Nic oprócz pieśniTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nic oprócz pieśni
Nic oprócz pieśni
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 9,98  7,98 
Nic oprócz pieśni
Nic oprócz pieśni
Audiobook
Czyta Kaja Walden
5,99  4,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ewa Siarkiewicz

Nic oprócz pieśni

Saga

Nic oprócz pieśniZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1988, 2020 Ewa Siarkiewicz i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726524437

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

(uwaga – w książce proszę umieścić ten tekst po „Najwyższym Prawie”. To jakby pewnego rodzaju kontynuacja. Dzieje się po wydarzeniach z tamtego opowiadania.)

1.

Być może wyda się wam to nieprawdopodobne, ale nigdy nie chciałem opuścić Halsy, by na własne oczy zobaczyć ten wielki świat, o którym tak często wam śpiewałem. Naprawdę, ostatnią rzeczą, o której marzyłem, było znaleźć się w centrum wydarzeń, o których później powstają pieśni, przekazywane z ust do ust, jak świat długi i szeroki; przekazywane z pokolenia na pokolenie, aż wreszcie stają się legendami, a ich bohaterowie mitycznymi herosami. Jestem pieśniarzem z małego miasteczka leżącego na uboczu głównych traktów. Wy, powracający z podróży, przywozicie mi nowe wieści, a ja układam o nich pieśni; czasem zabłąka się jakiś wędrowny harfiarz, którego niespokojne serce pcha z miejsca na miejsce – biorę od niego pieśni, których nie znam, dając mu w zamian swoje. Śpiewam je potem sobie, wam, drzewom i owcom, które pasę. Czyż to nie jest pełne szczęście?

Jestem Aris, pieśniarz. Nie biorę zapłaty za muzykę, gdyż jest ona mną, a nie chciałbym nigdy sprzedawać siebie po kawałku, nawet za całe złoto tego świata. Jestem szczęśliwy, gdy słuchając mnie, zapominacie o swych troskach, a gdy widzę, jak w waszych oczach zapala się blask marzenia, dziękuję bogom, że dali mi ten dar. Wasze marzenia czynią was podobnym bogom, gdyż kreujecie w wyobraźni świat waszych pragnień. I jesteście wtedy szczęśliwi – gdyż marząc, czujecie również i nadzieję, a jest to skarb ubogich, którego nie wolno zmarnować.

Moje marzenia? Spełniam je co dzień, biorąc harfę do ręki. Muzyka jest moją nadzieją.

Późną wiosną, w ciepły poranek pasłem stado owiec na wschodnim stoku Starego Wierchu. Układałem pieśń urodzinową dla mojego przyjaciela, który tego dnia kończył dwadzieścia pięć lat. To był mój prezent dla niego. Starałem się zawrzeć w niej całą moją radość i przyjaźń, jaką do niego czułem. Kończy¬łem już, gdy dojrzałem stojącego opodal człowieka w czerni. Spojrzałem mu w oczy i nagle z harfy wydobył się dźwięk, który zmroził moją duszę. Pociemniało mi w oczach, a gdy na powrót dostrzegłem jasność dnia, nikogo na stoku już nie było.

Wieczorem starałem się śpiewać mą pieśń jak najradośniej, choć na sercu jakby kamień mi leżał. Zimny kamień lęku. Bałem się.

Gdy goście już poszli, Heor podszedł do mnie i spytał, co się stało, gdyż wyczuł w mym głosie fałsz. Już chciałem odpowiedzieć, gdy Saria, jego siostra, krzyknęła cicho wskazując na drzwi.

Stał w nich On.

– Pójdziesz ze mną – rzekł.

Milczałem zdjęty przerażeniem, niezdolny wykrztusić ni słowa. Heor zastąpił mu drogę i spytał, wzburzony:

– Kim jesteś i jakie masz do niego prawo?

Mężczyzna spojrzał na niego i po chwili mój druh leżał na ziemi, trzymając dłońmi głowę i jęcząc z bólu.

