Greenpoint

Tekst
Z serii: Amerykańska
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okupacja

Obywatele ponad stu narodowości mają poczucie wspólnoty oraz przekonanie, że daleki król Jerzy III nieprzesadnie dba o interesy kolonii. Co najmniej dwie greenpoinckie rodziny uważają, że arogancki rząd w Londynie prowadzi wobec Nowego Świata rabunkową politykę. Chodzi o podatki przesyłane za ocean oraz cła na towary przywiezione z Europy.

Problemy polityczne przeradzają się w końcu w konflikt zbrojny, East River jest jedną z bram, którymi wpływają brytyjskie okręty. Cel: uspokojenie buntowników.

Już po ogłoszeniu deklaracji niepodległości przez trzynaście zbuntowanych stanów, w sierpniu 1776 roku, wojska angielskie i kontyngent pomocowy z Hesji nieoczekiwanie docierają do Long Island, zajmują Nowy Jork i wypierają armię Jerzego Waszyngtona w bitwie nad Kip’s Bay. Wojska królewskie okupują Greenpoint i miasto Bushwick w głębi lądu.

Brytyjczycy i żołnierze z Hesji zostają zakwaterowani blisko nabrzeża. Brytyjczycy patrolują okolice, kontrolują dostawy żywności; nie sprawiają cywilom kłopotu. Miejscowych i najeźdźców wciąż więcej łączy, niż dzieli. Natomiast obecność żołnierzy z Hesji wywołuje bunt i obrzydzenie schludnych Holendrów. Są słabo cywilizowanymi najemnikami, bez ogłady i wychowania. Wprowadzają się do porządnych domów, żądają wiktu i opierunku, odmawiają zapłaty. Nazywa się ich niebieskimi brudasami i pisze: „Byli znani z niszczenia nie swojej własności, drobnych kradzieży i głośnego zachowania w lokalu Rappelje’s Tavern. Dopóki tu mieszkali, nasze obejścia nie zaznały bezpieczeństwa ani spokoju. Ich obecność wywołała w społeczeństwie złośliwą gorączkę, która wygnała porządnych mieszkańców w okolice Nowej Szkocji”[3].

Wyprowadzka osiadłych mieszkańców z powodu obniżenia standardu życia w okolicy to refren powtarzający się przez kolejne dziesięciolecia. Zwykle winni będą przybysze z Europy Wschodniej.

Tomasz Kajetan Węgierski[4], 1783:

Trudną jest rzeczą wyobrazić sobie piękniejszy widok ponad ten, jaki ma się przed sobą, zbliżając się do tego miasta [Nowego Jorku]. Wznosi się ono majestatycznie w kształcie amfiteatru, a nawet zwaliska jego dodają uroku. Ziemia po obu stronach przedstawia widok rozmaity, w pełnej doskonałości kultura i dzika w całej swej okazałości przyroda zajmują na przemiany.

Zatoka była zapełniona angielskimi okrętami wojennymi, a bandera Wielkiej Brytanii powiewała jeszcze w porcie. Ujrzeliśmy budynki przeznaczone do rozmaitych celów. Były one pełne nieszczęśliwych rojalistów, którzy mieli opuścić Nowy Jork. Nie ma bowiem wcale większego nieszczęścia, jak gdy się zmuszonym porzucić własną ojczyznę, rozłączyć się z rodzicami, przyjaciółmi, z codziennymi nawyknieniami, opuścić dom, który się zbudowało, ziemię, którą się uprawiało, rząd, z którego było się zadowolonym, by udać się do kraju nieznanego, uprawiać ziemię niewdzięczną i stać się obywatelem poddanym[5].

Little Poland (1)
Andrzej, 1974[6]

Urodziłem się w Ulanowie koło Sandomierza w rodzinie flisaków. Ojciec i matka działali w antyniemieckiej i antysowieckiej partyzantce. Wujek nie wyszedł z lasu. Nazywał się Michał Krupa, pseudonim „Pułkownik”, i zwinęli go dopiero w 1959 roku. Miał broń w ręku. W domu na okrągło były rewizje. Zawsze w nocy. UB wyłamywało drzwi, wyrywało nas z łóżek, stawiało pod ścianą, podstawiało pod nos lufy pepesz, tłukli ojca na moich oczach. Żyliśmy na marginesie. W liceum nauczyciel nazywał mnie bandyckim pomiotem.

Kiedy miałem pięć lat, młodszy o rok brat utopił się w Sanie. We Wszystkich Świętych, zaraz po jego śmierci, siedziałem przy jego małym grobie i gniotłem wosk ze świec, żeby zrobić z niego zabawki. Dla małego brata. Tak było co roku: lepiłem dla niego zabawki, i były to moje pierwsze rzeźby.

