Nocny rejs

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nocny rejs
Nocny rejs
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,90  59,92 
Nocny rejs
Nocny rejs
Audiobook
Czyta Filip Kosior
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Część I Książę Marek Czarna owca Hulk Emi Anka Gene­rał Mama Papa­ruch 1.49 Zgło­sze­nie Tata Zwy­kła dziwka z bękar­tem Kac­per Game over

2  Część II Redak­tor Mece­nas Jasno­widz Majka Mirella Ściany wie­dzą wię­cej Po twoim tru­pie Prawda jest tylko jedna

Copy­ri­ght © Ewa Wąsi­kow­ska

Copy­ri­ght © Deadline Unli­mi­ted, Mar­bella 2021

WYDAWCA:

deadline.unli­mi­ted.sl@gmail.com


ISBN 978-84-123230-1-6

PRO­JEKT GRA­FICZNY: Janusz Barecki

ZDJĘ­CIA NA OKŁADCE: Shut­ter­stock

KOREKTA: Kata­rzyna Kusojć

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer firmy Eli­bri

Część I

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Książę

Od kwa­dransa leżał w pół­śnie, z przy­mknię­tymi oczami. Bał się je otwo­rzyć. Bał się, bo aż za dobrze znał ten stan. Nie­mal na pewno pobudka będzie ozna­czała ból – pul­su­jący, świ­dru­jący, odbie­ra­jący chęć życia. Ale ta chwila zbli­żała się nie­uchron­nie, zwłasz­cza że słońce bez­czel­nie nie­pro­szone wdarło się już na poduszkę i zaczęło się skra­dać w kie­runku jego twa­rzy. Zaraz zacznie palić, a jego głowa… eks-plo-du-je. Może i tak byłoby lepiej – pomy­ślał. – Uła­mek sekundy i cię nie ma. Nie ma bólu, nie ma tego cyrku…

Wie­dział, że jeśli nawet będzie ucie­kał przed słoń­cem, ono i tak go dogoni, a on i tak się wybu­dzi. To nie­uchronne… Jak wyrok.

Usiadł, spu­ścił nogi na pod­łogę, oparł łok­cie o kolana, wsu­nął dło­nie we włosy. Dłu­gie, kędzie­rzawe, czarne. Lubił je. Były tro­chę jak zasłona – przed świa­tem, przed ludźmi.

Głowa bolała, ale nie tak bar­dzo, jak się spo­dzie­wał. Good! – pomy­ślał i spoj­rzał na łóżko… Było wiel­kie. Spo­koj­nie mogłyby się na nim wyspać cztery osoby. Matka kazała je wyrzeź­bić w drew­nie jakie­muś miej­sco­wemu arty­ście. Na bank prze­pła­ciła, ale w jej mazur­skim pałacu wszystko musiało być wyjąt­kowe i na „spe­cjalne zamó­wie­nie”. Zagłó­wek wyko­nany był z powy­gi­na­nych, wygła­dzo­nych i poma­lo­wa­nych na wysoki połysk gałęzi. Cza­sami się przy­da­wał… Jed­nak teraz to pre­ten­sjo­nalne łoże było puste. Tylko para podu­szek – jego wygnie­ciona i prze­po­cona po cięż­kiej nocy, Anki gła­dziutka, nie­tknięta, jakby dopiero co wypra­so­wana. Koł­dra zmierz­wiona, ale nie od namięt­nych unie­sień, tylko jego samot­nych wysił­ków pod­czas tych ostat­nich godzin.

Nie chciał myśleć, gdzie ona jest. Wyobra­że­nia były nie­zno­śne. To była kolejna impreza, a te rzą­dzą się swo­imi pra­wami…

Anka lubiła imprezy, on w sumie też, ale z innego powodu. Po alko­holu i kre­sce bia­łego proszku nabie­rał śmia­ło­ści. Ni­gdy nie bra­ko­wało mu poczu­cia humoru, choć jego żarty bywały zbyt elo­kwentne dla nie­któ­rych. Nie był prze­bo­jowy… Ona tak. Nie był piękny. Tro­chę za niski, figura Polań­skiego. Za to Anka jak Sha­ron Tate – wyż­sza od niego, zgrabna, choć nie za chuda (nie lubił szczap), z kształt­nym cyc­kiem, a nawet dwoma. Zapła­cił za nie dwa­dzie­ścia tysięcy, po dzie­sięć za każdy, choć te natu­ralne podo­bały mu się. Może nawet bar­dziej. No, ale chciała…

Kiedy kilka dni temu byli w kinie na Pew­nego razu w Hol­ly­wood, ze trzy razy powtó­rzyła, że są jak Roman i Sha­ron. „Lepiej się do niej nie porów­nuj” – odpo­wie­dział ponuro, gdy wra­cali jego zabyt­ko­wym porsche do domu. – Źle skoń­czyła… Ina­czej niż w fil­mie”.