– Pójdziesz ze mną – powtórzył, a ja skądś wiedziałem, że jeśli się sprzeciwię, ten sam los spotka i Sarię, słońce mego dnia.

Poszedłem.

Wielki jest świat i wiele w nim cudów i dziwów. Widziałem ogromne miasta z niebosiężnymi wieżycami, wspaniałe zamki, tłumy ludzi z najdalszych zakątków świata. Dziwne zwierzęta, dziwne zwyczaje, dziwne obrzędy. Wojowników, kup-ców, niewolników. Bogatych i nędzarzy. Tyle nieszczęścia wokoło, tyle łez i krwi.

Vulmar, mój ciemiężca, który rzadko kiedy słowem się do mnie odzywał, sprzedawał moje pieśni za złoto, miedź, towary, sprzedawał drogo lub tanio – zależy, kto ile mógł dać. Kazał mi śpiewać pieśni radosne, nigdy smutne. Żądał pieśni o herosach, którzy zwyciężali, nigdy o tych, którym bogowie zesłali klęskę.

Tak, wszyscy ci ludzie spragnieni byli radości i wesela – widziałem ich twarze i oczy, gdy słuchali w zapamiętaniu mych pieśni. Twarze poorane zmarszczkami, pocięte bliznami, wyżłobione wyschłymi korytami po rzekach łez. Odchodzili pokrzepieni, z lekkim sercem, lekkim choć przez chwilę, zanim znów życie nie narzuci nań kamienia.

W tym czasie zacząłem marzyć i czekać, by marzenie się spełniło. Chciałem wrócić do Halsy. Wrócić! Lecz nie było to łatwe. Vulmar przywiązał mnie do siebie potworną siłą swego umysłu. Potrafił wzrokiem rozkruszyć skałę, jednym spojrzeniem doprowadzić człowieka do obłędu i śmierci.

Bałem się. Mój strach rósł z każdym dniem i coraz ciężej było mi śpiewać ra-dośnie, coraz słabiej działały moje pieśni. Vulmar mówił, że się buntuję, że robię to specjalnie – nie rozumiał, że jestem jak zatrute źródło, które z dnia na dzień coraz bardziej wysycha. A może rozumiał? Czasem widziałem, jak patrzył na mnie – z satysfakcją? Oczekiwaniem? Nie wiem...

Tak czy inaczej karał mnie, męczył swym wzrokiem mój umysł, moje ciało. Och...

Tak minął rok, gdy pewnego dnia przybyliśmy do Lardanu, stolicy świata.

Lardan jest stary, stary jak ziemia, na której został zbudowany. W tych murach otaczających miasto kryje się potężna siła, obca skale gór. Jak gdyby u zarania dziejów nasączono magicznym słowem każdy kamień, każdą szczelinę w kamieniu. Lecz nie było to dobre słowo, czułem to, gdy zbliżaliśmy się do olbrzymiej, żelaznej bramy, rozwartej na oścież, połykającej i wypluwającej tłumy różnobarwnych postaci.

Miasto jest ogromne, tłumne i śmierdzące. Pełne wrzawy, krzyku i tupotu. Stolica świata. Tak, jest największe, najludniejsze, ma najwyższe wieże, szczyci się najwyższym bogactwem i najwyższą nędzą. Tu, w środku miasta, otoczony fosą i wysokim, gładkim i błyszczącym jak polerowane srebro murem stoi pałac króla Dreosa – najpotężniejszego władcy i największego tyrana świata.

Zamieszkaliśmy w nędznej karczmie nieopodal bazaru. Nad drzwiami wisiał wizerunek gryfa, jakby ta obskurna buda miała coś wspólnego z tym szlachetnym stworzeniem. Vulmar zajął brudny pokoik, którego okno wychodziło na maleńkie podwórko. Mnie przydzielił ciemną komórkę przylegającą do izby. Wychodząc, zamykał mnie w niej na klucz.

O bogowie, te godziny ciemności, pełne szmerów, blasków i cieni pod za-mkniętymi powiekami. Zapadałem się w otchłań, wydostawałem i znów płynąłem gdzieś, gdzie widziałem obce twarze, miasta niepojęte i słowa niezrozumiałe. Koszmar!!!