Moja rodzina jest bardzo katolicka. Raz w tygodniu obowiązkowa suma i spowiedź. Wyłamałem się z tego praktykowania, dopiero gdy poszedłem na Akademię Sztuk Pięknych. Odwiedziłem rodziców, poszedłem do spowiedzi, a nasz proboszcz kazał mi przejść na kolanach dookoła kościoła w Ulanowie. Nie przeszedłem.

Akademię skończyłem z wyróżnieniem. Wyrzeźbiłem popiersie Ignacego Paderewskiego, które podobało się moim profesorom, ale ważniejsza była Ameryka. W moich rejonach każdy miał kogoś w Ameryce. Roznosiło mnie, ciągnęło do wolnego świata, marzyłem o nim. I żeby zarobić dolary. Bryknąłem na wakacje do polskiej dzielnicy Greenpoint. Powiedziałem w Krakowie, że tylko na lato, ale wiedziałem, że na dłużej.

Ameryka mnie przytłoczyła, ponieważ nie potrafiłem wejść do metra. Musiałem się nauczyć, jak kupić bilet, jak przejść przez bramkę, gdzie wsiąść, gdzie wysiąść. To na Brooklynie czy Queensie nie jest proste. Kiedy pierwszy raz wsiadasz do metra na Jay Street, to nie ma możliwości, żebyś pojechała tam, gdzie chcesz, tym bardziej jak nie znasz języka angielskiego.

Spałem z dziesięcioma chłopami w trzypokojowym mieszkaniu na ulicy Nassau, Polakami i Ukraińcami. Śmierdzieliśmy, bo mieliśmy jedną łazienkę i zimną wodę, ale nikt nie narzekał. Wieczorem przynosiliśmy wódkę i kiełbasę. Każdy mówił, co w robocie, gdzie można zarobić i kto spuścił łomot czarnym lub Portorykom. Jeśli Portoryki czy czarni zaczepili któregoś z naszych, szło się ławą po Greenpoincie i szukało człowieka. Wąsaci komandosi na tyłach Ameryki.

Nauczyłem się, że jak się śpi w sabłeju[7], to najważniejszą rzeczą jest wybrać pokój z oknem. Policja i służby imigracyjne urządzały w nocy naloty na mieszkania. Kilku kolegów deportowali do kraju.

Był styczeń, czwarta trzydzieści rano, śnieg, usłyszałem kroki na korytarzu, potem walenie do drzwi. Wstałem, wychyliłem się przez okno, a tam cztery radiowozy i policjanci z pałami. Wyskoczyłem przez okno i przelazłem na schody przeciwpożarowe, kiedy zaczęli wyważać drzwi. Chłopcy wyłazili po kolei, ale zaraz za mną wpakował się Iwan, chłopak z Ukrainy. Był za gruby i zablokował otwór. Za nim ośmiu próbowało go wypchnąć, klęli na Wasię, a za nimi policja, już prawie w mieszkaniu. Wróciłem po tych schodach, żeby pomóc wyciągnąć Wasię. Wszyscyśmy wtedy uciekli.

Jakoś niedługo po tej akcji wszedłem do baru na Manhattan Avenue, żeby się napić. Zobaczyłem kolesi, jednego z drugim, jak siłowali się na rękę. Podszedłem, bo byłem bardzo silny i raczej chętny do rozróby. I za chwilę poznałem Ivana z Jugosławii. Miał żonę Polkę, coś tam mówił po polsku. Był brygadzistą na budowach, jeździł koparką z czerpakiem. Już nad ranem powiedział, żebym przyszedł następnego dnia, to mi pomoże, żebym też mógł rozwalać domy za siedemnaście dolarów na godzinę. Wszystko nielegalnie.

Jak się rozwala domy?

Wstawałem przed piątą rano, potem godzinę jazdy metrem. Wyciągałem szkicownik i rysowałem: czarnych, żółtych; wcześniej takich się nie widywało za często ani w Krakowie, ani w Ulanowie. Z tych szkiców parę lat później urządziłem całą wystawę.

Na budowie szesnastu czarnoskórych, ja byłem jeden biały. Najpierw rozbierało się dach, a potem belki, na których zawieszone są wszystkie podłogi. Tak że w końcu stawało się na krawędzi ściany na siódmym piętrze i widziało gołą piwnicę. Zasypywało się ją sukcesywnie gruzem ze ścian.

Raz się zdarzyło, że pracowaliśmy w kamienicy, w której wcześniej był pożar, konstrukcja była osłabiona. Nic o tym nie wiedzieliśmy. Gdzieś na czwartym piętrze stanęliśmy na podpalonych belkach – załamały się pod nami. Lecieliśmy w dziesięciu. Ja się zahaczyłem na trzecim piętrze, uratowały mnie wystające rury kanalizacyjne. Ale trzech moich współpracowników nie przeżyło. Nawet nie mogłem sprawdzić, bo przyjechała policja, straż i zrobiło się piekło.