Wstał. Nie było źle, cho­ciaż obraz wyda­wał się szyb­szy od myśli. Tro­chę krę­ciło mu się w gło­wie, ale prze­żył.

Wło­żył szla­frok. Ha! Nawet o ten kawa­łek szmaty się z nią kie­dyś pokłó­cił. Anka wolała go w jedwab­nym. Czuł się w nim jak pedał. Kurde! Wyglą­dał w nim jak pedał. Ale dla niej sprawa była pro­sta – jedwab jest bar­dziej wytworny od cze­sa­nej bawełny czy włókna bam­bu­so­wego.

Posta­wił na swoim, a ona, ile­kroć widziała go w bam­bu­sie, nadą­sana nady­mała swoje coraz więk­sze usteczka. Bo jest takie nowe prawo w przy­ro­dzie – wargi puchną wprost pro­por­cjo­nal­nie do przy­by­wa­ją­cych lat.

Dość o niej!

Pod­cho­dząc do wiel­kich roz­su­wa­nych szkla­nych drzwi do ogrodu, poczuł przy­jemne orzeź­wie­nie. Poranne chłodne powie­trze zdra­dzało rychły koniec lata, ale można było jesz­cze wyjść boso na trawę. Jed­nym ruchem roz­su­nął białe muśli­nowe firany. Dwa kroki i poczuł zimną rosę na sto­pach. Ach… Dobrze. Spoj­rzał w stronę jeziora. Dzie­liło go od niego jakieś pięć­dzie­siąt metrów. Ochro­nia­rze krę­cili się przy jego moto­rówce i na molo. Widział z daleka, jak jeden z nich sprząta ją po wczo­raj­szych eks­ce­sach. Na dziś też musi być gotowa. Ogar­nie się tro­chę i pomy­śli, jak wyko­rzy­stać kolejny dzień urlopu. To były pra­co­wite mie­siące, ale było warto… Teraz trzeba odpo­cząć.

– Cześć, sze­fie! – Naj­po­tęż­niej­szy z ochro­nia­rzy dostrzegł go i zama­chał na powi­ta­nie. Kum­ple mówili na niego Hulk. Fak­tycz­nie, gdyby miał zie­loną skórę, byłby wypisz, wyma­luj jak z komik­sów Marvela.

– Cześć! Pamię­tasz, o któ­rej wczo­raj wró­ci­li­śmy?

– Ha, ha! Film się sze­fowi urwał, co? – Hulk naj­wy­raź­niej dobrze się bawił.

– Tylko bez takich!

– No, skoro szef pyta, to odpo­wia­dam. Oso­bi­ście poło­ży­łem szefa do łóżka około trze­ciej w nocy. I koł­derką przy­kry­łem. Ha, ha! Dobrze, że pani Ani nie było, boby­śmy ją obu­dzili…

Ostat­nie zda­nie wska­zy­wało, że wszy­scy wie­dzą, że mię­dzy nim a Anką nie jest naj­le­piej. Naigra­wają się. Pew­nie się cie­szą. Wia­domo, ludzie nie­na­wi­dzą boga­czy. Do czasu… Do czasu, kiedy potrze­bują pie­nię­dzy. Wtedy nagle bogacz jest dobry i wyciąga się do niego rękę.

Wszy­scy ochro­nia­rze są do wymiany. Czuł to już od dawna, ale nie miał kiedy się tym zająć. Pro­duk­cja naj­now­szego pro­gramu zaj­mo­wała ostat­nio więk­szość jego myśli. Ale wie­dział, że zro­bił hit. Takiego show jesz­cze w Pol­sce nie widzieli. Jesie­nią wszy­scy będą o tym mówić…

Z zamy­śle­nia wyrwał go dźwięk ese­mesa. Się­gnął do kie­szeni szla­froka. Zanim jesz­cze spoj­rzał na ekran, poczuł dreszcz pod­nie­ce­nia, bo ten dźwięk zare­zer­wo­wany był dla niej. Nie dla Anki.

Karczma Biały Szkwał: „Obu­dzi­łam się i pomy­śla­łam o Tobie…”.

Karczma Biały Szkwał. Pra­co­wała tam jako kel­nerka, więc tak ją zapi­sał. Zmyłka, na wypa­dek gdyby Anka

miała mu kie­dyś grze­bać w tele­fo­nie. Nie robiła tego ni­gdy, ale…

„Co sobie pomy­śla­łaś, piękna?” – odpi­sał szybko.

Karczma Biały Szkwał: „Coś takiego, że mi się zro­biło cie­pło… Tam, niżej”.

„Nie pytaj, co u mnie się dzieje teraz tam, niżej”.

Karczma Biały Szkwał: „Pytam”.

„Nie pytaj, tylko bierz!”

Karczma Biały Szkwał: „Do ust?”.

„Do gar­dła”.

Karczma Biały Szkwał: „Dziś?”.

„Dziś! Muszę Cię w końcu mieć… Swoją drogą jak mnie zapi­sa­łaś w tele­fo­nie?”

