Prawda

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Ewa Szymańska 2021

Projekt okładki: Natalia Urbaniak @mnustwo

Ilustracje botaniczne:

Charles Henry Dessalines d’Orbigny. Domena publiczna

Redakcja i korekta: Joanna Tabor

Redakcja techniczna i skład: Daniel Szczeblewski

Wszelkie podobieństwo do opisanych osób i zdarzeń jest przypadkowe.

ISBN 978-83-96205-22-3

Wydanie I Warszawa 2021

Druk: SOWA www.sowadruk.pl

Zajrzyj też tutaj: @projektprawda

Konwersja do epub i mobi A3M

Mamie

I

Cześć! Jestem Anka. To nie jest moje prawdziwe imię, ale prawie wszyscy tak na mnie mówią. Dziwnym trafem wylądowałam w tej dziurze, zapomnianej przez kiboli i prawdziwych patriotów. To nie Pcim ani Radom, o tym miejscu nie powstał nawet żaden dowcip. Czyli wszystko się zgadza, bo moja sytuacja jest równie żałosna. Fakt jednak pozostaje faktem: muszę się tutaj przemęczyć przez kilka najbliższych tygodni. Tak naprawdę sama nie wiem, jak długo tu zostanę. Później – mam nadzieję – odzyskam kontrolę nad własnym życiem. Ostatnio nie wszystko potoczyło się tak, jak planowałam. Cóż, błędy w kalkulacji już dawno wliczyłam w ryzyko mojego stylu życia.

I wcale się nad sobą nie użalam. Kiedy to wszystko minie, będę musiała zafundować sobie porządne wakacje: palmy, jachty, ładne ciuchy i drinki z flamingiem. Nie wykluczam, że zaszyję się na dłużej na jakiejś przyjemnej wysepce, na Tahiti czy Bahamach. Póki co plan mam taki: odbębnić przywitanki z lokalsami, którzy na pewno szybko zwęszą, że w ich metropolii pojawił się ktoś nowy. Będę musiała nasycić ich ciekawość i przygotować jakąś przekonującą historyjkę. A jak już się odczepią, zajmę się słodkim nicnierobieniem. Wzięłam ze sobą Kindle’a, nadrobię zaległości czytelnicze, pooglądam czarnobyle, sukcesje, gambity czy inne korony królów i będę biegać, bo muszę podciągnąć kondycję. Może zacznę się uczyć jakiegoś nowego języka? W sumie zawsze to lubiłam i szło mi całkiem nieźle. Znajomość pięciu języków z pewnością mi wystarczy, by przetrwać w dzisiejszym świecie: kupić drina z palemką i porządną broń krótkolufową, gdy już dotrę na tę moją wyspę, ale podobno taka nauka świetnie gimnastykuje mózg. No bo, sorry, są pewne granice: sudoku nie tknę. Jak ludzie mogą nad tym ślęczeć? Planuję też kupić rower, będę jak ojciec Mateusz jeździć po wsi i pomagać biednym i pokrzywdzonym przez złych ludzi oraz równie zły los. À propos: przy najbliższej okazji sprawdzę sobie, jaka jest prawdziwa skala przestępczości w Sandomierzu. A teraz zabieram się za rozpakowywanie rzeczy.

Witaj, nowy domku w środku niczego! Od razu zaznaczam, że co złego to na pewno ja, z góry wybacz. Za jakiś czas stąd zniknę. Bez żalu.

II

Gdy wysiadała ze swojego szarego Suzuki Jimny, był przyjemny lipcowy wieczór. Podróż specjalnie jej nie zmęczyła, mimo że trwała prawie pięć godzin. Przeciągnęła się dla rozprostowania kości i zrobiła kilka skłonów. Zdjęła czapkę z daszkiem i przeczesała włosy. Była dość wysoką brunetką z szerokimi biodrami i fryzurą na „lewicową działaczkę”, czyli krótka grzywka, a reszta obcięta na równo nieco poniżej linii uszu. Ciężko było określić, w jakim jest wieku: równie dobrze mogła mieć dwadzieścia kilka, jak i czterdzieści lat. Wyglądała na zaciekawioną, a może nawet lekko rozbawioną. Wyjęła paczkę cienkich Marlboro i różową zapalniczką odpaliła papierosa.