A ja, nielegalny, musiałem uciekać. Poharatany, z połamanymi żebrami. Już nie wróciłem do mojego mieszkania na Greenpoincie, żeby mnie nie zgarnęli. Poszedłem spać do parku. Od razu do następnego etapu, jeśli chodzi o życie w Ameryce.

Rano poczułem, że pies mnie szarpie. Mam zawsze nóż w bucie, więc ciach – tego psa. Ale nie trafiłem i zakląłem. Za psem wyłonił się facet, z mgły, jak wampir jakiś, usłyszał polskie przekleństwo. „Co ty tutaj robisz?” – zapytał. „Łóżka szukam” – powiedziałem. „To ja ci wynajmę”. W ten mniej więcej sposób poznałem wspaniałego człowieka, który fascynował się sztuką i potrafił ją sprzedawać Polakom w Nowym Jorku. Robiłem dla niego kopie Kossaków i Mehofferów, dawał je na sprzedaż pośrednikowi. Inteligentny, inteligentny facet. Opowiadał mi o poezji Baczyńskiego, którego jeszcze nie znałem. Edukator idealista.

Może przez cztery miesiące żyłem z tych Kossaków. Potem zjawiła się kuzynka gospodarza i sytuacja zrobiła się dwuznaczna. Musiałem się wyprowadzić. Wracając do Kossaków: Polacy z Greenpointu chętnie je kupowali. Zwłaszcza że ten pośrednik sprzedawał niewyrobionym nowobogackim kopie jako oryginały. Lata potem byłem w domu takiego nowobogackiego. Chwalił się, że ma w domu Kossaka. Spojrzałem i mówię: to Pityński, żaden Kossak. Nawet podpisu z tyłu płótna nie przeczytał.

Ten pośrednik to był lepszy numer. Kupił starą książkę z wklejonymi rycinami. Jakieś krajobrazy z początku XX wieku. Chaty polskie. Książka kosztowała pięćdziesiąt dolarów. Wyciął ryciny, oprawił w ramki i sprzedawał na aukcji po dwieście pięćdziesiąt dolarów za rycinę. Wolnoamerykanka na Greenpoincie, można powiedzieć.

Nie miałem wciąż prawa pobytu, ale miałem już własny dom, ponieważ rozwalanie kamienic bardzo się opłacało, i sprzedaż Kossaków też. Pomyślałem, że teraz chcę znów być rzeźbiarzem. Zebrałem się na odwagę i poszedłem do Nathaniela Kaza, sławnego rzeźbiarza, który uczył w Arts Students League. Nie powiedziałem, że jestem po akademii, ale ukryć się nie dało. Po sześciu miesiącach Kaz mnie wzywa: „Andrew, get the fuck out of here, ja cię już niczego nie mogę nauczyć. Idź do Sculpture House na Fifth Avenue, 30th Street, do tego gościa: Alexander Ettl”. Poszedłem i zaczęła się moja prawdziwa przygoda z monumentalną rzeźbą amerykańską, bo Ettl to następna legenda. Zbił majątek na dłutach, siekierach i innych narzędziach dla rzeźbiarzy. Następnie założył studio, w którym realizował ich pomysły. Artysta przychodzi z plastelinową figurką, a Ettl powiększa ten projekt do dziesięciu metrów i stawia na cokole. To jest najsłynniejsza pracownia na Wschodnim Wybrzeżu.

 

Nie od razu mnie przyjęli, był już komplet rzemieślników od powiększania. Ale widzę, że na dole pomagają Polacy: przynieś, podaj. Biorę jednego na piwo i proszę, by mnie zawiadomił, jeśli są widoki. Zatrudniam się tymczasem u jednego Żyda w zakładzie fotograficznym. Nędzna pensja, ale darmowa cola i spokój, więc całkiem w porządku mi się żyje.

Ciągle jeszcze dukam po angielsku. Pierwszego dnia pocę się, by odpowiedzieć, jak mam na imię i co tu w ogóle robię, w tym Nowym Jorku. Dla bezpieczeństwa mówię, że mam na imię Stanley. Ale Żyd zanosi się ze śmiechu: „Jak ty jesteś Stanley, to ja Josef Wissarionowicz Stalin – mówi czystą polszczyzną. – Przyjdź jutro”. Kiedy robi się miejsce w Sculpture House u Ettla, mam wyrzuty sumienia, że odchodzę. Tłumaczę Żydowi, że to dla mnie szansa, że ja rzeźbiarz. Żyd znów się tylko śmieje: „Idź, Andrzej, swoją drogą i się nie tłumacz. Ty nie możesz w Nowym Jorku myśleć po polsku. Ty musisz po żydowsku”.