Karczma Biały Szkwał: „No wia­domo! Książę. He, he. Wszy­scy tak na Cie­bie mówią”.

„To może skoro wszy­scy tak mówią, to nie jest to naj­lep­szy pomysł? Zmień na jakie­goś Adama. Bez odbioru. I ska­suj tę kon­wer­sa­cję. Od razu”.

„Książę”. Kurde! Sły­szał, że ludzie tak o nim mówią, i strasz­nie go to wku­rzało. Zawsze wszy­scy będą go mieć za synalka boga­tego tatu­sia. W sumie „boga­tego” to mało powie­dziane. Jego ojciec trząsł mediami w tym kraju. Sta­cje tele­wi­zyjne, radiowe, inter­net, gazety. Czwarta wła­dza.

 

Czwarta? Ojciec od lat był drugi lub trzeci na liście naj­bo­gat­szych Pola­ków. Nie było dla niego rze­czy nie­moż­li­wych. Nie potra­fił jed­nego – spra­wić, żeby o jego synu nie mówili, że wszystko kupił, zała­twił, uła­twił mu tatuś.

Ten pro­gram, który teraz zro­bił, zamknie wszyst­kim usta. Sam go wymy­ślił, wypro­du­ko­wał, wyre­ży­se­ro­wał. Za dużo ludzi przy tym pra­co­wało i widziało, jak haro­wał po dwa­dzie­ścia godzin na dobę, żeby kto­kol­wiek mógł mieć wąt­pli­wo­ści. Jeżeli ktoś tu komuś coś zała­twił, to jedy­nie on Ance…

Kiedy się poznali, była aktorką. Wziętą. Nie­złą, ale nie taką, którą anga­żuje się do poważ­nych fil­mów. Seria­lową. Dużo pra­co­wała. Nawet na randki trudno było się z nią uma­wiać. Kiedy się jej oświad­czył, zastrzegł, że jako jego żona ma mniej pra­co­wać. Spo­dzie­wał się awan­tury, wrza­sków, że zruj­nuje jej karierę. Tym­cza­sem… Anka z uśmie­chem powie­działa: „Kocha­nie, dla cie­bie wszystko”. Następ­nego dnia oświad­czyła pro­du­cen­tom, że odcho­dzi z serialu. Wyne­go­cjo­wali z nią, że sce­na­rzy­ści wyślą jej boha­terkę za gra­nicę. I tak Mal­wina z Praw­dzi­wej miło­ści wyje­chała do Ame­ryki Połu­dnio­wej w poszu­ki­wa­niu swo­jego bio­lo­gicz­nego ojca, a Anka wresz­cie miała czas… Na masaże, tre­ningi, ostrzy­ki­wa­nie twa­rzy i zakupy w naj­lep­szych skle­pach na świe­cie.

– Może chcia­ła­byś tro­chę popra­co­wać, poka­zać się znowu ludziom? Zapo­mną w końcu o tobie. Popro­wa­dzisz mój pro­gram. To będzie mocny powrót – zapro­po­no­wał jej któ­re­goś dnia.

– W sumie… – odpo­wie­działa bez prze­ko­na­nia. – Ale pozwo­lisz mi potem poje­chać ze zna­jo­mymi na trzy mie­siące na Seszele. I wszystko opła­cisz. Okej? – Usia­dła mu na kola­nach i zaczęła czule cało­wać jego twarz i bawić się jego wło­sami.

– Dobrze. Może też do was dojadę? – odpo­wie­dział. – Naj­waż­niej­sze, że mam już z głowy sprawę pro­wa­dzą­cej. Bo stale wci­skają mi różne dziu­nie. A jak powiem, że ty pro­wa­dzisz, zamknę temat. No bo kto zrobi to lepiej od cie­bie? Jesteś the best, babe.

– To przy oka­zji pro­mo­cji pro­gramu posta­raj się dla mnie o okładkę w „Play­boyu”. Dobrze? Pochwa­li­ła­bym się nowymi cyc­kami. – Ujęła swoje dwa atuty w dło­nie i pod­su­nęła mu pod usta. Zanu­rzył się w nich z roz­ko­szą. Chwy­cił ją mocno za bio­dra, wstał i rzu­cił na łóżko…

Gdy miała dobry humor, potra­fiła być dla niego bar­dzo miła.

Marek

– Czter­dzie­ści jeden, czter­dzie­ści dwa, czter­dzie­ści trzy… – Pom­po­wał jak zawzięty. Ramiona już go paliły, ale nie odpusz­czał. Nie żeby był jakimś kul­tu­ry­stą, po pro­stu tre­ner per­so­nalny musi wyglą­dać. Jed­nak teraz przede wszyst­kim chciał wyglą­dać dla niej. Wie­dział, że gdy się ma trzy­dzie­ści trzy lata na karku, to figura łatwo może

się posy­pać. On posta­no­wił sobie wyglą­dać zawsze jak Ado­nis. Naj­wy­żej nie będzie żarł, ale brzu­szy­ska nie zapu­ści!