Spojrzała na porządny drewniany dom letniskowy, do którego za chwilę miała się wprowadzić. Miał dwie kondygnacje, wysoki strop i duży ganek. Okna były zamknięte pomalowanymi na niebiesko okiennicami. Dookoła rosły świerki i jakieś krzaki, których nazw nie znała. Jej działkę od pozostałych odgradzały wysokie brzozy, a wjazd z polnej drogi na posesję był ledwie widoczny. Jednym słowem, żeby tu trafić, trzeba było wiedzieć, gdzie skręcić po wyjechaniu z pobliskiego lasku. Poszła zamknąć bramę wjazdową – ciężkie dziadostwo zaskrzypiało dziko, zanim zapadki wskoczyły na właściwe miejsca. Po lewej stronie od wjazdu stała wielka szopa, na której powiewały tybetańskie flagi. Wróciła do auta i otworzyła bagażnik. Miała tam siatki z zakupami z marketu, do którego (jak mówi piosenka) chodzi się z chęcią w soboty, jeden duży plecak i małą walizkę. Poustawiała manele na ganku, a ze sportowej nerki wyjęła pęk kluczy przytwierdzony do breloczka w postaci złotego ludzika z Lego. Chwilę jej zajęło, zanim odnalazła te odpowiednie, potrzebne do otworzenia drzwi wejściowych. Weszła do środka i zaczęła się rozglądać.

– No, grubo – powiedziała do siebie i roześmiała się.

Domek był tak zaprojektowany, że nie powstydziłby się go żaden skandynawski architekt. Co więcej – chyba nawet nie byłby przerażony, gdyby się okazało, że sam musi tu chwilę pomieszkać. Całość utrzymana była w naturalnych odcieniach drewna i delikatnych beżach. Z drewnianych belek podtrzymujących strop zwisały loftowe lampy i doświetlały wyspę kuchenną, wokół której stały cztery czarne barowe stołki. Po drugiej stronie pomieszczenia znajdowała się kanapa z ozdobnymi poduszkami, a naprzeciwko niej mały kominek. Anka od razu zerknęła na spory stosik drewna leżący obok i przez krótką chwilę pożałowała, że nie będzie jej dane grzać się kominkowym ciepłem w jesienne wieczory. Szybko skarciła się w myślach za to dziwne pragnienie. Na górę prowadziły spiralne drewniane schody, a pod nimi ktoś ulokował fotel uszak, regał z książkami i lampę z dużym abażurem. Na górze była spora łazienka z wolno stojącą wanną i sypialnia z ogromnym łóżkiem przykrytym czarną pościelą. Tym, co jeszcze zauważyła mimo zamkniętych okiennic, były wielkie okna na wysokość całej ściany. Postanowiła sobie, że jutro zbada system ich otwierania. Pokręciła się jeszcze chwilę po górze, sprawdzając zawartość łazienkowych szafek (niczego nie brakowało – ani papieru toaletowego, ani nawet kosmetyków), zeszła na dół, z szafki nad zlewem wyjęła szklankę i nalała do niej wody z kranu. W momencie gdy brała łyk, zauważyła wystającą z szuflady na sztućce kopertę. Była zaklejona, a na środku, zielonym długopisem, ktoś napisał jej imię. Wewnątrz znalazła kartkę:

Hej, Anka!

Lista rzeczy, które powinnaś wiedzieć:

1. Na lewo od wyjścia z ganku masz szopę. Jest całkiem spoko zaopatrzona. Klucze do niej wiszą w skrzynce po prawej stronie wejścia. Tam sobie też włącz bojler.

2. Szambo musisz opróżniać mniej więcej co dwa tygodnie. Jak ci zacznie śmierdzieć, dzwoń do pana Jana tel. 776888171.

3. Nie polecam kąpieli w pobliskim jeziorze.

4. Okiennice na górze otwiera się korbką od środka.

5. Żuczek jest w szopie, pod kosiarką.

Spróbuj się przez ten czas nie wpierdolić w żadne kłopoty.

xxx cZ

PS Nie jaraj szlugów w chacie.