Poszedłem. Zająłem w pracowni miejsce jakiegoś Włocha, który wyjechał do rodziny. Jego brat, Salvadoro, który został w pracowni, patrzył na mnie wilkiem. Któryś potrącił model głowy stojący na stole. Nos jej odpadł, zrobił się krzyk. Podbiegłem i tak się złożyło, że nadepnąłem na ten nos. Od razu rozpadł się na miazgę. Wszedł Ettl i zaczął wrzeszczeć, że mnie wyrzuci i poda do sądu. No ale dla mnie dorobić taki nos to pestka. Jak to Ettl zobaczył, to od razu wypytał, skąd jestem i co dotąd robiłem. W końcu powiedział: Polak, Węgier dwa bratanki. Bo rodzina Ettla przyjechała kiedyś z Węgier. Tak zostałem jego asystentem w drugiej pracowni w Princeton. Tam zacząłem powiększać rzeźby.

Alexander Ettl zaprosił mnie na swoją farmę, gdzie mieszkali i tworzyli zaprzyjaźnieni artyści. Zobaczyłem, jak oni żyją, ci amerykańscy rzeźbiarze. Oczy mi zbielały. Wielka farma, trzydziestu pięciu artystów, pełna wolność tworzenia. Codziennie happeningi, pędzenie stada krów, które hoduje Ettl. Wieczorem ogniska, nad którymi pieką się jego jałówki. Ale w tym wszystkim Ettl, któremu jednak od czasu do czasu odbija. Kiedy chce pracować, nie waha się budzić człowieka o trzeciej w nocy. Wali w drzwi, aż mu któryś otworzy. W końcu zacząłem się barykadować, zwłaszcza jeśli byłem z dziewczyną.

Pewnego razu wieczorem – dziewczyna właśnie była u mnie – znowu zaczął walić. Wrzeszczał, że jest w desperacji, bo za kilka godzin przyjeżdża Felix de Weldon, a on nie ma dla niego zamówionego pomnika. Felix de Weldon to największa amerykańska sława, autor Marine Corps War Memorial w Rosslyn, Wirginia, pomnika zwanego Iwo Jima, na cześć amerykańsko-japońskiej bitwy. Przez złośliwych: „sześciu pedałów”, bo przedstawia sześciu żołnierzy, jakby jeden właził na drugiego. Hello, odlewali go na Greenpoincie.

No więc ten de Weldon zamówił monumentalną rzeźbę marynarza z brązu. Ettl wziął zadatek i zapomniał. Był czwartek, w niedzielę miało być odsłonięcie, w sobotę de Weldon przyjeżdża zobaczyć rzeźbę, czterometrowy odlew. A wszystko, co ma dla niego Ettl, to gliniana figurka wielkości trzydziestu centymetrów. Ettl błaga: masz dwóch ludzi i atelier, rób, co chcesz, ratuj mnie, człowieku. Wkładam kalesony i pomagam. Pierwszego dnia rzeźbimy tę czterometrową figurę w plastelinie. Ettl poprawia. Wiadomo, że prawdziwego pomnika już nie odlejemy, więc tę plastelinę zasprejowałem złotą farbą. Zupełna prowizorka. De Weldon przyjechał, obejrzał i wyglądało na to, że nic nie zauważył. Kiedy drzwi się za nim zamknęły, zrobiliśmy odlew w gipsie, bo pomnik z plasteliny nie przetrwałby transportu. I dwa dni potem staliśmy na nabrzeżu, generałowie salutowali, wręczali sobie ordery, strzelały salwy. Wszyscy gratulowali de Weldonowi, a potem się rozeszli i zapomnieli. Trzy lata później jakiś gówniarz rzucił kamieniem do rzeki i trafił w marynarza, w związku z czym odpadło mu pół twarzy. Wtedy dopiero odlaliśmy tę rzeźbę z brązu, żeby był spokój. To było moje ostatnie zadanie u mistrza Alexandra.

Przeszedłem do Johnson Atelier w New Jersey, jako kierownik wydziału powiększania. Właścicielem tej pracowni jest Seward Johnson, hiperrealista i milioner z rodziny właścicieli Johnson & Johnson. Sławny na całą Amerykę. Ośmiometrowa Marilyn Monroe z podwiniętą wiatrem sukienką to cały Seward. Johnson Atelier to także mała fabryka, która produkuje rzeźby dla innych artystów. Ponieważ jestem kierownikiem, mogę realizować swoje własne pomysły.