Pot spły­wał mu po twa­rzy, zale­wał oczy. Wpa­try­wał się w powięk­sza­jącą się pod nim kałużę na wyso­ko­ści jego głowy. Powoli zaczął w niej widzieć swoją twarz…

– Sześć­dzie­siąt pięć, sześć­dzie­siąt sześć… – Lubił liczyć na głos. Łatwiej było mu wtedy kon­tro­lo­wać oddech.

Ona spała jesz­cze głę­bo­kim snem. Trudno się dzi­wić. Wymę­czył ją dzi­siej­szej nocy… Ta dziew­czyna ma moż­li­wo­ści fizyczne. Zresztą od roku sam o to dbał.

Trzy razy w tygo­dniu spo­ty­kali się na sali tre­nin­go­wej. Pry­wat­nej. Wiel­kie okna z wido­kiem na ogród… Nie, nie ogród. Pod­war­szaw­ską rezy­den­cję ota­czał park. Naj­lep­szy, kom­plet­nie nie­wy­ko­rzy­stany sprzęt, o jakim mogliby poma­rzyć zawo­dowi spor­towcy. No i intym­ność. Pozorna. Nie mieli dużo swo­body. Już pod­czas pierw­szego tre­ningu Anka mru­gnęła do niego i niby zażar­to­wała, ale tak naprawdę to było ostrze­że­nie: „Gra­tu­luję, wła­śnie dosta­łeś się, Marku, do domu Wiel­kiego Brata. Pamię­taj, to pomiesz­cze­nie naszpi­ko­wane jest kame­rami, które zare­je­strują każdy twój ruch i każde twoje słowo”.

Dosko­nale pamięta tam­ten dzień. Miała na sobie poma­rań­czowe leg­ginsy i czarny sta­nik, który opi­nał kształtny, choć wtedy jesz­cze nie­wielki biust. Podo­bała mu się, nawet bar­dzo, ale od razu wie­dział, co trzeba popra­wić w jej figu­rze. Ujędr­nić tyłek i brzuch, popra­co­wać nad ple­cami. Cycki mogłaby mieć więk­sze… – pomy­ślał.

Miał ochotę jej dotknąć. Po raz pierw­szy zro­bił to, gdy wal­czyła z han­tel­kami – korekta toru ruchu. Lekko się wzdry­gnęła. Jed­nak w końcu to natu­ralne, że tre­ner pil­nuje, by pra­wi­dłowo wyko­ny­wać ćwi­cze­nie. Nie wszystko da się wytłu­ma­czyć sło­wami…

Bar­dziej intym­nie zro­biło się, kiedy doszli do roz­cią­ga­nia.

– Połóż się na ple­cach, jedną nogę zegnij w kola­nie, drugą unieś wypro­sto­waną. Podo­ci­skam cię tro­chę.

Nie opo­no­wała. Naj­pierw tro­chę się śmiała, ale w końcu zorien­to­wała się, że Marek ma poważną minę i napie­ra­jąc tor­sem na jej udo, ze sku­pie­niem patrzy jej pro­sto w oczy.

– Dla­czego tak patrzysz?

– Patrzę, jak reagu­jesz. Muszę kon­tro­lo­wać swoje ruchy. Nie chciał­bym ci zro­bić krzywdy…

Bariera bli­sko­ści fizycz­nej została prze­ła­mana. Potem wymy­ślił tre­ningi out­do­orowe i od tej pory jedyną barierą, któ­rej oboje nie mogli lek­ce­wa­żyć, było to, ile trwały te ich spo­tka­nia. Anka zawsze punk­tu­al­nie wra­cała do domu. Pil­no­wała tego…

Z zamy­śle­nia wyrwał go dźwięk budzika. Wyłą­czył go szybko. Chciał ją obu­dzić łagod­nie. Tak jak lubiła – poca­łun­kami.

Wie­dział, że nie mają już dużo czasu. Zaraz będzie trzeba się zbie­rać. Nie­na­wi­dził jej odda­wać. Nie­na­wi­dził, kiedy wra­cała do swo­jego praw­dzi­wego świata. Pro­blem w tym, że ten jej praw­dziwy świat był jak bajka i że ni­gdy nie zre­zy­gnuje z tego, co udało jej się zdo­być. Noc czy dwie w drew­nia­nym domku na cam­pingu potra­fiła wytrzy­mać, ale gdyby miała zamiesz­kać z nim na pięć­dzie­się­ciu metrach przy ruchli­wej ulicy w War­sza­wie, to sie­lanka szybko by się skoń­czyła.

Jak to jest żyć bez trosk? To zna­czy bez zmar­twień o kasę, o to, że trzeba iść do pracy, o to, że frank pod­sko­czył i trzeba jakoś na ratę uzbie­rać. On miał tego typu zmar­twie­nia. Ona za to miała męża.