Jeszcze raz pobieżnie rzuciła okiem na treść listu i lekko westchnęła. Wyjęła z kieszeni zapalniczkę, chwilę patrzyła, jak ogień powoli trawi papier, po czym wrzuciła płonącą kartkę do zlewu. Wzięła klucze od szopy i wyszła z domu. Na dworze zrobiło się przyjemnie chłodno, a niebo miało niesamowity pomarańczowy kolor. Kłódka była lekko zardzewiała, na szczęście dość szybko udało się jej z nią uporać. Pomieszczenie było całkiem spore, a jego główną część zajmowała motorówka. Stara, ale wyglądała na sprawną. Wzdłuż ścian poustawiane były narzędzia i meble ogrodowe. Kosiarka stała za łodzią, częściowo przykryta brezentem. Anka ruszyła w jej stronę, ale zanim tam dotarła, musiała chwilę powalczyć z pajęczynami, które oplotły jej włosy i twarz. Zaklęła pod nosem i otarła rękawem policzki. Nic nie brzydziło jej tak bardzo jak pająki. Obeszła kosiarkę dookoła, przyglądając się uważnie podłodze. Zrobiła drugie kółko i przetarła deski adidasem.

– Tu jesteś! – powiedziała do siebie i schyliła się w miejscu, gdzie widać było lekko wciśnięty w ziemię panel. Chwilę przy nim majstrowała, ale w końcu udało jej się go wyjąć. Znajdująca się pod nim skrytka była dość głęboka, Anka musiała się nieźle nagrzebać w piachu i pajęczynach, zanim wyczuła pod palcami jakiś kształt. Była to owinięta w koc skrzynka. Po jej otwarciu oczom Anki ukazało się pieczołowicie wypolerowane micro uzi. Podłączyła magazynek, przeładowała broń i wymierzyła na próbę w stronę drzwi.

 

– Maleństwo ty moje! – powiedziała z czułością, po czym odłączyła magazynek, zawinęła broń w szmatkę i odłożyła do skrzynki. Gdy ją wkładała na miejsce, wyczuła jeszcze coś: głębiej, w mniejszej skrzyneczce, znalazła glocka z tłumikiem. Zanim zamknęła skrytkę, sprawdziła dokładnie, czy nie ma tam aby jeszcze innych prezentów. Nie było. Zaniosła zawiniątko na górę i włożyła do szuflady w szafce nocnej.

W kanciapie namierzyła włącznik bojlera, który okazał się naprawdę pokaźnym zbiornikiem. Wystawiła z niej też na ganek ratanowe meble – dwa fotele i okrągły stolik. Kiedy je wyciągnęła, zauważyła pod ścianą fotel na biegunach. Jego także wkomponowała w swój nowy kącik wypoczynkowy. Wyjęła z bagażnika zakupy i resztę rzeczy. Jedzenie powrzucała do szafek i lodówki. Powłączała do gniazdek sprzęty elektroniczne: najpierw lodówkę, potem czajnik, a na końcu ekspres do kawy. Ten ożył i powitał ją miłą melodyjką. Mimo późnej pory nie odmówiła sobie kofeinowej przyjemności. Anka mogła pić kawę o każdej porze dnia i nocy, a chwilę później zapaść w zimowy sen – jedno z drugim nie miało dla niej nic wspólnego. Wyszła na taras z filiżanką i rozsiadła się w fotelu. Zapaliła fajka i pomyślała o żuczku. Tak mówili na uzi, to było po tej akcji w metrze. Mało brakowało, a skończyłaby wtedy pod pociągiem. cZ zmuszony był strzelać i zabił jednego napastnika. To znaczy śledztwo wykazało, że mężczyzna popełnił samobójstwo, skacząc na tory, i przyczyną jego śmierci było starcie z wagonem metra. Wiadomo, że policja z uzi nie strzela, bo oficjalnie nie ma, ale ta sprawa była bardziej skomplikowana, niż mogło się wszystkim wydawać. cZ, czyli Czarny. Jakby na to nie patrzeć, zawdzięczała temu człowiekowi życie.