Pierwszym jest kompozycja Partyzanci. Tkwią w moim sercu, odkąd pamiętam. Tworzę ich, wiedząc, że w Polsce SB morduje księży, studentów i robotników. Partyzanci stoją najpierw w ogrodzie obok Atelier i jedna usposobiona patriotycznie Polka chce ich ode mnie kupić. Ale ja nie chcę, żeby oni stanęli w ozłoconej rezydencji, tylko w przestrzeni publicznej, żeby każdy mógł sobie polską historię przemyśleć. Pojawia się okazja, kiedy w Polsce wybucha stan wojenny. Atmosfera sprzyja, na Partyzantów decyduje się burmistrz Bostonu. Atelier pokrywa koszty transportu. Dzień, w którym Partyzanci zostają postawieni pod ratuszem, burmistrz nazywa dniem walczących o wolność. Pięciu siedmiometrowych, uzbrojonych jeźdźców w szyku marszowym. Bardziej przypominają leśne widma i duchy niż ludzi. Sponiewierani, śmiertelnie zmęczeni, krwawiący, w ciągłej walce i ucieczce, jadący na swych słaniających się, wychudłych rumakach, ze spuszczonymi głowami, z własnymi myślami o tragedii ojczyzny. Zdradzeni przez świat, zapomniani przez Boga, z własnego wyboru w leśnych oddziałach.

Przemawiam również w stanowym senacie.

Ten pomnik to ma być tylko sześciotygodniowa wystawa czasowa. Ale stoi i stoi. Dopiero po latach budzi mnie telefon z dziennika „The Boston Globe”. „Władze wywiozły pomnik spod ratusza. Partyzantów nie ma!” „Jak to nie ma, kurde, szukajcie!” Znaleźli go gdzieś na przedmieściach. Stał smutno owinięty drutami, gotowy do transportu nie wiadomo gdzie. Dziennikarze napisali, co trzeba. Za „The Boston Globe” telewizje, radia, gazety, nawet moskiewska „Prawda” pisała, że polskich bojców wsadzili za kraty. Zadzwonili do mnie weterani z Kongresu Polonii Amerykańskiej, strasznie wkurzeni. Że organizują manifestację. Przyszło czterysta osób, ja z nimi. Była policja na koniach, media. Podeszliśmy pod ratusz, obrzuciliśmy go zgniłymi jabłkami. I okazało się, że miasto znalazło dla Partyzantów nową, lepszą lokalizację. Stoją do dziś.

Potem przyszła kolej na Katyń. Pieniądze, dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów, zebraliśmy pod polskimi kościołami. Żadna polonijna organizacja nie dała. Pomnik mówi sam za siebie: bagnet w plecach umierającego żołnierza. Stoi w New Jersey[8].

Dlaczego w Polsce się o mnie nie mówi? Bo się moje rzeźby salonowi nie podobają. Są ideologiczne, mówią wprost o moich przekonaniach. Drugi powód to fakt, że nie interesuje mnie abstrakcja. Nie pasuję do mainstreamu, przynajmniej obecnego. Zresztą salon w Ameryce również za mną nie przepada. Obojętne, co tworzysz, to jest polityka. Sztuka, chcesz czy nie, ma swoje zadania do zrealizowania. Kierunki się zwalczają, jak w polityce. Od right to left, od lewa do prawa.

Popatrz wstecz, na szkołę paryską, tam tę walkę zobaczysz. Chagall, Kandinsky, wszyscy byli Żydami, przyjechali z Polski i Rosji. Chcieli zaistnieć w Paryżu, ale galerie ich nie chciały. Więc stworzyli własną sztukę, która wywodziła się z kultury, w której nie wolno przedstawiać Boga jako człowieka. A na tym opiera się sztuka chrześcijańska. Kandinsky, Gabo, Pevsner – wszyscy oni kłaniali się Trockiemu, który zwalczał religię.

Ci żydowscy malarze są autorami biblii abstrakcji, sztuki opartej na rebusie, zagadce, która dominuje obecnie w świecie, a na pewno w Ameryce. Ja tu nie pasuję. Jeśli pytasz, czemu nie napiszą o mnie w „New York Timesie”, to ja ci odpowiem, że to jest gazeta założona przez lewicowego Żyda. Krytycy w tej gazecie hołdują sztuce abstrakcyjnej, ja ją uważam za antysztukę.

W amerykańskiej przestrzeni publicznej stoi piętnaście monumentalnych pomników mojego autorstwa. To są figuratywne, ekspresyjne rzeźby. Pokazują chwałę oręża i ducha Polski. Stoją w Nowym Jorku, Bostonie, Trenton, Hamilton, Bayonne, Doylestown. Mam na swoim koncie dziesiątki popiersi, mniejszych rzeźb i płaskorzeźby o tematyce patriotycznej. Piszą tutaj o mnie: „Wprowadził polską historię do amerykańskiej sztuki”. Wystarczy.