Księ­ciu­nio pie­przony! – Na samą myśl o tym gościu wzbie­rała w nim agre­sja. Gość nic mu nie zro­bił, w sumie nawet go dobrze nie znał, ale miał Ankę tak, jak on ni­gdy jej mieć nie będzie. Wie­dział, jaka jest. Kocha kasę, kocha wygodę. Tym­cza­sem inter­cyza mówiła jasno: jeśli roz­wód będzie z jej ini­cja­tywy lub winy, nie dosta­nie NIC. Chcesz odejść? Paku­jesz to, z czym przy­szłaś, i do widze­nia.

Nie zdą­żył jej obu­dzić. Kiedy wszedł do sypialni, była już ubrana. Stała przy oknie, robiąc szybki maki­jaż. Wyglą­dała pięk­nie, choć jej strój zupeł­nie nie paso­wał do tej pory dnia. Czarne skó­rzane spodnie i srebrna bro­ka­towa bluzka na cien­kich ramiącz­kach. Taką ją porwał wczo­raj z imprezy, którą urzą­dził Księ­ciu­nio.

Nie pró­bo­wała ukryć, że nie jest już siksą. Była od niego star­sza. Krę­ciło go to. Trudno było jej zaim­po­no­wać, czymś ją zasko­czyć, a on lubił wyzwa­nia. To doda­wało pie­przu ich rela­cji. Solą zaś było to, jak reago­wały na sie­bie ich ciała. Nie potrze­bo­wali słów.

– Mareczku, pod­wie­ziesz mnie do Gośki i razem z nią wrócę do sie­bie. Powiem, że spa­łam u niej.

– I on w to uwie­rzy? – zapy­tał. W jego gło­sie wyczu­wało się kpinę. Zawsze szo­ko­wało go, jak Anka umie kła­mać, kom­bi­no­wać, krę­cić. Była naprawdę nie­złą aktorką.

– Wiesz, w końcu to była impreza. Znasz nasz układ. Romanse to coś innego niż impre­zowe, jed­no­ra­zowe incy­denty pod wpły­wem. Ja też nie wni­kam, z kim on spę­dził dzi­siej­szą noc.

– Jestem więc „incy­den­tem”?

– Ty jesteś roman­sem. W tym pro­blem. – Spo­waż­niała i popa­trzyła na niego w mil­cze­niu. – Dużo ryzy­kuję – dodała po chwili.

– Chcę cie­bie. Ale nie tak jak teraz. Chcę cie­bie codzien­nie. Kocham cię, Anka. – Pod­szedł do niej, nachy­lił się do jej szyi, ale ona zro­biła unik.

– Prze­cież wiesz, że stra­ci­ła­bym wszystko.

– A gdyby on chciał roz­wodu?

– Dostaję naszą rezy­den­cję w Pod­ko­wie i doży­wot­nie comie­sięczne ali­menty.

– Ile by tego było? – Ni­gdy wcze­śniej o to nie pytał. Bał się poru­szać ten temat. Wie­dział, że usły­szy kwoty, przy któ­rych poczuje się malutki.

– Dwa­dzie­ścia tysięcy! Wyobra­żasz sobie? Prze­cież za to nawet bym tej cha­łupy nie utrzy­mała.

– Myśla­łem, że mają­tek dzieli się na połowę.

– Tylko w przy­padku śmierci innej niż samo­bój­stwo… – Anka, wypo­wia­da­jąc te słowa, malo­wała usta. Nie towa­rzy­szyły jej żadne emo­cje. Dla niej to była tylko teo­ria, jakieś punkty z inter­cyzy, które wykuła na pamięć. Skon­cen­tro­wana była jedy­nie na tym, by równo nało­żyć szminkę.

Dla Marka słowo „śmierć” było tak samo natu­ralne jak „życie”. Jesz­cze pięć lat temu słu­żył w woj­sku. Misja w Afga­ni­sta­nie. Poko­jowa. Brzmi to tak gładko i pięk­nie, ale widział tam różne rze­czy. Złe. Straszne. Ni­gdy z nikim się tym nie dzie­lił. Ale jedno wie­dział na pewno: czło­wieka zabija się łatwiej niż krowę. Jest lżej­szy, słab­szy. A uczu­cia? Jakie uczu­cia? Zabi­ja­nie to kwe­stia rutyny.

Czarna owca

Trudno było sobie wyobra­zić lep­szy moment. Ten był wprost ide­alny. W tym przy­padku liczył się każdy szcze­gół, każdy pie­przony szcze­gół, na który zapra­co­wała. Cze­kała na to latami. Jed­nak było warto…

