameryka na wstępie, w najwyższym stopniu nieprzyjemne. Brudy, kurz – nasza niemyta ojczyzna nie jest ostatnią na ziemi. Wszędzie na głównych ulicach leżą śmiecie, jak u nas w zaułkach. I przestrzenie wzdłuż linii kolejowej są dziwnie zaniedbane. W Niemczech każdy kawałek bywa troskliwie uprawiony, tutaj spotykamy ciągle odłogi. Ze wszystkiego widać, że człowiek ma obfite i bogate siły przyrody do wyzysku, iż nie potrzebuje sobie zadawać trudu, żeby uprawiać gorszą glebę.

Na ulicy dzieciaki obrzuciły mnie wyzwiskiem:

– Wąchol, Wąsacz!

Wrzeszczały, kiedym przed knajpą w mroku nocnym oczekiwał na towarzysza, który poszedł rozpytać się o drogę.

Otoczyło mnie kilkunastu smarkaczów, jeden stanął naprzeciwko, mrugał okiem i przekrzywiał się. Towarzysz mój, wyszedłszy, uznał za najstosowniejsze, abyśmy się czym prędzej oddalili. Obawiał się gradu kamieni.

Ktoś rzekł, że demokracje odznaczają się nietolerancją i konserwatyzmem. W pewnej mierze to słuszne zdanie. Nie wiem, skąd powstało wysokie mniemanie o oryginalności Amerykanina. Nic monotonniejszego! Ubiór, umeblowanie, tryb życia są niewolniczo jednakowe. Taki sam twardy, czarny kapelusz w chłodnych porach roku, tego samego fasonu słomiany podczas skwarów letnich, tego samego stylu meble – jeśli jest różnica, to tylko w gatunku. I nie może być inaczej, gdzie szablon fabryczny porwał wszystko w swoje ręce i zdusił oryginalność drobnego warsztatu. Nawet meble posiadają swoje numery, jak buty. Nikt w dojrzałym wieku nie nosi zarostu na twarzy.

Wszelkie przekroczenia opinia publiczna prześladuje, wykonawcami prześladowania jest dorastająca generacja. Chińczycy, obecnie Żydzi padają ofiarą nietolerancji. Pierwszym ulicznicy obcinają na ulicy warkocze, chyba że Chińczyk się wykupi. Drugich ciągną za brodę. Posiadających wąsy wyśmiewają.

Pierwszą rzeczą ze strony Europejczyka, który pragnie osiedlić się w czysto amerykańskiej dzielnicy, jest upodobnić się w całości do wzorów miejscowych, a zatem kupić sobie kapelusz, jaki inni noszą, odziać córeczkę w długą, niby mnisią sukienkę, tak że maleństwu wciąż się nóżki plączą, zgolić brodę.

Zwłaszcza wśród Żydów obawa staje się wprost śmieszną. Niewolniczo kopiują oni tutejsze obyczaje, ażeby tylko nie poznano w nich greenerów, popcornów, greenhornów, istnieje bowiem cały słowniczek obelg względem cudzoziemca. Ponieważ Amerykanin nigdy nie przejdzie ulicy jak tylko w miejscu do tego przeznaczonym, przeto żaden nowy obywatel semickiego pochodzenia, który dopiero przybył z Brześcia czy Supraśla, tego nie uczyni. Amerykanin nie zdejmuje kapelusza w sklepie i przybysz tego nie uczyni.

Prasa miejscowa usprawiedliwiała niecne napaści na Chińczyków, że swoją konkurencją podkopują dobrobyt robotników. Istotnym jednak powodem była nietolerancja. Przybysz ośmielił się mieć inne rysy twarzy, nosił warkocz i strój odmienny! Jestem pewien, że gdyby przywdział strój miejscowy, obciął warkocz i włożył kapelusz amerykański, to zajadłość byłaby o połowę mniejsza[15].

Irlandczycy. Róg Franklina i Noble

Katy Foster ma dwadzieścia dziewięć lat, dwójkę dzieci i męża pijaka, którego nie widziała od miesiąca. 2 marca 1866 roku wraca do domu po nocnej zmianie w fabryce. Otwiera drzwi mieszkania na ulicy Franklina i zaraz wybiega. Zasłania oczy dzieciom, które dopiero zdążyły się wspiąć na trzecie piętro. Szlocha, że zaraz za drzwiami leży martwy mąż. Jeszcze tego wieczora policjanci wręczają jej list, który leżał na kuchennym stole. Jest on egzemplifikacją problemów, które dręczą dzielnicę.

Kochana żono,

Zwracam się do ciebie prawdopodobnie ostatni raz w tym ziemskim życiu. Moje życie rodzinne i osobiste zniszczył demon rumu. Demon kazał mi teraz zażyć truciznę (laudanum). Droga żono, opiekuj się dziećmi, wychowaj je w miłości i szacunku do Boga i opowiedz im, co alkohol może zrobić z człowieka. Musisz im też powiedzieć, że ich ojciec, zanim stał się brutalną bestią, też był człowiekiem.

Korzystaj z mebli, których nie sprzedałem. Co do mojego ciała: niech je władze wrzucą do wspólnego grobowca, gdzie chowają pijaków takich jak ja. Nie płać za pochówek.