Tadeusz, 1961

W 1975 roku znaleźliśmy dom na Eckford. Był zrujnowany, dokoła Polacy i Ukraińcy. Ogólnie grzeczni, tylko jeden starszy sąsiad nie odkłaniał się ani mnie, ani żonie. Nie wiedziałem dlaczego, dopóki ktoś mi nie powiedział, że jest emigrantem z Ukrainy, sprzed wojny jeszcze. Jestem Polak, więc mi się nie kłania. Czy przestałem mu mówić „hi” na powitanie? Absolutnie nie przestałem. Jego pokolenie miało swoje rozrachunki, mnie to nie obchodziło.

Jeśli człowiek w Ameryce nie współżyje, to daleko nie zajdzie. Nie wszyscy oczywiście potrafią. Weźmy sąsiadkę zza ściany, Polkę. W ogrodzie ma szczury. Przychodzi do mojego syna, który w domu prowadzi swój biznes, żeby on kupował jej trutkę na szczury, bo to szczury z naszego domu. Tłumaczymy jej, że nie z naszego. Z naszego domu nie może nic wychodzić, bo jakżeśmy kupili budynek, to żona, inżynier, natychmiast uszczelniła dom po sam dach. Szczur, gdyby miał ze stali zęby, to pustaka nie przegryzie. Czyli jestem pewny, że to nie od nas, a ona swoje: kupcie trutkę. Mówię: „Proszę pani, jest dowód, proszę posłuchać. W domu z drugiej strony wybuchł pożar. Było podejrzenie, że nasz dom się zawali. Przyjechali strażacy, rozwalili mi drzwi, ścianę i zobaczyli, że ogień nie tknął naszego domu. Szczelny”. Ona ciągle uważa, że mamy szczury. Mówię znów: „Niech pani sprzeda dom, to nie będzie ani szczurów, ani innych kłopotów”. A ona nie chce. Jakoś w konflikcie żyje się lepiej.

Coś jest w polskiej psychice, że nie ma miejsca na dyskusję i dogadywanie. Albo będzie, jak ja chcę, albo w ogóle. Byliśmy w Polsce jednolici, biali i katoliccy i nie nauczyliśmy się współżyć z innymi. To jest nasza bieda.

Wiem, co mówię, bo sam byłem mnichem.

Nawet kiedy wylądowałem na Kennedym, miałem wciąż na imię Wacław, ogoloną głowę i małą torbę, w której mieścił się mój dobytek z klasztornej celi na Jasnej Górze.

Wylądowałem 7 grudnia 1961 roku. Na lotnisku podjął mnie ojciec Michał Zembrzuski, oczywiście też paulin. Ojciec Zembrzuski wpadł na pomysł zbudowania sanktuarium na wzór jasnogórskiego w Doylestown, Pensylwania. Amerykańska Częstochowa, każdy Polak w USA wie, co to znaczy. Oddelegowano mnie z Jasnej Góry do pracy w nowej placówce. Kiedy tam dotarłem, było to jedynie gospodarstwo rolne. Zamieszkałem w drewnianym domku, w którym kiedyś mieszkały farmerskie dzieci.

Niech pani nie myśli, że wyjazd mój był prosty. W klasztorze, jak wszędzie, walczyły ze sobą frakcje: prawicowa i liberalna. Kiedy miałem już bilet, okazało się, że w nadchodzących wyborach na generała frakcji liberalnej brakować będzie jednego głosu. Mojego. Przełożony odwołał więc mój wyjazd. A ja już duszą byłem w Ameryce. Kochałem klasztor, bo jestem gadułą, a w klasztorze nikt nie mógł ode mnie uciec. Ale u paulinów, w zakonie pustelniczym, czułem się już jak w balonie. Zamknięty. Miałem artystyczną duszę i ambicje. Chciałem czytać coś więcej niż żywoty świętych i teksty, które nie podsycały wewnętrznie.

W każdym razie zwiałem z Jasnej Góry i ostatnie dziewięć dni do wylotu przeczekałem w mieście. Nikt nie wiedział, gdzie jestem. Liczyłem, że w Ameryce kara za niesubordynację rozejdzie się po kościach. Miałem rację.

Kiedy wieczorem jechaliśmy z lotniska do Pensylwanii, zobaczyłem światła i hajłeje, Pulaski Bridge – mój Boże, co to był za widok!

W powstającym seminarium miałem redagować miesięcznik „Jasna Góra”. Miał poruszać on sprawy wiary, ale również rozpowszechniać wśród Polaków ideę zbudowania bliźniaczego sanktuarium jasnogórskiego w Ameryce. Praca księżowska nie była zbyt wymagająca. Wygłaszało się kazania po polsku, ale odbiorcami byli Polacy amerykańscy, którzy znali pół języka. Nie można było szarżować.

Greenpoint nie był mi obcy, ponieważ do Pensylwanii przyjeżdżały pielgrzymki, najczęściej pobożne panie. Jedna z nich, była zakonnica, mieszkała z mężem na Greenpoincie na Diamond Street. Kiedy przyjeżdżaliśmy do New Yorku, mieliśmy przystań.