Sie­działa w salo­nie swo­jego wła­snego apar­ta­mentu w Monte Carlo. Dwie­ście pięć­dzie­siąt metrów, ostat­nie pię­tro z wido­kiem na port. Ten port, do któ­rego swo­imi luk­su­so­wymi jach­tami przy­pły­wają naj­bo­gatsi ludzie świata, poli­tycy, gwiazdy show­biz­nesu. A potem zapusz­czają się wie­czo­rami w uliczki mia­sta, w któ­rym ona miesz­kała. Prze­gry­wali w kasy­nie pie­nią­dze, a dla otar­cia łez wstę­po­wali do salonu Prady, który ona odwie­dzała nie­mal codzien­nie – wystar­czyło, że zje­chała windą na par­ter. I kto tu ma lep­sze życie? Sto­jąc przy portefenêtre ozdo­bio­nym rzeź­bioną balu­stradą, wzięła głę­boki oddech… Zapach kwia­tów. To ją wprost urze­kło. Nie znała dru­giego takiego miej­sca na świe­cie, gdzie powie­trze pach­nia­łoby jak w per­fu­me­rii. Bli­skość słyn­nego ogrodu bota­nicz­nego znacz­nie pod­no­siła cenę apar­ta­men­tów. Tu nawet gdyby poli­zać ścianę, poczu­łoby się smak luk­susu. Ale ona była już przy­zwy­cza­jona do luk­susu. Nie on wpra­wiał ją tego dnia w tak dobry humor.

Tak, to był ide­alny moment. Ile lat na to cze­kała? Kiedy ucie­kła z domu, miała sie­dem­na­ście. Przed tygo­dniem zmie­niła „sys­tem ope­ra­cyjny” na 4.0. No to ładny pre­zent zro­bił jej Księ­ciu­nio… Choć nie bar­dzo się śpie­szył.

Uśmiech­nęła się do sie­bie, wzięła łyk szam­pana i jesz­cze raz spoj­rzała na ekran iPada. Tytuł arty­kułu przy­pra­wiał ją o dresz­cze: „Syn zna­nego miliar­dera wypro­du­ko­wał nowy pro­gram. To będzie rewo­lu­cja w tele­wi­zji”.

– Ha, ha! – Choć była sama i nikt jej nie sły­szał, śmiała się gło­śno i powta­rzała: – „Syn zna­nego miliar­dera, syn zna­nego miliar­dera”… – Dawało jej to satys­fak­cję. – Tym wła­śnie jesteś, bra­ciszku, „synem zna­nego miliar­dera”. I tylko nim pozo­sta­niesz na zawsze. Bez imie­nia, nazwi­ska…

Wie­działa oczy­wi­ście, że w Pol­sce zro­biło się gło­śno o pro­duk­cji jej przy­rod­niego brata. W tym graj­dołku pod­niecą się byle gów­nem, byle tylko śmier­działo pie­niędzmi. I wła­śnie takie gówno zro­bił jej brat. Była o tym prze­ko­nana. Ale dobrze, niech mówią, niech piszą. Prze­cież cze­kała na wła­śnie taki ide­alny moment, kiedy w końcu będzie mogła ode­grać się za te wszyst­kie lata upo­ko­rzeń, jakie jej zgo­to­wali – on i ich wspólna mamu­sia.

Od lat nie myślała o niej jak o matce. To nawet nie był już jej świat. Jed­nak do pełni szczę­ścia potrze­bo­wała smaku zemsty.

I wła­śnie wybiła godzina zero.

Wszystko to miało wyda­rzyć się znacz­nie wcze­śniej – jakieś dzie­sięć lat temu. Jed­nak jak na złość „syn zna­nego miliar­dera” został kop­nięty w dupę przez poprzed­nią narze­czoną. Śliczna Ola była pio­sen­karką, rów­nież córeczką boga­tych rodzi­ców. Oczy­wi­ście nie ma co porów­ny­wać tych dwóch for­tun, ale sroce spod ogona nie wypa­dła.

Kochali się, za rączki trzy­mali. Ona tak w niego zapa­trzona… Do momentu, gdy „Życie na Szczy­cie” nie opu­bli­ko­wało trzech cie­ka­wych zdjęć:

 

1. Śliczna Ola na zaple­czu sceny, na któ­rej chwilę wcze­śniej wystę­po­wała, w namięt­nym poca­łunku z gita­rzy­stą ze swo­jego zespołu.

2. Czyżby Ola lewą ręką chwy­ciła za kro­cze swo­jego kolegę?

3. Resztę wie­czoru oboje spę­dzili na tyl­nym sie­dze­niu hum­mera gita­rzy­sty.

Cia­cho było z niego, że palce lizać: dłu­gie dredy, ręce w tatu­ażach i twarz Chry­stusa. Taki święty dia­beł. No i wodził jak dia­beł Oleńkę na poku­sze­nie. A w całej tej histo­rii naj­za­baw­niej­sze było to, że to nie Książę ją kop­nął w dup­sko, tylko ona jego. Zupeł­nie jakby ucie­szyły ją te zdję­cia. Naj­wy­raź­niej były tej małej kurewce na rękę.

„Syn zna­nego miliar­dera” leczył się z tej traumy kilka lat. Z nikim się nie wią­zał, przy­naj­mniej ofi­cjal­nie. Tym­cza­sem by zemsta była naprawdę słodka, potrzebna była kobieta. Jed­nak nie jakiś prze­lotny roman­sik. Żona. Żeby bar­dziej bolało. I żeby wstyd był więk­szy.