III

Urodziłam się w niewielkim mieście i wtedy nie byłam Anką. Byłam miłą, małą dziewczynką... A tak na serio to nigdy nie byłam miła. Odkąd pamiętam, zadawałam niewygodne pytania i byłam pyskata. Zdaniem moich „widzów” nigdy nie brakowało mi odwagi, ja z kolei znajdowałam ją w ich oczach, które patrzyły na mnie w napięciu. Teraz taką postawę scharakteryzowałoby pytanie: „Ze mną się nie napijesz?”. Wtedy brzmiało ono raczej: „Nie wejdziesz na ten dach/to drzewo?”, „Nie wyrzucisz jego plecaka przez okno?”. Z wiekiem wyzwania zostały, zmieniła się tylko ich kategoria. Przynajmniej tak to sobie tłumaczę.

O ludziach takich jak ja często robi się seriale albo rozmaite programy. Przeprowadza się im szczegółowe analizy osobowości, a mądrzy lekarze wypowiadają się o ich dzieciństwie, że pewnie trauma, że ukryty dramat lub widoczna gołym okiem patologia. Że jak nie wina rodziców, to na pewno szkoły, innych osób czy instytucji. Więc żeby oszczędzić mądrym głowom rozkmin tego typu, powiem sama, jak było w moim przypadku – w końcu wiem najlepiej.

Wychowałam się w rodzinie, która chyba się kochała. Rodzice przez całe życie pracowali w tej samej firmie. Z mamą byłyśmy blisko, angażowała się w moje sprawy, znała imiona moich przyjaciół i wrogów. Lubiłam patrzeć, jak czyta książki przy kuchennym stole. Ojciec, zdystansowany do wszystkiego, po pracy zwykle włączał telewizor. Jego plan dobowy dzielił się na pracę i zrywanie boków przy polskich kabaretach, wzruszenia podczas Tańca z gwiazdami, wychwalanie pięknie wykonanej cha-chy przez parę numer cztery, a czasem również karcenie polityków reprezentujących wszystkie opcje polityczne. Rodzice chcieli dla mnie dobrze według swoich (czytaj: znanych i bezpiecznych) zasad. Rosłam, patrzyłam na nich i już wiedziałam, że ja chcę żyć inaczej. Wow! Wielki mi bunt, każdy ma tak samo

Poza tym byłam dzieckiem z kluczem na szyi, ganiałam się po piwnicach i budowach, grałam w kosza, mama rzucała mi kanapki z trzeciego piętra, tata reperował rower, w podstawówce wygrywałam konkursy recytatorskie, organizowałam ceremonie pogrzebowe wszystkim napotkanym nieżywym ptaszkom (raz denatem był pies, ale liczba robali, która zdążyła już w nim zamieszkać, skutecznie odwiodła mnie od pomysłu rozwinięcia interesu w tę stronę), pisałam piosenki, oglądałam MTV, przygotowywałam apele szkolne i miałam solówy z córką pani od muzyki, bo krytykowała moje bransoletki (w które zaopatrywał mnie tata).

Bardzo kochałam swojego dziadka i byłam z nim wyjątkowo zżyta. Był jednym z piętnaściorga rodzeństwa i wiedział, co to życie. Zostawałam z nim, gdy rodzice musieli coś załatwić lub dokądś wyjechać, albo kiedy przedszkole było zamknięte. Często jeździłam do niego na weekendy, bo chciałam – i było świetnie! Dziadek robił najlepsze na tej planecie i w kosmosie gruszki w syropie, a co niedzielę do rosołu prawdziwy, zagniatany na dębowej stolnicy makaron. Nauczył mnie grać w pikuty i strzelać z wiatrówki. Za każdym razem, kiedy niechcący zacięłam się w dłoń, śmiał się: „Za nic się nie przyznam twoim rodzicom, że to ja cię tego uczę. Wymyśl sobie inną wymówkę”. Po czym wyjmował z apteczki w łazience plaster na rolce, odcinał kawałek i naklejał mi na małe ranki na rękach. Kiedyś, przy okazji wizyty u okulisty w Łodzi, zabrał mnie na prawdziwą strzelnicę. „Niedługo masz urodziny, niech to będzie prezent”. Byłam przeszczęśliwa!

Gdy za pierwsze zarobione na zbieraniu śliwek pieniądze kupiłam sobie wymarzone glany, dziadek mnie pochwalił: „Porządne, wojskowe buty”, za co z kolei mój ojciec strzelił na niego focha na dwa tygodnie, bo sam kazał mi je oddać do sklepu i kupić jakieś „normalne”.