 

Zacząłem pisać amerykańskie wiersze. Mogłem chodzić po pobliskich wzgórzach, dotykać drzew, czuć zapach liści lub woń rozgrzanych trocin wyrzucanych przez piły. To było cudowne paliwo dla moich wierszy. Nie miałem go, kiedy gnuśniałem w klasztornych murach. Te wiersze miały w sobie więcej radości i przestrzeni, rymy dopasowywałem do przyszłego kościoła ojców paulinów. Pierwszy tomik zatytułowałem Madonny, bo tak przyrzekłem sobie przed jej cudownym obrazem w Częstochowie. Drugi tomik nazywał się Lato w Pensylwanii. Praca nad trzecim skończyła się tragicznie w roku 1967.

Ale jeszcze zanim nastąpiła tragedia, w październiku 1966 roku arcybiskup Jan Król z Filadelfii poświęcił surowe mury świątyni. Na uroczystość przyjechał prezydent Lyndon Johnson z małżonką i córką. Pierwszy raz w historii prezydent przyjechał na polską mszę. I jeszcze sto czterdzieści tysięcy rodaków. To była szczytowa, można powiedzieć, uroczystość z okazji tysiąclecia polskiego chrześcijaństwa.

Niestety nie dane mi było długo cieszyć się z powodu sukcesu.

Cały rok 1966 pisałem wiersze do trzeciego tomiku, czułem się pełnoprawnym mnichem poetą. Potem szykowałem je do druku: rozkładałem strony na stole w mojej celi, układałem kolejność, szlifowałem. Potem przyszedł czas, bym jechał w innych parafiach wygłaszać rekolekcje. Ze sprzedaży poezji, wiadomo było, klasztor nie wyżyje. Spakowałem więc torbę, zamknąłem mój pokój w domku farmerskim i wyjechałem. Po kilku dniach wróciłem zadowolony, z czekiem dla przeora. Zdębiałem, bo moje wszystkie rzeczy osobiste zostały spakowane i wyniesione. „Co się dzieje?” – zapytałem. „Masz nową celę, weź kluczyk. Pod drzwiami jest pudło z rzeczami”. Poszedłem do nowej celi, otworzyłem pudło i nie znalazłem tam moich wierszy. Było to pudło z rzeczami kolegi Bazylego, który wyjechał na delegację do Pittsburgha. Wróciłem do przeora. „Może twoje rzeczy są w pokoju Bazylego?” Były, ale wierszy nie było. „To zapytaj brata Marka – doradził przeor – bo sprzątał”. Brat Marek odpowiedział, że przeor kazał mu posprzątać, a papiery spalić.

Wtenczas wyczułem celową złośliwość. Zrozumiałem, że wychyliłem głowę, a w klasztorze głowy wychylać nie wolno. Byłem zrozpaczony. Z tego żalu wyjechałem do Filadelfii i zamieszkałem u kolegi, żeby sprawę przemyśleć. Co robić?

Kolega, u którego spałem, działał w Polskim Uniwersytecie Ludowym w Domu Polskim w Filadelfii. Kiedyś, wcześniej jeszcze, zaprosił mnie na swój wykład, powiedział: przyjdź, posłuchaj, oceń, bo nie był pewien swojej terminologii. I proszę pani, ja poszedłem. W dyskusji po wykładzie wzięła udział pani inżynier. Jak ona sensownie mówiła!

Siedziałem w pierwszym rzędzie, więc się odwróciłem i zobaczyłem Zofię: po trzydziestce, przystojna, rzeczowa. Ja o takich kobietach w ogóle nie słyszałem. Przy kościele to były panie nabożne i oddane, ale o niczym nie można było z nimi porozmawiać. Przyszła z kombatantem jakimś, chyba smalił do niej cholewki. Czy wtedy właśnie zaczęło we mnie kiełkować marzenie, by zbudować dom i bliskie relacje? Tak się zastanawiam.

Z Domu Polskiego poszliśmy wszyscy na kawę. Dyskutowaliśmy aż miło.

Widziałem ją jeszcze u kolegi na urodzinach, przyjechała z nim w odwiedziny do klasztoru. Dowiedziałem się, że ma sześcioletniego syna, mieszka z mamą. Byłego męża poznała w Polsce, a gdy do niego przyjechała, okazało się, że wcześniej miał rodzinę. Matka byłego męża była zaborcza i nie chciała wypuścić syna ani do jednej, ani do drugiej.

Potem zdarzyło się spalenie, pojechałem do Filadelfii, a potem do polskiej Częstochowy, by rozmówić się z moim przełożonym w klasztorze. Pocieszył mnie: dłużej klasztora niż przeora. Odesłał jeszcze do Wiednia porozmawiać z innym księdzem o tym, jak wytrwać.