Takie jest ostatnie życzenie twego niegdyś kochającego męża.

William H. Foster

Dla władz: Irlandczyk, lat 32, 11 miesięcy[16].

Foster, urodzony na Greenpoincie, to były żołnierz. Walczył w nowojorskim 170 Regimencie, a we wrześniu 1865 roku odszedł do cywila z pochwałą od dowódcy. Niestety doświadczenia wojenne nieodwracalnie go zmieniły.

Praca w fabryce i życie domowe stały się dla niego udręką, której nie rozumieli ani żona, ani proboszcz Brady. Doskonale natomiast koili ją rezerwiści z barów na Manhattan Avenue. Ukojenie jest chwilowe, dlatego pół roku później Foster pisze pożegnalny list do żony.

Ojciec John Brady, proboszcz parafii Świętego Antoniego przy ulicy India, odnotowuje w specjalnym zeszycie, że szatan, jakim jest alkohol, zabrał znowu byłego żołnierza, robotnika i ojca rodziny. Ponieważ z Irlandii przypływa coraz więcej wiernych (nie mieszczą się już w drewnianym kościele przy ulicy India; cały kwartał między Newtown Creek a Greenpoint Avenue nazywany jest Irishtown), szatan ma żniwa.

W 1871 roku Brady kupuje siedem działek przy Manhattan Avenue, by zbudować nowy kościół. Pierwsza msza w imponującym murowanym budynku z czerwonej cegły zostaje odprawiona trzy lata później. Parafię obejmuje ksiądz Patrick O’Hare. Lider na miarę emigranckich potrzeb.

Patrick O’Hare. 862 Manhattan Avenue

Strzelista sylwetka świątyni staje się symbolem Greenpointu, nie tylko irlandzkiego. Kościół budowany jest za pożyczone pieniądze i w 1883 roku parafia balansuje na granicy bankructwa. Ratuje ją napływająca fala katolików: z Irlandii, z Niemiec i w końcu z Polski.

Wielebny O’Hare spłaca długi, a następnie kupuje organy, dzwony i zamawia freski. W parafii ma dziesięć tysięcy dusz, które trzyma twardą ręką.

Nienawidzi alkoholu – w przeciwieństwie do swoich parafian. Greenpoint to wyzwanie dla ruchów trzeźwościowych. W dzielnicy konieczne jest szczególne zaangażowanie. Na przykład kiedy działacze Klubu Rycerzy Gedeona (należącego do Trzeźwych Rycerzy Wolności w Ameryce) z filii numer pięć na Greenpoincie organizują doroczne wycieczki dla chętnych wioślarzy, muszą tłumaczyć w trakcie zbiórki na nabrzeżu przy Noble, że dwie beczki piwa, z którymi przybyli wycieczkowicze, nie mogą zostać wniesione do łodzi. Dyskusja kończy się interwencją policji.

Ojciec Patrick O’Hare obwołuje się jednoosobową policją obyczajową. Osobiście odwiedza bary i grozi ekskomuniką, gdyby właściciel chciał je otworzyć w niedzielę. Młodzi ludzie po bierzmowaniu muszą przysięgać, że nie tkną alkoholu. W piątki i soboty proboszcz kupuje bilety na popularne wodewile i sprawdza, czy aktorki są ubrane przyzwoicie. Jeśli nie – grozi ogniem piekielnym. Właściciele nie protestują.

Jednocześnie otwiera schronisko dla bezdomnych, szkołę, jadłodajnie dla ubogich, doradza małżeństwom, jeśli tkwią w konflikcie.

Jest pierwszym duchownym na Greenpoincie, który widząc potencjał wyborczy swoich owiec, wykorzystuje go do mobilizowania władz, by zadbały o dzielnicę. Śledzi gazety. Kiedy kongresman z Brooklynu wypowiada się w sprawie nowych przepisów o wolnym handlu, które mogą pozbawić parafian miejsc pracy, narzuca płaszcz i po niedzielnej mszy odwiedza człowieka, by przekonać go do zmiany stanowiska. Kiedy w 1895 roku strajkują tramwajarze na Greenpoincie – wielu z nich to parafianie – zachęca do oporu.

 

Owce Patricka O’Hare’a nieczęsto są wykształcone, niewiele z nich potrafi pisać. Ksiądz to pierwszy bufor między nimi a Nowym Światem. Uświadamia i edukuje. Jest w tym fanatyczny i bezwzględny, co nie ułatwia współżycia z niemieckimi ewangelikami. Frank Oswald, pastor z luterańskiej parafii Świętego Jana na ulicy Milton, opowiada podczas nabożeństwa, że życie Marcina Lutra powinno być wzorem dla niemieckiej rodziny. Gdy słyszy to O’Hare, natychmiast pisze interwencyjny niedzielny okólnik. Ma on tytuł Luter i jego niemoralne życie. Oskarża Oswalda o kłamstwa i rozsiewanie moralnego trądu.

Wymianę ognia między duchownymi opisuje nowojorski „Times” i jest to jedna z nielicznych okazji, kiedy reporter wielkiej gazety pochyla się nad parafią księdza Patryka. Inna trafia się w kwietniu 1883 roku.