Wszystko byłoby dobrze, tylko ta Anka tro­chę nie paso­wała do pro­filu wybranki serca Księ­cia. Zasta­na­wiała się nawet, jak to się stało, że padło aku­rat na nią. Była ładna, to fakt. Była znana. Być może o to wła­śnie cho­dziło? Może jej bra­ci­szek dodaje sobie w ten spo­sób kilka cen­ty­me­trów… wzro­stu. Nawet z cha­rak­te­rów jacyś tacy nie­po­dobni… Cza­sem zasta­na­wiała się, czy to moż­liwe, żeby Anka naprawdę go kochała.

Wpa­tru­jąc się w zbie­ra­jące się nad por­tem chmury, pomy­ślała, że jest ostat­nią osobą, która cokol­wiek wie o miło­ści i może kogo­kol­wiek oce­niać. Apar­ta­ment, pie­nią­dze na kon­cie – wszystko, co miała, zaro­biła, uda­jąc może nie wielką miłość, ale przy­wią­za­nie i odda­nie. Być może nawet nie do końca było to uda­wa­nie, bo kiedy myślała o Fili­pie, robiło jej się cie­pło na sercu. Jed­nak tro­chę razem prze­żyli, mają synka.

Sta­rał się być szar­mancki. To jed­nak był układ, a nie praw­dziwy zwią­zek. Musiała się zga­dzać na wiele rze­czy, na które nie miała ochoty. Kie­dyś przy­pro­wa­dził do domu jakie­goś faceta – ni­gdy wcze­śniej ani ni­gdy póź­niej go nie widziała. Podali jej nar­ko­tyki. Wzięła dobro­wol­nie. Po prze­bu­dze­niu niczego nie pamię­tała. Filip leżał obok niej, był w dobrym nastroju. Gdy spoj­rzała na niego pyta­jąco, powie­dział tylko, że spi­sała się na medal. Nie roz­wi­jał tematu, a ona nie pytała.

Kiedy go poznała, miała osiem­na­ście lat… Nie uczyła się, pra­co­wała w McDo­nal­dzie. Miesz­kała kątem u swo­jego chło­paka – stu­denta polo­ni­styki, który wynaj­mo­wał pokój w obskur­nym miesz­ka­niu w sta­rej kamie­nicy na Pra­dze. Wra­cała po pracy do domu, śmier­dząc fryt­kami. Nawet po kąpieli czuła ich zapach we wło­sach. Nie chciała tak żyć. Wie­działa, że nie potrafi dzia­do­wać. Musiała jak naj­szyb­ciej dostać się do kasty, z któ­rej się wywo­dziła, w któ­rej żyła przez kilka ostat­nich lat. Zawsze zasta­na­wiała się, jak jej mamie – gór­ni­czej wdo­wie – udało się zdo­być jed­nego z naj­bo­gat­szych ludzi w Pol­sce. Naj­waż­niej­sze, że zabrał je ze ślą­skiego fami­loka wprost do swo­jego wiej­skiego pałacu na Mazu­rach…

W cia­snym pokoju, w któ­rym miesz­kali z Miko­ła­jem, nie mieli nawet łóżka. Stary, wygnie­ciony dwu­oso­bowy mate­rac wci­śnięty był w kąt przy kalo­ry­fe­rze. Trzeba było uwa­żać, żeby się nie ude­rzyć. Nie liczyła już, ile guzów sobie o niego nabiła.

Któ­re­goś poranka, gdy Miko­łaj wyszedł, wpa­dła w roz­pacz. Miała dość tego całego syfu, kaj­ze­rek z naj­tań­szym pasz­te­tem na śnia­da­nie i kłótni o to, kto w tym mie­siącu płaci za czynsz. Potrze­bo­wała choć odro­biny luk­susu…

Wyką­pała się. Wło­żyła sukienkę od Cha­nel, którą dostała na poprzed­nie uro­dziny, i szpilki. Miko­łaj nie lubił jej w tym stroju. Mówił, że wygląda w nim jak stara ciotka. Rze­czy­wi­ście, patrząc w lustro, widziała dwu­dzie­sto­trzy­latkę. I na tyle się czuła. W tym wyda­niu było jej lepiej niż w woj­sko­wej kurtce i gla­nach… Zaj­rzała do port­fela. Dwa­dzie­ścia zło­tych musiało jej wystar­czyć na przy­jem­no­ści. Ma być miło!