Dziadek miał problemy z cukrzycą i z Żydami, co mu w czasie wojny okradali pociągi, bo pracował na kolei. Ta pierwsza pozbawiła go nogi, ci drudzy – empatycznego podejścia do losów ich nacji. Dziadek po amputacji nosił protezę, którą wywoływał popłoch wśród dzieci na podwórku za każdym razem, gdy wiatr podwiał mu nogawkę. Był moim niezniszczalnym bohaterem, a w spadku zostawił mi komplet dwunastu noży do pikutów. Każdy nożyk był porządnie osadzony w drewnianej rękojeści, idealnie leżącej w dłoni. Same ostrza były pioruńsko ostre. Zresztą są do tej pory.

Odkąd pamiętam, uwielbiałam czytać. Wszystko, co wpadło mi w ręce: od Sienkiewicza przez Pamiętniki Fanny Hill po przewodniki po krajach afrykańskich. Znałam litery i umiałam czytać, już jak szłam do przedszkola. Moje pierwsze zetknięcie się z instytucją edukacji zorganizowanej było początkiem mojego rozczarowania tym systemem, a im dalej, tym to uczucie we mnie wzrastało i zapuszczało korzenie. Proste przykłady dla ludzi o nieskomplikowanym mózgu: idziesz do przedszkola, większość kompanów jeszcze płacze godzinami przynjedzeniu albo za mamą, brzydzi się fluoryzacji i w jej trakcie rzyga albo sika w majtki, gdy się czegoś przestraszy. Z kolei ty:

1) Wiesz, że jedzenie jest chujowe, ale siedzisz obok doniczek z kwiatami, więc jak ci coś nie smakuje, to tam to wywalasz.

2) Nie histeryzujesz, bo wiesz, że mama i tak po ciebie przyjdzie – jakoś nigdy nie zauważyłaś, żeby ktoś tu został na noc.

3) Fluoryzacja jest super, bo nie ma wtedy nudnych zajęć. Poza tym zauważyłaś, że gdy dzieci zaczynają wymiotować, to cały plan dnia się sypie. Kodujesz sobie zatem, że rzyganie jest spoko.

4) Sikanie w majtki, podobnie jak fluoryzacja, wywołuje reorganizację planu dziennego – przynajmniej coś się dzieje. Doskonale pamiętam, że sama zsikałam się z premedytacją parę razy. Sorry not sorry.

Punktem zwrotnym w przedszkolu był dla mnie dzień, kiedy poznawaliśmy literkę L. Trzeba było w kilku linijkach napisać małe i duże L. Na kartce obok literki widniał wizerunek lalki (i razem głośno mówiliśmy „EL JAK LALKA”), którą trzeba było pokolorować. Oglądałam wtedy nałogowo przygody Żółwi Ninja, więc dorysowałam lalce pasy z amunicją i wystające zza pleców miecze. W ten sposób rozpętałam przedszkolną aferę: rysunek został pognieciony przez panią przedszkolankę i wyrzucony do śmieci, a rodzice następnego dnia musieli przyjść na audiencję. Tłumaczyli się, że nie są rodziną przemocową, że uważają na to, co dziecko ogląda w telewizji itp. itd. Byłam wściekła i płakałam w domu, tłumacząc rodzicom, że żółwie, że nie miałam nic złego na myśli i że pani nie pozwoliła mi się wytłumaczyć. Mama mnie przytuliła, a tata powiedział, żebym sobie pasy z amunicją rysowała w domu, a w przedszkolu jednak stawiałby na te bardziej pokojowe, akceptowane przez wszystkich wersje lalek.

– To niesprawiedliwe... – chlipałam wtedy i to uczucie zapamiętałam do dziś.

– Świat nie jest sprawiedliwy – sentencjonalnie oznajmił ojciec.

„Los nie jest sprawiedliwy” – tymi słowami zaczynał się Król Lew, co było dalej – wszyscy wiedzą.

A przedszkolny rysunek wyjęłam z kosza i mam go do dziś.