Choć przez cały czas pragnąłem wydostać się z tej klatki, to jednak najbardziej bałem się momentu, gdy mnie wypuszczał – wpatrywał się wtedy we mnie z takim jakimś oczekiwaniem, nachalną nadzieją, jakby sprawdzał, czy tylko jemu wiadomy stan już mnie ogarnął.

Potem śpiewałem w karczmie, a on zbierał pieniądze. Ale wtedy już nie po-trafiłem wydobyć z siebie radości, byłem pusty. Moje pieśni były coraz bardziej smutne, lękliwe, ponure. Działały na ludzi mocno – mój talent nie zgasł, nadal potrafiłem panować nad uczuciami słuchaczy – a przecież z jakimś samoudręczeniem pozwalali, i pragnęli, bym zniszczył w nich te resztki jasności. Dziwne miasto i dziwni ludzie.

Staczałem się w ciemność bez dna, bez pamięci. W nocy, w komórce, snu¬łem przerażające swą obcością sny, w dzień jadłem, gdy kazał, grałem, gdy kazał... I widziałem jego wzrok drążący mój umysł w poszukiwaniu – czego?

Jeden sen pamiętam dokładniej niż inne, może dlatego, że był bardziej wyraźny, bardziej konsekwentny w swej logice, więcej przypominający jawę niż sen.

Ogromna sala oświetlona dziwnie jasnym światłem, choć nie było to światło dnia. Tłum postaci stojących w milczeniu wokół okrągłego stołu ze srebra (skądś wiedziałem, że to było srebro). Na stole stoi czarna skrzynka, niewielka, a przecież przykuwająca wzrok. Wysoki łysy mężczyzna w purpurze podnosi dłoń i światło przygasa, a im robi się ciemniej, tym stół zaczyna jaśnieć coraz mocniej. Wreszcie mężczyzna opuszcza dłoń i otwiera czarną skrzynkę. Widzę leżący w niej kamień–nie kamień, jakby kryształ, ale jakiś dziwny –– matowy, a przecież lśniący. Mężczyzna bierze go w palce i mówi w języku, którego nie znam, a przecież jakimś sposobem rozumiem: „Oto jest esencja władzy, źródło mądrości, ostoja prawdy. Wreszcie znaleziony, nie może być zagubiony. Jest w nim nasze marzenie, nadzieja i szansa. Tych skarbów nie wolno nam zmarnować. Niech nikt, kto czuje w sobie niedosyt i niepokój nie waży się dotknąć go. Niech każdy, kto będzie w jego po-siadaniu, a poczuje w sobie niedosyt i niepokój, zapomni o nim. Niech nikt nie waży się go pragnąć i z tym pragnieniem go zdobywać. On jest naszym niewol-nikiem, ale może stać się panem, a wtedy biada nam, gdyż jedno ogniwo łączy się z następnym i nadejdzie czas, gdy nikt już nie będzie w stanie uwolnić nas z łańcucha. Oto jest mnemo, kryształ pamięci. Gdy lśni równym blaskiem, będzie sługą, lecz gdy zacznie pulsować w niespokojnym rytmie – trzeba go odłożyć, gdyż stanie się panem.”

Potem obraz się zmienił. Sypialnia, na wąskim łóżku śpi ten łysy mężczyzna. Jest jakby starszy. Ręce ma skrzyżowane na piersiach, na wysokim czole srebrną obręcz z wprawionym w nią tym kryształem... mnemo. Delikatny, równy blask oświetla twarz starca. Potem widzę postać, w ręce nóż o cienkim, długim ostrzu – nóż wbija się w serce śpiącego, kryształ przygasa, by po chwili zapulsować w dłoni mordercy. Potem zapadłem w ciemność.

 

Bogowie, czym są te dziwne sny, skąd napływają, czy są we mnie jako przejaw szaleństwa, czy tkwią w murach tego miasta jak świadkowie minionych zdarzeń, pulsujący oskarżeniem. Mnemo, kryształ pamięci...

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?