Tram­wa­jem doje­chała do cen­trum i poszła na spa­cer Nowym Świa­tem, a potem Kra­kow­skim Przed­mie­ściem do hotelu Bri­stol. Plan był pro­sty: zamó­wić her­batę i posie­dzieć z książką, poroz­ko­szo­wać się zapa­chem bel­gij­skiej cze­ko­lady, pysz­nych ciast, na które nie było jej stać, i pouda­wać kogoś, kim już nie jest…

Żeby nie zwa­rio­wać, fun­do­wała sobie odtąd taką przy­jem­ność raz w tygo­dniu. Któ­re­goś dnia zoba­czyła, że przy sto­liku obok sie­dzi Filip. Znała go z tele­wi­zji. Wszy­scy go znali. Były pił­karz, teraz dewe­lo­per. W Wia­do­mo­ściach mówili, że buduje naj­droż­szy apar­ta­men­to­wiec w Pol­sce… Uśmiech­nęła się do niego. Odwza­jem­nił uśmiech. Pod­czas kolej­nego spo­tka­nia zapła­cił za jej kawę, zapro­po­no­wał obiad i ciastko na deser. Tak to się zaczęło. Czuła się przy nim tro­chę jak córka, ale odpo­wia­dało jej to. Swo­jego taty pra­wie nie pamię­tała. Zgi­nął w kopalni. Wybuch metanu. Po czte­rech tygo­dniach ratow­nicy dotarli do miej­sca zawału. Mamie powie­dzieli, że to była szybka śmierć. Wie­rzyły w to, że nie cier­piał.

A ojczym milio­ner? Ni­gdy nie zapo­mni ich pierw­szego spo­tka­nia. Ani razu nie spoj­rzał jej w oczy. I póź­niej też ni­gdy tego nie robił. Chyba nie zda­rzyło jej się z nim poroz­ma­wiać tak po pro­stu – o szkole, o chło­pa­kach, o czym­kol­wiek. Akcep­to­wał ją, tole­ro­wał to, że jego żona ma taką „broszkę”. Jed­nak w kwe­stii listów nie zro­bił nic…

Listy przy­cho­dziły raz w tygo­dniu, od kiedy skoń­czyła szes­na­ście lat. Błę­kitna pape­te­ria, adres napi­sany na sta­rej maszy­nie do pisa­nia. Wysy­łane były z poczty w Węgo­rze­wie, a poko­jówka – zgod­nie z zasa­dami panu­ją­cymi w domu – kła­dła je na biurku w jej pokoju. Co zawie­rały? Wyzna­nia…

„Drogi Kop­ciu­chu,

podoba ci się to prze­zwi­sko? Dosko­nale pasuje do córki gór­nika, prawda? Wydaje ci się, że jesteś teraz księż­niczką, ale nic z tego, z czego teraz korzy­stasz, ci się nie należy. I oso­bi­ście dopil­nuję, żebyś zwró­ciła każdą pie­przoną zło­tówkę, którą prze­ja­dasz w tym pałacu. Obie­cuję ci, że nadej­dzie dzień, kiedy wszystko sobie odbiorę. Głu­pia pokrako, szu­kaj już sobie boga­tego gacha. Nie mogę się docze­kać dnia, w któ­rym znik­niesz…

Pełen uczuć

Twój Brat

PS Jeśli komu­kol­wiek poka­żesz ten list, wszyst­kiego się wyprę. Zresztą chyba wszy­scy dosko­nale wie­dzą, kto w tej rodzi­nie jest czarną jak węgiel owcą”.

To był pierw­szy list. Każdy kolejny był gor­szy. Czuła coraz więk­szy nie­po­kój. Miała wra­że­nie, że jest obser­wo­wana. Prze­stała ufać zna­jo­mym. A on non stop jej gro­ził, naśmie­wał się z jej kom­plek­sów, któ­rych jak więk­szość nasto­la­tek miała wiele. Brzy­dził się biedą. Ona naj­wy­raź­niej uświa­da­miała mu, skąd wywo­dzi się ich matka. Tak to sobie tłu­ma­czyła. Nikt nie wie­dział, jaki Książę jest naprawdę. Miał prze­cież zale­d­wie dwa­na­ście lat, gdy zaczął ją drę­czyć, zamie­nia­jąc jej życie w pie­kło.

Po roku posta­no­wiła powie­dzieć o wszyst­kim mamie. Dostała w twarz za oczer­nia­nie brata. Ojczym też jej nie uwie­rzył. Zarzu­cili jej, że spre­pa­ro­wała te listy.

Do torby tre­nin­go­wej, którą dostała na uro­dziny wraz z pakie­tem lek­cji tenisa, zapa­ko­wała tro­chę ubrań i kosme­ty­ków. Z port­fela mamy ukra­dła trzy­sta zło­tych. Na swoim biurku zosta­wiła całą kore­spon­den­cję od Księ­cia i kar­teczkę: „Dłu­żej nie wytrzy­mam. Nie chcę Was znać”. Miko­łaj cze­kał na nią pod bramą rezy­den­cji. Kiedy bie­gli razem w kie­runku PKSu, śmiała się, naresz­cie wolna…

Ucie­kła z domu i rze­czy­wi­ście stała się czarną owcą rodziny. Kiedy zna­jomi o nią pytali, matka i ojczym mówili, że wyje­chała do szkoły za gra­nicę. I ode­brała szkołę… Życia.