Chodziłem po pięknym Wiedniu i coś mi wpadło do głowy. Kupiłem kartkę pocztową i napisałem: „Jakby to było pięknie, gdyby pani tu była. Wiedeń, stolica walca, może bym się wreszcie nauczył”. Do Zofii napisałem, spontanicznie. I dostaję telegram: „Przyjeżdżam!”.

Jak pani widzi, mnichem już nie jestem. Po dwóch tygodniach byliśmy małżeństwem.

Na syna Zosi mówili Misio. Zauroczył mnie. Zacząłem być szczęśliwy: miałem żonę i sześcioletniego syna, sześć lat do przodu, jeśli chodzi o dorobek. To było prawdziwe życie, ponieważ mogłem je dzielić z Zosią i Misiem, rozmawiać, zwierzać się. W klasztorze nie można się zwierzać, bo od razu cały klasztor wie.

Zacząłem kolejne studia, znalazłem pracę w liceum u kwakrów: uczyłem religii, literatury, sportu i łaciny. Misio poszedł do szkoły, lubiłem go odwozić po drodze do mojego liceum.

Najpierw zaczęła upadać Filadelfia. Co to znaczy upadać? Ceny domów spadały. Dlaczego? Bo się zaczęli sprowadzać ludzie czarni. I, przykro to mówić, zaczęło się robić bardzo niebezpiecznie. Jak miałem pójść piechotą do University Centre, to nigdy samemu, zawsze we dwójkę lub trójkę szliśmy. Okradali nas: trzech, czterech otaczało i jak piłkę popychali od jednego do drugiego. Pani sobie nie zdaje sprawy, jakie to było nieprzyjemne i groźne.

Kiedyś szedłem sam do pracy. Trzech zaczęło mnie gonić. Nie miałbym szans, gdyby nie zatrzymał się autobus. Kierowca mnie rozpoznał, bo często tym autobusem jeździłem. Otworzył drzwi i byłem uratowany.

Potem upadliśmy my.

Moja żona dużo wtedy pracowała. Zwłaszcza kiedy kończył się projekt, to od rana do wieczora. Jeśli chodzi o mnie, to praca w liceum była na zastępstwo, skończyła się i musiałem szukać zatrudnienia. Zostałem kierownikiem stoiska mięsnego w supermarkecie prowadzonym przez polskiego Żyda. Tam zacząłem się uczyć etyki pracy i reguł zachowania. Będąc wychowanym w klasztorze, w stosunku do Żydów miałem dziwne słownictwo i podczas rozmów z pracodawcą wyszło szydło z worka. Na przykład opowiadaliśmy sobie dowcipy, w tym o Żydach. Użyłem słowa „żydek”. O, panie Tadeuszu, a dlaczego „żydek”? To było dla mnie bardzo ciekawe, że tego słowa nie można używać. W klasztorze żydowskich kawałów było pełno i do głowy by mi nie przyszło, że „żydek” komuś przeszkadza.

Któregoś dnia żona poprosiła o dzień wolny, żeby się wyspać i odpocząć. Odpoczywała, ja wyszedłem do pracy, Misio szykował się do szkoły, na przystanek szkolnego autobusu odprowadzała go babcia.

Supermarket był niedaleko, jak tylko doszedłem, usłyszałem sygnał pogotowia. Zobaczyłem ambulans, który jechał w kierunku naszej ulicy. Coś mnie tknęło, bo zawróciłem. Ambulans stał pod naszym domem. Podszedłem, na noszach leżał nieprzytomny Misio. Szli na przystanek schoolbusu, Misio nagle wyszedł na jezdnię i uderzyła w niego ciężarówka. Przekoziołkował w powietrzu i upadł na chodnik. Pojechaliśmy do szpitala. Wieczorem odłączyli go od maszyn podtrzymujących życie. Misio zmarł, to było straszne.

Żona zachowywała się obłędnie. Jak automat. Wychodziła, szła po ulicach i płakała. Jej matka żyła z poczuciem winy. W domu miałem dwie obolałe osoby. Nie byłem na to przygotowany.

Polscy sąsiedzi mówili: kara boska. Bóg ją skarał, bo wyciągnęła chłopa z klasztoru.

A Zosia była religijnie obojętna, śmieszne zarzuty.

Misio zginął niemal przed domem, przystanek był sto pięćdziesiąt metrów od naszych drzwi, tam się codziennie zbierały dzieci. Zrozumieliśmy, że musimy się wynieść, to było nie do zniesienia.

Kilka lat szukaliśmy swojego miejsca. Znaleźliśmy w końcu zrujnowany dom w tej dzielnicy. Taka była nasza droga na Greenpoint.