W podstawówce było jeszcze nudniej: zupełnie nieinspirujące, ciągnące się jak flaki z olejem lekcje, zblazowani i rozczarowani życiem – lub systemem edukacji – nauczyciele i ciągłe uwagi za niezmienione buty. Jedynym sensownym gościem z tamtych czasów był profesor od historii. Pokazywał jej ciągłość na zasadach przyczynowo-skutkowych, uczył myśleć i wyciągać wnioski z faktów historycznych.

Wciąż pochłaniałam stosy książek. Nie musiałam się zbyt dużo uczyć, z reguły wystarczało mi to, co usłyszałam na lekcji. Wtedy też zauważyłam, że mam wyjątkowo dobrą pamięć: przy minimalnym zaangażowaniu umysłowym byłam w stanie zapamiętać to, co raz przeczytałam. W kwestiach nauki nikt się mnie nie czepiał, ale świadectw z czerwonym paskiem nie dostawałam, bo z zachowania zwykle miałam nieodpowiednią. Zadawałam się z największymi rozrabiakami w klasie, ale wszystko odbywało się najczęściej w białych rękawiczkach. Szybko zrozumiałam, czym jest manipulacja, a odkrywałam to wszystko dzięki notorycznie powracającemu poczuciu NUDY. Często spóźniałam się na lekcje i wymyślałam najdziwniejsze wytłumaczenia (więc do mojej listy grzechów dochodziły jeszcze kłamstwa i brak szacunku dla nauczycieli), później chodziłam na wagary. Ale jak już „zaszczyciłam ich swoją obecnością”, to koniecznie chcieli mi pokazać, kto tu rządzi, a zatem: albo teścik, albo przepytywanko. I tu zawsze udawało mi się wybronić, bo jeśli chodzi o wiedzę, nie można mi było nic zarzucić. Dla nauczycieli byłam prawdziwym wrzodem na tyłku.

Kiedyś mieliśmy się nauczyć śpiewać Rotę, każdy solo, a córka wychowawczyni chodziła z nami do klasy. Miała na imię Kasia i bardzo jej się podobał Daniel, mój partner in crime we wszelkich złośliwościach. Zbieraliśmy się ekipą około dziesięciorga dzieciaków, mieliśmy na lewo ładowane karty magnetyczne do dzwonienia z automatów. Danek dzwonił i pytał, czy Kasia byłaby tak miła i mogła mu zaśpiewać Rotę, bo pewnie jutro będzie ją musiał zaliczać. Kasia, że jasne – i zaczynała śpiewać do słuchawki, a my tarzaliśmy się ze śmiechu. Teraz myślę, że te lewe karty były pierwszą nielegalną rzeczą, z jaką miałam do czynienia. Handlował nimi mój starszy kolega, a ja kupowałam od niego większą ilość i sprzedawałam drożej znajomym. Dorośli też kupowali.

W tamtych czasach jeszcze: ukradłam lizaka i gumy do żucia z osiedlowego sklepu, kopnęłam psa sąsiadów, bo nie chciał się przesunąć, jak wchodziłam do klatki schodowej, powiedziałam z pięćdziesiąt razy słowo na „k”, nie oddałam wypożyczonej kasety VHS i nagrałam na niej klipy z MTV.

Przypominam sobie jeszcze jedną sytuację z Danielem. Mieliśmy mieć klasówkę z Bacha („Bach – życie i twórczość”, jak w Wielkiej Grze). Danek o niej zapomniał i się nie nauczył. On ciągle chodził z walkmanem i w słuchawkach, więc poradziłam mu, żeby nagrał sobie te daty i ma problem z bani. Urwał się z wcześniejszej lekcji, a godzinę później widziałam, jak dziarsko pisał sprawdzian. W kapturze na głowie. Był mocno zdziwiony, że babka go nakryła (chociaż w oczach miała respekt za pomysłowość) i najbardziej było mu szkoda kasety, na której nagrał kalendarium z życia Bacha, bo to była oryginalna taśma 2Paca. Do tej pory nie mogę ogarnąć, jak można było spieprzyć tak genialny pomysł. Czemu tak głośno wciskał pauzę na tym walkmanie?!? Potem Daniel został fizykiem, ma dwa doktoraty i pracuje w CERN-ie.